Narzeczona dla księcia

Do chorego wnuczka przybywa dziadek, który czyta mu książkę, która była przekazywana z pokolenia na pokolenie. Choć wnuczek bardziej woli gry komputerowe, dziadek bardzo go namawia, serwując masę atrakcji. O czym jest ta opowieść? Dawno temu, było sobie dwoje ludzi – oboje z nizin społecznych. Ona zwała się Buttercup i lubiła rozkazywać parobkowi, czyli Westleyowi. Kiedy uświadamia sobie, ze go kocha, młodzian wyrusza w wędrówkę, ale zostaje zabity przez pirata Robertsa. Dziewczyna z rozpaczy decyduje się zostać narzeczoną księcia Humpertinga i wtedy odkrywa, że…

narzeczona1

Więcej wam nie zdradzę, bo sama historia jest jednym z najmocniejszych atutów filmu Roba Reinera. Pozornie mamy typowa produkcje fantasy z lat 80-tych, gdzie mamy piękne plenery, imponującą scenografią (ogniste piaski nadal robią wrażenie), w dodatku okraszoną naprawdę nastrojową muzyką Marka Knopflera. Jednocześnie reżyser mocno trzyma się konwencji kina przygodowego/fantasy, a z drugiej całość wyśmiewa tworząc świetny pastisz tego gatunku. Obśmiana jest cała konwencja, gdzie nie brakuje odrobiny czarów (największym jest jednak miłość), pojedynków na śmierć i życie (starcie Inigo Montoyi z piratem Robertsem), gdzie choreografia i powaga miesza się z humorem (panowie nawzajem chwalą się swoimi umiejętnościami), a czasami humor mocno idzie w stronę absurdu (wizyta u Cudotwórcy Maxa). Cała ta kombinacja i postmodernistyczna zabawa może (i powinna) budzić skojarzenia ze „Shrekiem”, gdzie w podobny sposób konstruowano całą zabawę.

narzeczona2

Jednak ta cała zabawa konwencją nie udałaby się, gdyby nie świetny scenariusz napisany przez Williama Goldmana (który był też autorem literackiego pierwowzoru), okraszony błyskotliwymi dialogami oraz bardzo pewna ręka reżysera. Dodatkowo aktorzy wspierają reżysera w tej walce. Tutaj pierwsze skrzypce trzyma Cary Elwes, czyli Westley – czarujący i urodziwy mężczyzna, który okazuje się być dzielnym wojownikiem. Patrzenie na pojedynki z tym aktorem to po prostu poezja. Tak samo można powiedzieć o stawiającej swoje pierwsze kroki Robin Wright (jeszcze nie Penn) w roli tytułowej. Piękna, trochę naiwna, ale posiadająca pewien urok. Za to drugi plan jest przepełniony wyrazistymi postaciami, które nawet mając kilka minut zapadają w pamięć. Tak można powiedzieć o mocno ucharakteryzowanym Billym Crystalu (Cudotwórca Max), Melu Smithie (albinos, sługa hrabiego Rugena) czy Wallace Shawnie (przebiegły Vizzini). Ale i tak wybija się z tego grona świetny Mandy Patinkin w ikonicznej już roli Inigo Montoyi – hiszpańskiego mistrza szpady, który poprzysiągł zemstę zabójcy swojego ojca. No i obowiązkowo jeszcze trzeba wspomnieć o Peterze Falku i Fredzie Savage’u, czyli dziadka z wnukiem.

narzeczona3

Pastisz Reinera zadziałał mocno, tworząc jeden z pamiętnych filmów mojego dzieciństwa. I mimo upływu lat, „Narzeczona” pozostaje świetną rozrywką zarówno dla młodego jak i troszkę starszego kinomana. A to jak widać potrafi niewielu.

8/10

Radosław Ostrowski

Czarownica

Wszyscy znamy baśń o Śpiącej Królewnie? Panowie z Disneya też ją znają, ale postanowili pójść zgodnie z trendami i zrobili znacznie mroczniejszą i „stuningowaną” opowieść. Ale po kolei. Czarownicą jest tutaj niejaka Maleficent, która była wróżką pilnującą Wrzosowiska – krainy zamieszkiwanej przez magiczne istoty. Wróżka zaprzyjaźnia się ze Stefanem – młodym chłopcem, z którym łączy więź. W tym czasie Wrzosowisko chce podbić król Henry. Wtedy Maleficent zostaje zdradzona przez Stefana, który zostaje królem. A gdy rodzi mu się córka, tytułowa czarownica planuje zemstę.

czarownica1

Debiutujący na stanowisku reżysera scenograf Robert Stromberg na pewno ma oko do spraw wizualnych. I to widać, bo zarówno scenografia, kostiumy, zdjęcia oraz efekty specjalne robią naprawdę duże wrażenie. Samo Wrzosowisko wygląda bardzo bajkowo i nie jest to wada. Ale na szczęście także sama opowieść trzyma swój poziom. Niby znamy całość i wiemy co się stanie, ale nie brakuje tu niespodzianek oraz rozmachu godnego widowiska. Widać to w niewielu scenach akcji (atak na Wrzosowisko czy finałowa konfrontacja), ale mroczny klimat przykuwa uwagę. Problem w tym, że to produkcja raczej dla młodszego widza (pozbawiona krwi i brutalności), opowiadająca o braku tolerancji i ostrzeżeniem do czego doprowadza egoizm. Nie brakuje odrobiny humoru (trzy niezdarne wróżki), ale są one jakby przy okazji tej całej historii.

czarownica2

Jednak największym atutem jest baśni jest znakomita Angelina Jolie, która bardzo wiarygodnie prezentuje się zarówno jako anielska i niewinna wróżka, jak też będąc demoniczną i złą czarownicą. Jak grozi, to wierzymy jej na słowo, jednak jej wielowymiarowość potrafi oczarować. W środku nadal jest tą samą anielicą, którą okoliczności zmusiły do takiego a nie innego wyboru. Nie gorszy jest Sharlto Copley jako król Stefan, który jako dorosły pokazuje najgorsze cechy człowieka – chciwość, obłęd, żądzę władzy. Przy tej dwójce grającą księżniczkę Aurorę Elle Fanning wypada bardzo blado. Intryguje za to trio wróżek (uroczo wyglądają jako małe istotki Lesley Manville, Imelda Staunton i Juno Temple), które rozładowuje napięcie humorem. I jest jeszcze Sam Riley, czyli Diaval (kruk, który przybiera ludzką postać).

czarownica3

Wbrew pozorom, to bardzo spokojna, wręcz kameralna baśń, którą można było podkręcić. Jednak solidna realizacja i naprawdę wyborna Angelina w roli głównej potrafią przykuć uwagę na dłużej. I potwierdza, że Disney zaczyna wracać do formy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Noe: Wybrany przez Boga

Inspiracja Starym i Nowym Testamentem jest dla reżyserów bardzo ogromna i wielka. Jeśli bierze się za biblijną opowieść bardzo nieszablonowy reżyser, może powstać wszystko. Czegoś takiego podjął się Darren Aronofsky, który sięgnął po Noego – wiecie, tego kolesia co zbudował Arkę.

Reżyser po swojemu interpretuje biblijna opowieść dodając do nich upadłe anioły, które wyglądają jak kamienne golemy i pomagają ludziom (czytaj: Noemu i jego rodzinie), potomków Kaina, którzy podporządkowali sobie ziemię (są źli, tak źli, że za mięso oddają swoje żony i dzieci) oraz Noego, który ma wizję. Widzi w niej zagładę ludzkości i by do niej nie dopuścić, decyduje się zbudować Arkę i przenieść tam niewinne zwierzęta do nowego Edenu.

Noe1

I w zasadzie to tyle, ale Aronofsky nie byłby sobą, gdyby nie próbował przemycić poważniejszych treści. Bo tutaj Noe jako ślepo posłuszny Stwórcy (Bóg nie istnieje) powoli zaczyna się zmieniać w fanatyka, który uważa, że ludzkość skazana jest na zagładę. Tylko w ten sposób nie dojdzie do zbezczeszczenia Ziemi. Tylko czy do tego wszystkiego potrzeba było 120 mln dolców? Jak najbardziej. Bo jest tu kilka scen wizualnie zapierających dech (stworzenie świata, upadek aniołów czy wizje Noego), mimo surowej i stonowanej kolorystyki (znowu Matthew Libatique pokazuje klasę jako operator). Ale pytania o wiarę i jej sens przewijają się dość mocno, nie dając do końca jednoznacznej odpowiedzi. I w tym momencie „Noe” jest najciekawszy. Owszem, nie brakuje tutaj akcji (obrona Arki przez Noego i anioły), jednak one są dodatkiem do całości, nadając epickiego rozmachu – także sam potop wygląda imponująco. Aronofsky nie do końca jednak to wykorzystuje, co może wywołać pewne znużenie, parę scen można śmiało wyciąć (zbieranie jagód przez Matuzalema – panie Hopkins, wstydu oszczędź!), a miejscami wizualny przepych może doprowadzić do bólu oczu (inwazja ptaków), niemniej jest to interesująca propozycja.

Noe2

Ale najmocniejszym elementem nowego filmu Aronofsky’ego jest kapitalny Russell Crowe. Jeśli myślicie, że Noe to prawy i sprawiedliwy facet – jesteście w błędzie. Ma wizje (i twierdzi, że Stwórca coś do niego mówi), które stają się dla niego obsesją i czynią z niego fanatyka religijnego – ludzkość musi umrzeć, a jego synowie mają pozostać ostatnimi ludźmi na Ziemi. I to budzi w nim wewnętrzną wojnę miedzy posłuszeństwem wobec Boga (który wydaje się tutaj okrutnikiem) a szczęściem rodu swojego. Poza Russellem warto wyróżnić Raya Winstona jako bezwzględnego i twardego króla. Cała reszta, niestety robi tutaj za dekorację, a najbardziej szkoda tutaj Jennifer Connelly, czyli rozważnej żony Noego, która jest tutaj nadekspresyjna.

Noe3

Aronofsky postawił sobie trudne zadanie, ale wyszedł z niego z obronną ręką i pokazał, że nie ma dla niego zadań niewykonalnych. Ciekawe jak wypadnie jego kolejne przedsięwzięcie, które określono jako „Fargo” w kosmosie.

7/10

Radosław Ostrowski

Knights of Badassdom

Wiecie co to jest LARP? Ja się dowiedziałem przed chwilą – polega to na graniu w „realu” w gry RPG. Wiecie, czarodzieje, rycerze, demony i takie tam. Jest takich trzech kolesi, którzy lubią się w to bawić. Joe pracuje w warsztacie samochodowym, choć chciałbym grać metal. Jakby tego było mało, kobieta go rzuciła. Hugh jest kurduplowatym wojownikiem, zaś Eric bawi się jako czarodziej. Ale cała może wziąć w łeb, kiedy Eric przypadkowo wywołuje demona z księgi. Takiego prawdziwego, a to się może skończyć w jeden sposób – krwawą łaźnią.

badassdom1

Co wyjdzie, gdy zmieszamy ze sobą fantasy, komedię i horror? Właśnie coś takiego. Niejaki Joe Lynch, który wcześniej nakręcił takie wybitne filmy jak „Droga bez powrotu 2” czy „Maraton filmów grozy” postanowił przyjrzeć się LARP-owcom, czyli osobom tak jarającym się RPG-ami, że postanowili je przenieść do prawdziwej rzeczywistości. Więc jest tu obowiązkowy Mistrz Gry, który prowadzi rozgrywkę, przywiązanie do stroju (wiadomo, zbroje, kolczugi, miecze itp.), broni (głównie plastikowych imitacji niż prawdziwych stalowych ostrzy), a nawet mowy. To musi robić wrażenie i robi. Sama historia nie jest niczym zaskakująca, ale ogląda się to naprawdę dobrze i jest autentycznie zabawnie (humor trochę oparty na bluzgach i nadmiernym przywiązaniu do gry niż trzymania się prawdziwej rzeczywistości, ale co tam). Głupawa historia, efekty specjalne i wygląd głównego monstrum może pozostawia wiele do życzenia, ale pasuje to do niepoważnej konwencji, spotęgowanej muzyką – rockową rąbanką, okraszoną „średniowiecznymi” nutami, zaś banan z gęby nie powinien was opuścić do końca (za krótki ten film).

badassdom2

Od strony aktorskiej, umówmy się – nie należy liczyć na nic wielkiego, ale wychodzi to całkiem przyzwoicie i wszyscy naprawdę nieźle się bawią. Od apetycznej Summer Glau (Gwen – jej strój będzie mnie nawiedzał i to dość często, a jak walczy!) przez poważnego Ryana Kwantena (Joe) po rozbrajających śmiechem Steve’a Zahna („czarodziej” Eric, którego śpiewane zaklęcia rozłożyły na łopatki) i niezaradnego Jimmy’ego Simpsona (Ronny, mistrz gry). Nie można też nie wspomnieć o Peterze Dinklage’u, czyli niskim Hungu – szkoda, że tak krótko się pojawia.

badassdom3

Jeśli macie w sobie ukrytego geeka, ten film powinien go wyzwolić. I to szybko, bo druga taka okazja może nie zdarzyć się szybko.

7/10

Radosław Ostrowski

Hobbit: Pustkowie Smauga

W skrócie jest to ciąg dalszy wielkiej wyprawy Krasnoludów po skarb i swój dom. Peter Jackson tym razem postanowił sprawę przyśpieszyć i zrobić naprawdę wielkie widowisko. Akcja pędzi miejscami mocno na złamanie karku (ucieczka z więzienia króla Elfów), krasnale nadal są ścigani przez paskudnych Orków, zaś treść „Hobbita” nadal (na siłę) próbuje być scalona z „Władcą Pierścieni”. I nadal uważam, że to debilizm, bo „Hobbit” to historia innego kalibru niż „Władca”. Jest tutaj bardzo mroczniej, znaczniej dynamiczniej i nie ma tu żadnego śpiewania. Z jednej strony dzięki temu zyskuje on na tempie i prawie trzy bite godziny mijają dość szybko, z drugiej jeśli czytaliście książkę Tolkiena zmiany i modyfikacje dokonane przez Jacksona i spółkę wywołają u was palpitacje serca i żądzę mordu.

hobbit21

Co jest pozmieniane? Po pierwsze pojawia się Legolas, syn król Leśnych Elfów oraz asystująca mu Tauriel. Owszem, oboje mordują orki zmniejszając ich populację nie gorzej niż Terminator, jednak są oni bardziej finezyjni i bezwzględni. Ta zmiana wprowadza też jeden wątek, który absolutnie tutaj nie wypala, czyli romans między elficą a krasnoludem Kili (ledwo to naszkicowane i sztuczne to). Druga poważna zmiana to postać Nekromanty (Saurona) i schwytanie Gandalfa, który ma dziwną tendencję wpadania w ręce potężnych od siebie czarowników. I trzecia, chyba najpoważniejsza to zmiana życiorysu Barda, który naznaczony grzechem swego ojca (nie udało mu się zabić smoka) jest odrzucony przez społeczność.

Ale poza tym w zasadzie jest tak jak w powieści, tylko z większym rozmachem i większą jatką.  Kamera szaleje i skręca we wszelkie możliwe kierunki, jednak nie gubi ona rytmu ani tempa. Nadal wrażenie robi scenografia – wygląd Miasta nad Jeziorem (prawie jak Wenecja, tylko skuta lodem) czy skarbiec smoka wygląda po prostu imponująco. Jackson nadal potrafi rozgryźć Śródziemie jakby tam mieszkał, ale cała opowieść urywa w najciekawszym momencie (i znów trzeba będzie czekać rok – słabo).

hobbit24

Jeśli zaś chodzi o aktorów, to rozkręcił się Martin Freeman, a jego Bilbo nabrał sprytu, charyzmy i silnego charakteru. Ian McKellen (Gandalf) nadal trzyma fason, a Richard Armitage (Thorin) troszkę stracił w oczach i widać, że powoli zaślepia go żądza skarbu. Z nowych postaci błyszczy Bard (Luke Evans) – odpowiedzialny, choć żyjący z piętnem oraz Tauriel (Evangeline Lilly) – piękna elfica, choć mam nadzieję, że odegra jeszcze kluczową rolę.

hobbit26

No i w końcu najważniejsza postać ze wszystkich, a mianowicie Smaug. Smok – no takie bydle po prostu. Jest wielki, wygląda naprawdę majestatycznie i budzi przerażenie. Strzałem w dziesiątkę było podłożenie głosu przez Benedicta Cumberbatcha, który potrafił pokazać wszelkie emocje stwora: od wściekłości i gniewu, po ciekawość i siłę. Może z twarzy trochę przypomina on smoczycę ze „Shreka”, ale to tylko jedyna jego wada.

hobbit25

„Pustkowie” jest lepsze od „Niezwykłej podróży”, jednak poważne odstępstwa od pierwowzoru mocno kłują w oczy. Poza tym są pewne nielogiczności, ale to jednak nie przeszkadza cieszyć się wielką zabawą. A za rok w finale zobaczymy: (to nie spojler) ostatecznie pokonanie Smauga i walkę o skarby zwaną też Bitwą Pięciu Armii. Oj, będzie się działo.

7/10

Radosław Ostrowski

Śnieżka

Opowieści o Śnieżce to było filmowanych wiele. Wydawałoby się, że już nic nie można nowego wymyślić w tej historii. Jednak pewien hiszpański reżyser Pablo Berger postanowił wnieść odrobinę świeżości tworzą niemą baśń o Śnieżce. Ale zaraz? Niemą? W XXI wieku? Ano tak. Po sukcesie francuskiego „Artysty”, który był hołdem dla niemego kina, nie jest to zaskakujące.

A więc co mamy? Zamiast króla jest bardzo popularny torreador, który ma wypadek. Żona zmarła przy porodzie, zaś bardzo troskliwa pielęgniarka zostaje wkrótce jego żoną. Zaczyna izolować sparaliżowanego męża od świata, a zwłaszcza od jego córki, Carmen. W końcu dziewczyna staje się niewygodna i macocha próbuje ją zabić, co się nie udaje. Na skutek zbiegu okoliczności, trafia pod opiekę siedmiu torreadorów (niskiego wzrostu). Dalej nie będę opowiadał,bo przeniesienie realiów opowieści do przedwojennej Hiszpanii było strzałem w dziesiątkę, który mocno odświeżył znaną historię.

sniezka3

Realizacja jest tak jak w niemym filmie (poza tym, że obraz jest dużo lepszy), czyli mamy plansze, nie ma dźwięku, muzyka towarzyszy nam non stop. Pytanie tylko czy w ten dość mocno archaiczny sposób można przekazać emocje? Jak najbardziej. Sama historia pozornie znana i prosta, okazuje się bardzo zaskakująca. Zdjęcia są piękne jak tylko czerń i biel być może piękna, natomiast montaż jest bardziej współczesny (końcówka, gdzie rytmicznie następują retrospekcje czy przebitki czy równoległy) i z każda minuta „Śnieżka” zaczyna zyskiwać, będąc czymś więcej niż tylko zabawą w stylizację na nieme kino, tylko poruszająca baśnią z dość zaskakującym finałem.

sniezka1

Z kolei aktorzy musieli się naprawdę wykazać, bo pokazać emocje tylko i wyłącznie za pomocą swojego ciała (nie, nie chodzi mi o rozbieranie się przed kamerą) to jest naprawdę wyzwanie, ale to się udało. Na wyżyny swoich umiejętności wskoczyły Macarena Garcia jako tytułowa Śnieżka oraz Maribel Verdu jako macocha. Ta pierwsza to naiwna, ale czarująca dziewczyna, która w walce z bykiem nie ma sobie równych. Ta druga to klasyczna femme fatale, która doprowadza mężczyzn do upadku i jest naprawdę zła.

sniezka2

Początek „Śnieżki” może wydawać się dość dziwaczny (zamiast królewny i króla – byki i corrida), ale Berger wie, co robi. Z każdą minutą rozkręca się to nietypowe love story. Przed seansem zaopatrzyć się w chusteczki – mogą się przydać.

7/10

Radosław Ostrowski

Demony da Vinci – seria 1

Wszyscy wiemy, kim był Leonardo da Vinci. To jeden z największych umysłów w historii ludzkości, który stworzył wiele obrazów oraz projekty wynalazków, których realizacja dokonała się dopiero w XX wieku. Nic dziwnego, ze postać ta wydaje się fascynującym obiektem ludzi sztuki, a także popkultury. W tym roku telewizja Starz pokazała serial telewizyjny z da Vinci w roli głównej, skupiając się na jego młodych latach we Florencji.

Kiedy go poznajemy, jest dość ekscentrycznym młodzieńcem, który posiada wyjątkowo wnikliwy umysł i szeroką wiedzę (nie tylko malarską, ale też anatomiczną, astronomiczną itp.). Ale jego przeznaczenie krystalizuje się, gdy przypadkowo zauważa pewnego Turka, imieniem Al-Rahim – członka tajemniczego bractwa Synów Mitry, który próbują znaleźć Księgę Liści, zawierającą największe tajemnice wszechświata. Księgi tez szuka też Watykan, który próbuje podbić i zjednoczyć pod swoim berłem włoskie państwa-miasta. Da Vinci zostaje wplątany w polityczne rozgrywki i będzie próbował odkryć tajemnicę Księgi.

da_vinci1

Już po tym streszczeniu fabuły można stwierdzić, że nie jest to biografia, tylko wariacja na temat życia mistrza. Bardziej przypomina to grę „Assasins Creed” niż stricte biografię. Jednak David S. Goyer, twórca serialu wie jak przykuć uwagę – intrygi, zdrady, wiedza, władza, czyli to, bez czego nie może obyć się każdy serial. No i obowiązkowy seks, bez tego Amerykanie nie są w stanie zrobić jakiegokolwiek serialu. Ale zostawmy to. Intrygi są bardzo pomysłowe i wciągają, Watykan pokazany jest jako instytucją, która siła chce przekonać do Boga i wykorzystuje Go do własnych celów, które z wiarą nie mają nic wspólnego, zaś tajemnica Księgi Liści będzie musiała poczekać (cliffhanger w ostatnim odcinku zapowiada drugą serię). Poza tym sporo tajemnic trochę w stylu Dana Browna, świetna scenografia i w ogóle warstwa wizualna (nawet jeśli w tle są efekty komputerowe, to ładnie komponują się z resztą), ale jednocześnie zachowano realia historyczne (większość postaci istniała naprawdę), choć rzeczy tworzone przez mistrza naprawdę robią wrażenie (camera obscura czy kombinezon płetwonurka). Jednak miałem pewne poczucie niedosytu (tylko osiem godzinnych odcinków), ale już nie mogę się doczekać dalszego ciągu.

da_vinci2

No i najważniejsza rzecz, czyli obsada, która prezentuje się na bardzo przyzwoitym poziomie, bez wielkich nazwisk i gwiazd. Przykuwa uwagę Tom Riley jako da Vinci – mieszanka umysłu Sherlocka (choć łatwiej nawiązuje kontakty z ludźmi) ze zręcznością wojownika. Pochłania wiedzę jak gąbkę i zawsze znajduje wyjście z kłopotliwej sytuacji (m.in. proces w sprawie o sodomię), ciągle szukając odpowiedzi na temat Księgi Liści. Niby takich bohaterów już było wielu, niemniej nie ma tu zbyt dużego poczucia wtórności. Wspierają go zaufany przyjaciel Zoroaster (solidny Gregg Chillin) oraz młody uczeń – Nico (ładny Eros Vlahos), na których może polegać. Jeśli zas chodzi o drugi plan, tutaj wybija się bardzo apetyczna Laura Haddock (Lukrecja Donati – agentka Watykanu, szantażem zmuszona do współpracy) oraz wywołujący niechęć Blake Ritson (hrabia Riario, prawa ręka papieża). Czarne charaktery są tutaj naprawdę wyrazista i dobrze rozpisane. I jest jeszcze Wawrzyniec Medyceusz (dobry Elliot Covan) – sprytny polityk, który próbuje przewidzieć następny ruch przeciwnika, a jednocześnie konsekwentnie realizujący swój plan zachowania niepodległości.

da_vinci3

„Demony da Vinci” są zaskakująco dobrą produkcją, która zaintrygowała mnie i przykuła uwagę na tyle mocno, że muszę poznać ciąg dalszy. Bo rozgrywka dopiero się zaczęła.

7/10

Radosław Ostrowski

Jack: Pogromca olbrzymów

Dawno, dawno temu (a dokładnie jakieś 20 lat temu) pewien amerykański reżyser zadebiutował. A imię jego Bryan Singer. Sam debiut był dość średni, ale następne filmy objawiały talent powyżej przeciętnej. Zrobił mroczny kryminał („Podejrzani”), przeniósł Stephena Kinga („Uczeń szatana”), przekonał, że mutanci istnieją („X-Men” i  „X-Men 2”), próbował wskrzesić Supermana („Superman: Powrót” – to akurat mu nie wyszło) i wyprodukował serial o najbardziej kulturalnym lekarzu świata („Dr House”). Ale po „Supermanie” minęło 7 lat i Singer zdecydował się wrócić na duży ekran z… bajką o Jasiu i magicznej fasoli.

jack1

Jak to się zaczynało? A już wiem! Dawno, dawno temu, gdy cuda jeszcze się zdarzały był Jaś – wieśniak, który po śmierci ojca (opowiadającego mu baśń o olbrzymach, fasoli i ludziach) razem z wujem prowadzili mocno podniszczoną farmę. Jaś miał sprzedać wóz i konia, by kupić rzeczy. Jednak zamiast tego dostał od mnicha magiczną fasolę. Wuj nie był zadowolony, rzucił fasolę pod dom i ruszył na targ. W tym czasie z dworu uciekła księżniczka i trafiła do Jacka (ile można w końcu używać imienia Jaś), wtedy fasola wyrosła i księżniczka Isabella razem z domem poszły do nieba. Więc trzeba ją odnaleźć, a król zebrał wyprawę pod wodzą gwardzisty Elmonta i narzeczonego księżniczki Roderyka.

jack2

Już po tym opisie można stwierdzić, że Singer lekko zmodyfikował tą klasyczną baśń. Ale jeśli spodziewacie się pastiszu w stylu „Shreka” czy kompletnie naturalistycznej wizji, to muszę was rozczarować. „Jackowi…” bliżej do klasycznej baśni z rozmachem przynajmniej „Władcy Pierścieni” albo „Hobbita”. Owszem, bohaterowie są na kontraście (dobro-zło), musi być na końcu happy end, a przebieg wydarzeń rozgryzło by nawet dziecko, więc mam jedno pytanie – i co z tego, skoro się to dobrze ogląda? Rozmach jest (wiadomo, sakiewka musi się zgadzać), efekty specjalne są całkiem przyzwoite (wieże z fasoli), olbrzymy są wystarczająco brzydkie, muzyka jest epicka, scenografia i kostiumy robią wrażenie, a nawet udaje się przemycić odrobiny humoru (zwłaszcza zakończenie jest rozbrajające).

jack3

Zaś aktorzy są dobrze obsadzeni i potrafią uwiarygodnić proste postacie. Nieźle wypadli grające główne role Nicolas Hoult, czyli Jack – od wieśniaka od króla i Eleanor Tomlinson jako księżniczka Isabelle. Za to na drugim planie najbardziej wybijają się świetni Ewan McGregor (prawy i dzielny Elmont – akcent brytyjski dodaje szlachetności), Stanley Tucci (ambitny i pazerny Roderyk) oraz Ian McShane (król). I nie zapomnijmy o Billu Nighym podkładającym głos generałowi Fallonowi – dowódcy olbrzymów.

Singer tym filmem potwierdza, że jest w dobrej formie, nawet jeśli czerpie garściami od innych. Dobre familijne kino dla raczej starszych dzieci.

7/10

Radosław Ostrowski

Jej wysokość Afrodyta

Lenny i Amanda są małżeństwem. On pisze o sporcie, ona chce prowadzić własną galerię. Oboje nie mogą mieć dziecka, choć się starają. W końcu oboje się decydują na adopcję. I tak trafia im się chłopiec Max – błyskotliwy i inteligentny. Lenny chce poznać biologicznych rodziców chłopca. Podstępem odkrywa, że jego matka Linda jest aktorką porno i prostytutką. Mężczyzna stara się zmienić jej życie.

afrodyta1

Woody Allen o tym co zawsze. Ale jest jedna pewna różnica – bo tutaj reżyser wplótł chór z greckiego teatru, który komentuje wydarzenia na ekranie. Gry słowne i aluzje do greckiej mitologii są pewnymi smaczkami wobec fabuły, która nie jest ani zaskakująca, ani wciągająca. Owszem, wtórność zawsze była pewnym znakiem rozpoznawczym Allena, ale przychodzi taki moment, że zaczyna być poważnym problemem i po raz pierwszy od pewnego czasu, zaczyna robić się nudno. Relacje z kobietami, rozstania, przewrotność ludzkiego losu – to już było wcześniej i to w lepszej formie. Humor częściowo ratuje sytuację (grecki chór śpiewający pod koniec „When You’re Smiling” czy próba kontaktu z Zeusem), ale tylko częściowo. Schemat zaczyna przeszkadzać i żadne urozmaicenia nie są w stanie tego uratować.

afrodyta2

Aktorsko jest tutaj dość nierówno. Allen grający główną rolę (jak prawie zawsze) wypada całkiem nieźle i ma parę zabawnych ripost, ale partnerująca mu Helena Bohnam Carter jako Amanda nie ma tu nic do zagrania i sprawia wrażenie zmęczonej. Za to objawieniem jest nagrodzona Oscarem Mira Sorvino w roli Lindy – sympatycznej, ambitnej, ale niezbyt mądrej kobiety oraz F. Murray Abraham w roli koryfeusza, zaś w epizodach pojawiają się m.in. David Ogden Stiers (Lajos), Olympia Dukakis (Jokasta) i Danielle Ferland (Kasandra).

Ten film to lekka zniżka formy, ale poniżej pewnego poziomu Allen nie schodzi i w paru miejscach rozbraja.

6/10

Radosław Ostrowski

Strażnicy marzeń

Tytułowi strażnicy dbają o bezpieczeństwo i sny dzieci. Ekipę tę tworzą: Św. Mikołaj, Zając Wielkanocny, Zębowa Wróżka i Piaskowy Ludek. Muszą połączyć swe siły, bo Mroczny Pan powrócił, a wraz z nim strach i groza. I wtedy do grupy dołącza Jack Mróz – chłopak posiadający moc, ale nie znający swojej przeszłości.

straznicy1

DreamWorks było jedną z pierwszych wytwórni realizujących filmy animowane, które mogły podjąć walkę z Pixarem. Ten film po raz kolejny pokazuje, że ta wytwórnia jeszcze ma ciekawe pomysły i świetnie się przy tym bawi. Co prawda nie jest to aż tak zabawne jak poprzednie bajki z tej wytwórni, ale serwuje naprawdę dobrą zabawę i dużą przygodę. Mamy tu klasyczną walkę dobra ze złem i finał jest dość oczywisty. Bardzo dobre wrażenie robi zarówno animacja, wygląd poszczególnych krain z imponującą scenografią (nie mówiąc już o kolorystyce), dynamicznie zmontowane i widowiskowe potyczki między Strażnikami a Mrokiem (niestety, perswazja słowna nie przyniosła efektów i trzeba było sprawę rozwiązać siłowo). Dzieci może to wystraszyć, ale ja (trochę większy chłopiec) bawiłem się przednio, choć mogło być jeszcze zabawniej (yeti jako pomocnicy Mikołaja czy elfy robiące za tło potrafią rozbawić), ale emocji tu nie zabrakło. Prawie jak „Avengersi”, tylko że w formie animacji. Mikołaj z dwoma mieczami, Zając z bumerangami – naprawdę ostra ekipa.

Polski dubbing też wypada dobrze. Może nie super rewelacyjnie, ale trudno się przyczepić do głosów. Dialogi brzmią dobrze (przekład Bartka Wierzbięty!), a głosy dobrała Elżbieta Kopocińska-Bednarek i znów się udało. W głównej roli znów błyszczy Paweł Ciołkosz jako zagubiony Jack Mróz, a kroku dorównują mu wyborny Piotr Bąk (Mikołaj), Tomasz Borkowski (Zając) oraz urocza Barbara Kałużna (Zębowa Wróżka), zaś Przemysław Stippa w roli głównego złego wypada dobrze.

straznicy2

DreamWorks pokazał klasę i to, że potrafią czarować nie gorzej niż spece z Pixara. I jak to się mówi, jest to full wypas, chociaż nie radziłbym, żeby dzieci oglądały je same.

7,5/10

Radosław Ostrowski