Hercules

Każdy słyszał o Heraklesie – półbogu, którego Hera chciała zabić oraz jego 12 pracach, które musiał wykonać. Jego rzymskim odpowiednikiem był Herkules i to imię przyjęło się w krajach anglosaskich. Powstało wiele opowieści oraz produkcji filmowych jak i telewizyjnych. Własną wersje tej opowieści bazującej na komiksie Steve’a Moore’a.

hercules1

Punkt wyjścia jest prosty – Hercules jest najemnikiem wykonującym trudne zlecenia za złoto. Jednak wbrew opowieściom nie działa sam, ale ma skromną drużynę, na którą zawsze może liczyć. Nasz bohater trafia do Tracji, na dwór króla Kotysa, będącego w konflikcie z Rezusem. Król prosi herosa o pomoc w wyszkoleniu wojska, za co ma otrzymać tyle złota, ile waży. Jednak sytuacja staje się nagła i Hercules sam musi wziąć swoją maczugę i pozabijać parę osób.

hercules2

Już po tym opisie można stwierdzić, że nie jest to film trzymający się mitologii greckiej, pozostaje jednak ciekawie zrealizowanym widowiskiem. Co dostajemy? Bezpretensjonalne widowisko skierowane dla młodego kinomana w wieku gimnazjalnym, co widać w śladowej ilości krwi, braku mocno brutalnych scen oraz w sporej ilości luzu. Ratner wielkim reżyserem nigdy nie był, jednak zna się na swojej robocie. Podobało mi się inne podejście do znanej opowieści o słynnym superherosie, choć wielu liczyłoby na coś bardziej efektownego. Nie brakuje tutaj widowiskowej akcji (wspominane w retrospekcjach prace czy starcie z oddziałami Rezusa), ciętego humoru oraz pomysłowo zainscenizowanych potyczek. Styl Ratnera troszeczkę przypomina filmy Petera Jacksona, co osobiście mi nie przeszkadzało. Złego słowa nie jestem w stanie powiedzieć o zdjęciach (Dante Spinotti zaprezentował przyzwoity poziom), kostiumach i scenografii, aczkolwiek niektóre sceny akcji były montowane w zbyt teledyskowy sposób, a i sama historia staje się przewidywalna.

hercules3

Jest jeden bardzo mocny atut tego filmu – Dwayne „The Rock” Johnson w roli tytułowej. Fizycznie idealnie pasuje do roli półboga i ma odpowiednią charyzmę, do końca jednak nie wiemy czy jest on prawdziwym synem Zeusa czy tylko napakowanym mięśniakiem? Jedno jest pewne – posiada pewną mroczną tajemnice i nie potrafi odnaleźć spokoju, a aktor odnajduje się w tej postaci bardzo dobrze. Poza nim mamy bogaty drugi plan, gdzie najbardziej błyszczą towarzysze herosa – szukający śmierci wieszcz Amfiaraos (świetny Ian McShane), sprytny nożownik Autolykos (dobry Rufus Sewell), mistrz toporów Tydeus (dziki Aksel Hennie) oraz piewca czynów Herculesa i jego siostrzeniec, Jolaos (niezły Reese Ritchie). Każdy z nich ma swoje pięć minut, skupiając w sobie uwagę.

hercules4

Trzeba przyznać, że „Hercules” to przyzwoite kino rozrywkowe na poziomie, gwarantujące niezłą zabawę. Czasami wkradnie się patos, jednak Ratner dawkuje go w odpowiedniej ilości, nie psując całkowicie przyjemności. 

6,5/10

Radosław Ostrowski

Miasto zaginionych dzieci

Jest sobie pewne miasto, gdzie od dłuższego czasu zaczynają znikać dzieci. Dzieje się to z powodu działań Kranka – ekscentrycznego geniusza, który nie może śnić. Jednego wieczora zostaje porwany brat niejakiego One – siłacza cyrkowego. Mężczyzna wyrusza na poszukiwania, w czym pomaga mu poznana dziewczynka – złodziejka Miette.

zaginione_dzieci1

Jean-Pierre Jeunet jest jednym z najbardziej oryginalnych filmowców francuskich. Ja (jak pewnie większość widzów z Polski) kojarzy go głównie dzięki magicznej „Amelii” oraz wojennemu melodramatowi „Bardzo długim zaręczynom”. Drugi wspólny z Markiem Caro film już nie zrobił na mnie aż tak wielkiego wrażenia. Sam scenariusz jest mocnym zbiorem pobocznych wątków, które jednak nie łączą się w żadną całość. Mamy tu gang młodych złodziejaszków, kierowany przez syjamskie bliźniaczki, Kranka próbującego śnić, by w ten sposób powstrzymać starość, pojawia się tajemniczy nurek, Cyklopi kradnący dzieci. Klimat jest tutaj mieszanką Dickensa, steampunku (Cyklopi i ich „trzecie oko” tropiące) oraz surrealizmu. Wielkie wrażenie robi scenografia, czerpiąca garściami z SF – zwłaszcza statek-siedziba Kranka będąca nieprzyjemną siedzibą (zwłaszcza maszyna do „kradzieży snów”). Wszystkiego tu jest za dużo, zbyt surrealistycznie, a efekty specjalne rzucają się mocno w oczy (muchy z substancją czyniącą ludzi bezwolnymi). Reżyser gubi wątki i nie panuje nad nimi, co doprowadziło mnie do znużenia i zmęczenia.

zaginione_dzieci2

Także pod względem aktorskim jest delikatnie mówiąc nierówno. Z całej obsady najlepiej prezentuje się Ron Perlman grający osiłka, będącego dużym dzieckiem – paradoksy te pięknie malują się na twarzy naszego bohatera, jednak on w pojedynkę tego filmu nie udźwignie. Reszta postaci jest zbyt dziwaczna i zagrana w niemal teatralny sposób (najbardziej dotyczy to Kranka oraz Klonów), że nie warto o tym wspominać.

zaginione_dzieci3

Zabrakło tutaj zwyczajnie umiaru oraz bardziej spójnego scenariusza. „Miasto…” miało ogromny potencjał, który został brutalnie zabrany. Ale jak wiadomo, nie zawsze można być w świetnej formie.

5/10

Radosław Ostrowski

Mroczne cienie

XVIII-wieczny Liverpool. Tam do Ameryki wpłynął ród Collinsów, gdzie założył własne miasto i zbudował morskie imperium. Ich syn, Barnabas przejmuje interesy, jednak jego szczęśliwy los, odwraca się od niego. A to z powodu Angelique – służącej, w której się zakochał i złamał jej serce. Nie przewidział jednak, że kobieta jest wiedźmą i rzuciła klątwę na cały jego ród. Barnabas zostaje przemieniony w wampira i zakopany żywcem w trumnie. Przypadkowo zostaje odnaleziony po niemal 200 latach i próbuje przystosować się do nowych czasów, a także przywrócić blask swojej dawnej fortunie.

mroczne_cienie1

Tim Burton przez ostatnie lata raczej prezentuje zniżkę formy, zachwycając jedynie stroną wizualną. Tym razem postanowił przenieść na ekran koncepcje ze starego (i popularnego w USA) serialu z lat 60., gdzie do rodziny trafia dawny przodek-wampir. Problemem „Mrocznych cieni” jest tak naprawdę w jakim tonie ma być utrzymana cała historia. Bo niby to horror, niby komedia (czasami pikantna), niby kino familijne – miesza się wszelkie konwencje, ale żadna z nich nie zostaje wygrana do samego końca. Jako horror ma mroczny klimat (stylowe zdjęcia Bruno Delbonnela – zwłaszcza nocne ujęcia w lesie) i imponującą scenografię domostwa Collinsów, jednak nie trzyma w napięciu, nie strasząc. Największym źródłem humoru jest zderzenie XVIII-wiecznej mentalności i języka Barnabasa do realiów lat 70., choć dalej bywa różnie z poziomem żartów. Sama intryga dość wolno się wlecze i idzie w przewidywalnym kierunku (konfrontacji wampira z wiedźmą), a finał tylko połowicznie zadowala.

mroczne_cienie2

Reżyser zmierza w oczywistym kierunku oraz rozpoznawalnym stylu, jednak coraz bardziej czuć zmęczenie materiałem – przewijają się tu sprawdzone motywy (szaleństwo, odmienność), jak i bardziej kojarzony z produkcjami Wesa Andersona portret dysfunkcyjnej rodziny. Wszystko to już znam z innych filmów Burtona i zwyczajnie brakuje tutaj czegoś świeżego, oryginalnego oraz po prostu dobrego.

mroczne_cienie3

Sytuacji nawet nie ratuje przyzwoite aktorstwo. Etatowy współpracownik Burtona, Johnny Depp powoli zaczyna skręcać w stronę autoparodii, wygląda groteskowo (chyba tak miało być), a zmanierowany głos arystokraty wywoływał irytację. Podobnie wypadła Helena Bohnam Carter, tym razem jednak na drugim planie jako dr Hoffman. Najjaśniejszym blaskiem błyszczy Eva Green jako klasyczna femme fatale – apetyczna, seksowna i przebiegła Angelique, która sieje strach. Kontrastem dla niej jest głowa rodziny Collinsów, Elizabeth. Grająca ją Michelle Pfeiffer jest jednocześnie łagodna, ale i twardo stąpająca po ziemi kobieta walcząca o swoje.

mroczne_cienie4

Kryzys coraz bardziej dosięga Burtona, a „Mroczne cienie” tylko potwierdzają słabszą dyspozycję Amerykanina. Trudno powiedzieć, czy reżyser przełamie brak weny, ale rzeczywiście cień nad nim jest wielki i nie wiadomo jak dalej potoczy się kariera tego zdolnego reżysera.

6/10

Radosław Ostrowski

Alicja w Krainie Czarów

Pamiętacie Alicję, co jak była mała dziewczynką trafiła do krainy przypominającej sen? Powieść Lewisa Carrola była (i nadal jest) klasykiem literatury, nie tylko dziecięcej. Świat w niej wykreowany wydawał się idealnym materiałem filmowym, o czym wiedział wcześniej Walt Disney. Obecnie tylko dwóch reżyserów było w stanie przenieść na ekran wizję Carrolla – Terry Gilliam i Tim Burton. Dla Disneya swoją wersję w 2011 przedstawił ten drugi, ale jego film jest co najwyżej inspirowany literackim pierwowzorem.

alicja_1

Alicja tym razem jest 19-letnia dziewczyną, której ojciec zmarł wiele lat wcześniej. Gdy ją widzimy, jedzie na przyjecie, podczas którego ma się jej oświadczyć młody lord Hamish. Dziewczyna waha się i… wtedy dostrzega białego królika. Goniąc go wpada do dziury, za którą trafia do krainy terroryzowanej przez Czerwoną Królową. Jednak już nie pamięta, że była tu wcześniej znana jako „ta” Alicja, która pokonała Żaberzwłoka. I musi to zrobić jeszcze raz, ale potrzebuje do tego paru przedmiotów.

alicja_2

Brzmi troszkę jak gra komputerowa? Poniekąd ta wariacja opowieści o Alicji tym właśnie jest – grą z prosta fabułą na poziomie gry (zwłaszcza finałowe starcie, gdzie dochodzi do potyczki między dobrem z złem), gdzie Alicja musi odnaleźć się na nowo w starym miejscu. A to trzeba zdobyć klucz (gdy jest się mniejszym, to znalezienie go staje się trudne), znaleźć miecz do pokonania potwora itp., zaś Szalony Kapelusznik, Marcowy Zając i Kot z Cheeshire są spiskowcami planującymi pomóc Białej Królowej. Wędrówka Alicji staje się dla niej motorem do przewartościowania swojego życia oraz kierowania się swoimi potrzebami – problem w tym, że to nie jest absolutnie nic nowego i w dodatku jest to mało wciągające.

alicja_3

Plastycznie to jest film Burtona – widać tutaj barwną kolorystykę, uwielbienie groteski (nienaturalny wygład Królowej czy Kapelusznika) oraz imponującą scenografię. W obiektywie Dariusza Wolskiego Kraina Czarów prezentuje się z jednej strony bajkowo, z drugiej mrocznie i niepokojąco (siedziba Czerwonej Królowej), przez co film wygląda pięknie. Nawet charakteryzacja jest tutaj bez zarzutu, chociaż na granicy przerysowania. Burtonowi cała historia po prostu nie klei się, a sam reżyser gubi się w tym wszystkim i… nudzi. Prawie jak w „Planecie małp” z 2001 roku. I nawet komputerowo stworzone postacie Zająca, Kota czy straży Czerwonej Królowej nie są w stanie tego filmu uratować przed porażką.

alicja_4

Także poziom aktorski jest dość nierówny. Przyzwoicie radzi sobie Mia Wasikowska – zagubiona, trochę nieporadna Alicja, próbująca odnaleźć reguły gry panujących w tym pokręconym świecie, aczkolwiek granie niemal przez cały film dwiema minami nie jest do końca tym, czego oczekuję. Depp, choć w pstrokatych kolorach i postrzelonej charakteryzacji, ma w sobie obłęd Szalonego Kapelusznika. Podobnie najlepsza z całej obsady Helena Bohnam Carter – antypatyczna, wyglądająca na granicy karykatury oraz zabawna, gdy ciągle żąda ścięcia głowy. Natomiast najsłabsza była Anne Hathaway – Biała Królowa w jej wydaniu jest manieryczna, mdła i irytująca.

Niestety, ale „Alicją…” Burton wpadł w dołek tak głęboki jak królicza nora. Problem w tym, że poza dołem nie widać niczego więcej. Nawet głębia jest tutaj pozorowana i gdybym miał 10, może 12 lat pewnie chwyciłoby mnie za gardło. Ale już chyba wyrosłem z takich bajek.

6/10

Radosław Ostrowski

Charlie i fabryka czekolady

Dawno, dawno temu działała fabryka czekolady, której właścicielem był ekscentryczny Willy Wonka – człowiek o nieskrępowanej wyobraźni, tworzącego niezwykłe słodycze. Jednego jednak fabryka wznowiła działalność i właściciel zaproponował grę. W pięciu opakowaniach czekolady, ukryte są złote bilety, które są „wejściówkami” do fabryki, za którą czeka nagroda.

willy_wonka1

Jeśli „Duża ryba” była przebudzeniem Tima Burtona, to adaptacja powieści dla dzieci Roalda Dahla wydaje się potwierdzeniem formy reżysera. Znów nakręcił film w bardzo charakterystycznym dla siebie stylu, mieszając surrealizm, bajkową oprawę plastyczną i specyficzny humor. Tak, jest to bajka opowiadająca o tym, że warto być dobrym dzieckiem. Historia jest prosta i droga, jaką się ona toczy jest bardzo przewidywalna, jednak niesamowity styl Burtona tutaj sprawdza się znakomicie. Nie przeszkadzał mi ani narrator z offu, ani moralizatorstwo, które jednak wprowadzono w dość niekonwencjonalny sposób (musicalowe wstawki wykonywane przez pracowników fabryki – Umpa-Lumpy, swoją drogą sama ich realizacja to mały majstersztyk). Każde pomieszczenie fabryki wygląda po prostu zjawiskowo – czy to obrabiarka orzechów, czekoladowy wodospad czy pokój, gdzie można czekoladę przenieść do telewizji – jest to wielka robota scenografów oraz specjalistów od efektów specjalnych. Całości towarzyszy szalona muzyka Danny’ego Elfmana oraz bardzo dobre, pełne kolorów zdjęcia Philippe’a Rousselota, tworzące baśniowy klimat.

willy_wonka2

Pochwalić też trzeba grę aktorska, która – jak to u Burtona – jest na naprawdę wysokim poziomie. Reżyser bardzo polubił Johnny’ego Deppa i znów go zatrudnił w głównej roli. Wonka w jego interpretacji to ekscentryczny jegomość o wrażliwości dziecka, który nie przepada za dorosłymi, co wynika z przeszłości naszego bohatera. Ale największą niespodzianką jest Freddie Highmore – młody aktor, który grał już u boku Deppa w „Marzycielu”. Tu potwierdza swój potencjał. Choć jego rola wydaje się mocno „kryształowa” (niemal idealne dziecko), jednak jest on w tym całkowicie naturalny i wiarygodny. Poza tym duetem na ekranie pojawia się także druga twarz kina Burtona – Helena Bohnam Carter. Tym razem bez charakteryzacji, a jej rola matki troszkę przypominała tą z „Jak zostać królem” – wspierająca, empatyczna i zachowująca pogodę ducha mimo okoliczności. Taką matkę chciałoby na pewno wiele dzieci. Najbardziej w pamięci utkwił mi energiczny David Kelly (dziadek Joe) oraz pojawiający się w epizodzie Christopher Lee (chłodny ojciec Wonki).

willy_wonka3

Burton potwierdza powrót do wysokiej formy, co dostrzegła też widownia, tłumnie idąc do kin. Bajka skierowana raczej dla młodszego odbiorcy, choć i starsi widzowie znajdą coś dla siebie (aluzja do „2001: Odysei kosmicznej”). Jednak następna produkcja Burtona miała być jego najlepszym dziełem XXI wieku, ale o tym jeszcze opowiem.

7/10

Radosław Ostrowski

Duża ryba

Poznajcie Edwarda Blooma – faceta, będącego duszą towarzystwa w swojej okolicy. Jako młody chłopak opuścił swoją miejscowość  i wyruszył w wielką podróż, przeżywając wiele niezwykłych przygód. Jednak jego syn Will, który przyjeżdża, by zająć się swoim ojcem nie wierzy w jego opowieści. I próbuje ustalić, jak to było naprawdę.

duza_ryba1

Tim Burton na przełomie wieków próbował eksperymentować z gatunkami, co wychodziło mu dość średnio. Jednak tym razem adaptacja powieści Daniela Watersa jest powrotem do formy. W każdym razie mamy Burtona baśniowego, fantastę oraz opowiadacza historii. O czym tak naprawdę jest ten film? Próbą poznania prawdy o człowieku, który miał wielkie ambicje i opowiadał o swoich przeżyciach opowieści na granicy fikcji. Co jest prawdą, a co tylko wymysłem wyobraźni i czy da się oddzielić te dwa elementy? Opowieści Blooma przeplatają się z obecną rzeczywistością, co tylko uatrakcyjnia ten film i pozwala „pobawić się” w detektywa. A opowieść jest niezwykła – wiedźmy, olbrzym, wielka miłość, praca w cyrku, działalność wojskowa – wydarzenia coraz bardziej zaskakują, okraszone są dużą ilością humoru.

duza_ryba2

Wizualnie jest to piękne kino, które zgrabnie pokazuje lata 60. (młodość Blooma), okraszona poruszającą muzyką Danny’ego Elfmana. Najbardziej urzekły mnie dwie sceny. Pierwsza to zakochanie się Eda w przyszłej żonie, kiedy nagle wszystko się zatrzymuje (dosłownie) i następuje potem gwałtowne przyspieszenie. Drugim była (w zasadzie były) dwie wizyty w Spectre (Widmo, nazwa chyba nieprzypadkowa) – miasteczku idealnym i czarującym, jednak druga wizyta pokazała destrukcyjną siłę czasu, nie omijającego nikogo. A na sam koniec dostajemy dość przewrotny finał (nie zdradzę co, by nie psuć niespodzianki).

duza_ryba3

Burton potwierdza tym filmem, że ma dobrą rękę do aktorów i pozwala wycisnąć z nich maksimum. „Duża ryba” to przede wszystkim popis Ewana McGregora, która gra Amerykanina z południa USA, który jest – no właśnie – fantastą, mitomanem, gawędziarzem czy oszustem? Na pewno jest czarującym, zdeterminowanym człowiekiem pragnącym osiągnąć wielki sukces. Przy okazji ma też nieprawdopodobne szczęście (akcja w Szanghaju czy napad na bank), co budzi wątpliwości co do wiarygodności jego opowieści. Jego starsze wcielenie ma twarz Alberta Finneya, który prezentuje się przyzwoicie, pokazując niezmienność jego charakteru nawet mimo choroby. Być może dlatego ta rola została dostrzeżona przez krytykę zdobywając nominacje m.in. do Złotego Globu.

duza_ryba4

Poza tym duetem nie brakuje równie wyrazistych i ciekawych ról. Taką na pewno gra Helena Bohnam Carter i to wcielając się w dwie postacie – najpierw jest wiedźmą, która potrafi przewidzieć śmierć, a potem nieszczęśliwie zakochaną w Bloomie Jennifer ze Spectre, ciągle tęskniącej i tłumiącej swoje uczucia. Nie sposób nie wspomnieć także niezawodnego Steve’a Buscemi (pisarz Norther Winslow, który zaszedł w kompletnie zaskakującą branżę), uroczego Danny’ego DeVito (właściciel cyrku Amos Calloway) i wiecznie piękną Jessikę Lange (żona Edwarda).

Nie jest to może najlepszy film Tima Burtona, jednak „Duża ryba” pozostaje czarującą, zabawną baśnią o sile naszej imaginacji. Owszem, było wiele filmów o tej tematyce (zwłaszcza produkcje Terry’ego Gilliama), jednak Burton nie jest ani infantylny, ani irytujący. Ma pewna magię, której siła nadal potrafi oddziaływać.

7/10

Radosław Ostrowski

Edward Nożycoręki

Przedmieścia gdzieś w USA. Są tam idealne domy, gdzie mieszkają szczęśliwi ludzie, znający się nawzajem. Co się stanie, jeśli w tej okolicy pojawi się ktoś obcy, kogo nie znacie? Sprawczynią tego całego zamieszania jest pani Boggs – akwizytorka sprzedająca kosmetyki Avon. Odwiedziła opuszczone domostwo i znalazłam tam chłopca, który zamiast palców miał nożyczki. Na imię miał Edward, a kobieta zdecydowała się przygarnąć do siebie.

edward_nozycoreki1

Historia opowiedziana w tym filmie przez Tima Burtona jest dość prosta i nieskomplikowana. Zaczyna się jak baśń – najpierw mamy przepiękną czołówkę (ciemny błękit, zbliżenia na detale jak klamki czy wzorki), a potem widzimy starszą panią opowiadającą swoje wnuczce opowieść o Edwardzie. Samej wyobraźni i estetyki charakterystycznej dla tego reżysera tym razem jest bardzo niewiele. Pokręcony styl najbardziej widać w scenach pokazujących mroczne domostwo Edwarda, którego stworzył już mocno zaawansowany wiekowo wynalazca (skojarzenia bardziej z Pinokiem niż Frankensteinem). Gotycka budowa, taśma produkcyjna, dziwaczny piec – to tworzy bardzo mroczny klimat, spotęgowany przez bardzo sugestywna prace kamery oraz scenografię. Jednak przez większość czasu akcja toczy się na przedmieściach jakiegoś miasta gdzieś w latach 60. (w radiu lecą przeboje Toma Jonesa – „Delilah” i „It’s Not Unusual”), co widać zarówno w strojach, wnętrzach domów oraz fryzurach. Jedynym elementem niepasującym do reszty jest Edward ze swoimi rękoma. Osadzenie go w tym „idealnym” świecie staje się testem na człowieczeństwo. Sam bohater początkowo traktowany jest jako sympatyczne dziwadło, które jest w stanie zrobić kilka usług, np. ostrzyć żywopłot czy jako fryzjer. Ale ta idylla nie będzie trwała długo. Wtedy zacznie się wrogość, nienawiść, nieufność.

edward_nozycoreki2

Cały problem z „Edwardem” jest taki, że cała ta historia jest nie tylko przewidywalna (przesłanie też jest dość oczywiste), ale przez większość czasu mało angażująca. Pierwsze próby „adaptacji” Edwarda do świata ludzi są nawet zabawne (próba ubrania się), lecz dopiero pod koniec cała historia zaczyna działać na strunach wrażliwości i ma wiele niezwykłych ujęć (taniec Kim wśród płatków śniegu to magiczny moment, który zapamiętam na długo). Klimat tworzy też bardzo piękna muzyka Danny’ego Elfmana z niezapomnianym tematem przewodnim przypominającym kołysankę.

edward_nozycoreki3

Poziom podnoszą świetnie poprowadzeni aktorzy, z czego jeden z nich otrzymał „etat” u Burtona. Tym aktorem jest Johnny Depp, który jest po prostu uroczy w roli Edwarda. Aktor bardzo wiarygodnie zbudował postać „dużego dziecka” – zafascynowanego i odkrywającego nowy świat, ale jednocześnie łatwo podatnego na manipulację. Wszystko dla niego jest nowe, także miłość, a wszelkie emocje łatwo można odczytać w jego oczach. Równie czarująca jest Winona Ryder jako córka państwa Boggs, Kim. I jak to nastolatka jest wrażliwą dziewczyną, choć początkowo nieufną wobec Edwarda. Potem ta relacja zmienia się w poważniejszą zażyłość. Jest też kilka dobrych ról na drugim planie. Nie sposób nie docenić empatycznej Dianne Wiest (pani Boggs), traktującą Edwarda niemal jak swoje dziecko, antypatycznego Anthony’ego Michaela Halla (psychopatyczny Jake) oraz – ostatni raz na ekranie – legendarnego aktora kina grozy Vincenta Price’a (Wynalazca).

edward_nozycoreki4

„Edward” był ważnym filmem przede wszystkim dla Johnny’ego Deppa, który stał się stałym współpracownikiem Burtona oraz dzięki niemu stał się docenionym aktorem swojego pokolenia. Poza tym jest to dość przewidywalna baśń, która momentami przypomina to, za co kocha się Amerykanina. To jednak za mało, by wznieść się nieco ponad przeciętność.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Sok z żuka

Państwo Maitlandowie to dość spokojna rodzinka mieszkająca w dużym domu, są szczęśliwi, ale dziecka brakuje im do szczęścia. Spędzają właśnie urlop w swoim domu, ale podczas zakupów wpadają do rzeki i giną. Dowcip polega jednak na tym, że jako duchy wracają do swojego domu i nie mogą go opuścić, bo… powiedzmy ze nie będzie zbyt fajnie. Tylko, że do ich domu wprowadzają się nieprzyjemni żywi ludzie, zmieniający ich przyjemny domek w totalne dziwadło. Więc trzeba ich wypędzić. Ale jak?

sok_z_zuka1

Po swoim pełnometrażowym debiucie, Tim Burton dostał spory kredyt zaufania od Warner Bros., którzy pozwolili mu nakręcić, kolejny wariacki film, który można – nawet trzeba – nazwać czarną komedią, będącą odwróceniem „Egzorcysty”, gdyż to duchy chcą wypędzić żywych. Sprawa jest o tyle trudna, że nikt ich nie widzi, a umiejętność opanowania poradnika dla nieboszczyków idzie im pod górkę. Dodatkowym problemem jest fakt, ze nowi lokatorzy są chciwi i będą próbowali na straszeniu zbić kapitał, a to już nietajne. Reżyser jak zawsze ma pokręcone i surrealistyczne wizje, które jest w stanie pokazać bardzo sugestywnie. Wystarczy wspomnieć słynną poczekalnię w zaświatach, gdzie zmarli czekają na rozmowę z kuratorem czy kompletnie przemeblowany dom Maitlandów z dziwacznymi i zagadkowymi rzeźbami budzącymi grozę. Jednak Amerykanin nie byłby sobą, gdyby nie pozwolił na odrobinę czarnego i smolistego humoru (m.in. próby straszenia), tworząc naprawdę przyjemną rozrywkę, która dość szybko się rozkręca z bardzo przewrotnym finałem.

sok_z_zuka2

Poza scenografią (u Bartona zawsze zrobioną z fasonem i klasą), „Sok z żuka” posiada znakomitą muzykę Danny’ego Elfmana, a także bardzo pewnie dobrane piosenki (z „Jump In the Line” Harry’ego Bellfaonte na czele), co jest uczta dla ucha.

sok_z_zuka4

Także pod względem aktorskim film trzyma dobry poziom. Zarówno Alec Baldwin jak i Geena Davis w rolach nieboszczyków bezskutecznie próbujących wykurzyć nowych lokatorów są naprawdę dobrzy i zabawni w swojej nieporadności, co też jest sporym źródłem humoru. Tak naprawdę szoł ukradła im dwójka aktorów. Po pierwsze, urocza Winona Ryder, czyli Lydia Deetz, córka nowych lokatorów. Zawsze ubrana na czarno, ponura i niekochana przez swoich rodziców, jest też jedyną widzącą Maitlandów, nawiązując z nimi silna więź. No i on – brawurowy Michael Keaton w roli tytułowej. Choć pojawia się dość krótko (może z 15 minut), rozsadzał ekran swoją szaloną osobowością jako niekonwencjonalny bioegzorcysta, który nie tylko serwuje najlepsze teksty (pełne dwuznaczności), ale tez jest cwanym manipulatorem z własnym celem. Jednak nie można odmówić mu skuteczności, co tylko potwierdza, że moralność i etyka nie idą ze sobą ręka w rękę.

sok_z_zuka3

„Sok z żuka” to Burton dowcipny, czasami nieobliczalny, z dziką wyobraźnią, która czasami jest w stanie odwrócić uwagę od fabuły. Jednak tak naprawdę następny film miał uczynić z reżysera wizjonera.

7/10

Radosław Ostrowski

Tajemnice lasu

Musicale to gatunek trudny i niełatwy do realizacji – jak zresztą każdy gatunek filmowy. Jednak tym razem reżyser Rob Marshall, który miał dość spore doświadczenie przy realizacji musicali („Chicago”, „Nine”) zrobił kolejny projekt, tym razem dla Disneya. A początek jest taki: dawno, dawno temu żył sobie piekarz razem z żoną. Żyli sobie szczęśliwie, ale brakowało im tylko dziecka. Nie mogą go mieć nie z powodu różnych medycznych przypadłości (lekarz wtedy nie istniał raczej), tylko spowodowane jest klątwą czarownicy i tylko ona może ją zdjąć. By to zrobić potrzebne są pewne przedmioty: krowę, złoty pantofelek, czerwony kaptur i złote włosy.

tajemnice_lasu1

Brzmi znajomo? Marshall miesza baśniowe postacie i motywy (Kopciuszek, Roszpunka, Jaś i magiczna fasola itp.), gdzie przeplatają się te postacie oraz wątki ze sobą. Pytanie tylko – po co to wszystko? I jeszcze tu wszyscy śpiewają – w wiadomym stylu, gdzie wszyscy rywalizują o to, kto mocniej wyje. Owszem, reżyser próbuje zrobić pewne cudeńka (zwłaszcza wizualna strona robi naprawdę dobre wrażenie), a odniesienia do klasycznych baśni sprawiają wrażenie pewnego mechanicznego działania (poza Czerwonym Kapturkiem i akcji z Wilkiem – to było zabawne czy ironiczny śpiew obu Książąt z bajki) czy niektórych dwuznacznych scen, jednak nawet one nie są w stanie przykuć uwagi na dłużej, choć przesłanie (uważajcie, czego życzycie, bo to się spełni) może się podobać.

tajemnice_lasu2

Jeśli chodzi o warstwę aktorską, to część śpiewana jest taka sobie (broniła się tylko Anna Kendrick i – czasami – Meryl Streep), jednak gdy nie trzeba śpiewać, to wtedy jest całkiem nieźle. Najlepiej zaprezentowała – moim skromnym zdaniem – urocza Emily Blunt jako żona piekarza (James Corden), która sprawia wrażenie bardziej zaradnej i niepozbawionej sprytu. A sama Meryl S., która dostała kolejną nominację do Oscara? Wygląda tak, jak czarownica wygląda powinna – jest ohydna, raczej antypatyczna i działająca w zgodzie ze swoim interesem. To po prostu solidna rola, bez jakiegoś zaskoczenia czy niespodzianki. A reszta, dla mnie poprawna i tyle.

tajemnice_lasu3

Cóż, po tym filmie, musicali raczej nie polubię. Nudny, niekonsekwentny, pozbawiony czegoś, co przykułoby moją uwagę na dłużej. A szkoda, bo wydawałoby się to bardzo intrygujące.

tajemnice_lasu4

5,5/10

Radosław Ostrowski


Medium

Wierzycie w zaświaty czy życie pozagrobowe? Ta historia bazuje na trójce bohaterów, którzy bardziej lub mniej zetknęli się ze śmiercią. Francuzka dziennikarka Marie podczas urlopu przeżywa atak tsunami i przez chwilę znajduje się w stanie chwilowego zgonu. George wydaje się zwykłym robotnikiem, ale naznaczony jest darem widzenia zmarłych, wcześniej działał jako medium. Wreszcie jest dwóch braci bliźniaków – Jason i Marcus, opiekujący się matką-alkoholiczką. Podczas pójścia po leki, starszy zostaje zaatakowany przez gnojków i uciekając przed nimi wpada pod auto.

medium1

Clint Eastwood mięknie z wiekiem i stara się poruszać ważkie tematy. Razem z uznanym scenarzystą Peterem Morganem („Królowa”, „Ostatni król Szkocji”, „Frost/Nixon”) próbuje opowiedzieć o życiu po śmierci. Nie jest to jednak żaden horror, ale pełnokrwisty dramat obyczajowy, gdzie losy całej trójki przeplatają się ze sobą. O ile początek jest intrygujący (scena tsunami jest naprawdę świetna), o tyle dalej cała historia zwyczajnie nuży. Szukanie kontaktu ze zmarłymi jest tutaj próba pogodzenia się i pożegnania się z innymi. Ale tez przy okazji widzimy jak żyją osoby, które mają „kontakt” z zaświatami.

medium2

Ciekawszy był dla mnie watek George’a (Matt Damon pozytywnie zaskoczył) –  medium, który traktuje swój dar bardziej jako klątwę, nie pozwalającą mu prowadzić normalnego życia. Dlatego chce się od tego odciąć, niemal desperacko. Podobnie Marie (świetna Cecile De France), która o mało nie umarła i próbuje przetrawić to. Szuka informacji i chce napisać o tym książkę, a bracia bliźniacy (George i Frankie McLaren) byli po prostu świetni. Więc aktorsko nie mam żadnych zastrzeżeń, także kameralna forma nie przeszkadzała – to był zawsze znak rozpoznawczy Clinta.

medium3

Ale dla mnie to wszystko trochę za łagodne, za bajkowe i tylko ślizgające się po problemie. Zaświaty i życie po śmierci to jedna ze spraw prześladująca każdego człowieka. Ale tutaj jest to takie naiwne i bajkowe, że głowa mała. A zakończenie to dla mnie czysty kicz (więcej nie powiem). „Medium” może śmiało rywalizować o miano jednego z najgorszych filmów Eastwood. Nudny, powolny i poruszający tylko momentami. A mogło być tak fajnie.

5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Eastwooda