Królestwo niebieskie – wersja reżyserska

Chyba nie ma większego speca od epickich produkcji niż Ridley Scott. Nie ważne, czy to kino SF, czy produkcja historyczna Anglik ma bardzo silny zmysł wizualny i tworzy produkcje zawsze atrakcyjne dla oka. Nie inaczej jest przypadku powstałego w 2005 roku „Królestwa niebieskiego”, choć reżyser odciął się od wersji pokazywanej w kinach. Dlatego jak tytuł trafił na nośniki fizyczne zawierał wersję reżyserską dłuższą o ponad 45 minut.

krolestwo niebieskie1

Akcja zaczyna się w roku 1184 we francuskiej wiosce, gdzie mieszka kowal Balian (Orlando Bloom), którego żona popełniła samobójstwo. A jak wiadomo w kulturze chrześcijańskiej dusze takich osób trafiają do piekła. W tym czasie przechodzą oddziały krzyżowców, by pomóc w obronie Jerozolimy. Uczestnikom takich wypraw gwarantowane było odkupienie win, a przy okazji można było zdobyć niemały majątek. Mocno do udziału zachęca jeden z rycerzy, Godfryd z Ibelin (Liam Neeson) oraz towarzyszący mu rycerz z zakonu szpitalników (David Thewlis). Wskutek pewnych okoliczności kowal dołącza do rycerzy, jednak droga jest dość wyboista. Wystarczy wspomnieć, że Godfryd umiera, statek Baliana rozbija się na morzu i tylko on przeżył.

krolestwo niebieskie2

W końcu udaje mu się trafić do Jerozolimy kierowanej przez trędowatego króla Baldwina (Edward Norton). Władca zawarł pokój z przywódcą saracenów, Saladynem zapewniając m. in. bezpieczeństwo karawan kupieckich. Niemniej wielu osobom takie porozumienie jest nie na rękę, szczególnie templariuszom pod wodzą Renalda z Chatilionu (Brendan Gleeson) oraz Gwidona z Lusignan (Marton Csokas), którego żona Sybilla (Eva Green) jest siostrą króla. Wkrótce nasz bohater mocno weryfikuje swoje przekonania co do wiary i nie tylko.

krolestwo niebieskie3

Scott tym razem opowiada o wyprawach krzyżowych, opierając się na prawdziwych wydarzeniach przeinaczając to i owo. W końcu to nie jest film dokumentalny, więc nie ma mowy o rekonstrukcji jeden do jeden. Ale reżyserowi udaje się pokazać podzielenie wśród obrońców Jerozolimy i różne frakcje oraz jak wykorzystywano walkę „w imię Boga” dla własnych korzyści (szczególnie templariusze, a także niektórzy hierarchowie Kościoła). To Renald i Gwidon są pokazani jako żądni krwi, zaś Saladyn jest o wiele bardziej analitycznym, opanowanym przywódcą. Choć on też ma w swoim gronie religijnych fanatyków, co wierzą w siłę wiary niż racjonalne podejście do wojny. Ta sprzeczność wybrzmiewa tutaj najmocniej.

krolestwo niebieskie4

Wrażenie robi warstwa techniczna, ale w przypadku Scotta to standard. Świetna scenografia oraz imponujące kostiumy budują klimat epoki, tak samo jak sakralno-orientalna muzyka Harry’ego Gregsona-Williamsa. Nie można też wiele odmówić scenom batalistycznym, choć jest ich zaskakująco niewiele. Widok wojsk krzyżowców z dużym, złotym krzyżem na przedzie wygląda imponująco. Tak samo oblężenie Jerozolimy i atak wojsk Saladyna są świetnie zmontowane, stanowiąc popis dla pirotechników oraz mistrzów od efektów specjalnych. Jest bardzo krwawo i brutalnie, bez żadnego certolenia. Wielu może zniechęcić powolne tempo, jednak pozwala to w bardziej złożony sposób pokazać całą historię.

krolestwo niebieskie5

Równie imponujące jest tutaj aktorstwo. Grający główną rolę Orlando Bloom jest całkiem niezły w roli kowala, co staje się rycerzem i podąża drogą honorowego wojownika. Problem w tym, że drugi plan jest o wiele bogatszy oraz bardziej interesujący niż sam protagonista. Bardzo wycofany, stonowany i oszczędnie grany pod koniec staje się charyzmatycznym liderem. Ale drugi plan robi imponujące wrażenie na mnie. Świetny Liam Neeson w dość krótkiej roli mentora Godfryda, równie wyrazisty jest Jeremy Irons jako doradca króla Tyberiasz z wieloma mocnymi zdaniami, choć chciałbym więcej scen z nim. Równie wyrazista jest nasza para antagonistów, czyli Brendan Gleeson i Martin Csokas – tak odpychający, żądni krwi, aroganccy fanatycy, gotowi na konfrontację.

krolestwo niebieskie6

Jeśli jednak miałbym wskazać najmocniejsze punkty obsady, to byłyby trzy kreacje. Pierwsza to zjawiskowa Eva Green, czyli Sybilla, siostra króla. Diabelnie inteligentna, świadoma swoich mocnych stron oraz próbująca wiele ugrać dla siebie. Jej relacja z Balianem początkowo wydaje się niejasna, lecz z czasem zaczyna nabierać ciekawych kolorów. Po drugie, a propos króla, fenomenalny Edward Norton jako Baldwin IV. Władca chorujący na trąd, dlatego cały czas jest w pokrywającym całe ciało kostiumie oraz masce. Mając do dyspozycje tylko mowę ciała i głos (zapewne przez tą maskę brzmi on trochę jak… Marlon Brando) tworzy bardzo przekonującą kreację uczciwego, honorowego monarchy, bardziej starającego się o pokój niż wojnę. No i trzecia, najbardziej enigmatyczna postać rycerza-mnicha opatrzonego twarzą Davida Thewlisa. Niewiele o nim wiemy, poza przyjaźnią z Godfreyem – nie jest fanatycznym zabijaką, choć walki nie unika, emanuje z niego o wiele większa mądrość (lub cynizm) niż się może wydawać oraz pokora.

krolestwo niebieskie7

„Królestwo niebieskie” w kinach poległo mocno, a widzowie i krytycy byli zawiedzeni. Wersja reżyserska robi piorunujące wrażenie, angażuje o wiele bardziej emocjonalnie niż się spodziewałem i unika prostego, zero-jedynkowego podziału na dobrych chrześcijan oraz żądnych krwi muzułmanów. Wielu zarzuci filmowi wolne tempo i polityczną poprawność, ale to jeden z najciekawszych blockbusterów historycznych XXI wieku.

8/10

Radosław Ostrowski

Trzej muszkieterowie: D’Artagnan

Są pewne historie, które wydają się ponadczasowe i przenoszone na ekran kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt razy. Nie inaczej jest w przypadku jednej z najsłynniejszych powieści Alexandre’a Dumasa „Trzej muszkieterowie”, których wersji filmowych powstało około… 30. Teraz, po bardzo wielu latach, z klasyką postanowili się zmierzyć Francuzi. Oraz podzielili całość na dwie części.

3muszkieterowie1-1

Punkt wyjścia jest powszechnie znany – młody Gaskończyk d’Artagnan (Francois Civil) wyrusza do Paryża, żeby zostać muszkieterem. Po drodze jednak walczy w obronie atakowanej karocy, by… zostać postrzelonym i pochowanym żywcem. To wyjaśnia dlaczego przybywa do stolicy Francji cały upier****ny w błocie i piachu. Niemal od razu chłopak pakuje się w tarapaty: zadrze z trójką przyjaciół (Atosa, Portosa i Aramisa), doprowadzając do wyzwania ich na pojedynek w co godzinnym odstępie. Do tego ostatniego nie dochodzi przez pojawienie się gwardzistów kardynała Richelieu. Efekt? Konfrontacja zakończona rozszarpaniem oddziału na strzępy oraz ochrzanieniem przez samego króla (Louis Garrel). Ale to dopiero początek historii, gdzie Gaskończyk z nowymi przyjaciółmi pakuje się w grubszą intrygę polityczną. Inaczej może wszystko skończyć się wojną między katolikami a protestami, wspieranymi przez Anglików oraz skandalem związanym z ujawnieniem romansu między żoną króla Anną Austriaczką (Vicky Krieps) a księciem Buckinghamem (Jacob Fortune-Lloyd). Wszystko w rękach pociągającego za sznurki kardynała (Eric Ruf), co smak władzy absolutnej poczuł.

3muszkieterowie1-4

Reżyser Martin Bourboulon trzyma się literackiego pierwowzoru tak jak Dumas faktów historycznych. Czyli niby wiernie, ale sporo modyfikując, co w sporej części się sprawdza. Mieszanka awanturniczo-przygodowego klimatu z potraktowaną na poważnie skomplikowaną intrygą. Wszystko wygląda na bardziej przyziemne, w bardziej stonowanych kolorach oraz – co było dla mnie największą niespodzianką – w plenerach i naturalnych krajobrazach. Ze 150 dni zdjęciowych – czas realizacji obu części – w studiu nakręcono raptem… 2 dni, co czuć. Jest ogrom scen kręconych w naturalnym oświetleniu (głównie nocą), przez co wiele kadrów jest wypranych z kolorów i wiele osób może mieć problem z zauważeniem, co się dzieje na ekranie. A kiedy już mamy pojedynki, pościgi i sceny to kamera dosłownie szaleje. Mimo stosowania mastershotów, jest chaotycznie, ale nie jest to chaos a’la „Jezu Chryste, to Jason Bourne” (choć parę razy jest blisko).

3muszkieterowie1-2

Z drugiej strony nie można się nie zachwycić fantastyczną scenografią i różnorodnymi kostiumami. Bo inaczej przecież są ubrani ludzie na dworze (jest tu przepych), ale nasi muszkieterzy mają nie tylko mniej barwne ubrania, lecz także są zużyte. To ma dodać tego „realistycznego” podejścia do całości, tak samo jak charakteryzacja. I tu reżyser potrafi zrobić cuda, trzyma w napięciu oraz z wyczuciem prowadzi do dramatycznej kulminacji. Niestety, całość urywa się cliffhangerem, zaś na finał trzeba będzie czekać aż pół roku. Niemniej wsiąkłem w tą znaną (choć zmodyfikowaną) opowieść.

3muszkieterowie1-3

Niemniej jest parę drobnych zgrzytów. Poza kwestiami oświetlenia narracja bywa dość skrótowa, rzucając czasem jakieś parę zdań, bez zarysowania większego kontekstu. Więc trzeba być mocno skupionym w trakcie seansu. Drugim problemem była dla mnie zadziwiająca nijaka muzyka oryginalna. Za bardzo i za mocno „inspirująca się” stylem Hansa Zimmera (mocno czuć tutaj „Sherlocka Holmesa”), przez co trochę wydaje się nie pasować za bardzo do filmu. I trzecia, dość dziwna kwestia, której nie umiem niczym wytłumaczyć. Mianowicie widok zmasakrowanego ciała (nagiego ciała kobiety)… rozmazano, żeby nie było nic widać. Po co ta cenzura? Pojawia się na krótko, ale wywołuje to konsternację. I czy to tylko w naszym kraju dystrybutor zrobił, czy doszło do tego na etapie post-produkcji? Drobną pierdółką jest tutaj (na szczęście kontrolowany) patos, który zdradza wiek materiału źródłowego.

3muszkieterowie1-5

A jak radzą sobie tutaj aktorzy? Tutaj też reżyser zaskoczył, obsadzając w rolach muszkieterów aktorów starszych wiekiem od swoich literackich odpowiedników. Niemniej nadal jest między nimi silna chemia i czuć, że Atos, Portos oraz Aramis (kolejno: Vincent Cassel, Romain Duris, Pio Marmai) to zaprawieni w boju wojownicy, co niejedno przeszli. Mimo, iż niewiele o ich przeszłości się dowiadujemy, to czuć jak bardzo miała na nich wpływ (szczególnie u Atosa). Bardzo porządnie przy ich ramieniu wypada Francois Civil jako mniej doświadczony d’Artagnan. Ma w sobie urok młodzieńca, zbyt dużą pewność siebie, niemniej nie brakuje mu zarówno odwagi i sprytu, co ratuje go parę razy z obsesji.

3muszkieterowie1-6

Niemniej drugi plan zazwyczaj jest dość solidny, choć jest kilka perełek. Dla mnie najjaśniejszą osoba na drugim planie jest Vicky Krieps (królowa Anna Austriaczka), której działania niejako są paliwem do całej politycznej intrygi i drobnymi gestami pokazuje rozdarcie między obowiązkiem a miłością. Demoniczna Eva Green wydaje się być skrojona do roli milady de Winter, czyli niejako prawej ręce kardynała. Manipulująca intrygantka, wykorzystująca wszystko do osiągnięcia celu i mimo niewielkiego czasu ekranowego przykuwa uwagę. Niestety, dość blado prezentuje się Eric Ruf jako pociągający za sznurki Richelieu. Głównie dlatego, że bardzo rzadko się pojawia i jest dziwnie stonowany, nie mający za dużo do roboty. Za to naprawdę dobrze wypadł Louis Garrel jako trochę niepewny, będący pod silną presją król Ludwik XIII.

Pierwsza część „Trzech muszkieterów” pokazuje, że ciągle jest (po pewnych modyfikacjach) miejsce na staroszkolną historię awanturniczo-przygodowa. Najbardziej poważna z widzianych przeze mnie inkarnacji, co jest dość odświeżającym doświadczeniem, ale z paroma upadkami z konia. Niemniej to trzymająca w napięciu jazda, oszałamiająca wizualnie i świetnie zagrana. Czekam na kontynuację.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Prawdziwa historia

Pisarka Delphine właśnie promuje swoją świeżo wydaną powieść. Próbuje pracować nad swoim nowym dziełem, tylko nie jest w stanie niczego napisać. Brak weny, brak pomysłów, ciągłe zmęczenie – jak tu coś stworzyć? Wtedy w jej życiu pojawia się pewna tajemnicza kobieta o imieniu Elle. Początkowo sprawia wrażenie fanki i pierwsze spotkania są takie na przyjacielskiej stopie, ale okazuje się być ghostwriterem z pewnymi problemami. Z czasem ta więź staje się coraz silniejsza do tego stopnia, że Elle wprowadza się do domu Delphine.

prawdziwa_historia1

Żaden polski reżyser nie jest tak rozpoznawalny na świecie jak Roman Polański. Ten reżyser bardzo rzadko schodzi poniżej swojego poziomu, głównie skupiony na psychodramach w bardzo ograniczonej przestrzeni. „Prawdziwa historia” przypomina poprzednie filmy reżysera, co samo w sobie nie musi być wadą. Problem w tym, że ta cała opowieść kompletnie nie angażuje. Dlaczego? Po pierwsze, postacie, które są kompletnie nieprzekonujące. Niby ważna jest ta więź, tylko że ona przebiega za szybko i jest parę momentów, w których ta relacja powinna zostać dawno zerwana (zniszczenie miksera – kompletny brak reakcji ze strony Delphine), zaś coraz większa kontrola nowej przyjaciółki odbywa się aż za prosto. Poza tym Polański zaczyna używać narzędzia, którego nigdy nie używał – łopaty. Niby nie narzuca jednoznacznie interpretacji co do tego, kim są dwie panie, ale jest kilka sugestywnych chwil (nachalna, demoniczna muzyka, podobny strój, buty, ten sam kolor włosów) narzuca jeden, bardzo oczywisty trop. Nawet momenty mające budować napięcie (zatrucie, karmienie, senne majaki) wywołują jedynie znużenie albo śmiech. Zbyt wiele razy to widziałem, żeby kompletnie się zaangażować. Czuć tu inspirację „Misery” (złamanie nogi i pobyt w opuszczonym domku) czy „Autorem widmo”, które są tutaj bardzo mechanicznie narzucone. Fabuła ma wiele dziur i jest kompletnie niewiarygodna aż do samego „przewrotnego” finału.

prawdziwa_historia2

Owszem, film wygląda miejscami bardzo elegancko, z kilkoma niezłymi sztuczkami (początek filmu czy finał), jednak to za mało, by został w pamięci na dłużej. Grające główne role Emmanuelle Seigner (Delphine) i Eva Green (Elle) starają się jak mogą, by zbudować postacie, jednak Polański kompletnie nie daje im szans na rozwinięcie skrzydeł. Między tą parą nie czuć kompletnie żadnego napięcia, żadnej chemii, a ich zachowanie wydaje się miejscami nielogiczne. Drugi plan tutaj praktycznie nie istnieje, bo i te postacie nie są zbyt istotne.

Jak coś takiego mógł zrobić Polański? „Prawdziwa historia” nie ma w sobie niczego prawdziwego, a seans przypomina odwiedzanie skansenu, gdzie znajdujemy znajome obrazy, oparte na ogranych schematach, pozbawionych czegoś świeżego, żywotnego. Nie pamiętam, żeby jakikolwiek film Polaka wywołał takie rozczarowanie.

4/10

Radosław Ostrowski

Osobliwy dom pani Peregrine

Poznajcie Jake’a – chłopca wycofanego i nie mającego żadnych przyjaciół, znajomych, nikogo. Jedyną osobą, z która ma silną więź jest dziadek, opowiadający niezwykłe, choć bardzo mroczne opowieści. Chłopak uważał je kiedyś za prawdę, ale to zostało zachwiane. Aż do momentu śmierci Abe’a, która go coraz bardziej zamyka. W końcu decyduje się dojść do wspomnianego przed odejściem dziadka miejscowości w Walii, gdzie miał być sierociniec, do którego kiedyś trafił Abe. Przypadkowo przez jaskinię wchodzi do tego miasteczka… 3 września 1943, a sierociniec prowadzi pani Peregrine i ma dość nietypową grupkę podopiecznych.

pani_peregrine2

Jeśli jeszcze nie zauważyliście, to ten film mógł zrobić tylko Tim Burton. Powieść Ransona Riggsa wydawała się być niemal skrojona pod wyobraźnię oraz talent tego reżysera-plastyka, potrafiącego czarować swoją magią i posiadającego bardzo charakterystyczny styl. Główny bohater to wycofany outsider, nie potrafiący nawiązać kontaktu z otoczeniem? Jest. Granica między fikcją a rzeczywistością zacierają się jak w „Dużej rybie”? Tak. Piękny wizualnie, ale bardzo mroczny świat? Zgadza się. Sam budynek sierocińca, jak i nietypowi mieszkańcy troszkę kojarzą się z „X-Menami”, jednak to bardzo luźna inspiracja. „Osobliwy dom…” to mieszanka kina przygodowego z horrorem oraz pewną tajemnicą, potrafiącą skupić uwagę.

pani_peregrine1

Muszę przyznać, że początek i cała ekspozycja jest dość wolna, wręcz poprowadzona żółwim tempem. Dopiero po mniej więcej 1/3 filmu trafiamy do domu pani Peregrine i dość szybko poznajemy jej mieszkańców, czyli dzieci mieszkające w czasowej pętli pozwalającej przeżyć jeden, ten sam dzień. Same dzieciaki to zgraja ekscentryków, posiadających pewne nadprzyrodzone umiejętności (ożywianie, oko działające jak projektor filmowy, zęby z tyłu głowy, lekkość jak piórko) i czuć, że są to bardzo zgrane, zżyte z sobą postacie. Potem dość szybko poznajemy historię związaną z panią Peregrine oraz jej wrogami, co zjadają oczy (to wygląda strasznie), przez co zmienia się kompletnie ton, w zamian proponując dynamiczne tempo, pomysłowo zrealizowane potyczki (niewidzialne złe monstra vs ożywione kościotrupy na molo przy lunaparku). Pościgi, akcja i mrok, ale antagoniści pod wodzą tajemniczego Barrona wyglądają zbyt groteskowo, by budzić strach. Na ile wina aktorstwa, a ile charakteryzacji – nie mam pojęcia, bo to zwyczajnie nie zgrywa.

pani_peregrine4

Należy jednak pochwalić reżysera za stronę wizualną, która zawsze była mocną stroną filmów Burtona. Zarówno scenografia odnosząca się do epoki (lata 40.), jak i bardzo wykwintne kostiumy wyglądają bardzo przyjemnie dla oka. Nawet efekty specjalne są na przyzwoitym poziomie, a muzyka delikatnie buduje klimat całości, tworząc odrobinę magii.

Aktorsko jest za to bardzo nierówno. Dzieciaki wypadają całkiem przyzwoicie, chociaż sporo z nich nie zostało zbyt mocno zarysowanych (może w następnej części będzie lepiej), a z tego grona najbardziej zapada w pamięć prześliczna Elle Pernelle (Emma chodząca w stalowych butach) oraz ironizujący Enoch (Finlay MacMillan). Asa Butterfeld jako typowo burtonowski bohater jest całkiem przyzwoity – wycofany, niepewny i odpowiednio blady, a jego przemiana jest dość wiarygodna, bez cienia fałszu. Jednak film kradnie Eva Green jako tytułowa pani Peregrine, czyli opiekunka domu. Wygląda zjawiskowo (ten kostium robi 50% roboty), mówi z uroczym brytyjskim akcentem, sprawia wrażenie kulturalnej, a jednocześnie bardzo szorstkiej. Jednak pod tą warstwą skrywa się osoba, której zależy na innych i niepozbawiona empatii. Kontrastem dla niej jest Samuel L. Jackson jako Barron. Osobnik ten w zamierzeniu miał budzić lęk i grozę, ale aktor prawdopodobnie został spuszczony ze smyczy i niebezpiecznie orbituje w stronę szarży, groteski, wręcz parodii. Brakowało tylko, by Barron zaczął rzucać na prawo i lewo słowem „motherfucker”. Pozostali aktorzy jak Chris O’Dowd (ojciec jake’a), Allison Janney (terapeutka), Rupert Everett (ornitolog) czy Judi Dench (panna Avocet) są ograniczeni do roli statystów i nie mają zbyt wiele do pokazania. Wyjątkiem jest Terence Stamp jako ciepły dziadek Abe.

pani_peregrine3

Dziwny to film i bardzo osobliwy. Z jednej strony czuć mocno rękę Tima Burtona, z drugiej jednak trudno nie zarzucić wtórności oraz pewnego ugrzecznienia, jakby reżyser stępił swoje mroczne pazurki. Na ile jest to wina pierwowzoru, a na ile podejścia do niego – sami musicie odpowiedzieć, bo książki nie czytałem. Nierówne tempo, śmieszni przeciwnicy, nie do końca wykorzystany potencjał, z drugiej niezawodna sfera wizualna, niezłe aktorstwo oraz klimat. Ale poczucie lekkiego niedosytu pozostaje. Może Amerykanin powinien zrobić sobie przerwę na złapanie świeżego spojrzenia? 

6,5/10

Radosław Ostrowski

Śnieżny ptak

Rok 1988. Kat Connors jest młodą, 17-letnią dziewczyną mieszkającą z ojcem. ma już chłopaka, z którym już poszła do łóżka, budzą się hormony i ulega im. jej spokojne życie zmienia się, gdy jej matka tak po prostu znika bez wieści. i to zdarzenie odbija się mocnym echem na jej życiu.

ptak2

Gregga Arakiego, reżysera tego filmu znałem tylko ze słyszenia. Cała historia toczy się na przestrzeni dwóch lat i skupia się na Kat – więc wydaje się, że to typowy film o budzeniu się kobiety w ciele nastolatki. Dlatego niejako zagadka związana z zaginięciem Eve jest tylko pretekstem do tej opowieści. I jest to dość zgrabnie wygrywane, za pomocą przeplatających się retrospekcji. Wszystko jest konsekwentnie trzymane w stylistyce lat 80., czyli barwnych strojach, muzyce pokroju The Cure, Depeche Mode itp. Nie ma jednak tutaj popisywania się znajomością konwencji kryminału, tylko bardziej psychologiczny dramat. Kluczowe w interpretacji wydają się sny Kat, pełne śniegu i niepokoju, opowiadane podczas rozmów z terapeutką. Jednak ciągle zagadka zniknięcia intryguje w tle, a ja próbowałem to rozgryźć ze strzępków wspomnień, rozmów z przyjaciółmi. Aczkolwiek rozwiązania domyśliłem się pod koniec, to zakończenie uważam za satysfakcjonujące.

Dalej mamy klasyczne sceny z inicjacyjnych opowieści – pierwsze spotkanie z chłopakiem, pierwszy seks, pierwszy seks ze starszym facetem, szybkie odkrycie pożycia małżeńskiego rodziców oraz pewnych tajemnic alkowy. Reżyser stopniowo odkrywa karty, trzymając niemal w napięciu do końca. Finału wam nie zdradzę, to sami zobaczycie.

ptak1

Poza oniryczną oprawą audio-wizualną film dźwiga na sobie Shailene Woodley i jest znakomita jako Kat. Z jednej strony nieposkromiona seksualnie dziewczyna, świadoma swojej wartości, z drugiej bardzo delikatna i maskująca swoją wrażliwość maską obojętności. Drobnym spojrzeniem jest w stanie wygrać lęki oraz niepokoje nastolatki. Za to kompletnie inna jest Eva Green jako jej matka – posągowo piękna, ale uwięziona w klatce duszącego ją małżeństwa. I to doprowadza ją do stanu obłędu, a zachowanie staje się wyzywające, nieracjonalne (w prześwitującej koszuli nocnej przyłapuje córkę z chłopakiem, podgląda ją w łazience) i zagrane na bardzo cienkiej granicy między teatralnością a realizmem. To te dwie panie dominują nad ekranem, spychając pozostałą obsadę (świetny Christopher Meloni jako ojciec i dobry Thomas Jane w roli detektywa) na dalszy plan.

ptak3

Z jednej strony dramat o budzącej się seksualności, z drugiej dreszczowiec z tajemnicą, która trzyma w zaciekawieniu do samego końca. Araki pewnie skręca w stronę oniryzmu, zagadki oraz wchodzeniu w dorosłość. Mocna i piękna rzecz.

7/10

Radosław Ostrowski

Marzyciele

Paryż 1968 roku był bardzo gorącym okresem i to nie tylko dlatego, że zbliżało się lato. Odejście dyrektora Paryskiej Filmoteki doprowadziło do zamieszek. To właśnie podczas tych wydarzeń w Paryżu pojawia się amerykański student Matthew. I w tym mieście ucząc się francuskiego i oglądając filmy poznaje rodzeństwo – Theo i Isabelle. Gdy ich rodzice wyjeżdżają na wieś, troje nastolatków zaczyna spędzać coraz więcej czasu ze sobą. Także w sypialni.

marzyciele2

Powracający po kilkuletniej przerwie Bernardo Bertolucci wraca do swoich ulubionych tematów: wchodzenia w dorosłość oraz polityczne tło. To pierwsze interesuje go nawet bardziej, gdyż polityka zostaje zepchnięta na dalszy plan – wspominana jest wojna w Wietnamie i działalność Mao, jednak najważniejsza staje się inicjacja, kinofilia oraz… seksualny trójkąt, który – prędzej czy później – musi się rozpaść. Wszystko toczy się dość spokojnym rytmem, wplecione zostają fragmenty filmów (brawo dla montażysty), które są cytowane i przypominane przez bohaterów, a w tle przygrywa muzyka z lat 60. (Joplin, Hendrix, The Doors – i to niekoniecznie największe przeboje). A co robią nasi bohaterowie? Dyskutują na wszelkie tematy – od kina do polityki, po drodze prowadząc grę, w której odkrywają seks. Nie brakuje odważnych scen erotycznych, jednak wszystko zostało zrobione ze smakiem i bez wulgarności, chociaż nie brakuje nieprzyjemnej atmosfery, gdy nasz trójkąt nie opuszcza domu, jedząc resztki ze śmietnika.

marzyciele1

Finał może wydawać się oczywisty i przewidywalny, jednak „Marzycieli” dobrze się ogląda, co jest zasługą naprawdę dobrych kreacji aktorskich, ze szczególnym wskazaniem na dwójkę: Michael Pitt oraz Eva Green. Oboje młodzi, poszukujący i uwodzący na ekranie swoimi osobowościami, mieszanką niewinności z odrobiną perwersji, nie mogąc oderwać od nich oderwać wzroku. Troszkę blado przy tej dwójce prezentuje się Louis Garrel, co nie znaczy, że jest zły.

„Marzyciele” potwierdzają, że Bertolucci w realizowaniu filmów z zabarwieniem erotycznym nie ma sobie równych. Może nie szokuje tak jak „Ostatnie tango w Paryżu” i ma tej zmysłowości z „Ukrytych pragnień”, jednak pozostaje kawałkiem interesującego, ciekawego kina. Zwłaszcza dla młodego, jednak dorosłego odbiorcy.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Bertolucciego

Wybawiciel

Dania kojarzy się przede wszystkim z Duńczykami, baśniami Andersena i gangiem Olsena. Kristian Levring chce, by Dania kojarzyła się także… z westernem. Dzisiaj opowieści o kowbojach nie są tak popularne jak kiedyś, ale nie znaczy to, że nie przestano ich kręcić.

wybawiciel1

Akcja toczy się w 1871 roku, kiedy po przerwanej wojnie z Prusami, Duńczycy zaczęli przybywać do USA, by znaleźć swój kawałek ziemi. Jednym z nich jest Jon, który po siedmiu latach sprowadza do kraju żonę i syna. Jednak podczas jazdy dyliżansem, współtowarzysze wyrzucają Jona z powozu, zabijają syna oraz gwałcą jego żonę. Na szczęście to ostatnia rzecz, jaka zrobili w tym życiu, gdyż Jon dopada i zabija sprawców. Na jego nieszczęście, jeden z napastników jest bratem terroryzującego okolicę, Delarue. To można rozstrzygnąć tylko w jeden sposób.

wybawiciel2

Już po tym opisie można stwierdzić, że to będzie klasyczny western, gdzie wiadomo kim są ci dobrzy, kim źli i jak całość się skończy. Z jednej strony zachwyca strona plastyczna (nocna jazda dyliżansem) oraz oświetlenie, z drugiej drażni przewidywalność i brak oryginalności. Napięcie czuć dopiero w finałowej konfrontacji, gdzie w ruch idą karabiny, rewolwery oraz noże. Intryga jest prosta, a stawka jest bardzo jasna od początku (chodzi o wykupienie ziemi, pod którą jest ropa) i początek zwyczajnie przynudza. Levring czerpie garściami z klasyki gatunku, dodając od siebie piach, krew i brud. Ale to już widziałem setki razy.

wybawiciel3

Poza zakończeniem wybija się dobre aktorstwo. Dla wielu to może być jedyna szansa zobaczenia Madsa Mikkelsena w kowbojskim wdzianku (on jest tym dobrym i gra go w typowy dla siebie, minimalistyczny sposób). Wspiera go wyrazisty Jeffrey Dean Morgan (brutalny i bezwzględny Delarue, czyli typowy szwarccharakter z wąsem oraz czarnym stroju) oraz nietypowo obsadzona Eva Green („księżniczka”, niemowa i szwagierka Delarue). I tylko dla tej trójki warto zobaczyć ten duński western.

6/10

Radosław Ostrowski

Mroczne cienie

XVIII-wieczny Liverpool. Tam do Ameryki wpłynął ród Collinsów, gdzie założył własne miasto i zbudował morskie imperium. Ich syn, Barnabas przejmuje interesy, jednak jego szczęśliwy los, odwraca się od niego. A to z powodu Angelique – służącej, w której się zakochał i złamał jej serce. Nie przewidział jednak, że kobieta jest wiedźmą i rzuciła klątwę na cały jego ród. Barnabas zostaje przemieniony w wampira i zakopany żywcem w trumnie. Przypadkowo zostaje odnaleziony po niemal 200 latach i próbuje przystosować się do nowych czasów, a także przywrócić blask swojej dawnej fortunie.

mroczne_cienie1

Tim Burton przez ostatnie lata raczej prezentuje zniżkę formy, zachwycając jedynie stroną wizualną. Tym razem postanowił przenieść na ekran koncepcje ze starego (i popularnego w USA) serialu z lat 60., gdzie do rodziny trafia dawny przodek-wampir. Problemem „Mrocznych cieni” jest tak naprawdę w jakim tonie ma być utrzymana cała historia. Bo niby to horror, niby komedia (czasami pikantna), niby kino familijne – miesza się wszelkie konwencje, ale żadna z nich nie zostaje wygrana do samego końca. Jako horror ma mroczny klimat (stylowe zdjęcia Bruno Delbonnela – zwłaszcza nocne ujęcia w lesie) i imponującą scenografię domostwa Collinsów, jednak nie trzyma w napięciu, nie strasząc. Największym źródłem humoru jest zderzenie XVIII-wiecznej mentalności i języka Barnabasa do realiów lat 70., choć dalej bywa różnie z poziomem żartów. Sama intryga dość wolno się wlecze i idzie w przewidywalnym kierunku (konfrontacji wampira z wiedźmą), a finał tylko połowicznie zadowala.

mroczne_cienie2

Reżyser zmierza w oczywistym kierunku oraz rozpoznawalnym stylu, jednak coraz bardziej czuć zmęczenie materiałem – przewijają się tu sprawdzone motywy (szaleństwo, odmienność), jak i bardziej kojarzony z produkcjami Wesa Andersona portret dysfunkcyjnej rodziny. Wszystko to już znam z innych filmów Burtona i zwyczajnie brakuje tutaj czegoś świeżego, oryginalnego oraz po prostu dobrego.

mroczne_cienie3

Sytuacji nawet nie ratuje przyzwoite aktorstwo. Etatowy współpracownik Burtona, Johnny Depp powoli zaczyna skręcać w stronę autoparodii, wygląda groteskowo (chyba tak miało być), a zmanierowany głos arystokraty wywoływał irytację. Podobnie wypadła Helena Bohnam Carter, tym razem jednak na drugim planie jako dr Hoffman. Najjaśniejszym blaskiem błyszczy Eva Green jako klasyczna femme fatale – apetyczna, seksowna i przebiegła Angelique, która sieje strach. Kontrastem dla niej jest głowa rodziny Collinsów, Elizabeth. Grająca ją Michelle Pfeiffer jest jednocześnie łagodna, ale i twardo stąpająca po ziemi kobieta walcząca o swoje.

mroczne_cienie4

Kryzys coraz bardziej dosięga Burtona, a „Mroczne cienie” tylko potwierdzają słabszą dyspozycję Amerykanina. Trudno powiedzieć, czy reżyser przełamie brak weny, ale rzeczywiście cień nad nim jest wielki i nie wiadomo jak dalej potoczy się kariera tego zdolnego reżysera.

6/10

Radosław Ostrowski

Sin City 2: Damulka warta grzechu

Dziesięć lat temu odwiedziłem Sin City i była to pamiętna wizyta. Komiksowa forma, stylizacja na czarny kryminał, sporo czarnego humoru oraz dużo przemocy i erotyki. Najlepszy film w karierze Roberta Rodrigueza, wspieranego przez samego autora Franka Millera. Tym razem mamy następne opowieści w zgniłym mieście.

sin_city_21

Marv nadal czuje chęć zabijania i dobrze go mieć po swojej stronie. Nancy po śmierci Hartigana zaczyna ostro pić, co nie przeszkadza jej w pracy striptizerki. Dwight z powodu swojej dawnej kochanki Avy wplącze się w skomplikowaną intrygą, a hazardzista Johnny wygra w karty z senatorem Roarkiem. To oznacza, że wszyscy wpadną w kłopoty.

sin_city_22

Rodriguez z Millerem drugi raz grają tymi samymi kartami, czyli czarno-biała kolorystyka niczym z kina noir, skorumpowani gliniarze, cyniczni twardziele, mściwe kobiety, femme fatale, zdrady, intrygi itp. Nie ma tutaj zaskoczenia, brakuje połamanej chronologii, nawet czarny humor (miejscami naprawdę smolisty) nie jest w stanie przykuć pełnej uwagi w tym teatrze przemocy. Same historie niespecjalnie porywają, poza Dwightem i Avą, która potrafi trzymać za gardło. Reszta sprawia wrażenie usypiaczy, nawet jeśli jest kilka świetnych momentów (gra w pokera, wizyta u lekarza czy estetyczna przemoc). Wtórność jest największą wadą.

sin_city_23

Drugą jest niewykorzystanie wielu aktorów, którzy są ograniczeni do epizodów (zwłaszcza Ray Liotta i Bruce Willis). Z całej obsady najlepiej poradziło sobie troje aktorów: stary, niezawodny Mickey Rourke (osiłek Marv), świetny Powers Boothe (wpływowy senator Roark) oraz bardzo apetyczna Eva Green (Ava – klasyczna femme fatale). Pozostali są zaledwie przyzwoici (ze wskazaniem na Josha Brolina zamiast Clive’a Owena oraz Josepha Gordon-Levitta) albo nie zwracają uwagi.

sin_city_24

Czuję się lekko rozczarowany drugą częścią. Niby więcej się dzieje, nie brakuje zadymy, ale to już wszystko znamy i czegoś tutaj brakuje. Tej atmosfery z pierwszej części, gdzie poznawaliśmy świat. Ten film nie jest dla mnie wart grzechu.

sin_city_25

6/10

Radosław Ostrowski

 

Penny Dreadful – seria 1

Lubicie horrory? Ale mam na myśli takie prawdziwe strasznie, a nie o horroropodobne filmy jak “Zmierzch”. Stacja Showtime ostatnio zrobiła taką stylową produkcję grozy. Tytuł oznacza takie powieści pełne mroku, okrucieństwa i krwi, można rzecz, że to tanie horrory. Ale jeśli myślicie, że serial jest robiony tanim kosztem, mylicie się grubo.

penny_dreadful2

Witajcie w Londynie za panowania królowej Wiktorii. Właśnie w tym mieście została porwana córka wybitnego odkrywcy, sir Malcolma Murraya. Jak się domyślacie, dokonały tego siły nadprzyrodzone. Sir Malcolm korzysta z usług spirytualistki, Vanessy Ives. Do współpracy zostają też ściągnięci amerykański strzelec Ethan Chander oraz naukowiec, dr Viktor Frankenstein.

penny_dreadful3

Stylowa groza i popkulturowa zabawa postaciami ze znanych książek? Tworzący całość John Logan bawi się postaciami (pojawia się także największy narcyz Dorian Gray) tworząc bardzo ponury i mroczny klimat w czasach, gdy nauka zderzała się z magią i czarami. Nie brakuje tutaj zarówno bardziej klasycznego straszenia („opętanie” głównej bohaterki niemal jak u „Egzorcysty”), jak i krwawej jatki i konfrontacji z demonami. Chociaż jest lepsze określenie – wampir. Imponuje zarówno scenografia i kostiumy z epoki, odtworzenie mentalności, jak i ponure lokalizacje pełne brudu, smrodu i nędzy. Intryga, choć prowadzona dość powoli, budowana jest konsekwentnie, odkrywając elementy układanki i nakreślając głównych bohaterów. A są to postacie, które maja swoje wewnętrzne demony i tajemnice – tu nikt nie jest czysty. Może trochę irytować skupianie się na pobocznych wątkach, jednak wszystko jest mocno szyte i twardo się trzyma jak nić. Więcej zdradzić nie mogę, ale pewne jest, że druga seria wkrótce powstanie. Trzeba będzie tylko trochę poczekać.

penny_dreadful1

Klimat – jest, groza – jest, mrok – jest. Postacie? Są i to zagrane naprawdę świetnie, przez bardzo dobrze dobranych aktorów – muszę to przyznać. Siłą napędową, która magnetyzuje od początku do końca jest Eva Green, czyli Vanessa Ives. Jest to kobieta pełna tajemnic i mroku, o której można powiedzieć, że mrozi krew i posiada nadprzyrodzone moce, gdyż demon w niej siedzi (sceny opętania i próby wyleczenie czy podczas seansu – mocne i autentycznie przerażające). Drugim mocnym punktem jest sir Murray, w wykonaniu kapitalnego Timothy’ego Daltona. Jest to na pewno postać światowa, która dla swojego celu (odnalezienie córki z zaświatów) jest w stanie iść po trupach, bez względy na cenę. Gniew, determinacja i wściekłość bardzo wyraźnie malują się na twarzy aktora. Poza tym duetem grającym pierwsze skrzypce jest tutaj bogaty drugi plan. Najbardziej tkwią w pamięci trzy postacie: rewolwerowiec Chandler (pozytywnie zaskakujący Josh Hartnett) – uciekinier mający szybkie palce i pewną rękę, doktor Frankenstein (bardzo dobry Harry Treadway) – tak, TEN Frankenstein, który wskrzesił monstrum i to go dręczy oraz monstrum zwane tutaj Kalibanem (Rory Kinnear) – odczuwający jak człowiek trup, marzący o miłości. Oni kradną i wzbogacają ten serial.

penny_dreadful4

Powiedziałem już, że będzie II seria, a zakończenie przedstawia przyszłe wątki, mogące dominować w tym niezwykłym przedsięwzięciu. Nie wiem jak wy, ale ja czekam z ciekawością, choć horrory mnie nie kręcą. A o czymś to chyba świadczy, prawda?

8/10

Radosław Ostrowski