Trzeba zabić tę miłość

Początek lat 70., czyli czas powoli wchodzącej „propagandy sukcesu”. Bohaterami jest dwójka młodych bohaterów. Magda próbowała złapać się na studia medyczne i niby zdała, ale zabrakło troszkę punktów. Żeby je zdobyć musi podjąć praktykę w szpitalu jako salowa. Mieszka z ojcem oraz jego dużą młodszą partnerką. Andrzej próbował załapać się do Politechniki Warszawskiej, lecz go nie przyjęli i próbuje jakoś znaleźć swoje miejsce. W końcu dostaje pracę jako mechanik w warsztacie samochodowym. Wydaje się, że oboje są na drodze do swojego własnego mieszkania oraz ku szczęściu. Problem jednak w tym, że to mężczyzna zawodzi, a wszystko zaczyna się od kradzieży i niewierności.

trzeba zabic te milosc1

Janusz Morgenstern kolejny raz przygląda się współczesności oraz młodym ludziom. Już sam tytuł zapowiada, że będziemy mieli do czynienia z rozpadem związku. Zderzenie młodości i oczekiwań z rzeczywistością skupioną ku konsumpcjonizmowi. Liczy się tutaj to, co masz oraz by się odpowiednio ustawić. Wręcz kombinatorstwo jest prawie czas obecne. Nieważne, czy mówimy o przybyciu telewizji i robieniu reportażu, ukrywaniu swojego wykształcenia, by jako niewykwalifikowany zarobić więcej czy postać Dzidzi, która jest „dziewczyną” ojca Magdy. Bo co się liczy dla młodego człowieka najbardziej? Mieszkanie, swoje auto i mieć dużo kasy. A miłość, związek i szczerość? Oto jest pytanie.

trzeba zabic te milosc3

Reżyser z dużą ironią przygląda się temu pędowi ku dobrom materialnym, co słychać w kąśliwych dialogach. To nie jest ten romantyczny reżyser z czasów „Do widzenia, do jutra”, bo jego miejsce zajmuje człowiek po przejściach. Uniesienie i miłość nie jest w stanie wytrzymać, bo nasi młodzi bohaterowie przyjmują reguły panującej gry. Ale miłość niekoniecznie musi być toksyczna czy oparta na „handlu” swoim ciałem. Najbardziej to widać w scenach, będących niejako ramą całej opowieści, czyli związku człowieka (dozorcy, handlującego na lewo materiałami budowlanymi) z psem, który raz oswojony nie opuszcza pana. A to doprowadza do tragicznego, wręcz eksplodującego finału.

trzeba zabic te milosc2

Wszystko to wygląda czasem jak film z nowej fali. Jest wiele scen pozbawionych dialogów, niemal reporterski styl fotografowania, zaś w tle przygrywa (rzadko obecna) muzyka eksperymentalna. Ale najbardziej moją uwagę przykuł montaż. Wiele razy pojawiają się w filmie parosekundowe przebitki, pokazujące albo to, co już się wydarzyło albo co się dopiero wydarzy. Początkowo może wydawać się to dezorientujące, ale nie przeszkadza tak bardzo.

Całość w swoich ryzach trzyma absolutnie zachwycająca debiutantka Jadwiga Jankowka-Cieślak. Jej Magda to dziewucha odpowiedzialna, dojrzała i wie, czego chce. Wydaje się twardo stąpać po ziemi i łatwo budzi sympatię. Ale w rzeczywistości jest bardzo niepewna tego, czego naprawdę chce, bywa naiwna oraz łatwowierna, słaba i jednocześnie silna. Przeciwieństwem jest dla niej Andrzej Malec mówiący głosem Piotra Fronczewskiego jako próbujący zdobyć kasę Andrzej. Bardzo śliski cwaniak, dążący do wszystkiego na skróty i okrężną drogą, niemal za wszelką cenę. Bardzo niedojrzały chłopak, niezdolny do wzięcia odpowiedzialności. Nie można nie wspomnieć o drobnej roli Jana Himilsbacha, czyli niemal niemej kreacji dozorcy czy mocnym epizodzie Tomasza Lengrena.

„Trzeba zabić tę miłość” to jeden z najbardziej brutalnych filmów o straconych złudzeniach. Młodzi ludzie nie mają szans, w świecie kierującym się tym by mieć niż być, zaś każde uczucie ma swoją cenę. Przerażająco aktualne.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Potem nastąpi cisza

Rok 1944, czyli czas powolnego końca wojny. Do Polski wjeżdżają polskie wojska generała Berlinga, wprowadzające nowe, komunistyczne porządki. Tutaj mamy dwóch żołnierzy z bardzo różnymi postawami, choć obaj mają wspólne korzenie. Porucznik Kolski jest postępowy, czyli działający zgodnie z ideologią, wyruszając z zesłania szlakiem od Lenino. Podporucznik Olewicz, choć jest dość ceniony przez podwładnego, wcześniej należał do AK. Jedno zdarzenie powoduje, że Olewicz dezerteruje, zaś Kolski doprowadza do fatalnej decyzji.

potem nastapi cisza1

O Januszu Morgensternie już mówiłem, ale jego skromny dorobek jest wart odkrywania. Tak jak nakręcony w 1965 roku film „Potem nastąpi cisza”. Tytuł oparty na powieści Zbigniewa Safjana, podejmującej próbę rozliczenia z przeszłością, która jeszcze parę lat mogła być pokazana tylko w jeden sposób. My (w sensie „polskie” wojsko, komunistyczne) mamy rację, zaś ci z AK to „zaplute karły reakcji”, byli przemilczani, wymazywani. Najbardziej zaskakujące jest to, że w ogóle dopuszczone ten film do realizacji. Bo dylematy ludzi z podziemia dotyczące udziału w budowaniu nowego porządku jest czymś zaskakującym. Tak samo jak nieufność tej drugiej strony, podejrzewającą „nowych” o wszelkie złe rzeczy, spiskowanie, nielojalność. Jak tu nie myśleć o dezercji, ucieczce, ukrywaniu się?

potem nastapi cisza2

By było ciekawiej, reżyser łamie chronologię i przedstawia zdarzenia z trzech perspektyw: Kolskiego, Olewicza oraz majora Świętowca (dowódca obydwu). Największe wrażenie robiły losy tych dwóch pierwszych, pokazujące dwie skrajne postawy: tą pełną wątpliwości oraz prześladowań (Olewicz), jak i niemal posłusznych, lecz zderzonych z przeszłością (Kolski). Obaj – w różnych okolicznościach – czują się obco. W przypadku Kolskiego dobitnie pokazuje to scena odwiedzin dawnych znajomych, gdzie czuć różne postawy, mocno ukrywaną wrogość, tak samo Olewicz (rozmowa z oficerem wywiadu) w wojsku. Te właśnie momenty były dla mnie najciekawsze. Wreszcie jest też dowódca, który szybko zaczyna łączyć klocki ze sobą.

potem nastapi cisza4

Zaskakująco wielkie wrażenie robią tutaj sceny batalistyczny. Pomogło nie tylko wsparcie wojska, ale popisy pirotechniczne oraz wręcz pędząca praca kamery Jerzego Wójcika. Wystarczy wymienić nie tylko początek czy finał koło Drezna na skrzyżowaniu, ale przede wszystkim atak Niemców na miasto. Tutaj wręcz czuć zagrożenie, jak i rozmach inscenizacji, chwytający za gardło nawet dzisiaj. By jednak nie było słodko, „Potem nastąpi cisza” mocno zalatuje propagandą. Bo mamy tutaj światłego oraz widzącego więcej niż dyrektywy dowódcy (pozornie papierowa, ale Tadeusz Łomnicki jest w stanie ją ożywić), uczestnictwo w reformie rolnej, niby polskie, ale wspierane przez Sowietów wojsko. to tylko parę klisz z epoki czy scen wymuszonych przez cenzurę.

potem nastapi cisza3

Reżyser również świetnie prowadzi aktorów. Tutaj najbardziej wybijają się Marek Perepeczko z Danielem Olbrychskim jako Kolski i Olewicz. Obydwaj bardzo różni, ale bardzo ciekawie się uzupełniający. Pierwszy to pozornie służbista, który nie potrafi się dogadać z dawnymi znajomymi (tutaj najbardziej zapamiętuje się ironicznego Damiana Damięckiego oraz zjawiskową Barbarę Brylską). Ten drugi czuje się obcy w nowym otoczeniu, czyli wojsku. Niemniej stara się odnaleźć w tym nowym środowisku, choć jego ostatnia decyzja może wydawać się niezrozumiała. I niezapomniany epizod Ryszarda Filipskiego

Muszę przyznać, że „Potem nastąpi cisza” to zaskakująco uczciwe spojrzenie na okres wejścia nowej władzy na polskie rejony. Nie pozbawiona wpływów tamtego systemu, potrafi uderzyć batalistycznym rozmachem, świetnymi dialogami oraz pewną ręką Morgensterna.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Mniejsze niebo

Dworzec kolejowy. Miejsce, gdzie ludzie stoją, czytają, piją, czekając na pociąg. Ale czy można na dworcu zamieszkać? I nie chodzi mi tutaj o kloszardów czy meneli, ale zwykłego szarego człowieka. Takim człowiekiem jest Artur – 45-letni mężczyzna, mikrobiolog. Zostawił pracę, żonę i dwójkę dzieci. Na dworcu praktycznie mieszka od 9 dni. Tam odnajduje go przyjaciel Filip i nie jest w stanie zrozumieć tej postawy. Decyduje się zadzwonić do doktora Barcza, by ten z nim porozmawiał.

mniejsze niebo1

To jeden z mniej znanych filmów bardzo znanego reżysera, Janusza Morgensterna. Reżyser próbuje zmierzyć się z jednym bohaterem w nietypowej sytuacji. Artur może sprawiać wrażenie wariata, zaś jego decyzja o opuszczeniu domu i pracy brzmi absurdalnie. Dodatkowo jego wyjaśnienia wydają się mętne. Troszkę jakby mu zupełnie nie zależało na akceptacji albo sam nie umiał wyjaśnić. Narracja jest tutaj dwutorowa. Z jednej strony mamy tutaj Artura na dworcu, który obserwuje życie na dworcu. Z drugiej mamy najbliższych, którzy próbują go zrozumieć. Rodzina, przyjaciel, jeszcze lekarz (dr Barcz) oraz Marek Weber – dziennikarz tv, próbujący wrócić na szczyt. Same informacje na temat bohatera są dawkowane, czasami enigmatyczne, zaś motywacja jest niejasna. Kryzys wieku średniego? Jakaś niejasna sprawa w pracy? Rodzaj buntu? Poczucie pustki? A może jest to próba życia po swojemu? Wbrew narzuconym regułom przez społeczeństwo. Te pytania pozostają bardzo głęboko po obejrzeniu, zaś częściowo odpowiedź dają fragmenty esejów Camusa.

mniejsze niebo2

Sama realizacja filmu przypomina troszkę dokument. Kolorystyka jest bardzo stonowana, zdjęcia bardzo oszczędne, bez fajerwerków. Wszystko to wydaje się przez to takie bardziej przyziemne, codzienne. A poczucie zagrożenia potęguje bardzo niepokojąca muzyka aż do dramatycznego finału. Finału, którego się nie spodziewałem, a uderzył z mocną siłą.

mniejsze niebo3

Spokojna narracja oraz delikatna ręka reżysera działa nadal, zaś najmocniejszą kartą jest znakomita rola Romana Wilhelmiego. Aktor tutaj tworzy bardzo stonowaną, wyciszoną kreację zmęczonego życiem, melancholijnego człowieka. Bardzo sugestywnie pokazuje człowieka szukającego swojego własnego azylu. Kontrastem dla niego jest wybijający się najbardziej Jan Englert jako dziennikarz-cwaniaczek. Emanuje pewnością siebie i sprytem, szukającym powrotu do sławy. Jest jeszcze trzecia wybijająca się postać, czyli doktor Barcz w zaskakującej roli Janusza Zaorskiego (i głosem Krzysztofa Kołbasiuka). Bardzo spokojny, dociekliwy, próbujący wejść i zrozumieć Artura, ale nie jest w tym nachalny. Takiej roli się nie spodziewałem.

„Mniejsze niebo” wydaje się jednym z mniej znanych filmów Morgensterna, który nie trafił w swój czas. Bardzo stonowane oraz wyciszone studium samotności w społeczeństwie, nie potrafiące zrozumieć innej postawy. Jeden ze smutniejszych polskich filmów, jakie widziałem.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Jowita

Kraków, miasto tak znane i znajome, że już bardziej się nie da. To tutaj żyje niejaki Marek Arens – bardzo młody i zdolny chłopak. Studiuje architekturę i jest bardzo dobrym biegaczem. Jest oczytany, ma wiele uroku, co sprawia, że kobiety do niego lgną niczym ćma do światła. Ale on sam nie potrafi się odnaleźć w tym całym świecie. Wszystko się jednak zmienia podczas balu przebierańców, gdzie pojawia się tajemnicza piękność w woalce. Przedstawia się jako Jowita i chce, żeby zaczekać po balu. Tylko, że ona nie pojawia się, a zamiast niej jest równie intrygująca Agnieszka.

jowita1

Dla wielu kinomanów Janusz Morgenstern zawsze pozostanie twórcą kojarzonym z produkcjami wojennymi, głównie robionymi dla telewizji („Stawka większa niż życie”, „Kolumbowie”, „Polskie drogi”). Dlatego seanse jego filmów dziejących się w czasach współczesnych realizacji mogą wprawić w sporą konsternację. „Jowita” oparta jest na bardzo popularnej w tym czasie powieści Stanisława Dygata „Disneyland” i jest to opowieść skupiona na psychice młodego bohatera. Z jednej strony jest to człowiek odnoszący sukcesy, ale nie czuje się szczęśliwy, spełniony. Wydaje się bardzo apatyczny, wręcz dryfujący po życiu, sterowany przez innych: trenera Księżaka, poprzedniego trenera Szymaniaka (bokser), który popełnia samobójstwo, wreszcie przez kobiety. Całość płynie dość powoli skupiając się na kolejnych rozmowach (niektórzy mogą się czepić, że za bardzo literackie) – zazwyczaj prowadzonych między Arensem i Agnieszką – gdzie zaczynamy odkrywać kolejne maski, twarze oraz marzenia. Nie ma tutaj tej naiwności znanej z „Do widzenia, do jutra”, pojawia się więcej cynizmu (ale nie aż tyle, co w „Trzeba zabić tę miłość”), wyrachowania oraz coraz bardziej złożonych obrazów tego, co można nazwać miłością.

jowita2

Formalnie reżyser też zaskakuje, bo całość wydaje się dwiema dużymi retrospekcjami, zaś wszystko toczy się podczas koncertu symfonicznego. Na początku to może wywołać konsternację oraz poczuciem dezorientacji, jednak to odczucie mija bardzo szybko, zaś kilka formalnych pomysłów (scena balu okraszona dźwiękowo tylko za pomocą muzyki, gra oświetleniem w scenach nocnych, krótkie zbitki montażowe) nadal robi imponujące wrażenie. Tak samo jak przepiękna, liryczna muzyka Jerzego Matuszkiewicza (temat przewodni chwyta za serducho) oraz mocny finał.

jowita3

Ten film nadal zachwyca także tym, jak jest fantastycznie zagrany. Nadal wrażenie robi Daniel Olbrychski w roli Arensa – bardzo czarującego, inteligentnego, ale jednocześnie bardzo płytkiego emocjonalnie. Widać, że czegoś szuka, tylko czego? Idealnej kobiety, o ile ona w ogóle istnieje? Stabilizacji, sensu? Wszystkie te deklaracje mogą się wydawać pretensjonalne, choć kilka zdań (m.in. kłótnia z Księżakiem czy odwiezienie przez milicję) potrafi chwycić i poruszyć. Jeszcze bardziej pociągającą była Barbara Kwiatkowska jako Agnieszka – urocza, niegłupia z pięknymi oczami. Czuć tutaj chemię między tą dwójką, co podnosi wartość filmu. Poza nimi jest bardzo bogaty drugi plan ze Zbigniewem Cybulskim (trener Księżak) i Kaliną Jędrusik (Księżakowa) na czele.

Mimo prawie 50 lat na karku, „Jowita” ma w sobie nadal masę uroku, klimatu tamtych lat i trafnie opisuje zagubienie młodego człowieka, który może osiągnąć dużo. Tylko, czy będzie mu się chciało, czy będzie mógł się zmienić i stworzyć siebie od początku? Pierwszy krok chyba zrobił, a zakończenie nie daje odpowiedzi. Coraz bardziej mnie zaskakuje ten Morgenstern.

8/10

Radosław Ostrowski

Do widzenia, do jutra…

Gdańsk, rok 1959. Jacek jest plastykiem, który wieczorami dorabia w kabarecie. Jego dość spokojne życie zmienia się, kiedy pojawia się Margueritta – córka francuskiego konsula, która spędza tu wakacje. On się w niej zakochuje, a ona nie wiąże się z nikim.

Pierwszym skojarzeniem jakie nasuwa się z nazwiskiem Janusz Morgenstern są filmy i seriale wojenne („Stawka większa niż życie”, „Kolumbowie”), jednak swoim debiutem zaskoczył wszystkich. Jest to film, który można było określić mianem kina poetyckiego, gdzie najważniejsza była atmosfera i klimat. Zaś sam film to dość proste i nieskomplikowane love story, którego finał jest dość oczywisty, bez zaskoczenia. Jednak atmosfera powojennego Gdańska, piękne zdjęcia (co z tego, że czarno-białe) oraz świetne dialogi (może i trochę zbyt literackie, ale pasujące) dopełniają tej historii. Można się trochę przyczepić, że fabuła trochę szczątkowa, że scenki z kabaretu trochę rozbijają całą opowieść i nie ma tu nic zaskakującego. I macie pod tym względem rację, jednak jakoś przemawia do mnie ta cała romantyczna otoczka i po ponad 40 latach ten film ogląda się świetnie, formalnie nie zestarzał się, czym nie każdy film może się pochwalić.

do_widzenia

Nie można też zapomnieć o obsadzie, która nadal robi wrażenie i świetnie realizuje swoje zadanie. Zbigniew Cybulski tutaj jest młodym, romantycznym chłopakiem zakochanym w dziewczynie, a może tak naprawdę w jej wyobrażeniu? Tego do końca nie wiemy, ale wierzymy mu (przynajmniej ja mu wierzę). Towarzyszy mu pięknie wyglądająca Teresa Tuszyńska – niedostępna, tajemnicza i atrakcyjna. Rozmowy między nimi są strasznie intrygujące. Zaś na drugim planie przewijają się świetni Jacek Fedorowicz (wiecznie spłukany Jerzy), Roman Polański (Romek, król cza-czy) i Grażyna Muszyńska (Joasia).do_widzenia2

Może i ten film niespecjalnie mnie zaskoczył, bo takich opowieści widziałem już przynajmniej kilka, jednak debiut Morgensterna wiernie pokazuje realia końca lat 50., a wszystko opowiedziane bez patosu, bardzo subtelnie, wręcz delikatnie. Pachnie to francuską nową falą, dla mnie jednak jest to ciekawe kino.

7,5/10

Radosław Ostrowski