Stan gry

Sam początek filmu jest dość zagadkowy: pewien młody chłopak biegnie przed siebie i zostaje zastrzelony gdzieś przy śmieciach w ciemnej uliczce nocą. Pewien mężczyzna przejeżdżał rowerem przez okolicę i… cóż, to była jego ostatnia przejażdżka. Dzień później pod pociąg metra wpada pewna młoda kobieta. Jak się okazuje, pracowała jako analityk w politycznej komisji śledczej kierowanej przez Stephena Collinsa. Mało tego, kobieta była kochanką polityka. Wtedy do gry wchodzi dziennikarz Washington Globe Cal McAffrey (także przyjaciel Collinsa) oraz młoda autorka politycznego bloga, Della Frye.

stan_gry1

Kevin Macdonald dla wielu kinomanów to przede wszystkim dokumentalista (“Czekając na Joe”, “Marley”, “Whitney”). Ale na początku swojej drogi udało mu się stworzyć dwie znakomite fabuły. “Stan gry” należy do tego grona, mimo bycia kinowym remakiem telewizyjnego serial z Wysp Brytyjskich. Reżyser bardzo powoli, ale za to precyzyjne pokazuje kolejne element układanki, pokazując niebezpieczny styk polityki z biznesem. I do czego są tak naprawdę posunąć się duże korporacje do realizacji swoich celów. Wszystko wydaje się być powiązane z prywatną firmą ochroniarską PointCorp, której działania podczas wojny w Iraku doprowadziły do rzezi niewinnych. Tylko, czy oni są powiązani z morderstwami pani analityk oraz młodego złodzieja. Akcja nie pędzi, nie ma tu pościgów czy gwałtownych strzelanin (chyba, że mówimy o scenie w parkingu), lecz historia potrafi wciągnąć. Kolejne element układanki pokazują kolejne powiązania polityki, biznesu oraz mediów, których znajdują się niejako w rozkroku.

stan_gry3

Klimatem dzieło Macdonalda przypomina thriller z lat 70., gdzie wszystko opierało się na dialogach, spotkaniach w cztery oczy, przy zachowaniu środków ostrożności (rozmowa z informatorem wewnątrz PointCorp). A jednocześnie ciągle zadaje pytania o etykę dziennikarską, skupiając się na trzech postaciach: młodej blogerce, starym wyjadaczu oraz naczelnej, która musi brać także pod uwagę kwestie dochodów, by zadowolić nowych właścicieli. Co wtedy powinno się liczyć: prawda czy zysk? Jak połączyć te dwie sprzeczne cechy, czy można się przyjaźnić z kimś, kto jest bohaterem artykułu? Takie etyczne pytania dodają odcieni szarości, a sam twórca nie daje żadnej odpowiedzi ani lekcji.

stan_gry2

Poza fantastycznym scenariuszem, reżyser też znakomicie prowadzi aktorów. Znowu błyszczy Russell Crowe, choć wygląda bardzo “misiowato” i z długimi włosami jak hipis. To dziennikarz starej daty, który najpierw sprawdza, weryfikuje informacje, a nie wrzuca wszystko, co usłyszy. Podobno tacy dziennikarze jeszcze dzisiaj istnieją, ale są w bardzo śladowych ilościach I nie czuć w tym fałszu. Partnerująca mu Rachel McAdams jest absolutnie cudowna jako młoda dziennikarka z dużym potencjałem. Tworzy dość intrygujący duet, działający na zasadzie mistrz-uczennica, wyciągające wiele wniosków z tej współpracy.  Równie pozytywnie zaskakuje Ben Affleck w roli kongresmena Collinsa. Z jednej strony to ambitny, błyskotliwy polityk (sceny przesłuchań przed komisją – petarda), ale jednocześnie – jak każdy polityk – jest człowiekiem, pełnym słabości. Ale najbardziej jednak film kradnie Helen Mirren (niemal posągowa naczelna) oraz w małym epizodzie Jason Bateman (mocno narcystyczny Dominic Foy, zrywający z dotychczasowym emploi aktora).

Mimo, że fabuła zaskakuje parę razy, to końcówka skręca w stronę wątku z psychopatycznym zabójcą, co jest drobnym zawodem. Na szczęście, jest to jedyna poważna skaza tego filmu. Kapitalnego thrillera w starym stylu, bez wybuchów i strzelanin, lecz mimo to bardzo mięsistego, inteligentne poprowadzonego, z wyrazistymi postaciami oraz nie dającymi łatwych odpowiedzi na pewne pytania. Kino rozrywkowe zrobione z głową.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Steve Jobs

Żaden człowiek w historii współczesnej technologii nie miał takiego medialnego szumu jak Steve Jobs – wizjoner, geniusz, jeden ze współodpowiedzialnych za coraz bardziej fikuśne wynalazki. Komputery, telefony, iPad i Bóg wie, co jeszcze. Geniusz, manipulator, skurwysyn czy robot? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć narzucający swój styl scenarzysta Aaron Sorkin oraz reżyser Danny Boyle. Jak im się to udało?

steve_jobs1

Jednak nie jest to klasyczna biografia, jakiej należało się spodziewać z tego typu gatunkiem, dlatego że fabuła skupia się na trzech prezentacjach nowych wynalazków: Mac, Nexta oraz iMaca. A dokładniej na kulisach przed tymi wydarzeniami. Tam zaczynają iskrzyć spięcia między Jobsem a resztą jego współpracowników: Woźniakiem, Hoffmann, Sculley, Hertzfeld oraz kobietą z córką, uważająca Jobsa za ojca swojego dziecka. Skoro jest Sorkin, to wiadomo, ze będziemy mieli tzw. „walk & talk”, podczas której poznajemy kolejne konflikty, animozje, spięcia. I jak to w fabułach Sorkina była, dialogi serwowane są z prędkością karabinu maszynowego, podkręcając w ten sposób napięcie oraz atmosferę. Tutaj mamy jeszcze pewne montażowe tricki: podczas rozmowy na ścianie widzimy odpalaną rakietę, w innej pojawiają się wplecione na ścianie cytaty czy sam początek, gdzie mamy rozmowę Arthura C. Clarke’a (autora „2001: Odysei kosmicznej” – tej literackiej), a także równolegle przeplatającą się przeszłość z teraźniejszością (rozmowy Jobsa ze Sculleyem) tylko podbijają stawkę. A w tle jeszcze mamy elektroniczno-symfoniczną muzykę Daniela Pembertona, dodając jeszcze więcej oliwy do ognia.

steve_jobs2

Sam reżyser musi żonglować niczym cyrkowiec różnymi elementami, by opanować ten cały bajzel. Bo sprzęt w ostatniej chwili nie chce zadziałać, bo Steve nie przyznaje się do swojej córki, zaś jej matkę traktuje bardzo szorstko (ta go z kolei wykorzystuje jako skarbonkę do wyciągania forsy). Jeszcze po drodze są jeszcze Woźniak, który czuje się bardzo niedoceniony (zrobił Apple II), pełniący role ojca Sculley czy próbująca w miarę utrzymać Jobsa na wodzy Joanna Hoffmann. Jednocześnie Boyle z Sorkinem chcą pokazać tytułowego bohatera w sposób jak najbardziej uczciwy sposób, co udaje się naprawdę bardzo przekonująco (zwłaszcza pod koniec).

steve_jobs3

Boyle mocno się odnajduje w tym całym stylu i zbiera naprawdę mocną obsadę. Pewne emocje wywołał wybór Michael Fassbendera, który za cholery nie jest podobny do Jobsa, jednak jest absolutnie GENIALNY. Z jednej strony to bardzo twardy, przekonany o swojej nieomylności, nie znający słowa: „pomyłka”, „błąd”, „nie mam racji”, bardziej przypominający robota (pamiętacie Davida z „Prometeusza” czy „Alien: Covenant”?) niż człowieka, ale jednak coś się w nim gotuje. Te różne spięcia wygrywa absolutnie bezbłędnie, kompletnie dominując nad wszystkimi. Co nie znaczy, że reszta jest nieciekawa. Kompletnie zaskakuje Seth Rogen (Steve Woźniak), grając absolutnie poważnie, fason trzyma Jeff Daniels (John Sculley), który zawsze dobrze wygląda w garniaku oraz Michael Stuhlberg (Andy Hertzfeld). Jednak drugi plan kradnie i dzieli Kate Winslet, która wydaje się być najmniej widowiskowa ze wszystkich, lecz staje się czymś w rodzaju głosu sumienia dla Jobsa. Ich wspólne rozmowy jeszcze bardziej podsycają całą temperaturę.

Byłem troszkę sceptyczny wobec „Steve’a Jobsa” odkąd odwołano ze stołka reżyserskiego Davida Finchera. Jednak Danny Boyle odnalazł się w tym charakterystycznym stylu Sorkina, odpowiednio podkręcając napięcie i nawet te wątki obyczajowe potrafią zaangażować. Kolejne potwierdzenie, że współpraca z Sorkinem zawsze zmienia się w złoto.

8/10

Radosław Ostrowski

Godless

Małe miasteczko La Belle wyróżnia się jednym istotnym detalem – bardzo niewielką ilością mężczyzn w okolicy, gdyż większość z nich zginęła w kopalni. I właśnie do jednej z farm na obrzeżach miasteczka trafia tajemniczy, raniony nieznajomy. W tym samym czasie okolica jest terroryzowana przez Frank Griffina oraz jego bandę, szukającą byłego członka Roya Goode’a. człowiek ten skradł jego łup podczas ostatniej akcji, za co mieszkańcy pobliskiego miasteczka zapłacili swoim życiem. Nie trzeba być geniuszem, by odkryć, że te dwa zdarzenia nie są zbiegiem okoliczności.

godless1

Ten krótki opis nowego serialu Netflixa, będącego westernem (!!!) nie zdradza zbyt wiele, ale i nie powinien, gdyż na tajemnicy opiera się cała historia. Początek jest bardzo ostry i krwawy, godny Sama Peckinpaha – masa trupów, wykolejony pociąg, spalone domy. I to dostajemy na dzień dobry. Dalej powoli zaczynamy odkrywać tajemnicę naszego nieznajomego, a jednocześnie losy oraz życie w miasteczku, gdzie najważniejsza jest siostra szeryfa, Mary Agnes. Jest kilka wyraziście zarysowanych postaci, posiadające mroczną przeszłość, próbujące dalej trwać w swojej egzystencji. A jednocześnie mamy polowanie Griffina oraz jego bandy, siejącej śmierć oraz spustoszenie. I te momenty potrafią chwycić za gardło, a jednocześnie nie mogę pozbyć się wrażenia, że jest tu o kilka wątków za dużo. Próba pokazania życia w miasteczku, gdzie panie muszą stawić czoła przeciwnościom losu, wychodzi całkiem nieźle, ale tylko parę postaci zostaje zarysowanych (była burdelmana – obecnie nauczycielka, szeryf z pogarszającym się wzrokiem, jego szybki zastępca czy Alice, oskarżania o rzucenie „klątwy” na miasteczko). A niektóre osoby (szef ochrony firmy kopalnianej, redaktor prasy) sprawiają wrażenie zbędnych, bez których można było pewne rzeczy lepiej zarysować. Także czarnoskórzy mieszkańcy pobliskiej osady, składającej się z byłych żołnierzy, pełnią tylko rolę solidnego tła, przydatnego do odtworzenia realiów epoki.

godless2

Ogląda się to z zainteresowaniem, przenosząc się z postaci oraz wątków aż do finałowej konfrontacji. Z jednej strony jest ona dynamicznie zrealizowana, pełna krwi, brutalności i… za grosz realizmu. Przełknąłem jakoś slow-motion, ale że kobitki (w sporej części niezaznajomione z bronią) dają łupnia, a nasi banditos są kompletnie na widoku, do odstrzelenia niczym kaczki. O mały włos niemal doprowadziło serial do katastrofy. Drugim problemem były retrospekcje, niepozbawione pewnych repetycji dialogów (dotyczy to naszego protagonisty, Roya) oraz dość wolne tempo całej opowieści.Wrażenie robi za to bardzo porządna realizacja. Piękne zdjęcia z bardzo plastycznymi plenerami czy sceny z burzą piaskową wyglądają zachwycająco, podobnie jak wiernie oddająca realia scenografia z kostiumami. Plastyczność idzie tu w parze ze świetnie prowadzonym oświetleniem, dobrym tempem oraz pięknymi końmi. Także muzyka przypomina, gdzie jesteśmy i co robimy.

godless3

Ale i aktorzy pomagają wejść w ten klimat. Solidnie wypada Jack O’Connell w roli Roya, który nie jest do końca prawym facetem, a jego przeszłość długo intryguje. Ale okazuje się być całkiem przyzwoitym facetem, mogącym być dobrym ojcem oraz kochającym zwierzęta. Po drugiej stronie jest brodaty Jeff Daniels, czyli Frank Griffin. Mroczny, naznaczony krwawą przeszłością jegomość, potrafiący cytować Biblię, sprawiający wrażenie porządnego faceta (koloratka), ale to bezwzględny i ostry zawodnik. Zawsze opanowany i bezwzględnym. Drugi plan zdominowany jest przez trzy postacie, czyli naznaczonej trauma Alice Fletcher (wspaniała Michelle Dockery), poczciwy i dzielny szeryf (świetny Scott McNeiry) oraz jego siostra (Merritt Wever), nie dająca sobie w kaszę dmuchać. No i jeszcze sympatyczny, szybki oraz gdy trzeba twardy zastępca szeryfa (imponujący Thomas Brodie-Sangster).

godless4

„Godless” mogło być lepszym westernem, niemniej potrafi dostarczyć oraz zaintrygować aż do niemal samego końca. Konie są, strzelaniny też, przemoc miejscami aż wali po oczach, tylko pod koniec powoli napięcie zaczyna siadać, powoli nadrabiając w finale. Ciągu dalszego raczej nie będzie, ale czuć duszę klasyków gatunku.

7/10

Radosław Ostrowski

Marsjanin

Za kilka lat będzie możliwe wysłanie załogi na Marsa. Ekspedycja Hermasa podjęła się zadania założenia bazy na Czerwonej Planecie, zawiezieniu próbek i powrocie na Ziemię. Jednak podczas przymusowego powrotu (burza piaskowa), jeden z astronautów, botanik Mark Whitney, obrywa fragmentem satelity i utracono z nim kontakt. Uznany za zmarłego Mark cudem przeżył i sam na Marsie musi przetrwać. Zwłaszcza, że najwcześniej astronauci wrócą za 4 lata. Jak żyć?

marsjanin1

Nie wiem, czy jesteście fanami Ridleya Scotta, ale ja tego reżysera bardzo sobie cenię. To jeden z najlepszych technicznie twórców, precyzyjnie skupiający się na detalu oraz stronie plastycznej, specjalizujący się w blockbusterach. Ale od czasu „American Gangster” angielski twórca błąka się i zaczyna nudzić i rozmieniać się na drobne („Prometeusz”). Adaptacja powieści Andy’ego Weira wydawała się być szansą na powrót do formy, jednak efekt jest umiarkowany.

Sama historia wydaje się być uwspółcześnioną, kosmiczną wersją „Robinsona Crusoe”. Samo w sobie nie jest to niczym złym, gdyż samotność na planecie daje spore pole do popisu. Niekoniecznie w celu przeprowadzenia filozoficznej refleksji, ale choćby w celu zrealizowania dobrego kina rozrywkowego, trzymającego w napięciu do końca. Scott nie do końca chce być poważny, dlatego pozwala sobie na żarty i żarciki Marka, komentującego swoją walkę. Z jednej strony to fajne rozwiązanie, gdyż pozwala uniknąć patosu i zbyt poważnego, depresyjnego ciężaru, ale jak wiemy, nadmiar lekkości może doprowadzić do osłabienia wagi sytuacji, a stawka całej gry (uratowanie i ściągnięcie astronauty z powrotem) przestaje mieć znaczenie. „Marsjanin” to ten drugi przypadek, a jeśli chodzi o arsenał dowcipu najlepiej wypadają wplecione w fabułę przeboje ery disco (co prawda nie ma Bee Gees, ale jest Abba, Donna Summer i David Bowie). Wyjątkiem w budowaniu napięcia są finałowe sceny, troszkę przypominające mi… „Grawitację„.

marsjanin2

Dodatkowo poza Markiem, obserwujemy działania NASA. Próby odnajdywania rozwiązania przypominało mi podobne sceny z „Apollo 13„, gdzie gra też szła o wysoką stawkę. A że wszystko musi się udać, staje się to jasne od początku. Przecież to amerykański astronauta, a jak wiadomo, każdy Jankes to urodzony MacGyver, który zawsze znajdzie rozwiązanie. Nie ma jedzenia? Wystarczy stworzyć plantację ziemniaków. Brak kontaktu z NASA? Trzeba poszukać łazika z 1996 roku i użyć systemu szesnastkowego. Coś naszemu bohaterowi, za łatwo wszystko idzie, przez co trudno było przejąć się jego losem, chociaż grający tytułową rolę Matt Damon dobrze wywiązuje się ze swojego zadania.

marsjanin3

Ale trzeba przyznać jedno – Mars wygląda majestatycznie, co jest zasługą świetnych zdjęć Dariusza Wolskiego. Czerwona Planeta skontrastowana z budynkami NASA i gabinetami robi ogromne wrażenie i buduje klimat alienacji. I to jest spory plus.

Jednak poza Damonem, drugi plan jest dość stereotypowy. Jeff Daniels jest unikającym ryzyka szefem NASA, który bardziej dba o swój tyłek i reputację firmy, niczym korporacyjny szef, Chiwetel Ejiofor to racjonalny inteligencik, szukający rozwiązania, z kolei załoga Marka to znane i cenione twarze ograniczone do drobnych epizodów. I jest jeszcze Sean Bean, niemal działający na własną rękę, pomocnik dyrektora (spojler: tym razem nie ginie), na którego zawsze miło popatrzeć.

marsjanin4

Mimo wad i narzekań, „Marsjanin” jest dobry krokiem wykonanym przez Scotta. Bardzo kameralne (co przy budżecie 100 mln dolców zaskakuje), niepozbawione dowcipu, solidnie zagrane i technicznie bez zarzutu, w końcu to Scott. Jednak po takim reżyserze, należy oczekiwać znacznie, znacznie więcej. I liczę, że Anglik przebudzi się niczym Moc w „Star Wars”.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Dwa dni z życia doliny

Dolina w Los Angeles. To tutaj dwóch zabójców – Dosmo Pizzo i Lee Woods – ma ściągnąć dług od jednego takiego kolesia, Roya Foxxa. Usypiają jego żonę i zamiast zgarnąć kasę, zabijają go. Jakby mało było komplikacji, Lee zabija Dosmo i wysadza auto w powietrze. W sprawę wplątują się dwaj gliniarze z obyczajówki – Wes i Allan. W sprawę, wbrew swojej woli, zostają wplatani marszand i jego asystentka oraz reżyser samobójca (gra go reżyser Paul Mazursky).

Pomieszanie z poplątaniem? Film John Herzfelda to jeden z pierwszych naśladowców „Pulp Fiction”, gdzie mieszają się wątki różnych postaci zazębiają się w jednym zdarzeniu. Sama intryga kryminalna tylko pozornie okazuje się prosta, a reżyser i scenarzysta w jednej osobie robi wszystko, żeby pomieszać, zaskoczyć i wprawić w osłupienie. Tym czasem wszystko okazuje się banalnie proste (pieniądze), a cała ta historia sprawia wrażenie zwyczajnie przekombinowanej neo-noirowej historii. Nic nie jest takie, jakim się wydaje (mega spojler), a wątki poboczne są dodatkiem, czasami zaburzającym intrygę (nieudana próba samobójcza reżysera czy wzięcie zakładników przez Dosmo) i rozładowującymi napięcie humorem. Do tego jeszcze mamy niezłe dialogi (nie pozbawione czarnego humoru) oraz wplecione piosenki, co jest elementem charakterystycznym dla Tarantino, jednak sam film zwyczajnie nie chwycił za gardło.

Nie wiem, co nie zagrało w tej opowieści – czy to nadmiar wątków, przekombinowana i udziwniona na siłę intryga kryminalna, ale aktorzy zrobili wszystko, by uwiarygodnić całość. Dzięki nim ogląda się to przyzwoicie. Jest tu kilka petard, a największą jest James Spader. Lee w jego interpretacji to chłodny profesjonalista, którzy rzadko pozwala sobie na ciętą ripostę, a jego znakiem rozpoznawczym jest mierzenie ostatniej minuty życia zegarkiem. Drugim takim strzałem jest lekko zwariowany Alvin w brawurowym wykonaniu Jeffa Danielsa, a jego monolog o nienawiści do prostytutek to perła. A jeśli chcecie popatrzeć na coś pięknego, to cieszy oko Charlize Theron (Szwedka Helga) i w zasadzie na tym kończą się plusy. Reszta prezentuje się nieźle, z wyjątkiem Teri Hatcher (zasłużona nominacja do Złotej Maliny), której sztuczność i nadekspresyjność zwyczajnie irytowała.

2_dni_z_zycia_doliny5

Niezły kino w stylistyce Quentina T., w którym komedia, gangsterka i dramat mieszają się ze sobą. Nie zawsze wszystko się tu układa w całość i nie porywa wszystko, jednak kilka scen potrafi rozbawić.

6/10

Radosław Ostrowski

Krwawa profesja

Terry McCaleb jest doświadczonym i dość starym agentem FBI. Od długiego czasu tropi seryjnego mordercę zwanego Numerowcem, gdyż zostawiał po sobie numery z wiadomością. Podczas pościgu za mordercą, agent dostaje zawału serca. Dwa lata później jest już emerytem z nowym sercem, mieszkającym na jachcie. Wtedy pojawia się pewna kobieta, która prosi go o pomoc w rozwikłaniu śledztwa w sprawie śmierci swojej siostry. Jak się potem okazuje – to jej serce ma wszczepione McCaleb.

krwawa_profesja1

Clint Eastwood znów w wersji sensacyjno-kryminalnej. Tym razem wsparty powieścią uznanego autora kryminałów Michaela Connelly’ego oraz scenariuszem zdobywcy Oscara Brian Helgeranda – teoretycznie powinien być hit, a wyszedł niewypał. Sama intryga ma dość nietypowy punkt wyjścia – jednak dalej jest schematycznie, ze sporą ilością klisz i nudno. Łatwo się domyślić, kto jest sprawcą, próbuje się tutaj mylić tropy (dość nieudolnie), a Eastwood, mimo zawału serca nadal zgrywa twardziela. Jak na dziadka wychodzi mu to całkiem nieźle. Finał zaś (starcie w opuszczonym statku) jest mało zaskakujące, pojawi się nieplanowany romans itp., klisza goni kliszę (antypatyczny detektyw, uparta agentka FBI, uczciwa lekarka itp.). A obsadzenie Jeffa Danielsa w roli głównego złego było strzałem w stopę, gdyż jest kompletnie nieprzekonujący. Bronią się tutaj tylko niezłe zdjęcia Toma Sterna (początek współpracy z Eastwoodem) oraz kilka zgrabnych dialogów.

krwawa_profesja2

Już w „Prawdziwej zbrodni” mówiłem, że Eastwood powinien odpuścić sobie granie twardzieli. Tutaj niby wszystko jest na swoim miejscu, ale nic tutaj nie pasuje do siebie. Takich średniaków powinien się pan wstydzić, Mr. Eastwood.

krwawa_profesja3

5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Eastwooda

Newsroom – seria 1

Will McAvoy jest bardzo popularnym prezenterem telewizyjnym. Jednak podczas zajęcia ze studentami dostaje załamania nerwowego i mówi dość ostre słowa o swoim kraju. Dziennikarz bierze urlop i po trzech miesiącach wraca do telewizji ANC i… są wprowadzone zmiany. Najważniejszą jest ta, że wydawcą „Wiadomości” zostaje Mackenzie McHale, jego była dziewczyna. Razem z grupą jej reporterów chcą zmienić formułę przekazywania wiadomości.

Czy jest ktoś kto nie wie, kim jest Aaron Sorkin? Nie oświeconym przekazuję, że jest to jeden z najlepszych i najbardziej rozpoznawalnych scenarzystów filmowych („Ludzie honoru”, „The Social Network”, „Moneyball”) i telewizyjnych („Redakcja sportowa”, „Prezydencki poker”). Tym razem postanowił opowiedzieć o redakcji i dziennikarzach, którzy nie zważając na oglądalność, próbują przekazać informacje w sposób rzetelny i wiarygodny, bez robienia z tego rozrywki oraz robienia z siebie tabloidów. Pokazuje jak powinny pracować media, może i trochę idealizuje czy wręcz moralizuje dziennikarzy pokazując jak należy robić wiadomości, ale z drugiej strony ten serial trzyma w napięciu miejscami jak rasowy thriller i mamy do czynienia jednak z ludźmi, a ci jak wiadomo nie są nieomylni, nawet dziennikarze.

Że to zrobił Sorkin widać to po dwóch rzeczach: po ciętych dialogach toczących się w biegu, pełnymi odniesień do popkultury amerykańskiej oraz dynamicznej pracy kamery. W studiu podczas realizacji wiadomości wrze po prostu jak w ulu, wszelkie wiadomości są weryfikowane i ogląda się to w wielkim napięciu (śmierć bin Ladena, postrzał kongresmenki Gabrielle Giffords – porywająca sekwencja), zaś w relacjach między bohaterami aż iskrzy. Jednak nie brakuje też paru wątków pobocznych, ale kluczowych (walka z brukowcem niszczącym reputację McAvoya, groźba zabicia dziennikarza, przymusowa zmiana profilu z powodu straty oglądalności o połowę czy skomplikowany miłosny trójkąt Maggie-Don-Jim), gdzie nie brakuje humoru. To wszystko sprawia, że ogląda się to po prostu znakomicie, mimo pewnego przesłodzenia czy lekkich przestojów.

Jeśli zaś chodzi o aktorstwo, najlepiej można je ująć słowem – genialne. Takiego zgrania i chemii nie widziałem od czasu „Breaking Bad”. Tutaj na pierwszy plan wysuwa się wyborny Jeff Daniels – charyzmatyczny dziennikarz, który potrafi być też wrzodem na dupsku. Początkowo jest sceptyczny wobec telewizyjnych rewolucji swojej eks (bardziej amerykańska niż Amerykanie Emily Mortimer), która jest wielką idealistką, a jednocześnie profesjonalistką. Cały drugi plan jest naprawdę przebogaty i fantastyczny: od Olivii Munn (Sloah Sabbith – wiadomości ekonomiczne) przez Alison Phil (Maggie Jordan – asystentka) i Deva Patela (Neal Sampat – autor bloga McAvoya) aż do Sama Watersona (Charlie Skinner – szef McAvoya i McHale) i rzadko pokazującej się Jane Fondy (Leona Lansing – szefowa stacji).

Powiem krótko: HBO rulez i Sorkin też. Właśnie po to się ogląda seriale, żeby porwały i wciągały, a „Newsroom” to potrafi. A jeśli nadal macie wątpliwości, zobaczcie poniższy fragment:

8/10

Radosław Ostrowski

Purpurowa róża z Kairu

Lata 30, New Jersey, czas wielkiego kryzysu. Cecilia jest młoda kobietą, która pracuje w restauracji w New Jersey, zaś jej mąż jest bezrobotnym. Jej największą miłością jest jednak kino, które odwiedza bardzo często. Właśnie teraz jest grany film „Purpurowa róża z Kairu”. Podczas jednego z seansów, Tom Baxter – jeden z bohaterów – zakochuje się w Cecilii i… opuszcza film, a oboje uciekają z kina.

roza_kair1

Woody Allen to facet, który ma naprawdę bogata wyobraźnię. Tutaj pokazuje historię z miłością (nie tylko) do kina w tle. To kino jest tutaj miejscem, gdzie ludzie zapominają o swoich problemach, nawet jeśli to trwa na chwilę. Ale tutaj fikcja miesza się z rzeczywistością, humor oparty jest na absurdalnej sytuacji i choć Allen nie pojawia się na ekranie, to jego duch jest odczuwalny. Z jednej strony mamy wiernie odtworzone realia czasów kryzysu, z drugiej całość ma lekko nostalgiczny klimat. Jednak Allen przestrzega: nie należy marzyć o innej rzeczywistości, tylko żyć chwilą, która trwa. Podobnie było w filmie „O północy w Paryżu”, gdzie główny bohater chciał żyć w Paryżu lat 20., bo ludzie mają skłonność do idealizowania przeszłości i lubią (chcieliby) żyć w bajce. „Purpurowa róża” to także ostatni film, w którym Allen współpracował z operatorem Gordonem Willisem, który tutaj także nie zawodzi. Także jazzowa muzyka Dicka Hymana buduje ten klimat.

roza_kair2

Co ciekawe aktorzy też tutaj nie zawodzą. Choć nie jest specjalnie wielkim fanem Mii Farrow, to ona tutaj stworzyła świetną rolę kobiety żyjącej marzeniami, która dzięki temu przynajmniej zaczyna przewartościowywać swoje życie. Pytanie tylko, czy dotrwa. Jednak najtrudniejsze zadanie miał Jeff Daniels grający dwie role: Toma Baxtera (romantycznego bohatera, który jest bardzo idealny) i aktora grającego tą postać Gila Shepherda, który bardziej dba o karierę i reputację, ale zakochuje się także w Cecilii. I obie te role są tak różne i autentyczne, jak tylko to możliwe. Poza nimi na drugim planie najbardziej wybija się Danny Aiello (prymitywny i prostacki Monk, mąż Cecilii) oraz świetna Dianne Wiest (prostytutka Emma).

Allen zrobił jeden z mniej allenowskich, ale za to bardzo klimatyczny, wręcz miejscami bardzo magiczny film. Nie wypada nie znać.

7,5/10

Radosław Ostrowski