Zachowaj spokój

Jak wszyscy wiemy, Netflix podpisał umowę na współpracę z pisarzem Harlanem Cobenem na adaptacje jego książek. Nie można jednak pozbyć się wrażenia, że schemat jest dziwnie znajomy. Zwykłe zwykłej, szarej rodziny zostaje wywrócone do góry nogami, gdzie każdy ma swoje tajemnice. Nie inaczej jest w przypadku drugiego polskiego serialu według powieści Amerykanina „Zachowaj spokój”. Oczywiście, że fabuła została przeszczepiona na nasze podwórko. I oczywiście powieści nie czytałem.

zachowaj spokoj1

Akcja toczy się w jednym z zamkniętych (w sensie odgrodzonych) osiedli w znanym mieście, co leży między Pruszkowem a Wołominem. Wśród mieszkańców tego osiedla są m.in. rodzina Barczyków. Oboje wychowują dwójkę dzieci: nastoletniego Adama i chodzącą do podstawówki Olę. Matka, mająca obsesję na punkcie kontroli, instaluje w swoim telefonie oprogramowanie szpiegowskie, będąc zaniepokojona dziwnym zachowaniem. Być może wynik to z faktu, że niedawno w wyniku przedawkowania zmarł jego przyjaciel. Na telefon chłopaka trafia wiadomość, że ma zachować spokój i trzymać gębę na kłódkę. Wieczorem Adam znika bez śladu, a przerażona matka próbuje szukać dziecka. Jak się okazuje zaginięcie Adama i śmierć Igora są mocno powiązane ze sobą.

zachowaj spokoj2

Twórcy serialu (reżyserze Marcin Gazda i Bartosz Konopka oraz duet scenariuszowy Agata Malesińska/Wojciech Miłoszewski) nie zaskakują konwencją, nie wywracają niczego do góry nogami. Budują aurę tajemnicy, mylą tropy, podrzucają kolejne wątki, gmatwając całą układankę (ośrodek dla młodzieży Guru, tajemniczy duet morderców, skrywający tajemnice nastolatkowie). Początkowo może wydawać się bardzo chaotyczne, wywołując kompletną dezorientację, ale też angażując i wciągając. Wszystko po to, by ustalić dokąd to wszystko zmierza, czy te sprawy są ze sobą powiązane oraz o co tu tak naprawdę chodzi. Wszystko to jest zgrabnie poprowadzone, choć czasami ilość twistów może przyprawić o ból głowy. W drugiej połowie wszystko przyspiesza, pewnych rzeczy można się domyślić, zaś finał… hmm, na pewno wielu podzieli i spolaryzuje.

zachowaj spokoj3

Przy okazji „Zachowaj spokój” robi jeszcze dwie rzeczy. Po pierwsze, jest (pośrednio) kontynuacją losów pary bohaterów z „W głębi lasu”, czyli Pawła Kopińskiego oraz Laury Goldstein (oboje znowu są grani przez Grzegorza Damięckiego i Agnieszkę Grochowską). Jeśli jednak liczycie na wyjaśnienie ostatniej sceny tamtego serialu, to… będziecie rozczarowani. Do tamtej historii w ogóle się nie wraca. Nie są oni jednak tylko odwołaniem do poprzednika, ale odgrywają istotną rolę w rozwiązaniu układanki. Druga sprawa to skupienie na relacji rodzic-dziecko, gdzie trudno jest ustalić granicę między zaufaniem a kontrolą. A także najważniejsze: co może zrobić rodzic, by chronić swoje dziecko. Przed wszystkim, cokolwiek by to było. I co zrobić w takiej sytuacji?

zachowaj spokoj4

To jest kompetentnie zrobiony serial na raz, bo nie ma powodu wracać do niego. Trudno się też (może poza dźwiękiem w paru miejscach) przyczepić do warstwy technicznej. Aktorsko też jest bardzo solidnie i nawet bardzo młodzi aktorzy udźwignęli całość (mi najbardziej przypadli Agata Łabno oraz Mikołaj Śliwa). Magdalena Boczarska i Leszek Lichota wypadają przekonująco jako główni bohaterowie, choć to ona wydaje się bardziej energiczna, zdeterminowaną bohaterką z paroma tajemnicami. Nawet w drobnych rolach pojawiają się twarze m.in. Mirosława Zbrojewicza, Anny Krotoskiej, Bartłomieja Topy czy Wiktorii Gorodeckajej. Nie wszyscy wydają się istotni, co może budzić pewien przesyt. Za to szoł kradnie dla mnie Jacek Poniedziałek jako demoniczny łysol Natan z lolitkowatą Justyną Wasilewską, czyli Wierą. Pojawiają się rzadko, ale za każdym razem są świetni.

zachowaj spokoj5

Kolejna solidna produkcja Netflixa na książkowym patencie Cobena. Czyli z wieloma zakrętami, porządnym aktorstwem oraz sprawną realizacją. Jest parę drobnych potknięć i dziur logicznych, niemniej nie ma miejsca tutaj na nudę. Na jesienny wieczór będzie pasować idealnie.

7/10

Radosław Ostrowski

Horror w Wesołych Bagniskach

Rok 1923, czyli już po wojnie polsko-bolszewickiej. Tytułowe Wesołe Bagnisko to dworek znajdujący się gdzieś na wschodzie Polski, otoczony wielkimi bagnami, gdzie wejść (i wyjść) można za pomocą dużej kładki. Tutaj podczas wizyty Sowietów doszło do tragedii. Pani dworu oraz jej zięć obwiniają o wszystko niejakiego Jerzego Wawickiego. Mężczyzna dostaje zaproszenie do dworu nie wiedząc, że jest to zastawiona pułapka.

To jeden z mniej znanych filmów w dorobku Andrzeja Barańskiego, który znany był z portretowania życia na prowincji. Ale adaptacja powieści Michała Choromańskiego to mieszanka tajemnicy, thrillera oraz groteskowego poczucia humoru. Nie jest też stricte horrorem, choć atmosfera niepokoju oraz mroczna tajemnica potrafi czasem złapać za gardło. Co tak naprawdę stało się we dworze? Jaką rolę miał w tym wszystkim Wawicki? I czy zapach bagien naprawdę wywołuje kiłę?

Reżyser powoli odkrywa całą układankę, pozwalając działać dość ekscentrycznym i pokręconym bohaterom. Od księdza proboszcza lubiącego miód (cudny Roman Kłosowski) oraz jego siostrzeńca, badającego gaz bagienny (solidny Grzegorz Damięcki) przez lubiącego wypić, melancholijnego dziedzica (rozbrajający Krzysztof Kowalewski), demoniczną, twardą teściową (kradnąca cały film Nina Andrycz) po przebywającego na dworze komisarza NKWD (straszno-śmieszny Alosza Awdiejew) oraz bardziej eleganckiego, światowego Wawickiego (świetny Jan Frycz). Wszyscy grają bardzo teatralnie, lecz idealnie pasuje do tej wariackiej, groteskowej konwencji.

Ale „Horror w Wesołych Bagniskach” nie jest stricte horrorem, choć ma wiele elementów tego typu kina. Od plastycznych zdjęć Dariusza Kuca z bardzo szerokimi plenerami i retrospekcjami w kolorze żółci po nerwowo-smyczkową muzykę Henryka Kuźniaka – nastrój działa bardzo. Tylko, że pod tym wszystkim skrywają się losy ludzi nieszczęśliwych, samotnych oraz zbyt pokręconych, by traktować ten film całkiem poważnie. Być może dlatego tak mało się o nim mówi, bo był zbyt zakręcony oraz doprowadzony do granicy przesady. Nie brakuje w nim przewrotek oraz zaskoczeń, zaś ostatecznie rozwiązanie w pełni satysfakcjonuje.

Tytuł nie oddaje w pełni charakteru, bo to bardziej groteskowy thriller ze zbyt barwnymi postaciami, by uznać za konwencjonalny film. Barański niby idzie w znane środowisko, ale w zupełnie innym tonie. Intrygujące, choć zapomniane dzieło.

7/10

Radosław Ostrowski

W głębi lasu

Paweł Kopiński jest warszawskim prokuratorem, samotnie wychowującym córkę. Obecnie prowadzi śledztwo w sprawie gwałtu, gdzie podejrzanymi są dwaj chłopcy z bogatych rodzin. Ale mocno go dręczy przeszłość. 25 lat temu był opiekunem obozu letniego w lesie, gdzie doszło do tragedii. Zginęło dwoje jego rówieśników, a jeszcze dwie osoby (w tym młodsza siostra) przepadły bez śladu. Przeszłość jednak potrafi wrócić w najmniej oczekiwanym momencie, a wszystko z powodu pojawienia się zwłok. Kopiński rozpoznaje w nich Artura – chłopaka, zaginionego podczas lata 1994. Kto go zabił i co się tak naprawdę tam wydarzyło?

w glebi lasu1

„W głębi lasu” to drugie podejście polskich twórców do zrobienia serialu dla Netflixa. Tym razem jednak postanowiono przenieść na ekran powieść Harlena Cobena i dostosować ją do naszego podwórka. Sama akcja prowadzona jest dwutorowo (jak choćby ostatnio w „Żmijowisku”), gdzie przeszłość przeplata się z teraźniejszością. Intryga jest budowana bardzo powoli jak w klasycznym kryminale przystało. A wszystko – jak w książce Cobena przystało – zbudowane jest na tajemnicach oraz budowanych kłamstwach, coraz bardziej odkrywanych przez bohatera. Everymena, który nie może nikomu zaufać, nawet członkom rodziny, przez co zaczyna tracić grunt pod nogami. Jest to nawet nieźle poprowadzone, a poczucie zaciskanej pętli coraz bardziej się nasila. Kolejne pytania, odkrywane informacje oraz mylne tropy są sprawnie podrzucane przez reżyserski duet Leszek Dawid/Bartek Konopka.

w glebi lasu2

Bardzo, ale to bardzo podobały mi się sceny z roku 1994 oraz przywiązanie do detali. Scenografowie wykonali kawał świetnej roboty, tak samo jak osoby odpowiedzialne za dobór muzyki oraz rekwizytów. I ten wakacyjny klimat jest odczuwalny, skontrastowany ze sterylną, wręcz chłodną współczesnością miasta. Ale dość wolne tempo na początku może zniechęcić, jednak dla mnie problemem było samo rozwiązanie, które mnie nie satysfakcjonowało. Mało tego, wydawało mi się na siłę udziwnione i przekombinowane, przez co zachowanie niektórych postaci było dla mnie irracjonalne. Nie chcę zdradzać wiele, lecz końcówka wywołała we mnie skojarzenia z „Rojstem”, gdzie też ostatni odcinek mocno zawodzi. Jakby tego było mało wiele wątków pozostaje otwartych i niewyjaśnionych, co jeszcze bardziej frustruje.

w glebi lasu5

Aktorsko jest dość nierówno i choć nie brakuje tutaj znanych twarzy, nie wszyscy zostają w pełni wykorzystani. Najlepiej wypada tutaj Grzegorz Damięcki w roli prokuratora Kopińskiego. Jest to postać zdeterminowana, naznaczona mrokiem oraz balansująca czasami na granicy prawa. Mimo pewności siebie oraz opanowania, wyczuwa się w nim pewien niepokój, zagubienie, nawet przerażenie w drobnych gestach. To jego kreacja napędza ten serial i podnosi go na wyższy poziom. Równie dobrze wypada Agnieszka Grochowska, czyli obozowa miłość Laura. Kobieta też jest naznaczona przeszłością i staje się niejako partnerką Pawła w celu rozwikłania tajemnicy. Między tą dwójką czuć chemię oraz pewne podskórne napięcie. Ich młodsze wcielenia (Hubert Miłkowski i Wiktoria Filus) są okej, tak jak cała reszta młodych aktorów – ogląda się ich bez bólu.

w glebi lasu4

Jednak drugi plan, gdzie jest parę znajomych twarzy (m.in. Roman Gancarczyk, Przemysław Bluszcz, Ewa Skibińska czy Dorota Kolak) nie do końca zostaje wykorzystany. Z tego grona najbardziej wybijają się kreacje Adama Ferency’ego (Lubelski, który prowadzi śledztwo w 1994), Arkadiusza Jakubika (inspektor Jork ze współczesnych czasów) oraz Cezarego Pazury (dziennikarz Dunaj-Szafrański, ojciec jednego z oskarżonych dzieciaków o gwałt).

w glebi lasu3

Jak ocenić „W głębi lasu”? Nie miałem aż tak wielu oczekiwań i dostałem w sumie solidny tytuł, choć niepozbawiony potknięć oraz niejasności. Podobno pojawiły się plotki o planowanej drugiej serii, ale jakoś tego nie widzę. Typowa europejska produkcja kryminalna bez większych ambicji.

7/10

Radosław Ostrowski

Nielegalni

W naszym pięknym kraju nad Wisłą nie powstaje obecnie zbyt wiele produkcji szpiegowskich. Przynajmniej na taśmie filmowej od czasu „Pogranicza w ogniu”, o którym mało kto pamięta. Sytuację postanowiło zmienić Canal+ i dało zielone światło na ekranie powieści Vincenta V. Severskiego. Bohaterami są członkowie komórki szpiegowskiej zwanej Departamentem Q. Grupą kieruje pułkownik Ewa Dębska oraz jej najskuteczniejszy agent, Konrad Wolski. Ekipa tym razem dostaje dwa bardzo poważne zadania. Po pierwsze, polowanie na handlarza bronią znanego jako Gruz. Po schwytaniu przekazuje informacje o planowanym zamachu terrorystycznym przez islamistów na terenie Europy. Po drugie, znalezienie dokumentów kompromitujących przeszłość obecnego premiera. Wszystkie tropy prowadzą do Białorusi, gdzie działa jeden z najlepszych agentów Travis – wtyczka działająca w KGB. Problem w tym, że agent zostaje zdekonspirowany i trzeba go stamtąd ewakuować.

nielegalni1

„Nielegalni” nakręcili Leszek Dawid oraz Jan P. Matuszyński, czyli obiecujący twórcy głośnych filmów. Panowie podzielili się po połowie, co widać w realizacji, ale do tego dojdę później. Akcja jest tutaj prowadzona wielowątkowo, co samo w sobie nie jest złe. Problemem dla mnie było wejście w tą opowieść, bo jest to bardzo poszatkowane i początkowo przeskakujemy z postaci na postaci. Sztokholm, Warszawa, Mińsk – dzieje się tutaj wiele, zaś wiele scen początkowo wydaje się nieistotnymi zapychaczami. Czego tu nie ma: infiltracja, obserwacja, szantaż, podchody, porwania oraz współpraca z innymi wywiadami. To ostatnie przypomina taniec na bardzo kruchym lodzie, gdzie zaufanie nie jest zbyt częstym towarem. Więc jak możliwe, że wszystkie tajne służby jeszcze funkcjonują? To pytanie na inną dyskusję. Im bliżej końca, wszystko zaczyna się bardziej spinać, doprowadzając do dramatycznego finału. I te szpiegowskie wątki potrafią wciągnąć, doprowadzając do kilku zwrotów oraz zaskoczeń. Jednocześnie zostawiona jest furtka na kolejną część.

nielegalni3

Mniej pociągające były dla mnie momenty z życia prywatnego naszych szpiegów (niektórych). Rozumiem, że chodziło o pokazanie ceny wynikającej z wykonywania tej profesji. Przebolałbym to, że jest takim spowalniaczem, tylko że albo jest niekonsekwentnie (nagłe bóle głowy Wolskiego, które pojawiają się i znikają), albo jest strasznie szablonowe (rozbite małżeństwo Dębskiej). To nie angażuje tak bardzo jak szpiegowskie intrygi, brzmi to sztucznie i zwyczajnie przynudza.

nielegalni2

Realizacyjnie widać dwa różne style realizacji, gdzie zmiana następuje w połowie. Pierwsza część od Leszka Dawida jest pozornie bardziej dynamiczna. Kamera niemal ciągle jest w ruchu, rwany montaż, niemal stonowana paleta barw. W scenach związanych z Travisem ta realizacja czyni ten wątek bardziej intensywnym oraz dodatkowo trzyma w napięciu. Druga połowa wygląda… normalniej, z bardziej płynną kamerą i kilkoma długimi ujęciami, pozornie sugerując spokój. Same sceny akcji też wyglądają bardzo dobrze, nie wywołując dezorientacji.

nielegalni4

Aktorsko w dużej części jest solidne, skupiając się na kilku członkach komórki. Świetnie wypadają Grzegorz Damięcki (Wolski) oraz Agnieszka Grochowska (Dębska), pełniących rolę dowódców, chociaż tylko Wolski działa w terenie. Czuć między nimi zgranie oraz chemię, mimo kilku spięć wynikających z działania Wolskiego na własną rękę. Większość ekipy stanowi raczej wsparcie i nie mają tutaj zbyt wiele do zagrania (Andrzej Konopka, Tomasz Schuhardt, Arkadiusz Detmer, Wojciech Żołądkowicz), ale trzymają fason. Są jednak dwie perły, które podnoszą całość na wyższy poziom. Pierwszym jest Filip Pławiak, czyli agent Travis działający na Białorusi. Wydaje się być opanowany oraz dobrze sobie radzi z presją, jednak coraz bardziej widać wyczerpanie i wypalenie. Jego lawirowanie między swoimi szefami, „narzeczoną” widać bardzo w jego oczach, co czyni jego wątek najbardziej poruszającym. Drugą postacią jest tajemniczy Hans Jorgensson w znakomitej interpretacji Andrzeja Seweryna, choć najbardziej widać to w drugiej połowie. Niby stary i zmęczony agent, ale nadal niepozbawiony sprytu oraz – co najbardziej zaskakujące – empatii oraz szacunku swoich zwierzchników. Ta postać magnetyzuje i emanuje spokojem aż do samego, tragicznego końca.

nielegalni5

„Nielegalni” mają troszkę potknięć i wad, ale wyłania się z tego bardzo sprawny serial sensacyjno-szpiegowski, dziejący się tu i teraz. Można było troszkę lepiej zarysować wątki prywatne bohaterów (albo z nich zrezygnować) i całość wzniosłaby się na wyższy poziom. Mam nadzieję, że powstanie kontynuacja.

7/10

Radosław Ostrowski

Podatek od miłości

Na hasło „polska komedia romantyczna” wiele osób reaguje alergią, agresją, strachem i wrogością. Nachalny product placement, bohaterowie wzięci z kosmosu (nie, że wyglądają jak Obcy czy inny Predator), zachowujący się w sposób co najmniej irracjonalny i mieszkający w mieszkaniach, na jakie ich zwyczajnie nie stać, pocztówkowo pokazany świat rodem z seriali TVN, niemal te same twarze non stop (Stramowski, Roznerski, Karolak, Adamczyk) oraz kompletny brak dobrych żartów. Jakim cudem takie filmy przyciągają ogromną widownię? Nie wiem. Szczerze mówiąc, spodziewałem się mniej więcej tego samego w przypadku „Podatku od miłości”, w czym utwierdziła mnie promocja. Dodatkowo całość wyprodukowało TVN, a przed kamerą stanął debiutujący reżyser Bartłomiej Ignaciuk. Idealny przepis na katastrofę, prawda?

podatek_od_milosci1

Punkt wyjścia jest dość prosty, czyli zderzenie dwójki kontrastowych bohaterów. Ona (Klara) jest sztywną, trzymającą się przepisów urzędniczką skarbową, mieszka z chłopakiem lubiącym bardziej zioło niż nią, z katolickim backgroundem oraz słoikowym rodowodem. On (Marian) nie jest młodzieniaszkiem, ale nadal ma w sobie masę uroku, utrzymuje się z… no właśnie, nie do końca wiadomo – coach, terapeuta czy męska dziwka. Już ich pierwsze spotkanie mocno elektryzowało, choć nie tak jak byśmy się spodziewali i już mieli się więcej nie zobaczyć, bo skończyło by się to wielką masakrą. Tylko, że Marian ma problemy ze skarbówką, a Klara ma zbadać całą sprawę.

podatek_od_milosci2

„Podatek” nie idzie do końca tropem klasycznego kom-romu, bo przez pierwszą połowę prowadzący jest wątek, powiedzmy, że kryminalny. Powoli zaczynamy poznawać bohaterów, którzy – w przeciwieństwie do swoich poprzedników – stąpają bardziej po ziemi i mają wiele problemów, pokazanych w sposób przekonujący. Ona nie chce mieć dzieci i skupia się na karierze, on z kolei próbuje pomóc swoim bliskim, pakując się w tarapaty. Momentami film potrafi poruszyć, nie brakuje miejscami ciętych, ironicznych dialogów (scena chrzcin) i przede wszystkim jest śmieszny: od slapstickowych gagów (bójka na imprezie) przez sytuacyjne scenki (obserwacja Mariana) i zderzenie charakterów. Jeśli w tle dodamy przyjemną, jazzową muzykę, płynny montaż, reżyser dostarcza wiele rozrywki. Jedyną rzeczą, do jakiej mógłbym się przyczepić jest zakończenie: niby zgodnie z konwencją, ale już za bardzo odlatuje i bazując na wielu zbiegach okoliczności. Na szczęście nie jest w stanie zniszczyć dobrego wrażenia.

podatek_od_milosci3

Jeszcze bardziej mnie zaskoczyła obsada. Fantastyczny jest Grzegorz Damięcki jako troszkę taki amant (uroku ma więcej niż Roznerski z Zakościelnym i Karolakiem razem wzięci), od razu budzący sympatię oraz mający spore pole do działania. Bywa czasem nieporadny (wspomniana bójka czy rozmowy z siostrzenicą), ale nigdy nie popada w przesadę czy przerysowanie. Jeszcze większym zaskoczeniem była Aleksandra Domańska – tutaj tworząc mieszankę uporu, sztywności, sarkazmu z wrażliwością i empatią. Idealna mieszanka, zachowująca wiarygodność aż do końca. Co najważniejsze, czuć chemię między tymi postaciami, podnosząc film na wyższy poziom. No i drugi plan ma tutaj co robić: od solidnej Romy Gąsiorowska (Agnieszka) przez dobrego Michała Czarneckiego (śliski szef Klary) po kradnącą film epizodzik Magdaleny Popławskiej oraz trzymającego fason Zbigniewa Zamachowskiego (sfrustrowany ojciec Klasy).

Powiem szczerze, że jestem bardzo pozytywnie zaskoczony tym debiutem. „Podatek od miłości” jest zabawny, ze zgrabnie poprowadzoną intrygą, sympatycznymi bohaterami oraz nie odlatuje (poza finałem) zbyt mocno od ziemi. To na pewno kino z Polski? Aż nie chce się wierzyć.

7/10

Radosław Ostrowski

Atak paniki

Polifoniczna narracja to nie jest coś, czego byśmy nie znali. Stosowano ją od dawna, przez co urozmaicała sposób opowiadania historii. Nie inaczej jest z „Atakiem paniki” – fabularnym debiutem Pawła Maślony. Jest to historia kilku osób, która znajdują się w pewnym krytycznym momencie, doprowadzając do ataku.

atak_paniki1

Wszystko zaczyna się od pewnego samobójstwa młodego chłopaka. Strzał w usta, rozbryzgana krew z resztkami mózgu na ścianie, przyjemna piosenka jakby z lat 60., lecą napisy. A to dopiero początek imprezy. Kogo spotykamy w tej zabawie? Małżonków wracających z Egiptu mających problem z pasażerem, neurotyczna pisarka spotykająca się z byłym partnerem, kelner uzależniony od gier komputerowych, młoda kobieta uprawiającą samogwałt przez Internet oraz trzech małolatów jarających zioło – to są nasi bohaterowie. Maślona wprowadza zamieszania, a ja próbowałem się zastanowić czy te wszystkie postacie się spotkają, czy to tylko luźno powiązane scenki. Jest to pierwsze rozwiązanie, a odkrywanie kolejnych części układanki daje sporo frajdy. Humor jest dość specyficzny, który nie wszystkim się spodoba, a zapętlenie wydarzeń może doprowadzić do stanów przerażenia, wręcz apokalipsy w skali mikro. Jednych to rozbawi, innych przerazi, a jeszcze inni uznają to za błahostkę. Ale trudno odmówić realizacyjnego sznytu. Największe wrażenie robi fenomenalny montaż, gdzie przejścia z wątku na wątek są płynne i sprawiają wrażenie spójnej całości, a nie mechanicznego działania. Podobnie tempo podkręca pulsująca, czasami psychodeliczna muzyka, jeszcze bardziej nakręcając wydarzenia (jak w „11 minut”). Ostatnie minuty to popis realizacyjny, tylko że potem cała historia jakby się urywa. „Nic już nie zostało”, padają słowa, a przed tym widzimy poród, krzyki, walkę z bagażem, fajerwerki (jakby bomba miała eksplodować), pojawia się czarny ekran, lecą napisy końcowe. To już? – przyszło mi do głowy. Bo poczucie niedosytu miałem bardzo mocne, a niektóre dialogi potrafiły strzelić w punkt.

atak_paniki2

Te drobnostki wygrywa za to fantastyczna obsada, gdzie praktycznie nie ma jakichś słabych punktów. Kompletnie zaskakuje Artur Żmijewski, obsadzony wbrew swojemu emploi, pozornie sprawiający wrażenie oazy spokoju, ale oczy i twarz zaczynają wyrażać coś innego. Fason potwierdza też niezawodny Grzegorz Damięcki (Dawid) czy Dorota Segda (Ela), mocno swoją obecność zaznaczają współautorzy scenariusza: Aleksandra Pisula (Kama – sceny niezręcznych rozmów z nieproszonymi gośćmi są rozbrajające) oraz Bartłomiej Kotschendorff (nabuzowany Miłosz). Ale na mnie największe wrażenie zrobiła fenomenalna Magdalena Popławska. Neurotyczna i ciągle gadatliwa Monika, z lekko postrzeloną fryzurą oraz zestawem tików, skupia uwagę od samego początku, ale nigdy nie jest ona przerysowaną karykaturą, o co było bardzo łatwo.

atak_paniki3

„Atak paniki” to bardziej czarna komedia, próbująca być diagnozą współczesnego świata, pełnego zakłamania, tajemnic i czegoś, co nazwałbym wrodzoną nieufnością wobec innych. Może jeden wątek sprawia na początku wrażenie doklejonego na siłę, a początek wręcz budzi dezorientację (przeskoki z bohaterów, łamana chronologia). Ale im dalej w las, tym bardziej dochodzi do eksplozji, zmuszającej postacie do wyjścia poza swoją strefę bezpieczeństwa. Co z tego wyjdzie? To już musicie sami opowiedzieć.

7/10

Radosław Ostrowski