Opowieść

Poznajcie Jennifer – to dziennikarka przed 50-tką, ale nadal atrakcyjna. Od lat żyje w narzeczeństwie z wziętym operatorem i powoli szykuje się do ślubu. Jednak jej dość spokojne życie zmienia się przez telefon od przerażonej matki. Pozornie kobieta ignoruje ten telefon, aż w końcu zostaje wysłana przyczyna: opowiadanie napisane przez Jen w wieku 13 lat, gdzie wspomina okres pobytu u nietypowej pary, zajmującej się trenowaniem (dzieci) oraz hodowlą koni. Tylko, że jest też o relacji intymnej z dorosłym mężczyzną.

opowiesc1

Reżyserka filmu Jennifer Fox postanowiła opowiedzieć o sobie samej oraz próbie pokonania swojej traumy, która dawno temu została wyparta przez pamięć. Sama Jenny pamięta samo miejsce, wrażenia, postacie, ale szczegóły dawno się zatarły, a wiele rzeczy oraz pozostało nienazwanych. To obyczajowy dramat, poprowadzony jednak troszkę inaczej niż tego typu produkcje nas przyzwyczaiły. Wiele scen, dialogów i fragmentów opowiadania zostaje powtórzonych, chociaż kontekst coraz bardziej zaczyna się zmieniać. Z jednej strony jest tu prowadzone dochodzenie własne śledztwo, gdzie poznajemy kolejne retrospekcje, rozmowy z bohaterami tamtych wydarzeń i odkrywanie kolejnych elementów układanki. Czyli klasyka tego typu produkcji. Z drugiej zaś Jenny „rozmawia” poprzez łamanie czwartej ściany i zwracanie się bezpośrednio do tych bohaterów już jako dorosła kobieta. Robi to nawet z młodszą wersją siebie, co na pewno czyni całość o wiele bardziej atrakcyjnie.

opowiesc2

Bardzo przekonująco odtworzono realia lat 70. – czasów bardziej liberalnych, gdy takie słowa jak molestowanie, pedofilia były nieznane, zaś o niewłaściwych zachowaniach nie mówiło się wprost. Tylko co zrobić w takiej sytuacji, jak odkryć prawdę i czy jest szansa na oczyszczenie, rozwianie wątpliwości. Nawet sceny intymnych relacji pokazane są na tyle delikatnie, by nie oskarżać twórców o pornografię, ale potrafią nadal przerazić. I co najważniejsze, nie daje tutaj mocnej kropki nad i w sprawie co dalej. Czy będzie szansa na związek, jaka była prawda i jaki będzie kolejny ruch? To może troszkę przeszkadzać.

opowiesc3

Za to film nadrabia świetnym aktorstwem. Tutaj błyszczy znakomity Laura Dern w roli Jennifer – pozornie spokojna, opanowana, lecz drobnymi modyfikacjami głosu oraz gestami widać, że w środku zaczyna się tutaj gotować. I to jest postać mocno trzymająca za gardło, której losy zaczynają nam zależeć. Równie mocna jest Elisabeth Debicki jako zjawiskowa pani G, będąca mieszanką delikatności, surowości oraz ciepła, a także partnerujący jej Jason Ritter (bardziej śliski, choć tego nie widać od razu Bill). Tak samo klasę prezentuję Ellen Burstyn jako matka oraz nieźle radzący sobie Common. Ale największą niespodzianką jest młodsze oblicze Jennifer, czyli Isabelle Nelisse – bardzo delikatna, naiwna oraz zagubiona dziewczynka, zauważona przez obcych ludzi.

„Opowieść” znowu pokazuje, że jeśli chodzi o realizację filmów telewizyjnych, HBO nadal pozostaje wyznacznikiem wysokiej jakości. Może czasami tempo może wielu znużyć, jednak sam film prowokuje do refleksji i dotyka (na szczęście, nie powiechrzownie) poważnego tematu, wspierany przez świetne aktorstwo. Ta „Opowieść” porusza i angażuje.

7/10

Radosław Ostrowski

Kamienne pięści

Kino od zawsze interesowało się boksem i nie ma w tym niczego zaskakującego – w końcu to dynamiczny sport, pozwalający na widowiskowe potyczki, pełne krwi i emocji. Nie inaczej jest tutaj, w biografii panamskiego pięściarza, Roberto Durana. Jego historię przedstawił rodak, Jonathan Jakubowicz.

kamienne_piesci1

Historia boksera wydaje się być klasyczną do bólu opowiastką o chłopaku z ulicy, który dostał (i wykorzystał) szansę wejścia na szczyt. Ale łatwo nie było. Panama była krajem częściowo opanowanym przez Amerykanów (chodziło o Kanał Panamski, który zbudowali Jankesi) i wywoływało to spięcia. Dlatego naród potrzebował kogoś, kto mógłby być wzorem do naśladowania. Mimo że akcja toczy się według ogranego schematu (początki, sukces, upadek, powrót) nie czuje się kompletnego znużenia. Reżyser dość przekonująco przedstawia karierę Durana, jego związek z Felicidad, a jednocześnie wplata w to wydarzenia na Panamie jako kontrapunkt dla losów naszego bohatera. Po drodze pokazuje powiązania boksu z półświatkiem gangsterskim, mechanizmy biznesowe walk czy powolne oddalanie się Durana od bliskich. Brzmi to wiarygodnie, chociaż niektóre kwestie pozostają ledwo liźnięte. Kulminacją jest tutaj walka z Sugar Rayem Leonardem – amerykańskim mistrzem świata, która wywindowała Panamczyka na szczyt. Sceny pięściarskie są poprowadzone bardzo dynamicznie, niemal z bliska, bawiąc się montażem. Nie ma jednak miejsca na zagubienie czy dezorientację. Wszystko jest wyważone, niepozbawione odrobiny humoru (nadania przez bohatera swoim synom na imię… Roberto), ale i nie pozbawione emocji czy wzruszeń (spotkanie z nigdy nie widzianym ojcem).

kamienne_piesci2

Reżyser pewnie opowiada, chociaż pewne fakty i kwestie przemilcza, ale to w przypadku biografii rzecz absolutnie normalna. Nie znamy dokładnych powiązań Arcela z mafią ani osobistego życia Sugar Raya, ale to rozwaliłoby całą konstrukcję, rozpraszając uwagę od najważniejszej rzeczy – boksu. I jestem w stanie to wybaczyć.

kamienne_piesci3

Zwłaszcza, że dostajemy tu więcej niż porządne aktorstwo. Spisał się Edgar Ramirez, chociaż jego bohatera troszkę trudno polubić – Duran w jego wydaniu to taki pewny siebie samiec alfa, co nie daje sobie w kaszę dmuchać. Nadmiar dumy za bardzo go rozluźnia, przez co ponoszą go nerwy. Kontrastem dla niego jest wracający do dobrej dyspozycji Robert De Niro w roli mentora Raya Ancera (jest on też narratorem całości). opanowany, wyciszony i spokojny, ale też bardzo cierpliwy. Prawdziwym zaskoczeniem jednak dla mnie był Usher – znany piosenkarz, który wcielił się w Sugar Raya Leonarda – elegancki, inteligentny i czarujący facet (w porównaniu do Durana). Świetnie odtworzył gesty i ruchy na ringu Sugar Raya – chapeau bas.

kamienne_piesci4

„Kamienne pięści” nie są niczym nowym w materii kina bokserskiego, ale to jest na tyle dobrze skrojone, że sprawia to dużą przyjemność. Zresztą takie opowieści o wzlocie i upadku zawsze będą mile widziane. Uczciwe, niepozbawione emocji kino.

7/10

Radosław Ostrowski

House of Cards – seria 4

UWAGA! Tekst zawiera spojlery
(jeśli nie oglądaliście poprzednich części, nie czytajcie)

house_of_cards_41

Frank Underwood ma spore problemy, odkąd został prezydentem. I nie chodzi tutaj o potyczki z mediami, nazywanie potocznie konferencjami prasowymi, walkę o reelekcję, ale o stratę najwierniejszego sojusznika: Claire. Kobieta odchodzi o męża i próbuje spełnić swoje ambicje polityczne, do czego Frank nie chce dopuścić. Jakby tego było mało, były dziennikarz Lucas Goodwin wychodzi z więzienia i w ramach programu ochrony świadków, dostaje nową tożsamość i pracę, jednak nie zamierza siedzieć bezczynnie i planuje zemstę na Underwoodzie.

house_of_cards_42

Wydawałoby się, że po trzeciej – lekko nudniejszej serii – twórcom „House of Cards” zaczyna brakować pomysłów na historię. A jednak dalsze losy Francisa oraz bezwzględnego politycznego spektaklu znowu zaczęły wciągać, zarówno dzięki świetnym dialogom, jak i coraz bardziej zagmatwanemu scenariuszowi. Frank mierzy się z wieloma wrogami: z samą Claire (na szczęście ta wojna nie trwa zbyt długo), z gubernatorem Willem Conwayem – swoim przeciwniku w walce o fotel prezydenta, wreszcie z ICO (odpowiednik Państwa Islamskiego). Dodatkowo przez nieostrożność wracają demony z przeszłości i dawne grzechy z poprzednich serii. A to dzięki dziennikarskiemu śledztwu prowadzonemu przez wracającego do gry dziennikarza Toma Hammerschmidta. Dalej mamy nieczyste zagrywki, szantaże, podchody i wewnętrzne zdrady. Ale nawet to nie było w stanie przygotować mnie na najmocniejsze wydarzenie tej serii – zamachu na Underwooda i jego dramatycznej walki o życie. Tutaj twórcy wpletli dość surrealistyczne majaki, gdzie odzywają się demony przeszłości. Kevin Spacey znowu potwierdza klasę wcielając się w diabolicznego i bezwzględnego polityka, którego darzymy sporą sympatią.

house_of_cards_44

Poznajemy też bardziej przeszłość Claire, która przenosi się do umierającej matki (znakomita Ellen Burstyn). Relacje między kobietami są delikatnie mówiąc chłodne i rzucają inne światło na kobietę, jej marzenia i pragnienia, potrzebę bycia niezależną. W walce – najpierw przeciw Frankowi, a następnie razem z nim – zostaje wrzucona LeAnn Harvey (wracająca do gry Neve Campbell), będąca świeżą krwią w politycznej walce. Conway (świetny Joel Kinnamann) jest sprytnym i ambitnym politykiem, umiejętnie korzystającym z nowoczesnych mediów, co daje mu ogromną przewagę, jednak brak doświadczenia staje się jego największym problemem i – zapewne – przyczyną porażki.

house_of_cards_43

Do końca (wybory) walki zostały jeszcze 3 tygodnie i Bóg wie, co się stanie w serii V, ale ja już się nie mogę doczekać. Czwarta seria to powrót serialu do formy i mimo masy lawiracji, przetasowań, wszystko zostaje jasne i klarowne do samego końca. Technicznie wszystko jest na swoim miejscu, realizacja pewna, gdzie każdy klocek jest na swoim miejscu. Czego chcieć więcej?

8/10

Radosław Ostrowski

Wiek Adaline

Na początku XX wieku urodziła się Adaline Bowman – pozornie zwykła kobieta, jakich wiele. Jednak jej spokojne życie, podczas którego wyszła za mąż, urodziła córkę i została wdową, zmieniło się  wydaje się typową kobietą. Jednak w wieku 28 lat dochodzi do dziwnego wypadku – w skutek wczesnych opadów śniegu, Adaline wypada z drogi prosto do wody. Wydawałoby się, że umrze, lecz wtedy trafia ją piorun, nie tylko przywracając ją do życia, ale też cofając proces starzenia. Brzmi świetnie? Niezupełnie, gdyż nieśmiertelność zmusza kobietę do ukrywania się, zmieniania tożsamości. I pewnie szłoby to tak gładko przez te sto lat, gdyby nie pojawił się pewien mężczyzna.

adeline1

Brzmi jak banalne i nudne romansidło? I tak, i nie. Reżyser Lee Toland Krieger z jednej strony próbuje opowiedzieć jedną z tysiąca opowieści o niespełnionej miłości. Uczuciu skazanym na zagładę z powodu otrzymania wiecznego życia – jak wiadomo, ona będzie musiała znieść ból związany z ciągłymi odejściami swoich partnerów z tego świata. I jak żyć po czymś takim? Jest on także pretekstem do prób refleksji nad przemijaniem (jego brakiem), samotnością i życiem w ciągłym ukryciu. Adaline nie tylko z tego powodu nie może związać się z jakimkolwiek mężczyzną, to jeszcze nie uczestniczy w życiu swojej córki, która teraz wygląda jak jej babcia. I właśnie te fragmenty, tak jak wspomnienia z przeszłości naszej bohaterki były dla mnie najciekawsze. Przyznaje jednak, że i sam wątek romansowy oglądało się nieźle – reżyser starał się uniknąć pójścia w sentymentalizm (nie zawsze to się udawało), dzięki sprawnie napisanym dialogom, stylowym zdjęciom oraz prześlicznym kostiumom oraz scenografii (fragmenty z przeszłości).

adeline2

To bajka, ale przyjemna dla oka i także dla ucha. W tle leci ładna muzyka (także fajne i skoczne piosenki), jednak ciągle miałem wrażenie, że punkt wyjścia dawał szansę na coś większego i ciekawszego. A że można było tak zrobić, pokazał to kultowy już „Nieśmiertelny” z Christopherem Lambertem. To mogło być tłem zarówno dla refleksji na temat wieku minionego. Dodatkowo jeszcze pojawiał się narrator, który wprawiał we mnie irytację, a każdą z epok potraktowano trochę po macoszemu.

adeline3

Twórcy jednak mają jeden mocny atut, który wyróżnia ten film od tysiąca innych. Jest to zjawiskowa Blake Lively, która nie tylko wygląda przepięknie, ale też jest całkowicie naturalna i wiarygodna w tym wcieleniu – kobiety samotnej, ciągle uciekającej, jak ognia bojącej się zranienia. Dzięki niej tak miło spędziłem czas, a każdy gest i spojrzenie miało ogromną siłę rażenia. Poza nią wybijały się też role Ellen Burstyn (córka Adaline, Flemming) oraz równie czarujący Harrison Ford (William Jones), którego postać odgrywa kluczową rolę.

adeline4

Powiedzmy sobie to wprost – „Wiek Adaline” to klasyczny do bólu melodramat, który bywa czasem słodki i ładnie wygląda (te zdjęcia są na więcej niż solidnym poziomie), ale ogląda się bez bólu i poczucia straconego czasu. Przyzwoity film, który powinno oglądać się parami i jeśli jest się niepoprawnym romantykiem.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Alicja już tu nie mieszka

Alice Hyatt jest młodą kobietą mieszkającą z mężem i 12-letnim synem. Jej ustabilizowane życie ulega zmianie, gdy jej mąż ginie w wypadku samochodowym. Kobieta razem z dzieckiem opuszcza miasto i próbuj znaleźć pracę, żeby jej syn był szczęśliwy. Ale łatwo nie będzie.

Martin Scorsese znany jest głównie jako reżyser filmów gangsterskich jak „Chłopcy z ferajny” czy brudny „Taksówkarz”. Tym większym zaskoczeniem jest ten film, który jest obyczajową historią o poszukiwaniu swojego miejsca na Ziemi. Jest to tym trudniejsze, bo trzeba pokonać swoje słabości i egoizm. Reżyser stawia w tym filmie na realizm, nie ma tu udawania, a jednocześnie staramy się kibicować Alice i chcemy dla niej najlepiej. A widzimy głównie krzyki, kłótnię i awantury, zaś sceny, gdy nasi bohaterowie są szczęśliwi, to tylko przerwy między tymi. Technicznie to surowe, bardzo realistyczne kino z dobrymi piosenkami w tle i ogląda się to bardzo dobrze, choć historia nie jest wesoła.

alicja1

Historię tą uwiarygodniają też świetne kreacje aktorskie. Na szczególnie uznanie zasługuje bezbłędna Ellen Burstyn. Alice to kobieta pełna sprzeczności – trochę zbyt delikatna (często płacze), ale i twarda, oschła, szukająca miłości, ale jednocześnie pełna obaw i lęków. Drugą mocną kreacją jest Tommy w interpretacji Alfreda Luthera III, który sprawia wrażenie zagubionego, może bardziej znudzonego, reagującego wrzaskiem, ale bywa i rozsądny. Z bogatego drugiego planu wybija się najfajniejszy z facetów Kris Kristofferson (kowboj David), Harvey Keitel (ukrywający swoją agresję Ben) oraz Diane Ladd (Flo, kelnerka z trochę przydługim językiem, ale okazuje się w porządku).

alicja2

To prawdopodobnie najlepszy film jaki nakręcił Scorsese w latach 70. (obok „Taksówkarza”), choć trochę mniej znany. Pozornie prosty i niewyróżniający się z grona tysięcy tego typu produkcji, za to z najwyższej próby realizacją. I nadal poruszający.

8/10

Egzorcysta

Trudno powiedzieć coś nowego na temat tego filmu. Historia jest prosta i niezbyt skomplikowana: 12-letnia Regan zaczyna się dziwnie zachowywać. Matka próbując jej pomóc, desperacko chwyta się wszelkiej pomocy, aż dochodzi do wniosku, że jej córka jest opętana. Wypędzenia demona podejmują się doświadczony ksiądz Merrin oraz przeżywający kryzys wiary Damien Karras.

Realizacji tego filmu podjął się opromieniony sławą „Francuskiego łącznika” William Friedkin, bazując na bestsellerowej powieści Williama Petera Blatty’ego. Ale jeśli spodziewacie się anielskich chórów z epickim soundtrackiem czy efektownych scen i hektolitrów krwi, pomyliliście adresy. Reżyser wręcz w konwencji dokumentu przeplata ze sobą dwa wątki: opętanej Megan, której próbuje pomóc matka (wizyty i badania lekarskie) oraz księdza Karrasa, który zaczyna mieć wątpliwości, co do słuszności wybranej drogi i obwinia się za śmierć matki. A wszystko to w stonowanych kolorach, naturalistycznych i nadal broniących się efektach specjalnych. Jednak szczerze powiedziawszy, czegoś mi tu brakuje – bo nie jest to horror, przynajmniej w ogólnie pojętym znaczeniu tego słowa. I to co straszyło 40 lat temu, raczej nie wywołuje już takiego wrażenia teraz (wyjątkiem jest Regan chodząca na czworaka na schodach czy scena egzorcyzmu). Na plus też należy wyróżnić dość gorzki finał.

egzorcysta1

Friedkinowi udało się za to zebrać naprawdę dobrą obsadę. Ellen Burstyn jako matka Regan idealnie pokazuje jej zagubienie i desperację, Linda Blair przechodząca przemianę z grzecznej dziewczynki w ostrą, bo opętaną laskę bawiącą się krucyfiksem potrafi jeszcze przerazić. Ale i tak najbardziej przykuwa uwagę Jason Miller jako zagubiony ksiądz Karras, któremu sutanna mocno ciąży. To on dominuje ekran i jego rozterki schodzą na plan pierwszy i przykuwają uwagę. No i w końcu – last but not least – Max von Sydow jako tytułowy egzorcysta – silny, pewny siebie, bardzo doświadczony, choć lekko nie przy zdrowiu.

egzorcysta2

Jednak „Egzorcysta” mimo lat nadal potrafi nieźle straszyć i zaskoczyć. Całkiem nieźle się broni, choć gdy oglądałem go za pierwszy razem (jakieś 7-8 lat temu) zrobił na mnie większe wrażenie.

6,5/10

Radosław Ostrowski