Z Księżyca spadłeś?

Wiele mil kosmicznych stąd znajduje się planeta, gdzie mieszkają sami mężczyźni. Ich narządy rozrodcze są strasznie małe, więc rozmnażają się przez klonowanie. Wódz Grayston wysyła swojego najlepszego agenta, by przybył na Ziemię i zapłodnił jedną z kobiet, by dokonać podboju. Ale nie jest to takie proste jak się wydaje.

z_ksiezyca1

Mike Nichols zaczął nowy wiek od filmu, który odniósł kasową porażkę. Z czego to wynika? Być może z faktu, ze scenariusz napisało czterech kolesi (powszechnie wiadomo, ze gdy jest więcej niż dwóch scenarzystów, efekt jest zazwyczaj słaby). Sam humor oparty na seksie jest, niestety dość niskich lotów, choć taka metoda podboju i ubranie tego w komediowe szatki wydawało się całkiem niezłym pomysłem. Tylko, że sama opowieść jest mało wciągająca, podejście naszego agenta (nazwiskiem Harold Anderson) jest zaskakująco naiwne i na początku jest to nawet zabawne. Jednak świszczący penis to nie jest zbyt fajna rzecz, a parę wątków (praca w banku, agent lotniczy tropiący naszego bohatera) nie do końca kleją się w całość. Jest parę niezłych gagów (nieudany seks), a i aktorzy też dają sobie radę (m.in. Annette Bening, Ben Kingsley, John Goodman czy grający główną rolę Garry Shamling).

z_ksiezyca3

Nie będę was jednak dłużej oszukiwał. Jako komedia jest nieśmieszna, choć punkt wyjścia był naprawdę ciekawy. Niestety, to najsłabszy film  karierze Nicholsa, który jest kompletną stratą czasu. Unikać jak kosmitę, chyba że jesteście nawaleni.

4/10

Radosław Ostrowski

Na zawsze

Pete to facet, który zajmuje się lataniem samolotami gaszącymi pożary. Ma bardzo fajną dziewczynę, która jednak mocno boi się o niego oraz kumpla Ala, z którym razem rusza na akcje, zaś on sam leci w dość brawurowy sposób. Niestety, podczas jednej akcji, ratując przyjaciela Pete poświęca swoje życie. Mężczyzna trafia do zaświatów, gdzie Hap daje mu zadanie bycia inspiracją dla następnego pilota. Pada na niejakiego Teda Bakera, który później zostaje partnerem dziewczyny Pete’a i nie będzie to dla niego łatwa droga.

na_zawsze1

Po raz Spielberg postanowił nakręcić dwa filmy w tym samym roku. „Na zawsze” to remake filmu z 1943 roku, będący mieszanką kina akcji z love story. I o dziwo, nie gryzie się to ze sobą. Wątek metafizyczny jest tutaj naprawdę ciekawie pokazany, jednak Pete nie wie jak ciężkie to będzie dla niego zadanie. Mimo iż jest duchem, nadal ma ludzkie emocje i odczucia. A jednocześnie udaje się reżyserowi dość przekonująco pokazać świat po odejściu człowieka z perspektywy osób mu najbliższych. Można zarzucić, ze jest to odrobinkę sentymentalne i ckliwe, ale ku mojemu zaskoczeniu jest to naprawdę nieźle poprowadzone. Wisienką na torcie są tutaj jednak sceny pożarów oraz lotnicze ujęcia. Czuć w nich siłę pożaru, moc silników oraz poczucie zagrożenia. Wtedy czuć rękę reżysera, a strona wizualna jest naprawdę mocnym plusem.

na_zawsze2

Byłoby to dość ciężkostrawne dzieło, gdyby nie naprawdę solidna gra aktorska. Błyszczy najbardziej Richard Dreyfuss. Pete to pewny siebie oraz niezwykle odważny facet, który nie boi się wyzwań. Zachowuje się trochę jak nieodpowiedzialny heros, który poza samolotem jest bardziej powściągliwy. Swoją śmierć Pete traktuje z zaskoczeniem, ale zadanie bycia inspiracją traktuje z typową dla siebie brawurą, czasami nie patyczkując się. Trudno nie polubić tego faceta. Jest jeszcze naprawdę piękna Holly Hunter, która musi pogodzić się ze stratą partnera, nie do końca zerwała z przeszłością. Na drugim jest niezawodny i trochę jowialny John Goodman (Al) oraz rzeczywiście wyglądający jak model Brad Johnson jako młody i trochę niedoświadczony Ted Baker.

na_zawsze3

Jednak „Na zawsze” zostało zapamiętane z innego powodu – po raz ostatni zagrała tutaj Audrey Hepburn. I choć pojawia się tylko w dwóch scenach jako Hap (Śmierć?), emanuje z niej nieopisane ciepło i mocno zapada w pamięć, co świadczy o jej nieprzeciętnym talencie.

na_zawsze4

Choć ten melodramat nie zalicza się do zbyt udanych produkcji, to jednak seans nie był czasem straconym. Bardzo proste, ale angażujące kino.

7/10

Radosław Ostrowski

Obrońcy skarbów

Adolf Hitler jaki był, każdy słyszał. W trakcie wojny z lat 1939-45 wydał rozkaz kradzieży cennych dzieł sztuki i stworzenia Muzeum Fuhrera, gdzie znajdowały się najcenniejsze dzieła. Na polecenie prezydenta USA Franklina D. Roosevelta w 1944 r. powołano specjalna grupę pod wodzą profesora Franka Stokesa, a jej zadanie było odnalezienie i zwrócenie właścicielom dzieł sztuki. Od lądowania w Normandii członkowie ekipy podjęli się bardzo trudnego zadania i to z niezłym skutkiem.

obroncy1

Bazując na prawdziwej historii tym razem własny film wojenny postanowił nakręcić George Clooney – facet, którego dokonań i dorobku przedstawiać nie trzeba. I jako reżyser jest jedna z ciekawszych osób w Hollywoodzie. Jednak jego film to takie klasyczne wojenne kino w oldskulowym wydaniu. Mamy oddział do wykazania misji niemożliwej, francuski ruch oporu, dzieła sztuki, złych Niemców i jeszcze gorszych Rosjan. Wszystko z łopocącą, amerykańska flagą w tle i patetycznymi dialogami, które miejscami mogą trochę psuć odbiór. Druga sprawa to dość luźna narracja, gdzie przenosimy się do poszczególnej pary bohaterów i ich pola działań. Samo w sobie nie jest to złe, a nawet byłoby to wskazane, jednak są one dość nierówno poprowadzone i przewija się nuda, a humor jest dość toporny. Realizacja jest całkiem niezła, zdjęcia i scenografia trzymają poziom, tak samo podniosła muzyka.

obroncy2

Aktorzy tutaj grają na sprawdzonych kluczach, co nie znaczy, że są nudni i nie dają rady. Clooney i Damon są porządnymi i uczciwymi kumplami, Bill Murray jest cynicznym kawalarzem (razem z Bobem Balabanem tworzą zabawny duet), Goodman to wrażliwy wielkolud, a Jean Dujardin jest czarującym Francuzem (jego śnieżnobiałe zęby powinny być użyte jako broń masowego rażenia). Jedyną osobą wymykającą się szufladce jest Cate Blanchett, czyli zmuszona do współpracy z Niemcami znawczyni sztuki. Na tym polu radzi sobie naprawdę przyzwoicie.

obroncy3

Film miał potencjał na naprawdę dobre kino wojenne: temat, doborowa obsada. Ale nie wszystko tutaj zagrało do końca. Ta lekka ramotka troszeczkę się broni hołdem dla sztuki, choć czuję lekki niedosyt.

6/10

Radosław Ostrowski

Big Lebowski

Krótkie spodenki, szlafrok i klapki na nogach, a w ręku Biały Rusek i okulary na nosie – tak poniekąd wygląda. W papierach ma napisane Jeff Lebowski, ale woli być nazywany Kolesiem. Niby menel jakich wielu, jednak to jemu dwóch zbirów naszczało mu na dywan. Potem okazało się, że to pomyłka. Wzięto go za innego Jeffa Lebowskiego – strasznie dzianego gościa. Ale kiedy panu Lebowskiemu (nie mylić z Kolesiem) zostaje uprowadzona żona, Koleś wplątuje się w dość poważną kryminalną intrygę.

lebowski1

Ten film braci Coen przyniósł im status dzieła kultowego. Co wyróżnia braciszków od innych filmowców? Ich filmy zazwyczaj są albo prostymi opowieściami kryminalnymi, gdzie intryga ulega komplikacjom, obnażając chciwość, zło i głupotę ludzką (‘Fargo”) albo komediami z masą absurdalnego humoru („Arizona Junior”). Więc czym jest „Big Lebowski”? To wypadkowa obydwu konwencji – czarna komedia kryminalna, gdzie nie ma spraw oczywistych, zaś realizacja jest po prostu perfekcyjna (m.in. scena pokazania kręgielni czy odjechane „wizje” Kolesia – najsłynniejsza z nich to „Jaja w rynsztoku”). Już sam początek, gdy mamy wziętą z westernu melodię oraz zaczerpnięta z tego gatunku „jadący” kłąb zmierzający do Los Angeles – można być pewnym jednej rzeczy. Tak zacznie się przygoda waszego życia. A co po drodze? Porwanie, skomplikowana intryga, w której „jest wiele różnych czynników”,  kręgle, niemieccy nihiliści, wkurwiony Polak, artyści, Biały Rusek, kasa i takie tam. Wplątując się w cała historię, będziemy próbowali rozgryźć, co tu jest tak naprawdę grane, zaś zakończenie wywróci wszystko do góry nogami. I to wszystko okraszone kapitalnymi dialogami – takie filmy się po prostu przeżywa, a opowiadanie o nich mija się kompletnie z jakimkolwiek celem.

lebowski2

Jeśli chodzi o aktorstwo mógłbym wymienić tylko jedną osobę, a i tak by wszyscy wiedzieli o kogo chodzi. A imię jego Jeff Bridges i jest to najbardziej rozpoznawalna rola tego aktora. Kim jest Koleś? To podstarzały hipis, który nie ma pracy, ma wszystko gdzieś i ma fajny styl. Przypadkowo wplątany w intrygę, która go przerasta, ale okazuje się, że nie jest do końca takim idiotą, za jakiego jest uważany. Poza nim nie można nie wspomnieć o Walterze Sobczaku, brawurowo zagranym przez Johna Goodmana. Narwany i agresywny Polak, który przeszedł na judaizm z jednej strony potrafi rozśmieszyć, z drugiej mocno balansuje na granicy obłędu i po części to on komplikuje całą sprawę. Poza nimi jest tu przebogata galeria postaci epizodycznych i drugoplanowych, zagrana przez gwiazdorską obsadę. Ale skoro ma się do dyspozycji takie osoby jak Julianne Moore (ekscentryczna artystka Maude Lebowski), Philip Seymour Hoffman (lokaj Brandt), Steve Buscemi (nieogarnięty Donny), Johna Turturro (Jesus Quintana – gracz w kręgle) czy Petera Stormare’a (nihilista Uli Kunker) to byłoby grzechem zmarnować taki potencjał.

Zdrowo kopnięty i dla wielu mocno porąbana historia. Dla mnie do bracia Coen w najczystszej postaci oraz w najwyższej formie. Jeśli jeszcze nie mieliście jeszcze kontaktu z tego typu kinem, musicie koniecznie to nadrobić. Wasze zdrowie.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Co jest grane, Davis?

Wiecie kim jest Llewyn Davis? Taki nieogolony, brodaty, bez mieszkania i z gitarą w ręku. Próbuje zrobić karierę jako muzyk folkowy, ale brakuje mu przebicia odkąd rozstał się ze swoim partnerem. Poza tym próbuje gdzieś się przespać, złapać jakiś koncert lub zagrać w studio, jak to w roku 1961. Jednak jego dość chaotyczne życie zmieni się, a wszystko od chwili kiedy po przenocowaniu u sąsiadów ucieknie ich kot.

davis1

A teraz zadam wam drugie pytanie: znacie braci Coen? To takich dwóch cwaniaków, którzy obracają wszystko w złoto, zaś większość ich filmów to pomysłowe i nieszablonowa zabawa w kino. Tym razem poszli trochę szlakiem „Słodkiego drania” Allena, gdzie przedstawiają fikcyjną biografię, jednak nie udają filmu dokumentalnego. Fabuła jest dość pogmatwana (nie zdradzę zbyt wiele, ale ta odyseja będzie ważna dla naszego bohatera – zapętlając się), nie brakuje charakterystycznego dla braci specyficznego humoru (te pełne ironii dialogi) czy elementów surrealizmu (zatrzymanie kierowcy w nocy przez policję), w dodatku okraszone naprawdę cudownymi zdjęciami (ta zieleń nadaje specyficzną aurę). No i najważniejsza rzecz – cudowna, folkowa muzyka (naprawdę kapitalne piosenki), które dodają charakteru do tej dość spokojnej opowieści.

davis2

Ale jedną rzecz mogę powiedzieć – od strony aktorskiej jest to robota na wysokim poziomie. Najważniejszy jest tutaj Llewyn Davis (pierwowzorem tej postaci był Dave Van Ronck – legenda muzyki folkowej z Greenvich Village), świetnie poprowadzony przez Oscara Isaaca, który także pokazuje nieprzeciętny talent wokalny. Kim jest Llewyn? Nieporadnym i nie mogącym znaleźć swojego miejsca na Ziemi grajkiem, zbyt dumnym, by zrezygnować? A może życie rzuca tyloma kłodami, że nie potrafi się z tego podnieść? Pożycza forsę, pomieszkuje od kanapy do kanapy i nie chce iść na kompromisy jako artysta (nie chce grać podczas kolacji). Mimo wad, potrafimy spojrzeć na tego faceta z sympatią i kibicujemy mu, żeby się udało. Poza nim jest dość bogaty drugi plan, jak to u Coenów. Nie zabrakło Johna Goodmana (podstarzały jazzman Roland Turner chodzący o laskach), jest też Garrett Hedlung (małomówny kierowca Johnny Five – autoironia wobec roli z filmu „W drodze”?) czy dawno niewidziany F. Murray Abraham (producent Bud Grossman). Jednak na mnie wrażenie zrobił rudy kocur oraz kompletnie nie do poznania Carey Mulligan. Nerwowa Jean w jej wykonaniu to bardzo mocna postać (kłótnia jej z Llewyem – nikt ostatnio tak pięknie nie klął jak ona), która szuka stabilizacji i łatwo traci nerwy.

Coenowie znów bawią się filmem i tworzą film, który sprawił mi naprawdę sporo frajdy. „Co jest grane, Davis?” to tylko albo aż dobre kino ze świetną obsadą i dość zapętlonym scenariuszem. Jeśli nie znacie braci Coen, to powinniście właśnie od tego filmu zacząć. A potem powinno być tylko lepiej.

7,5/10

Radosław Ostrowski


Statek pijany

Mort Gleason jest pijakiem, który nie potrafi nigdzie zagrzać miejsca na dłużej. Decyduje się przybyć do swojej dawno nie widzianej siostry. Kiedy kobieta wyjeżdża, Mort ma zając się jej siostrzeńcem – Abe’m. Chłopak chce wykorzystać wujka, by kupił dla niego łódź.

statek

Reżyser Bob Meyer postanowił przenieść na ekran własną sztukę teatralną, zaprosił uznanych aktorów i wyszedł z tego totalny gniot o niczym. Jest wiele dziwnych scen (Mort wkładający do ziemi butelki), jakieś wspominki pijaczka, ktoś próbuje zrobić przekręt ze sprzedażą łodzi, ale tak naprawdę ani to nie trzyma w napięciu, ani to nie angażuje, nawet śmieszne to nie jest. To tzw. artystyczne kino, czyli w tym wypadku kompletny bełkot, na który szkoda marnować czas, pieniądze i nawet taśmę filmową. I nawet zaangażowanie Johna Malkovicha oraz Johna Goodmana nie pomogło dla tego marnego gniota. Po prostu szkoda czasu i tyle, co ja wam będę mówił więcej.

3/10

Radosław Ostrowski

Morze miłości

Frank Keller jest policjantem z wydziału zabójstw z 20-letnim doświadczeniem. Razem z detektywem Shermanem prowadzą dochodzenie w sprawie zabójstw mężczyzn. Wszyscy umieszczali anonse w gazecie dla samotnych. Obaj decydują się umieścić swoje ogłoszenia, zakładając, że sprawcą jest kobieta i w ten sposób ją złapać. Frank wpada na trop Helen, ale zakochuje się w niej.

morze_milosci1

Film Harolda Beckera w założeniu jest thrillerem z wątkiem miłosnym. Obydwa wątki zgrabnie przeplatają się ze sobą i wciągają, trzymając w napięciu do samego finału (całkiem niezłego). Wszystko się gmatwa i komplikuje, nie brakuje odrobiny humoru (randki w restauracji), zaś realizacja jest więcej niż solidna. Ogląda się to dobrze i trudno się przyczepić do czegoś.

morze_milosci2

Ale byłby to jeden z wielu filmów z tego okresu, gdyby nie było tak świetnie zagrane. Powracający po czterech latach przerwy Al Pacino znowu przyciąga uwagę. Zarówno jako śledczy, jak i zakochany facet. Także Ellen Barkin jest apetyczna, zaś chemia między nimi jest wręcz namacalna. Poza nimi wybija się sympatyczny John Goodman (detektyw Sherman) i Michael Rooker (Terry).

Solidny dreszczowiec, który mimo upływu lat potrafi sprawić satysfakcję.

7/10

Radosław Ostrowski

Ciemna strona miasta

Frank Pierce jest sanitariuszem karetki pogotowia od 5 lat. Jednak od roku jest z nim coraz gorzej. Wszystko zaczęło się w momencie, kiedy podczas reanimacji zmarła kobieta. Od tej pory wszyscy, których próbuje ratować umierają, Frank zaś cierpi na bezsenność, nadużywa alkoholu i jest na skraju załamania nerwowego. A może już je przekroczył? Razem z nim spędzimy trzy noce na dyżurze.

miasto1

W zasadzie ten film mógłby się nazywać „Taksówkarz 2”, gdyby nie to, że bohater jest sanitariuszem. Takie skojarzenie nasunęło mi się po tym filmie Martina Scorsese opartego na autobiograficznej powieście Joe Connelly’ego. Nowy Jork znów jest pokazany może nie jako siedlisko zła, ale miejsce ciągłego cierpienia, które wszystkich dobija. Głównie kręcimy się po slumsach – przedawkowania narkotyków, próby samobójcze, strzelaniny – gdzie Frank jest naszym przewodnikiem. Jednocześnie reżyser próbuje wejść w psychikę naszego bohatera, który widzi zmarłych (nie, to nie „Szósty zmysł”), balansuje między jawą i snem, tworząc dość psychodeliczny klimat (przyśpieszenia, stroboskopy), który utrudnia odbiór tego filmu. Czy reżyserowi się to udało? Trudno mi powiedzieć, na pewno nie dorównuje legendarnemu „Taksówkarzowi”, gdzie Nowy Jork też nie był przyjemnym miejscem. Scenariusz w zasadzie nie istnieje, to zbiór luźnych scenek, w których przewija się Frank i jego koledzy, dla których ta praca doprowadza do obłędu, gdyż tylko w ten sposób można to przeżyć. Trochę pomaga w tym też dość wisielczy humor. Będzie na pewno zmęczeni, może nawet znużeni i wyczerpani, jednak Scorsese stworzył kawałek niezłego kina.

miasto2

Sprawę ratują aktorzy. Nie jestem specjalnym fanem Nicolasa Cage’a, ale w tej roli aktor sprawdza się idealnie. Jest zmęczony (stępiały wzrok, czerwone oczy i lekko osłabiony głos), balansujący na krawędzi rzeczywistości i wiemy tylko jedno: lepiej już nie będzie. Partnerujący mu John Goodman, Tom Sizemore i Ving Rhymes jako jego koledzy wypadają bardzo przekonująco, tworząc dość pokręcone postacie. Jest jeszcze Rosanna Arquette jako Maria, córka jednego z pacjentów Franka, która jest tak samo zmęczona jak Frank – kiedyś ćpała, teraz cierpi i szuka kontaktu. Mocna kreacja.

Nie jest to film łatwy, lekki czy przyjemny. Klimatem próbuje dorównać „Taksówkarzowi” i tak samo męczy. Tylko dla wytrwałych.

6/10

Radosław Ostrowski


Treme – seria 1

Czy kojarzycie takie miasto, co się zowie Nowy Orlean? Zapewne tak. Jest to miasto, w którym narodził się jazz i blues. Ale jak żyć w takim wspaniałym mieście, gdy dochodzi do katastrofy? Na to pytanie próbowali odpowiedzieć mieszkańcy Nowego Orleanu po tym, jak odwiedziła ich Katrina, a miasto wyglądało jak jedno pole bitwy. Jednak twórcy serialu skupili się na Treme – dzielnicy artystycznej zamieszkałej przez muzyków, tych bardziej zawodowych i ulicznych grajków.

Za pomysł opowiedzenia tego odpowiada dwóch jegomościów – Eric Overmayer i David Simon, którzy wcześniej stworzyli brudne i mroczne „Prawo ulicy”, z którego pojawiła się tutaj część obsady. W tej serii twórcy skupiają się na tym jak przetrwać po Katrinie (akcja zaczyna się 3 miesiące po) i nie ma tutaj jednego bohatera. Bo jest jest dwóch. Pierwsze: mieszkańcy nie tylko Treme. To nie tylko muzycy, którzy próbują złapać jakąś fuchę by mieć za co zarobić jak Antoine Batiste czy duet Sonny/Annie, ale jest to mieszanka postaci: wódz Indian, właścicielka baru szukająca swojego brata, w czym pomaga jej prawniczka Toni; lokalnego DJ Mike’a MacAlary’ego, którego dziewczyna ledwo wiąże koniec z końcem prowadząc restaurację. Tutaj każdy bohater jest wyrazisty, każdy ma swoje problemy i niektórym udaje się rozwiązać, a niektóre nie. Przeskakując z postaci na postać odkrywamy ich problemy (głównie budowlane i finansowe).

Drugim dość istotnym bohaterem jest muzyka, która nie tylko towarzyszy nam, ale i o niej się rozmawia. Jest obecna nie tylko na koncertach (a tutaj nie zabrakło takich indywidualności jak Elvis Costello, Irma Thomas czy Allen Toussant), ale też na defiladach (Second Line), pogrzebach czy karnawale Mardi Gras. Także jest pewnym komentarzem do wydarzeń i brzmi po prostu genialnie. Razem tworzy to mocną mieszankę, bo technicznie też nie ma się tu do czego przyczepić (scenografia z poniszczonymi domami jest świetna, tak samo montaż).

Jeśli zaś chodzi o aktorów, to zabrali oni fantastycznie. Nie byłbym w stanie wymieć wszystkich, bo by się to skończyło wyliczanką, ale mając do dyspozycji m.in. Steve’a Zahna (Davis MacAlary – najbardziej komiczna postać), Melissę Leo (Toni) czy kapitalnych Wendella Pierce’a (Antoine Batiste), Clarke’a Petersa (wódz Albert Lambreaux) oraz Khandi Alexander (LaDonna) nie można było tego skopać. Tak naprawdę wszyscy wypadli przekonująco, nawet epizody, których nie jestem w stanie wymieć.

I mam nadzieję, że te 10 odcinków was wchłonie tak jak mnie. I do zobaczenia w drugiej serii/sezonie.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Lot

Whip Whitaker jest kapitanem lotnictwa, który na sterowaniu samolotem wie wiele, naprawdę wiele. Po trzech dniach pod rząd, ma kolejny lot. Ale w jego trakcie dochodzi do turbulencji i awarii samolotu, Whitaker wykonuje niebezpieczny manewr i cudem ratuje pasażerów przed tragedią. Nie wszystkich, a podczas śledztwa prowadzonego przez komisję okazuje się, że kapitan w trakcie lotu był pijany.

lot1_400x400

Robert Zemeckis był jednym z najzdolniejszych reżyserów amerykańskich, którego śmiało można nazwać uczniem i następcą Stevena Spielberga. Po realizacji filmów animowanych wraca do „żywych” aktorów po 12 latach. I choć w tle jest katastrofa lotnicza (świetnie zrealizowana), tak naprawdę jest to film o walce z nałogiem, tutaj alkoholem. To jak niszczy i jak wiele trzeba, by uświadomić sobie, że jest się uzależnionym. Co w przypadku osoby, która nie ma z tym problemu nie jest łatwe. Choć reżyser czasem serwuje banały i pewnej przewidywalności, to potrafi to bardzo przekonująco opowiedzieć, bo emocje aż kipią i ogląda się tą walkę z dużym zaciekawieniem. To duży plus, choć trochę patetyczne zakończenie może zaszkodzić.

lot2_400x400

Zresztą Whitakerowi wierzymy na słowo, bo gra go Denzel Washington i jest świetny w roli nałogowego pijaka, którego otoczenie częściowo tuszuje jego zachowanie. On nie widzi problemu w piciu (wszelkie sceny, gdy jest pod wpływem są świetne), zaś jego przemiana pokazana jest stopniowo i bardzo subtelnie. Mieszanka pewności siebie i bycia żałosnym udają się bardzo przekonująco. Druga kluczową postacią jest narkomanka Nicole (w tej roli równie wyborna Kelly Reilly), którą Whitaker poznaje w szpitalu. Jest to kobieta z przeszłością, jednak świadoma swojego nałogu i za wszelką cenę próbująca z nim zerwać. Poza tym duetem, nie brakuje wyrazistych postaci drugoplanowych. Tutaj błyszczy pojawiający się krótko John Goodman w roli dealera Harlinga Mays, wprowadzając odrobinę humoru. Poza nim dobrze wypadają Bruce Greenwood (Charlie Anderson, przyjaciel Whitakera) oraz Don Cheadle (adwokat Hugh Lang), którzy potwierdzają swój talent.

lot3_400x400

Zemeckis może i Ameryki nie odkrywa, jednak historia z „Lotu” zostaje w pamięci. Choć są pewne wady (schematyzm, zakończenie), to ten lot reżyserowi się udał.

7,5/10

Radosław Ostrowski