Predator: Strefa zagrożenia

Dan Trachtenberg stał się zbawcą serii „Predator”, choć jego filmy powstały od razu na platformę streamingową. „Strefa zagrożenia” to pierwsza od czasów „The Predatora” część serii, która trafiła na ekrany kin i – co wielu wkurzyło – posiadał kategorię wiekową PG-13. Czyżby Disney chciał wykastrować największego myśliwego w galaktyce?

„Strefa zagrożenia” zaczyna się na planecie Yautia Prime, skąd na swoje safari wyruszają Predatory. Jednym z nich jest Dek (Dimitrius Schuster-Koloamantangi), który ma udowodnić swoją wartość jako wojownik. Wspierany przez brata i znienawidzony przez ojca wyrusza zdobyć swoje pierwsze trofeum. I decyduje się wyruszyć na Gennę, nazywaną planetą śmierci (żaden Predator nigdy stamtąd nie wrócił) oraz upolować Kaliska – groźną bestię, rzekomo nie do zabicia. Lądowanie na planecie jest twarde i nieprzyjemne, a wszystko i wszyscy chcą Deka zabić. Wtedy na drodze trafia na Thię (Elle Fanning) – pozbawioną nóg androidkę działu broni biologicznej korporacji Weyland-Yutani. Jej ekipa wpadła na Kaliska, co skończyło się niezbyt przyjaźnie.

Już tutaj czuć pewną zmianę tonalną, która mocno podzieli widownię. Reżyser zamiast krwawego i brutalnego horroru poszedł w kino przygodowe, gdzie to nasz Dek jest zwierzyną. Nie ma tu krwi, bo zamiast ludzi oraz polowania na Ziemi, by znowu dostać wpierdol od Wikingów, samurajów czy innego Schwarzeneggera, mierzy się z fauną i florą Genny. Sama planeta potrafi być jednocześnie różnorodna, zjawiskowo wyglądająca oraz bardzo niebezpieczna. Od momentu pojawia się Thii, „Strefa zagrożenia” wchodzi w znajomy ton buddy movie, choć nasza towarzyszka początkowo irytuje swoją gadaniną i humor wydaje się wymuszony. Nawet pojawia się pewien uroczy stworek, stający się towarzyszem. Zaraz, to tego Predatora robił Pixar czy inny Disney?

Choć nie mamy tutaj ludzkiej krwi ani przekleństw na ekranie, to jednak akcja jest brutalna, makabryczna oraz obrzydliwa. I reżyser świetnie filmuje akcję (próba zabicia bizona chodzącego po szklanej trawie) oraz buduje napięcie. Oraz poszerza świat samego wojownika Yautia, dając mu mowę, zupełnie inne zabawki (łuk i miecz). A jednocześnie sam Dek świetnie grany przez Schustera-Koloamantangiego oraz efekty komputerowe przechodzi ważną ewolucję. Od mrukliwego, szorstkiego wojownika napędzanego przez dumę, ambicję oraz toksyczną męskość po bardziej empatycznego, dbającego o „swoje stado” lidera. Świetnie uzupełnia go Elle Fanning w podwójnej roli: sympatycznej Thai oraz bardziej chłodną, skupioną na zadaniu Tessę (także androida, a rozpoznać je można po… brwiach).

Ze wszystkich trzech filmów z serii „Predator” od Dana Trachtenberga, to „Strefa zagrożenia” jest najsłabsza. Nie mam problemów ze zmianą tonu i konwencji, zaś uczynienie wojownika rasy Yautia protagonistą wnosi sporo świeżości. Zgrzytały we mnie nie do końca pasujące akcenty humorystyczne oraz krótkie momenty przestoju, niemniej to cholernie dobry kawał kina. Nie wiem, czy następną częścią będzie konfrontacja Predatora z Xenomorphem, jednak nadal jestem zaciekawiony dalszym ciągiem.

7/10

Radosław Ostrowski

Kompletnie nieznany

Bob Dylan – jeden z najbardziej rozpoznawalnych muzyków XX wieku. Od folkowego grania na akustycznej gitarze z harmonijką przez rocka aż po zdobycie literackiej Nagrody Nobla. Jednak jego życie prywatne w zasadzie pozostaje tajemnicą, mimo sławy oraz rozpoznawalności. Pewną lukę w tej kwestii próbuje załatać reżyser James Mangold. Jednak o wiele bardziej skupia się na początku działalności.

kompletnie nieznany1

Wszystko zaczyna się w 1961 roku w Nowym Jorku, gdzie przebywa pewien 19-letni chłopak z gitarą (Timothee Chalamet). Młodzik jest wielkim fanem Woody’ego Guthrie (Scoot McNairy) – legendarnego muzyka folkowego, dotkniętego udarem i paraliżem. W końcu dzięki jego przyjacielowi, Pete’owi Seegerowi (Edward Norton) udaje się poznać muzyka oraz zaśpiewać mu utwór. Obaj są pod ogromnym wrażeniem, zaś Pete zaprasza Dylana do siebie, a ten zaczyna się aklimatyzować do Nowego Jorku tego okresu. A także zacząć tworzyć swoje utwory, co zaczyna być zauważane przez środowisko.

kompletnie nieznany2

Reżyser James Mangold idzie trochę inna drogą niż klasyczny biopic, bo o samym Dylanie i jego przeszłości wiemy bardzo niewiele. Bo i sam artysta nie mówi o niej zbyt wiele, zaś wypowiadane przez niego słowa są niejasne. Bardziej dostajemy wgląd na muzyka poprzez jego własne dzieła oraz jaki one wpływ mają na otoczenie (wykonanie „Master of War”). Jakby jego muzyka ma się sama bronić, zaś sam Dylan zostaje – jak tytuł mówi – „kompletnie nieznany”. Poprzez Dylana Mangold portretuje środowisko folkowe lat 60., pragnące się przebić do szerszej widowni, a jednocześnie mocno zakorzenione w przeszłości. Zamiast grać nowe utwory (jak Dylan – choć początkowo nie są nagrywane), więcej jest wydawanych coverów. A im bardziej sławny staje się nasz bohater, tym ciężej sobie z tym radzi. I nie, nie zaczyna brać narkotyków czy robić innych autodestrukcyjnych działań, ale próbuje grać wszystkim na nosie. Dlatego przerywa koncert, bo zamiast grać największe hity, chce pokazać nowe utwory; dlatego w studiu zaczyna brać innych muzyków; wreszcie w 1965 roku podczas Newpork Folk Festival gra na gitarze elektrycznej.

kompletnie nieznany3

Jeszcze to wszystko jest świetnie zagrane. Początkowo ciężko można było sobie wyobrazić Timothee Chalameta w roli głównej, ale jako Dylan wypada o wiele lepiej niż się spodziewano. Imituje głos artysty, także sam śpiewa i gra (jak wszyscy aktorzy), jednak nigdy nie popada w przerysowanie ani parodię. Bywa czasem antypatyczny i zbyt skupiony na sobie, lecz nie można ulec jego urokowi i aurze tajemnicy. Nominacja do Oscara wydaje się być pewna. Równie bogaty jest tutaj drugi plan: od zawsze solidnego Edwarda Nortona (uroczy Pete Seeger) przez wyraziste panie Elle Fanning (aktywistka Sylvie Russo) i Monicę Barbero (Joan Baez) aż po zaskakującego Boyda Holbrooka (kompletnie nie do poznania jako Johnny Cash).

kompletnie nieznany4

Choć początek bywa chaotyczny i nie do końca wiadomo, gdzie to zmierza, to „Kompletnie nieznany” pozostaje wciągającą biografią. Zamiast faktografii i sztampy, Mangold bardziej wsłuchuje się w muzykę Dylana, pokazując jej siłę oraz wpływ na całe społeczeństwo. Niemal impresyjny portret artysty z czasów młodości.

8/10

Radosław Ostrowski

Jak rozmawiać z dziewczynami na prywatkach?

Sam tytuł może wprawić w zaskoczenie, bo czego można oczekiwać? Kina edukacyjnego o tym jak zagadać przedstawicielkę płci pięknej przez niedoświadczonego chłopaka? Młodzieżowej komedii w stylu „American Pie” ze sprośnymi żartami? A może jest to film erotyczny? Na każde z tych pytań odpowiedź jest jedna: NIE. Ale to jest film o miłości, niekoniecznie fizycznej, za to w duchu punka.

Jest Londyn roku 1977, kiedy królowa Elżbieta II świętowała 25 lat siedzenia na tronie. I to w tych czasach narodziła się muzyka punkowa – antysystemowa, bez szacunku dla starszych ludzi (w sensie od rodziców wzwyż). A jednym z jej fanów jest niejaki Emm. Jest młodym chłopakiem, co buja się z dwoma kumplami od imprezy do imprezy, słucha muzy punkowej, a nawet wydaje taki fanowski magazyn. Pewnej nocy idzie pokątnie na imprezę i poznaje Ją. Taką kobietę, z którą chciałoby się pożyć, a może nawet spędzić resztę życia. Ma na imię Zan i… jest kosmitką o ciele kobiety. Zresztą na tej imprezie niemal wszyscy to przybysze z innej planety, którzy przybyli zaszaleć po raz ostatni.

Reżyser John Cameron Mitchell postanowił wziąć na warsztat opowiadanie Neila Gaimana. To wyjaśnia skąd takie pokręcone elementy, ale nawet nie jesteście na to gotowi. Bo jest dziwacznie, klejąc komedię romantyczną w duchu kina niezależnego z SF oraz dawką absurdalnego poczucia humoru. I powiem szczerze, że nie dowierzałem. Punkowa muza, zbuntowani młodzi ludzie, kosmici żywiący się swoimi dziećmi oraz podzieleni na kasty, menadżerka zespołu żyjąca dosłownie punkowym stylem życia, dziwaczny seks. Od samego wymieniania już mnie boli głowa, a reżyser jeszcze eksperymentuje z formą. Najbardziej czułem to w scenie koncertu, gdzie Zan zostaje wokalistką, okraszona animowaną wstawką.

Ogląda się to z zaciekawieniem, ale wielokrotnie w trakcie seansu zdarzało mi się „wyłączyć”. Gubiłem rytm, wątki mieszały się ze sobą i wywoływały dezorientację, zaś absurd czasami do mnie trafiał (koncert czy próba odbicia Zen siłowo przerwana… chwilką na herbatę), a czasem nie (erotyka czy tłumaczenie zasad kosmitów). Sytuację ratują dwie fantastyczne role – odrealniona Elle Fanning (próbująca się odnaleźć w naszym świecie Zen) oraz kradnąca film Nicole Kidman w charakteryzacji a’la David Bowie z „Labiryntu” (menadżerka Boadicea). Dawno nie widziałem tej aktorki w tak energetycznej, postrzelonej i wariackiej kreacji.

„Jak rozmawiać z…” to bardzo dziwaczny film, który nie każdemu się spodoba. Czasami zbyt absurdalny, postrzelony i próbujący skleić kilka gatunków ze sobą. W nie zawsze udany sposób, ale z pasją oraz punkową duszą.

6/10

Radosław Ostrowski

Nocne życie

Amerykanie lubią opowiadać o gangsterach, niemal celebrując ich niczym bohaterów. A czasy Wielkiego Kryzysu dają bardzo duże pole do popisu dla filmowców, pisarzy oraz innych artystów. Jednym z nich jest specjalista od kryminałów – Dennis Lehane, który napisał trylogię poświęconą Joe Coughlinowi. Ale na ekran postanowiono przenieść środkową część, skupiającą się na naszym bohaterze, któremu twarzy oraz głosu użyczył będący na wznoszącej fali Ben Affleck. Człowiek ten postanowił też film wyprodukować (wspólnie z Leonardo DiCaprio), napisać scenariusz oraz wyreżyserować.

nocne_zycie1

Sam początek to Boston lat 20., gdzie poznajemy Joego. Jest on synem kapitana policji, chociaż sam zajmuje się nie do końca legalnymi interesami. Jest drobnym złodziejem i cwaniakiem, który ma jednego poważnego pecha: umawia się z dziewczyną, która jest kochanką szefa irlandzkiej mafii. I to mocno zmienia jego życia, o mały włos unikając śmierci. By zemścić się na rywalu podejmuje współprace z włoskimi gangsterami i dostaje zadanie przejęcia kontroli nad Florydą – a dokładniej do Tampy, by rozkręcić handel rumem oraz inne gałęzie gangsterskiego interesu.

nocne_zycie2

Na pierwszy rzut oka nowy film Afflecka wydaje się klasycznym filmem gangsterskim, gdzie mamy drobną płotkę, która staje się wielką rybą. Joe próbuje żyć po swojemu, lecz kontrolę nad swoim losem stracił już dawno temu. Do tego mamy czas prohibicji, czyli nędzy i biedoty, gdzie tylko najsprytniejsi i najbogatsi byli w stanie się utrzymać na powierzchni. Tylko przestępcza kariera pomagała żyć na więcej niż przyzwoitym poziomie. Jednak problem w tym, że trzeba bardzo uważać. Bo jak się zdobywa władzę, to ludzie wyżej i niżej postawieni chcą na tym coś ugrać. Zdrada wisi w powietrzu, traktowanie cię jak śmiecia (Ku Klux Klan) oraz przypominanie dla kogo tak naprawdę pracujesz. Czy w tym świecie da się przetrwać?

nocne_zycie3

Reżyser solidnie buduje realia epoki oraz zachowuje styl tych czasów. Nie zapomina jednak o scenach akcji, które są zrobione świetnie. Zarówno ucieczka po napadzie, jak i niemal finałowa strzelanina w hotelu są bardzo dobrze wykonane pod względem operatorskim oraz montażowym. Problem w tym, że postaci oraz wątków jest zwyczajnie za dużo i nie wszystkie w pełni wybrzmiewają. Mamy mafijne rozgrywki, córkę komendanta z Tampy, której przemiana (z narkomanki do religijnej fanatyczki) może drażnić, wątek miłosny; a nawet dwa. Sam środek toczy się dość szybko, przez co w wiele rzeczy musimy uwierzyć na słowo (narracja Coughlina z offu), a wiele wydarzeń zostaje pokazanych bardzo skrótowo, przez co spokojne tempo staje się bardzo męczącym doświadczeniem.

Jeśli coś nie zawodzi, to jest bardzo gwiazdorska obsada, która robi, co potrafi najlepiej. Sam Affleck w roli głównej wypada całkiem nieźle, chociaż czytając powieść wyobrażałem sobie o wiele młodszego aktora. Niemniej mimo niemal kamiennej twarzy, aktorowi udaje się przekonująco pokazać wewnętrzne konflikty za pomocą oczu oraz drobnej mimiki. Solidny poziom prezentują niezawodni Brendan Gleeson (ojciec Joe) i Chris Cooper (komendant Figgis), można też zawiesić oko na zjawiskową Zoe Saldanę (Gabriella) oraz apetyczną (nadal) Siennę Miller (Emma), a najbardziej zaskakuje Elle Fanning w roli córki komendanta. Początkowo spokojna, jej przemiana potrafi zmrozić krew (fantastyczna scena przemowy), tworząc wyrazisty charakter.

Nie będę ukrywał, że „Nocne życie” bardzo mnie rozczarowało. Affleck jako reżyser coraz bardziej się rozwijał i ten tytuł miał wszelkie odpowiednie składniki, by zrobić furorę oraz dostarczyć świetnej rozrywki. Tylko, że po pierwszym akcie wszystko zaczyna się rozsypywać i dopiero pod koniec zaczyna nabierać siły. Oby to nie był początek kariery reżyserskiej Afflecka.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Galveston

Jest rok 1988. Roy Cody pracuje dla niejakiego pana Pitko – polskiego gangstera jako osiłek do „prostowania” kilku osobników. Jak go poznajemy jest u lekarza z nieprzyjemną diagnozą (rak płuc).  Właśnie musi objaśnić pewnemu prawnikowi związanemu ze stocznią, żeby nie podskakiwał. Ale na miejscu okazuje się, że cała akcja jest ustawiona i o mały włos nie kończy się śmiercią. Mężczyzna znajduje też przywiązaną do krzesła młodą dziewczynę, którą zabiera ze sobą. Wyruszają do miasteczka Galveston, by się ukryć.

galveston1

Nazwisko Nic Pizzolatto fanom małego i dużego ekranu mówi bardzo dużo. Serial „Detektyw”, nowa wersja „Siedmiu wspaniałych” oraz powieść „Galveston”. To drugie postanowiono przenieść na ekran przez filmowców, a dokładnie przez… Melanie Laurent, co mnie kompletnie zbiło z pantałyku. Ta francuska aktorka, której blask zaświecił najmocniej w „Bękartach wojny” od lat próbuje swoich sił jako reżyserka. Sam film jest thrillerem w klimacie Nowego Orleanu, jaki znamy z „Detektywa”, tylko bez surrealistycznej otoczki. Jeśli jednak liczycie na krwawą rzeźnię, zawody w strzelanie, to nie jest najważniejszym elementem tego filmu (choć jest kilka mocnych scen jak zasadzka na początku czy ucieczka zrealizowana w jednym ujęciu). Tutaj najważniejsza jest relacja między zgorzkniałym Codym oraz Rocky, z dość pokiereszowaną przeszłością. Ci bohaterowie próbują – być może ostatni raz – zrobić coś dobrego i poukładać ten bajzel. Dla siebie, ale też i innych. Jednak reżyserka nie serwuje klasycznego, hollywoodzkiego happy endu, bo nad pewnymi rzeczami nie zawsze ma się wpływ. I to czyni „Galvestona” jedną z ciekawszych rzeczy w tym gatunku.

galveston2

Może i przydałby się większy pazur czy silniejsze napięcie w środku filmu, ale spokojna ręka Laurent sprawia, że ten dość ponury dramat potrafi uderzyć. W czym pomaga tutaj dość zaskakujący duet. Ben Foster w roli Cody’ego jest odpowiednio twardy, szorstki oraz prześladowany przez swoje demony, tworząc bardzo intrygującą mieszankę. Jednak bardziej zaskoczyła mnie Elle Fanning, która pozornie wydaje się taka jak zawsze. Ale Rocky w jej wykonaniu to jeszcze bardziej naznaczona piętnem kobieta, która chce wyrwać się z piekła, zaś więź między nią a Codym troszkę przypomina relację ojciec-córka (przynajmniej na początku), by potem ewoluować w coś znacznie głębszego, poważniejszego. I ten duet nakręca ten film, za to na drugim planie dominuje C.K. McFarland jako zadziorna  recepcjonistka Nancy.

galveston3

Muszę przyznać, że „Galveston” nie jest typowym kryminałem na jaki się zapowiadał. To bardzo wyciszony dramat o odkupieniu oraz próbie przewartościowania swojego życia, na które – podobno – nigdy nie jest za późno. Tylko, że nie każdemu jest dane to zrobić.

7/10

Radosław Ostrowski

Ostatnie pokolenie

Wyobraźcie sobie świat, w którym coraz trudniej jest zdobyć wodę z powodu ogromnej suszy. Z tego powodu dystrybucja tego surowca jest mocno ograniczona, zaś ranczerzy, by przetrwać, muszą handlować alkoholem i liczyć na cud. Kimś takim jest Ernest Holm, ale bardzo brakuje mu umiejętności. Mężczyzna mieszka z synem i córką, która umawia się z dość szemranym Flemmingiem, który ma inne plany wobec tej ziemi.

ostatnie_pokolenie1

Początek dzieła Jake’a Paltrowa może budzić skojarzenia z postapokaliptyczną wizją świata, pełnego pustynnych krajobrazów, szalejących bandytów oraz zwykłych ludzi, próbujących przetrwać. Reżyser przez dłuższy czas prezentuje wizję swojego świata, gdzie nie brakuje pomysłowych gadżetów (futurystyczny telefon czy mechaniczny osioł), jednak nie one są tu najważniejsze. Degrengolada świata, pełna biurokracji, korupcji oraz drobnych cwaniaków jak Robbie, handlujący dziećmi czy licytacje sprzętu. I tutaj mamy zwykłą rodzinę oraz mocno przywiązanego do ziemi Flema, który do realizacji swoich celów nie cofnie się nawet przed morderstwem. Historia skupia się na zabójstwie, zemście, brutalnej inicjacji oraz uczynieniu ziemi znowu żyznej. Niby nie dzieje się wiele, ale reżyser powoli zaczyna odkrywać kolejne elementy intrygi, prowadząc do dość oczywistego finału, naznaczonego krwią, odpowiedzialnością oraz mrokiem. Wszystko to wsparte przez bardzo surowe zdjęcia, pełne pustynnych krajobrazów (na początku) oraz niepokojącą muzykę. Może czasami dialogi wydają się dość suche, a pewne wątki związane ze światem poza rolniczym, gdzie trzeba mieć przepustki, są szybko urwane i można było je rozwinąć, niemniej seans jest całkiem przyjemny.

ostatnie_pokolenie2

Za to nie zawodzą aktorzy, z których najbardziej wybija się trzech panów. Michael Shannon zawsze się sprawdzał w postaciach z tajemnicą oraz nieprzyjemną przeszłością, tutaj jedynie potwierdza swoje umiejętności. Ernest jest bardzo wycofanym, skrytym facetem, próbującym wytrwać do końca. Bardziej wybija się za to Nicholas Hoult, przechodzący olbrzymią ewolucję Flemming. Na początku chłopak na motorku, wyglądający jak bandzior, z czasem stający się panem na włościach, pewnym siebie facetem. Wreszcie bardzo wycofany Kodi Smit-McPhee (Jerome), który jest zapatrzony w ojca, też zmienia się w sprytnego, dojrzałego mężczyzny.

ostatnie_pokolenie3

„Ostatnie pokolenie” to kolejny ciekawy głos w nurcie niezależnego kina SF. Niby nic nowego, a sama intryga może też wydaje się niezbyt zaskakująca, ale potrafi miejscami poruszyć i trzymać w napięciu, chociaż wydaje się spokojny. Te paradoksy nie wykluczają się nawzajem.

7/10 

Radosław Ostrowski

Na pokuszenie

Jest rok 1864, ciągle trwa wojna secesyjna. Gdzieś w Luizjanie znajduje się pensja dla młodych dziewczyn, kierowana przez pannę Marthę. Dziewuchy uczą się szycia, muzyki, języka francuskiego, gotowania – czyli wszystkiego, co potrzebuje młoda kobieta, by prowadzić szczęśliwe i dostanie życie u boku mężczyzny. Wtedy w okolicach pensji jedna z dziewczyn znajduje rannego żołnierza. Bez zastanowienia postanawia przyjąć go do domu, by mógł się wykurować.

na_pokuszenie1

Nowe dzieło Sofii Coppoli dawało spore pole do popisu, by zrobić dzieło między dramatem a thrillerem. On jeden, a panien jest kilkoro, co musi doprowadzić do zgęstnienia atmosfery. Zwłaszcza, że kobiety są tutaj same, większość (poza właścicielką oraz młodą nauczycielką, Edwiną) nie miały jeszcze styczności z mężczyzną. Wydawałoby się, że facet trafił do raju, a każdą z dziewczyn na swój sposób przyciąga. Kusi je niczym wąż Ewę, budząc w nich kobiety, ich seksualność. Jest niczym lustro, w którym można się przejrzeć. Przynajmniej w teorii, bo emocji tutaj jest jak na lekarstwo. Wszystko toczy się bardzo powoli, spokojnie, lecz to wszystko nie angażuje, nie prowokuje i niejako jest przyjmowane na wiarę. Może końcówka troszkę robi robotę, ale dla tego dzieła jest już za późno. Postacie są ledwo liźnięte (najbardziej wybijają się panna Martha, nauczycielka Edwina oraz pannica Jane), nie do końca zarysowane i brakuje im charakteru.

na_pokuszenie2

Jednego, czego nie mogę odmówić temu dziełu to przepiękne zdjęcia, bardzo plastyczne. I nie chodzi tu tylko o krajobraz, lecz także o oświetlenie, dodające lekko mrocznego klimatu. Coppola próbuje iść w poważniejsze rewiry, ale ta taktyka się nie sprawdza. Choć całość trwa około półtorej godziny, strasznie się ten seans dłuży.

na_pokuszenie3

Nawet aktorzy nie są w stanie uratować tego dzieła. Colin Farrell daje sobie radę jako ranny wojak, bardziej powściągliwy i spokojniejszy niż zwykle (chociaż, gdy puszczają mu nerwy robi się ciekawiej), ale najwięcej do pokazania mają Nicole Kidman oraz Kirsten Dunst, wykorzystując spore pole do popisu. Zwłaszcza Dunst jako przytłumiona, wyciszona kobieta, na nowo odkrywająca pożądanie.

na_pokuszenie4

Sofia Coppola próbuje kusić i stworzyć takie bardziej feministyczne kino, próbujące pokazać kolejny przykład zderzenia kobiet z mężczyzną. Próbuje pokazać kuszenie, ale tak naprawdę nie ma niczego do zaoferowania. I za co ta Złota Palma? Za bycie ładną wydmuszką?

5/10

Radosław Ostrowski

Trumbo

Hollywood – kto z nas nie chciałby choć raz tam zamieszkać. Jednak nie zawsze był to czas słodki i beztroski. Nawet, jeśli mówimy o złotych latach 40. i 50., gdyż był to okres mroczny w historii USA. Czas polowania na czerwone czarownice oraz obsesji na punkcie obecności komunistów. Jedną z ofiar tego czasu był scenarzysta filmowy Dalton Trumbo – bohater nowego filmu biograficznego Jaya Roacha.

trumbo1

Reżyser ten jest twórcą tworzącym niejako dwutorowo. Z jednej robi dość prostackie komedie jak cykl o pielęgniarzu Gregu Fockerze („Poznaj mojego tatę”, „Poznaj moich rodziców”), z drugiej realizuje dla telewizji ambitne filmy o polityce („Zmiana w grze” o wyborach 2008 roku i udziale Sary Palin). Rzemiosło reżysera wydawało się i tak zaskakującym wyborem na film biograficzny, ale udało się. Reżyser bardzo przekonująco odtwarza realia lat 40 i 50., z tym całym blaskiem i sznytem. Mieszkanie aktora Edwarda Robinsona, gdzie spotykali się scenarzyści sympatyzujący w kierunku bardziej liberalnym, skromny dom Trumbo czy plan filmowy wygląda bardzo porządnie. Podobnie z pietyzmem oddano kostiumy i wpleciono we wszystko materiały archiwalne. Owszem, sama opowieść jest dość uproszczona i przewidywalna: sukces, upadek, działalność konspiracyjna oraz spektakularny powrót, ale ogląda się to z zaangażowaniem. Roach konsekwentnie przedstawia portret Trumbo oraz jego środowiska, próbującego sprytem pokonać i ośmieszyć osoby pokroju senatora McCarthy’ego oraz Heddy Hopper, broniącej Amerykanów przed komunistami. Te postacie przedstawiane są jako bezwzględni manipulatorzy, precyzyjnie wykorzystującymi strach, posuwając się do szantażu.

trumbo3

Jak mocno oddziałuje ten strach widać w scenach, gdy państwo Trumbo przenoszą się do nowej dzielnicy, a sąsiedzi przesyłają „przyjazne” listy, brudzą basen. Także naciskają na wpływowych ludzi z branży. Zagrożenie praw obywatelskich nadaje uniwersalnego charakteru całości. Sam Trumbo w filmie pokazany jest jako geniusz w swojej branży, mistrz pióra oraz rzemieślnik. Grający go Bryan Cranston w pełni oddaje jego charyzmę i spryt, ale też i egoizm. Tytan pracy, zmuszający się do ciągłej koncentracji (z tego powodu nie przychodzi na urodziny córki) oraz zapatrzony w siebie Trumbo jest bardzo trudny w obyciu, ale nie boi się swoich przekonań. Aktor zawłaszcza sobą ekran, a fizyczne podobieństwo do pierwowzoru jest imponujące.

trumbo2

Drugą wyrazistą postacią jest Heddy Hopper, grana przez wyborną Helen Mirren. Pod tym pozornie miłym spojrzeniem jest zimna i twarda suka, przekonana o swojej sile oraz bezwzględności. Te dwie role zahaczają o wybitność i warte są wszelkich wyróżnień. Poza tą dwójką mocno wyróżnia się świetny Louis C.K. (uparty i walczący o swoje racje scenarzysta Arlen Hird), niezawodny John Goodman (producent Frank King) oraz solidny Michael Stuhlberg (aktor Edward G. Robinson).

trumbo4

Roach swoim „Trumbo” potwierdza swoje ambicje w tworzeniu kina gatunkowego. Sam film w sobie jest przyzwoity i ma ciekawą historię, ale to świetne aktorstwo wnosi go na wyższy poziom. Mniej znany okres w historii USA jak bardziej warty przypomnienia.

7/10

Radosław Ostrowski

Neon Demon

Poznajcie Jesse – takich dziewczyn jak ona w Los Angeles jest na pęczki. Ładne dziewczyny z małych miejscowości i dużymi marzeniami, by podbić świat. I to w najtrudniejszym fachu na świecie, gdzie dominuje kult młodości, czyli modelingu. A jest najpiękniejszą dziewczyną i tak młodą, bo zaledwie 16 lat posiada to dziewczę. A już koleżanki patrzą na nią z zawiścią – podkrada ich sesje, pojawia się na wybiegu i są przekonane, że zrobiła to przez łóżko. I z zemsty zrobią jedną rzecz, jaką tylko można.

neon_demon1

Jak widzicie sama fabuła nie należy ani do oryginalnych, ani zaskakujących. I w zasadzie można byłoby ją olać, gdyby nie nazwisko reżysera. Nicolas Winding Refn – magnetyzujący, intrygujący, najbardziej rozchwytywany twórca spoza Hollywood, kręcący filmy w Hollywood, posiadający własny styl wizualny. Każdy kto widział „Drive” czy „Bóg tylko wybacza” wie, o czym mówię. Nowe dzieło „Neon Demon” w niczym nie ustępuje w/w/ tytułom, jeśli chodzi o stronę plastyczną – to arthouse’owe kino, pełne mroku oraz gwałtownego, mocnego koloru, postaci idących w mroku, a w tle gra hipnotyzująca ambientowa muzyka. Reżyser wie, jak budować klimatyczne ujęcia, co widać choćby w scenach pokazów, gdzie bohaterka stoi i cały czas odbija się flesz od pstrykanych zdjęć czy pojawienia się pantery w wynajętym lokum.

neon_demon2

Ale wiecie, w czym jest największy problem? Że to wszystko jest tak naprawdę płytkie i puste w środku. Postacie gadają o pięknie, młodości, ale nie wynika z tego nic. I żeby to było ważne i głębokie, pełne jest podtekstów erotycznych, symboli oraz wrzuconego na siłę drugiego dna. Modelki są tutaj niemal wampirami czającymi na krew Jesse, by być takie młode jak ona – jedna z nich nawet próbuje wyssać jej krew z rannej ręki, charakteryzatorka chce się z nią przespać, a gdy odmawia robi to… ze zwłokami (fuj!!!). Jakby tego było mało, jeszcze są jakieś trzy trójkąty, nagi taniec pod prysznicem, wreszcie morderstwo i kanibalizm, tylko – kogo to obchodzi? Wszystko jest tutaj pretekstowe, trudno też mówić o jakichkolwiek postaciach czy aktorstwie. Wszyscy są tutaj marionetkami w rękach reżysera, któremu są całkowicie posłuszne i mówią te swoje tzw. dialogi, które nie są niczym godnym uwagi. Wyłamuje się tutaj jedynie Keanu Reeves w roli ordynarnego i prostackiego dozorcy Hanka, ale to troszkę za mało.

neon_demon3

Po „Neon Demon” nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Refn stał się niewolnikiem swojego własnego stylu, czyli audio-wizualnego przepychu, pełnego rozbudowanego tła, symboli, aluzji i metafor. Z jednej strony to go wyróżnia i czyni go jakimś, ale z drugiej ta maniera zaczyna odbijać się czkawką, czyniąc go coraz bardziej hermetycznym i nieczytelnym. Dla mnie to absolutna strata czasu i przerost formy nad treścią.

5/10

Radosław Ostrowski

Czarownica

Wszyscy znamy baśń o Śpiącej Królewnie? Panowie z Disneya też ją znają, ale postanowili pójść zgodnie z trendami i zrobili znacznie mroczniejszą i „stuningowaną” opowieść. Ale po kolei. Czarownicą jest tutaj niejaka Maleficent, która była wróżką pilnującą Wrzosowiska – krainy zamieszkiwanej przez magiczne istoty. Wróżka zaprzyjaźnia się ze Stefanem – młodym chłopcem, z którym łączy więź. W tym czasie Wrzosowisko chce podbić król Henry. Wtedy Maleficent zostaje zdradzona przez Stefana, który zostaje królem. A gdy rodzi mu się córka, tytułowa czarownica planuje zemstę.

czarownica1

Debiutujący na stanowisku reżysera scenograf Robert Stromberg na pewno ma oko do spraw wizualnych. I to widać, bo zarówno scenografia, kostiumy, zdjęcia oraz efekty specjalne robią naprawdę duże wrażenie. Samo Wrzosowisko wygląda bardzo bajkowo i nie jest to wada. Ale na szczęście także sama opowieść trzyma swój poziom. Niby znamy całość i wiemy co się stanie, ale nie brakuje tu niespodzianek oraz rozmachu godnego widowiska. Widać to w niewielu scenach akcji (atak na Wrzosowisko czy finałowa konfrontacja), ale mroczny klimat przykuwa uwagę. Problem w tym, że to produkcja raczej dla młodszego widza (pozbawiona krwi i brutalności), opowiadająca o braku tolerancji i ostrzeżeniem do czego doprowadza egoizm. Nie brakuje odrobiny humoru (trzy niezdarne wróżki), ale są one jakby przy okazji tej całej historii.

czarownica2

Jednak największym atutem jest baśni jest znakomita Angelina Jolie, która bardzo wiarygodnie prezentuje się zarówno jako anielska i niewinna wróżka, jak też będąc demoniczną i złą czarownicą. Jak grozi, to wierzymy jej na słowo, jednak jej wielowymiarowość potrafi oczarować. W środku nadal jest tą samą anielicą, którą okoliczności zmusiły do takiego a nie innego wyboru. Nie gorszy jest Sharlto Copley jako król Stefan, który jako dorosły pokazuje najgorsze cechy człowieka – chciwość, obłęd, żądzę władzy. Przy tej dwójce grającą księżniczkę Aurorę Elle Fanning wypada bardzo blado. Intryguje za to trio wróżek (uroczo wyglądają jako małe istotki Lesley Manville, Imelda Staunton i Juno Temple), które rozładowuje napięcie humorem. I jest jeszcze Sam Riley, czyli Diaval (kruk, który przybiera ludzką postać).

czarownica3

Wbrew pozorom, to bardzo spokojna, wręcz kameralna baśń, którą można było podkręcić. Jednak solidna realizacja i naprawdę wyborna Angelina w roli głównej potrafią przykuć uwagę na dłużej. I potwierdza, że Disney zaczyna wracać do formy.

7,5/10

Radosław Ostrowski