Twierdza

Alcatraz – jedno z najsłynniejszych więzień w historii USA. Tam przebywali najgroźniejsi przestępcy aż do zamknięcia w 1963 roku. Jednak to tutaj dochodzi do bardzo poważnej sytuacji. Generał Hummel razem z najbliższymi współpracownikami wziął wycieczkę jako zakładników i zainstalował 15 rakiet z niebezpieczną bronią chemiczną. Żąda w zamian 100 milionów dolarów na tajne konto, by przekazać forsę rodzinom wojskowych, którzy polegli w tajnych operacjach. Daje na to dwa dni, ale FBI ma inny plan. Na wyspę decydują się wysłać speca od broni chemicznej, agenta Stanleya Goodspeeda oraz Johna Masona – skazańca, któremu raz udało się uciec z Alcatraz.

twierdza2-1

Michael Bay po sukcesie swojego debiutu dostał szansę na realizację kolejnego hitu. Dostał troszkę większy budżet, ale to nie jest jeszcze poziom „Transformers”. Sama intryga oraz punkt wyjścia jest bardzo intrygujące, dodając kopa. Już od pierwszych scen czuć tutaj fetyszyzowanie oraz szacunek reżysera do armii (zaczynamy od pogrzebu w deszczu), przy jednoznacznym ataku na urzędników państwowych i szefa FBI. Ci są pokazani jako manipulatorzy, ukrywający wiele tajemnic by osiągnąć swoje cele. I po raz pierwszy u Michaela Baya trzeba ratować świat, który tutaj ma rozmiary San Francisco, czyli stawka jest poważniejsza. I muszę przyznać, że ta prosta opowieść wciąga jak cholera. Reżyser z jednej strony jest bardzo kameralny – jak na Baya – ale same sceny akcji potrafią podnieść adrenalinę z kopytem. Nieważne czy mówimy o szalonym pościgu samochodowym (co z tego, że ściganym jest skazaniec wypuszczony po ponad 30 latach, który zapierdala niczym rajdowiec), wykradzenie rakiet z gazem czy wszelkie strzelaniny dziejące się w Alcatraz. Wszystko zrobione płynnie, dynamicznie i z zaskakująco niewielką ilością eksplozji (pod koniec jest jedna, ale wyglądająca cudownie). W tle gra bardzo bombastyczna muzyka (współautorem jest Hans Zimmer i to czuć), montaż jest bardzo dynamiczny a’la Tony Scott, nie brakuje ciętego humoru oraz paru dziur logicznych. Bay jest tutaj w olimpijskiej formie.

twierdza2-2

Jeszcze bardziej interesująca jest tutaj obsada. Niedoświadczonego w polu agenta Goodspeeda gra ówczesny gwiazdor kina akcji Nicholas Cage. I bardzo dobrze sobie radzi jako człowiek zmuszony do podjęcia działań jakich nie robił, pod wpływem dużej presji. Mam tylko jeden problem z tą postacią, że co parę minut zmienia się z trybu troszkę nieporadnego agenta w zdeterminowanego oraz upartego skurczybyka. Powinno być to bardziej konsekwentnie poprowadzone. Film kradnie dla siebie Sean Connery jako Mason – bardzo opanowany, twardy szpieg, który nie budzi zaufania, idący raczej swoimi ścieżkami. Najlepszy z całego grona jest jednak Ed Harris jako generał Hummel. To nietypowy czarny charakter, którego motywacja potrafi wzbudzić zrozumienie a nawet sympatię. Nie jest przerysowany, demoniczny czy okrutny, ale bardzo ludzki. To się nie zdarza zbyt często w tym gatunku.

twierdza2-3

Nie dziwię się, że „Twierdza” jest uznawana za najlepszy film w karierze Baya. Jest wszystko to, co w kinie akcji być powinno: brawurowe sceny akcji, świetne aktorstwo oraz bardzo pewna realizacja. Owszem, zaczyna wkraczać tutaj patos, wojskowy sprzęt jest wręcz nachalnie pokazywany, jednak Bay nie przekracza granicy dobrego smaku i dostarcza masę przyjemności. Welcome to the Rock.

8/10

Radosław Ostrowski

Truman Show

Poznajcie Trumana Brubanka. To zwykły szaraczek w zwykłym świecie, mieszkający w niemal idealnym miasteczku Seahaven. Pracuje jako agent ubezpieczeniowy, ma piękną żonę-pielęgniarkę oraz kumpla. Żyje w kompletnym spokoju, aż pewnego dnia zauważa swojego ojca. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż jego ojciec utonął podczas rejsu. Bo Truman nie wie, a my wiemy od początku, że nasz bohater od początku swojego istnienia jest gwiazdą reality show. I co teraz zrobić?

truman_show1

Kiedy w 1998 roku Peter Weir nakręcił ten film, zaczęły się pojawiać w telewizji programy pokroju relity show, czyli prawdziwi ludzie, prawdziwe emocje filmowane wręcz non stop. Ale na ile to wszystko było manipulacją, a ile „szczerymi” zachowaniami, to kwesta na osobny temat. Ale wizja świata, gdzie wszystko jest częścią przedstawiania, w którym absolutnie nie mamy wpływu na przebieg wydarzeń jest bardzo przerażająca. Weir z jednej strony atakuje telewizję, która kompletnie rozmywa granicę między prawdą a fikcją, jednocześnie dotykając wręcz filozoficznego aspektu naszego życia. Świat, gdzie wszystko z góry jest ustalone, a nasz los przypieczętowany, brzmi tak nieamerykańsko, że aż zastanawiam się kto dał pieniądze na ten film.

truman_show2

Chociaż wiemy, że Truman (rewelacyjny Jim Carrey) jest pionkiem w tej „idealnej” wizji świata wyglądającej niczym z filmów lat 50. (imponująca robota scenografów oraz kostiumologów), to trzymamy za niego kciuki i wierzymy, że wyjdzie z tej złotej klatki. Powoli widzimy jego walkę, determinację oraz próbę przełamania, coraz bardziej zaczyna obserwować pewne stałe zachowania oraz irracjonalne momenty (nagła blokada, zamiast radia słychać polecenia reżysera, a winda jest częścią dekoracji), zmuszające go do zadania kilku pytań o sens wszystkiego. A poczucie nierzeczywistości potęguje jeszcze znakomita praca operatorska z dziwnymi kątami, zmienną perspektywą.

truman_show3

Chociaż zakończenie wydaje się szczęśliwe, to jednak miałem wątpliwości, czy Truman poradzi sobie w naszym, niedoskonałym świecie. A ostatnie zdania pokazują, że silny wpływ ma telewizja. Wolimy wygodę, lenistwo oraz bycie w takie klatce, która daje bezpieczeństwo.

truman_show4

„Truman Show” jest bardzo krytycznym spojrzeniem na świat mediów, mogących wykreować niemal raj na ziemi, ale jednocześnie zmusza do zastanowienia nad sensem życia. Brzmi to prowokacyjnie, ale wizja tego świata coraz bardziej budzi przerażenie. Zwłaszcza dziś, gdy technologia tak posunęła się do przodu.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

mother!

UWAGA!!!!!!

Tekst może zawierać spojlery. Czytacie na własną odpowiedzialność.

Sam początek filmu Darrena Aronofsky’ego wprawia w konsternację. Spalony dom zaczyna się powoli odnawiać (tak sam z siebie) i wtedy budzi się Ona. Młoda, atrakcyjna, dbająca o dom. On jest poetą, który przeżywa kryzys twórczy. Do tego spokojnego domostwa nagra wprasza się mężczyzna – już niemłody, lekarz lubiący papierosy. Trafia do pokoju gościnnego, a to doprowadza do pojawienia się kolejnych osób.

mother1

Cała historię reżyser pokazuje z perspektywy kobiety, granej przez Jennifer Lawrence, do której kamera wręcz się przykleja niczym rzep do psiego ogona. Wszystko to służy jednemu celowi: wejścia w jej skórę. Dzięki temu powinniśmy poczuć dezorientację, przytłoczenie i lęk. Kobieta nie rozumie zachowania swojego męża, który bardziej interesuje się przybyszami niż jej potrzebami, poczuciem potrzebną, docenianą. A wtedy reżyser zaczyna atakować swoimi inspiracjami, z której najmocniejsza to Biblia (od Adama i Ewy przez Kaina i Abla aż po Nowy Testament do Apokalipsy). Wszystko ma wymiar metafory, gdzie każda postać, zdarzenie jest symbolem czegoś. Krew na podłodze po bójce braci, otwór w piwnicy czy druga część filmu, gdzie On już tworzy swoje dzieło i daje je ludziom.

mother2

Tylko, ze chyba nie są na to gotowi, nie rozumieją do końca. W tym momencie zaczynają się dziać wręcz dantejskie sceny, a Aronofsky zaczyna piętnować całą ludzkość: że jesteśmy chciwi, podli, nieodpowiedzialni, bezmyślni, skłonni do przemocy, zaś dom zmienia się w plac wojny, fanatyzmu, walki z policją i wojskiem. Wszystko jest tak mocno podkręcone, że aż się naprawdę przeraziłem. Jednak kiedy zacząłem się zastanawiać nad wszystkim, nie mogłem pozbyć się wrażenia, iż Aronofsky serwuje mi efekciarską wydmuszkę. Kamera robi świetna robotę, tak samo jak miejscami bardziej intensywny dźwięk. Tylko, ze ta cała symbolika miejscami była dla mnie za bardzo czytelna (kłótnia braci zakończona zabójstwem czy finał ze śmiercią nowonarodzonego dziecka i… zjadaniem jego ciała), chociaż nie wszystko jest dla mnie jasne (żaba wyskakująca z rozbitego pomieszczenia w piwnicy).

mother3

Aktorstwo też służy tutaj wizji Aronofsky’ego, przez co nie ma postaci z krwi i kości. Jennifer Lawrence i Javier Bardem próbują stworzyć portret związku Mąż/Żona, Mężczyzna/Kobieta. Bardziej przekonało mnie przerażone oblicze Matki, chociaż ta postać przez niemal większość filmu pozostaje bierna, stłamszona, nieporadna. On bardziej interesuje się innymi ludźmi, tak ufny wobec nich niczym dziecko, że aż naiwny. Dziwna ta para, a w ich miłość trzeba wierzyć na słowo.

„mother!” to zachłyśnięcie się Aronofsky’ego swoim talentem i wielkością, że bardzo mocno podzielił widownię. Inni uznają ten film za ogromny, pretensjonalny bełkot, gdzie liczą się symbole niż postacie oraz fabuła, inni za genialne dzieło, pokazujące bezwzględną prawdę o człowieku. Ja jestem gdzieś po środku tego bałaganu, szanując wizję reżysera, ale bez sympatii i podziwu.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Nocny pościg

W Nowym Jorku mieszka Jimmy Conlon – starszy już jegomość, który zabijał dla szefa mafii, Shawna Maguire’a. Ostatnio Jimmy skupia się na piciu alkoholu oraz zaniedbywaniu swojego dorosłego syna, Michaela, z którym nie ma kontaktu (z jego rodzina też). Z kolei syn Shawna, Danny chce pójść w narkobiznes, co jednak nie wychodzi (chciał udziału ojca) i kończy się mordem niedoszłych wspólników. Świadkiem zbrodni był Michael, który ich przywiózł. Danny chce go zabić, jednak Jimmy okazuje się szybszy i ściąga na siebie oraz Michaela gniew Shawna.

nocny_poscig1

Jaume Collet-Serra to koleś z Hiszpanii, który postanowił podbić Hollywood. Początki nie były zbyt dobre (koszmarny „Dom woskowych ciał”), ale odkąd zaczął kręcić sensacje z Liamem Neesonem, rozkręca się. To ich trzeci wspólny film (po „Tożsamości” i „Non-Stop”) i na chwilę obecną wydaje się najlepszym. Pozornie dostajemy to, co zawsze, czyli Liam Neeson pokazujący swoje niezwykłe umiejętności w zabijaniu (akcja w łazience metra), krew, strzały, pościg (tytuł zobowiązuje) oraz dawanie sobie po ryju. Jednak jest kilka różnic. Po pierwsze, reżyser bardziej skupia się na trudnej relacji ojciec-syn, która tylko pozornie wydaje się schematyczna. Syn nienawidzi ojca za pozostawienie i odejście, a zbliżające ich niebezpieczeństwo wcale nie scala ich ze sobą, raczej doprowadza do tymczasowego zawieszenia broni. Po drugie, konsekwentnie stawia się na klimat – akcja toczy się niemal cały czas w nocy, co podkręca atmosferę osaczenia dominującą przez znaczną część filmu i to jest spory plus. I dostajemy jeszcze pełnokrwistych bohaterów, którzy nie są wcale tacy zero-jedynkowi, jak by się mogło wydawać na pierwszy rzut oka.

nocny_poscig2

No i w końcu same sceny akcji, nakręcone porządnie – czytaj: bez szybkich cięć montażowych, niewidocznych ciosów i strzałów. Tak jak być powinno robione, dialogi bez zbędnego pieprzenia (pojawia się troszkę sentymentalizmu, ale zostaje to ładnie ograne) i wciąga ta opowieść do samego końca. Mroczny klimat, pełen brudu (kamera robi swoje) potrafi przykuć uwagę na długo.

nocny_poscig3

W końcu także jest to dobrze zagrane. Liam Neeson pozornie wydaje się typową rolą Neesona, czyli jest Niezniszczalnym (chyba bardzo stara się o angaż w nowej części serii Stallone’a) twardzielem, dla którego honor i więzy krwi są sprawą priorytetową, a doświadczenie i umiejętności nadal robią wrażenie. Jak ten facet to robi? Nie mam pojęcia. Jego starego przyjaciela, z którym musi się zmierzyć gra świetny Ed Harris i to on tworzy wyrazistą postać. Shawn to bohater naznaczony tragizmem, a jego racje sprawiają, że zaczynamy mu współczuć (scena spotkania obu panów w barze) – to porusza wszelkie struny. Także Joel Kinnemann jako syn Jimmy’ego radzi sobie dobrze, dzięki czemu relacja ojciec-syn jest przekonujący. Sprawniejsze oko dostrzeże także takich aktorów jak Bruce McGill (Pat, ochroniarz Shawna) czy Nick Nolte (wuj Eddie).

Pozornie wydaje się to przyzwoitym dramatem z elementami rasowej sensacji, ale reżyser trzyma rękę na pulsie i z tak ogranych schematów oraz klisz tworzy wyraziste oraz dobre kino. Wydawałoby się, że Neeson powinien odpuścić sobie granie twardych herosów, ale tutaj pozytywnie zaskakuje. Jedna z miłych niespodzianek roku 2015.

7/10

Radosław Ostrowski

Władza absolutna

Luther Wheatley jest bardzo dobrym złodziejem, którego od lat nikt nie schwytał. Właśnie przygotowuje się do kolejnego skoku, ale w jego trakcie zostaje świadkiem schadzki dwojga kochanków, która kończy się szamotaniną oraz morderstwem. Zabójcami są agenci Secret Service, a mężczyzną na schadzce sam prezydent USA. Lutherowi udaje się zwiać, ale zaczyna się obława na niego.

wladza_absolutna1

Można powiedzieć, że Clint Eastwood już powinien sobie odpuścić kręcenie filmów sensacyjnych z sobą w roli głównej, jednak adaptacja powieści Davida Baldacci jest po prostu solidnie zrobioną robotą. Intryga jednak wydaje się bardzo prosta (prostota zawsze była znakiem rozpoznawczym Eastwooda) i – niestety – mocno przewidywalna. Przez co nie jest w stanie zaangażować emocjonalnie (wyjątkiem jest tutaj scena włamania oraz rozmowa z mężem zabitej kobiety w jego samochodzie). Wiadomo jak się to skończy, kolejne klocki układają się w spójną całość, a kilka wątków (skomplikowana relacja Luthera z córką, która nie chce go znać) są mocno uproszczone i odwracają uwagę od samej intrygi. Eastwood po raz pierwszy pozostaje krytyczny wobec władzy, pokazując (w dość oczywisty sposób) jej deprawację oraz siłę korupcyjną. Sama realizacja jest solidna, scenariusz przyzwoity.

wladza_absolutna2

Aktorstwo też prezentuje solidny poziom i bez fajerwerków. Sam Eastwood w roli złodzieja jest bardzo wiarygodny, choć wydaje się już troszkę za stary na role twardzieli, niemniej trzyma fason. Najbardziej błyszczy tutaj Ed Harris, który tutaj jest po prostu rasowym oraz inteligentnym gliniarzem Sethem Frankiem. Zaledwie solidnie prezentuje się drugi plan z Genem Hackmanem (prezydent USA) i Judy Davis (sekretarz Gloria Russell) na czele.

wladza_absolutna3

To po prostu solidnie zrobiona i porządnie opowiedziana historia sensacyjna – jedna z ostatnich, jakie zrobi Eastwood. Powoli Clint odchodzi od wizerunku twardziela i robi to z klasą.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Eastwooda

Apollo 13

To miał być zwykły, podręcznikowy wręcz lot na Księżyc. 11 kwietnia 1969 Apollo 13 miał polecieć w przestrzeń kosmiczną, zebrać kamienie z Księżyca i wrócić na Ziemię. Załoga – dowódca Jim Lovell, Fred Haise i Ken Mettingly przez dwa miesiące ostro trenowali, jednak z powodu możliwości złapania odry, ten ostatni zostaje zastąpiony przez Jack Swigerta. Lot wydawał się tak nudny i spokojny, że żadna telewizja nie była zainteresowana transmitowaniem lotu. Wszystko się zmieniło przez trzy słowa: „Houston, mamy problem”.

apollo13_1

Ron Howard jest uważany za jednego z najlepszych rzemieślników Hollywood. Poniekąd jest to prawda, bo nie posiada własnego stylu, który by go wyróżniał od innych twórców, jednak gdy dostanie dobry scenariusz, jest w stanie z niego wycisnąć wszystko. Tak było w przypadku „Ognistego podmuchu”, „Frost/Nixon” czy ostatniego filmu – „Wyścig”. Historia misji Apollo 13 tylko potwierdza umiejętności Howarda w opowiadaniu historii. Mimo znajomości finału całej opowieści, udaje się trzymać w napięciu do samego finału, a o czymś to chyba świadczy. Technicznie trudno się przyczepić – ale to standard w przypadku produkcji zza Wielkiej Wody. Kamera bardzo sprawnie podąża, montaż podkręca tylko napięcie, a podniosła muzyka Jamesa Hornera nadaje powagi całej sytuacji. Nie sposób też nie zauważyć scenografii (zwłaszcza wygląd pojazdu kosmicznego robi wielkie wrażenie). Przerzucenia akcji z miejsca na miejsce (od momentu usterki jesteśmy w NASA, potem w domu pani Lovell, gdzie przychodzą przyjaciele ją wesprzeć, wreszcie mamy relacje telewizyjnych programów, gdzie zostaje nam wszystko powoli wytłumaczone) tylko podkręca dynamikę, a zbudowania filtru na dwutlenek węgla nie powstydziłby się sam MacGyver.

apollo13_2

Aktorsko w zasadzie też jest bez zarzutu, a całość jest rozpisana na piątkę postaci. Pierwsza to Jim Lovell o aparycji Toma Hanksa, czyli poczciwego, amerykańskiego everymana znajdującego się w sytuacji ekstremalnej. I – jak to Amerykanin – próbuje znaleźć rozwiązanie z każdej sytuacji. Partnerujący mu Bill Paxton (zabawny – na początku – Fred Haise) oraz Kevin Bacon (niezgrany do końca z członkami misji Jack Swigert) podtrzymują poziom, świetnie pokazują zarówno zaufanie, precyzję swojej roboty, nerwy oraz zmęczenie. Sekundują im dwaj mistrzowie. Pierwszy to (zasłużenie) nominowany do Oscara Ed Harris. Jego Gene Kranz (szef misji) to odpowiedzialny dowódca, który traktuje bardzo poważnie swoje zadanie i jest bardzo powściągliwy w wyrażaniu emocji. Druga postać to grany przez Gary’ego Sinise’a Ken Mattingly, który odegra kluczową rolę w misji powrotu na Ziemię. Jednak nawet drobne epizody są bardzo dobrze poprowadzone przez reżysera.

apollo13_3

Jednak „Apollo” nie jest pozbawiony wad. Najpoważniejszą jest tutaj amerykański patos, który pod koniec mocno wymyka się spod kontroli reżysera (sceny, gdy świat modli się za astronautów czy finał – trochę nadęty). Poza tym film może być odebrany jako kolejny triumf synów amerykańskiej ziemi, co akurat w tym przypadku jest prawdą.

Ale dla mnie to przede wszystkim historia triumfu człowieka wobec przeciwności oraz jego silnej. A że panowie w tym wypadku posługują się angielszczyzną jest sprawą drugorzędną. Całość jednak tak mocno trzyma za gardło, że te wady nie mają wielkiego znaczenia. Ale to nie jest najlepszy film Howarda (dla mnie takim jest „Wyścig”), ale to i tak ścisła czołówka.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Snowpiercer: Arka przyszłości

Wyobraźcie sobie sytuację, że w celu uniknięcia efektu cieplarnianego doprowadzimy do wielkiego zlodowacenia. Ocalała ludzkość przebywa w wielkim pociągu Snowpiercerem, który od 17 lat przemierza zamarzniętą Ziemię. Mieszkańcy są podzieleni klasowo – bogaci przebywają najbliżej lokomotywy, a pasażerowie na gapę (ci biedniejsi) przebywają najdalej i w dodatku żyją nędznie. W końcu jeden z nizin – niejaki Curtis postanawia dokonać rewolucji i przejąć pociąg.

snowpiercer1

Brzmi to trochę niedorzecznie? Poniekąd tak jest. Ale skoro jest to film zrobiony za amerykańskie pieniądze na podstawie francuskiego komiksu, w dodatku reżyserem jest Koreańczyk, a całość sfilmowano w Czechach. Abstrakcyjne kino SF, które mimo pewnych sprzeczności ogląda się naprawdę dobrze. Niejaki Joon-Ho Bong prowadzi fabułę, która trochę przypomina grę komputerową (przejmujemy wagon, ruszamy dalej, po drodze dojdzie do jakieś morderczej walk), choć fabuła mocno balansuje na granicy bzdury. No żeby tak łatwo im to poszło, a strażnicy pilnujący „nizin” nie mają naboi w karabinach – doprawdy niepojęte. Świat jest mocno dystopijny, gdzie rządzi propaganda bogaczy i kult Wilforda – konstruktora oraz „kierowcy” tego pociągu (scena w przedszkolu), a wagon to dość idealne miejsce do konfrontacji i pewnego komentarza społecznego. W dodatku ścisk wagonów potęguje klaustrofobiczny klimat, choć dalej bywa trochę barwniej i z żywymi kolorami. Na pewno kilka scen zostanie w pamięci – produkcja batonów proteinowych czy walka z ubranymi na czarno rzeźnikami zmieniająca tempo oraz szalę zwycięstwa (tunel, gdy widzimy walkę z noktowizora jednego ze strażników).

snowpiercer2

Aktorstwo jest całkiem niezłe, choć postacie mocno szablonowe i niezbyt ciekawe (przywódca Curtis grany przez Chrisa Evansa to niemal typowy osiłek). Ale jest kilka mocno wyróżniających się osób jak przerysowana minister Mason (świetna Tilda Swinton) czy uzależniony od narkotyków haker Nam (Kang-ho Song), którzy wnoszą odrobinkę życia do tego przedsięwzięciu. O Edzie Harrisie (Wilford) i Johnie Hurtcie („lider” Gilliam) nawet nie muszę wspominać.

„Snowpiercer” jest dziwny i miejscami mocno zaskakujący. Potencjał był wielki i chyba nie do końca go wykorzystano. Ale jeśli potraktuje się całość z przymrużeniem oka, to zabawa może być przednia, a miejscami trzyma to w napięciu. Każdy powinien to sam obejrzeć, by wyrobić zdanie na ten temat.

7/10

Radosław Ostrowski


Sztanga i cash

Wiem jak zabrzmi ta historia, ale zarzekam się, że wydarzyła się naprawdę. W Miami w 1994 roku trzech kulturystów (Daniel Lugo, Paul Doyle i Adrian Doorbal) porwało, przejęło interes i próbowało zabić pewnego biznesmena, który szpanował swoim bogactwem. Na ich nieszczęście, bogacz przeżył i wynajął prywatnego detektywa, który doprowadził do schwytania ich.

sztanga2

Jeszcze bardziej nieprawdopodobne jest to, że reżyserem tej pokręconej opowieści (nakręconej za 20 milionów dolarów) jest Michael Bay – gościu, który lubi dużo akcji, dużo wybuchów, strzałów i amerykańskiego patosu, który bywa niestrawny nawet dla Amerykanów. Innymi słowy: lipa jest. Ale efekt okazał się zaskakujący, choć trudno nazwać „Sztangę…” pełnokrwistą komedią, a nawet jeśli pojawia się humor, to jest on mocno czarny (nie chodzi mi o kolor skóry). Mamy prymitywów, którzy próbują na skróty spełnić amerykański sen, co przyniesie im parę trupów, kupę szmalu, ale brak rozwiniętego mózgu. Sam sposób realizacji nadal teledyskowy, montaż szybki, przebitki, slow-motion czy stopklatki z dowcipnym komentarzem. Plusem na pewno jest pomieszana chronologia (prawie jak u Quentina T.) i pokazanie opowieści z punktu widzenia kilku postaci, niepozbawionych ironicznych dialogów i mocno absurdalnej intrygi. Zaś finał nie zaskakuje, choć może budzić skojarzenia z „Fargo” (ale umówmy się, Michael Bay to nie bracia Coen).

sztanga1

Za to jest to naprawdę dobrze zagrane. Mark Wahlberg i Dwayne Johnson są mocno napakowani i świetnie budują swoje postacie (pierwszy to silny psychicznie facet, który konsekwentnie chce spełnić swój sen i ukarać bogacza; drugi jest nawrócony religijnie twardzielem). Towarzyszy im Anthony Mackie, grający faceta z impotencją. Za to na drugim planie błyszczy Tony Shalhoub (Victor Kershaw – istny dupek) i Ed Harris (detektyw DuPois), którzy kradną każdą scenę.

sztanga3

Bay zaskoczył i nie wyszło lipy, serwując naprawdę porządną rozrywkę, choć nie dla każdego. Ironiczne, ponure i brutalne kino z małym budżetem.

7/10

Radosław Ostrowski