Film o pszczołach

Barry Benson jest młodą pszczołą, która wchodzi w dorosłe życie. Powinien w tej chwili znaleźć pracę w korporacji Miodex, którą będzie wykonywał do końca życia. Problem w tym, że nasz Barry nie wie, kim chce być. Wreszcie decyduje się na samowolę i opuszcza ul razem z rozpylaczami. Odłącza się od grupy i zostaje uratowany przez kwiaciarkę Vanessę. Przypadkiem odwiedzając sklep zauważa pszczeli miód. Przerażony skalą miodu, postanawia wytoczyć ludziom proces o kradzież i bezprawne wykorzystanie ich pracy.

film_o_pszczoach1

Produkcja od DreamWorks jest zgrabną mieszanką satyry, historią poszukiwania swojego miejsca na Ziemi oraz zawiera ekologiczne przesłanie. Twórcy bawią się wszelkimi konwencjami i pokazują pszczoły tak jak ludzi, co jest plusem. Początek to satyra korporacyjna, gdzie poznajemy jak wygląda życie pszczół, dożywotnio pełniących swoje prace (niczym korporacyjne szczury). Ale kiedy Barry wychodzi na zewnątrz wszystko wywraca się do góry nogami, jadąc w dramat sądowy, gdzie każdy może podjąć walkę o swoje racje, bez względu na rasę i pochodzenie. Nie brakuje tu słownej szermierki czy drwiny z konsumpcyjnego stylu życia (gościnne epizody Stinga i Raya Liotty), co daje do myślenia dzieciom oraz dorosłym.

film_o_pszczoach2

Twórcy świetnie rysują nasze pszczółki oraz spotykanych innych owadów (komar rządzi!), a także ludziom, co wykorzystują zwierzęta do własnych korzyści (to lekkie nadużycie). Wszystko to jest prawdziwie zabawne, ale też i refleksyjnie. Może i ostatni akt jest bardzo przygnębiający, ale to daje mocnego kopa. Bo jeśli pszczoły nie będą pracować, a my ciągle będziemy tępić, będzie wtedy bardzo niewesoło. Wygląda to bardzo ładnie, a kilka aluzji (m.in. Barry w basenie niemal jak w „Absolwencie”) zwróci uwagę także bardziej dorosłego odbiorcy.

film_o_pszczoach3

Także polski dubbing jest więcej niż dobry, ale w przypadku animacji to już jest wypracowany standard. Tutaj największe pole do popisu dostał Maciej Stuhr, który jako Barry potwierdza swój talent komediowy. Jest zarówno bezradny, porażony, ale też uczy się odpowiedzialności za siebie. A także za cały rój, gdy dochodzi do poważnych perturbacji. Partneruje mu Joanna Trzepiecińska jako lekko postrzelona Vanessa, która dba o przyrodę i inne stworzenia. Tutaj mocno widać, że można dojść do porozumienia między ludźmi a owadami. Z drugiego planu najbardziej wybija się przyjaciel Barry’ego, Adam (uroczy Tomasz Bednarek) oraz śliski i bezwzględny prawnik Layton Montgomery (Miłogost Reczek).

film_o_pszczoach4

Pszczoły doczekały się własnego filmu i jest to bardzo fajna przygoda. Niegłupia, zabawna, ale też i dająca do myślenia. Nawet starsi widzowie (poza śliczną animacją i mądrym przesłaniem) znajdą tu coś dla siebie.

7/10

Radosław Ostrowski

Pieczone gołąbki

Gruba Kaśka – nie, nie chodzi o kobietę – jest stacją pomp wodociągowych w Warszawie. I właśnie tam pracuje poeta, Leopold Górski. Jest poetą, czyli jak każdy pisze wiersze, które śpiewa w fabryce, motywując swoich kolegów do pracy. Problem w tym, że jak w każdym miejscu pracy, nie każdemu pracować się chce. Dlatego sekretarz w wodociągach, daje poecie zadanie: ma trafić do najgorszej ekipy kierowanej przez majstra Wierzchowskiego. A w zamian za to ma dostać mieszkanie, na które od dawna zasługuje.

pieczone_goabki1

Tym filmem, to Chmielewski postanowił pójść dalej i zaszaleć (jak na rok 1966). Postanowił połączyć mocno archaiczną formę, czyli produkcyjniaka (czyli jak się żyje we fabryce czy innym zakładzie) z komedią śpiewaną (musicalem znaczy się), ale bez układów tanecznych. Już sam pomysł wtedy wydawał się karkołomny, a dziś (z powodu minionego ustroju) wydaje się mocno archaiczny. Kontrast wywołany miedzy naszym kulturalnym (wręcz do bólu) Poldkiem a brygadą wyglądającą jak ostatnie łachmyty, ma w sobie groteskowy posmak i wydaje się przez chwilę rozbrajająca. Ale już ta cała nowomowa użyta tutaj, pełna propagandowych haseł, doprowadza do bólu zębów największych twardzieli. To nie miało prawa wytrzymać (choć przeprosiny z powodu awarii są bardzo fajne) tylu lat, a kilka montażowych jazd (ucieczka Górskiego przed nowymi kolegami w przyspieszeniu) to troszkę za mało.

pieczone_gobki2

Chmielewski próbuje jeszcze dać troszkę luzu w piosenkach i to jest najmocniejszy atut. Zgrabnie, lekkie, dowcipne oraz przyjemne kompozycje kompozytorsko-tekstowego duetu Jerzy Matuszkiewicz/Wojciech Młynarski wpadają w ucho (a już finałowa „Gdy Kasię kochać da się” – perełeczka). W nich jest humor, który zestarzeć się nie chce. Także drobne przekomarzanki czy desperacka próba zdobycia mieszkania z wykorzystaniem dziecka ogląda się nieźle.

pieczone_gobki3

Także dzięki próbującej się (udanie) wejść w tą konwencję. Trudno nie odmówić uroku Krzysztofowi Litwinowi (Leopold), który jest tak poczciwy („dobry chłop”) i szczery, że słodziutki. Nawet, gdy próbuje wejść w otoczenie (te zdarte ciuchy!!!), jest wiarygodny. Podobnie nie można oderwać oczu od Magdaleny Zawadzkiej (Kasia), będącej tutaj jedynie tłem do stworzenia romansu (całkiem niezłego). Jednak i tak scenę kradnie trio Adam Mularczyk/Wacław Kowalski/Jerzy Karaszkiewicz (załoga majstra Wierzchowskiego) swoim łobuzerskim stylem życia i niezbyt silnym zaangażowaniem (na początku).

pieczone_gobki4

Innymi słowy „Pieczone gołąbki” to słabsza, ale ciągle przyjemna rozrywka. Chmielewski nie daje w pełni plamy, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu niespełnienia. Obejrzeć nie zaszkodzi, jednak przyzwyczaiłem się do innego poziomu, jaki tworzył reżyser. Na szczęście dalej było tylko lepiej.

6/10

Radosław Ostrowski

Ewa chce spać

Jest gdzieś małe miasteczko, gdzie dzieją się rzeczy niesamowite. Panuje ład i porządek, wszyscy są sobie życzliwi, a nawet przestępcy wydają się osobami kulturalnymi. I to właśnie tutaj trafia Ewa – młoda dziewczyna znikąd. Przyjechała do szkoły (a dokładniej do technikum) ale dojechała nocą przez co może nigdzie przenocować. Jest sama w obcym miejscu, kompletnie zagubiona. Przypadkowo poznani ludzie sprawią, że spędzi najbardziej zakręconą noc, jak to tylko możliwe.

ewa_chce_spa1

W 1957 roku polska komedia kopiowała wzorce ze swojego starszego brata w socjalizmie, jeszcze. Ale wtedy pojawił się pewien młody, bezczelny (wiadomo, jak pisał Gombrowicz: „W młodości jest coś bezczelnego”) filmowiec, który próbował pójść w zupełnie innym kierunku. Tadeusz Chmielewski już od samego początku chce zrobić film bardziej liryczny, delikatny i jednocześnie ciepły wobec bohaterów. Gdy dostajemy na dzień dobry, ręcznie narysowany widok na miasto i balladę, ilustrującą nocne życie na mieście (miłość tak gorąca, że aż słupy się wykrzywiają, policjanci grając na flecie łapią przestępców), serwując odrobinę absurdalny tekst. I już to Intryguje, bo nie brakuje galerii ciekawych postaci oraz nieszablonowych pomysłów: szkoła dla chuliganów, hotel robotniczy, gdzie panowie (w tajemnicy) sypiają ze swoimi kobietami, policjanci przygotowując się do inspekcji „pożyczają” przestępcę do aresztu, pijani woźnica pogrzebowy. Wszystko toczy się w takich oparach absurdu, a jednocześnie jest to bardzo sympatyczne i pełne wdzięku.

ewa_chce_spa2

Reżyser (wspólnie z piszącym dialogi Jeremim Przyborą) ma świetne ucho do tekstów, dodając sznytu każdej z postaci. Trudno nie zapomnieć takich epizodów jak komendanta („że tak powiem”), ambitnego cwaniaka Lulka („kup pan cegłę”) czy nawijającego żargonem właściciela knajpy. Chociaż gagi oparte są na klasycznych nieporozumieniach i pomyłkach (Ewa stojącą obok mostu uznana za samobójczynię, kasiarz przebrany za policjanta czy położenie granatu w knajpie), to jednak nie da się nie powstrzymać od śmiechu. Ale na sam finał dostajemy bardzo przewrotną woltę, biorącą całość w wielki nawias.

ewa_chce_spa3

Do tego jeszcze cudowne (z braku lepszego słowa) aktorstwo, gdzie każda postać zapada mocno w pamięć. Nie można odwrócić oczu od debiutującej Barbary Kwiatkowskiej, której naiwność i łatwowierność staje się iskrą komediowych wydarzeń. Podobnie czarujący jest Stanisław Mikulski jako policjant Piotr, który początkowo traktuje Ewę z wrogością i niechęcią, jednak relacja ta ulega ciągłe dynamice. I jeszcze jest masa drobnych epizodów, gdzie można zobaczyć takich mistrzów jak Ludwik Benoit (kasiarz), Stanisław Milski (portier), Maria Kaniewska (kierowniczka hotelu robotniczego) czy Zygmunt Zintel (surowy, wyglądający jak pruski oficer major Piętka). Tego jest dużo więcej, a nie zamierzam zdradzić wszystkich.

ewa_chce_spa4

Wielu może się nie spodobać ta bajkowa aura, jaką posiada debiut Tadeusza Chmielewskiego, ale trudno odmówić temu dziełu uroku oraz ciepła. Życzliwe kino, które z dziwnych i niezrozumiałych powodów zestarzeć się nie chce, godnie nosząc miano klasyka.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Pogromcy duchów

Wierzycie w zjawiska paranormalne? Po obejrzeniu tylu horrorów, przeczytaniu masy książek Stephena Kinga oraz seriali typu „Stranger Things” odpowiedź powinna brzmieć tak. Ale to przecież tylko filmy i nie inaczej jest z pewnym klasykiem, który oglądałem wielokrotnie i za każdym razem działał tak samo. Jeden z pierwszych horrorów, jaki widziałem. Chociaż z dzisiejszej perspektywy jest bardziej zabawny niż straszny.

pogromcy_duchw1

Kim są tytułowi „Pogromcy duchów”? to trzech naukowców uniwersytetu w Nowym Jorku, zajmujący się zjawiskami paranormalnymi. Peter Venkman, Egon Spengler i Raymond Stantz sprawiają wrażenie kompletnych wariatów. Tak też uznały władze uczelni likwidując ich wydział za zbyt niską efektywności. Za namową Venkmana panowie zaciągają kredyt w banku i zakładają własny interes – wyłapywanie duchów. A w mieście panoszy się masa tego tałatajstwa, to trio zdobywa coraz większy rozgłos. I tylko oni będą mogli powstrzymać miasto przed przybyciem paskudnego Gozera, który chce przerobić miasto w proch i pył.

pogromcy_duchw2

Jak widzicie sama historia nie jest jakaś super skomplikowana, ale twórcy bardzo zgrabnie lawirują między horrorem a komedią. Delikatną atmosferę grozy czuć już w otwierającej film scenie w bibliotece. Nie brakuje odrobiny złośliwości, ale prawdziwym popisem dużego komizmu są pierwsze próby łapania istot nie z tego świata. Są w tym bardzo ciapowaci, a wrogowie są wyjątkowo brzydcy. I nie chodzi tu o kiepskie efekty specjalne, bo te nieźle wytrzymują próbę czasu (wyglądają świadomie tandetnie), ale zostawiają po sobie nieprzyjemną wydzielinę. Na szczęście, nabierając doświadczenia, są coraz lepszymi kosiorami i żaden duch nie jest dla nich obcy. A finałowa konfrontacja z niejakim Gozerem Gozerskim to idealna kombinacja grozy (mroczna przestrzeń, perwersyjnie obrzydliwy stwór) z rzuconymi żartami. Są pewne poboczne wątki (podryw klientki Dany przez Venkmana czy będący wrzodem na dupie urzędnik z działu ochrony środowiska) i zgrabnie uzupełniają się z resztą historii.

pogromcy_duchw3

To wszystko nie miałoby takiej siły rażenia, gdyby nie pewna reżyseria oraz kapitalnie dobrana obsada. Film bezczelnie kradnie zawadiacki Bill Murray. Venkman w jego interpretacji to pyszałkowaty playboy, który nawet badania naukowe wykorzystuje do podrywania dziewczyn, ale potrafi w odpowiednim momencie zachować powagę. Wspiera go duet Dan Aycroyd/Harold Ramis (także autorzy scenariusza) jako niemal zamkniętych na resztę świata naukowców Stantza i Spenglera, a kiedy ten drugi z kamienną twarzą wypowiada pseudonaukowe wyjaśnienia pewnych kwestii, trudno powstrzymać się od śmiechu. Czuc tutaj silną, kumpelska relację, co jest dużym plusem. Jedyną wyrazistą kobietą jest tutaj Sigourney Weaver, która tym razem nie morduje obcych, lecz pada ofiarą opętania (i wygląda wtedy BARDZO apetycznie – nawet gdy udaje Megan z „Egzorcysty”). Fani „Obcego” mogą się poczuć skonsternowani.

pogromcy_duchw4

Ivan Reitman tym filmem potwierdził, ze komedia to jego prawdziwy żywioł. Ale nawet te „mroczniejsze” sceny zostają całkowicie wygrane. Twórcy są świadomi, że nie robią poważnego kina grozy, więc fani krwawszych i brutalniejszych tytułów mogą się poczuć rozczarowani. Ci, co chcą dopiero rozpocząć przygodę z gatunkiem horror und groza, mogą bez wstydu sięgnąć po „Pogromców”. I broń Boże, nie oglądajcie remake’u.

8/10

Radosław Ostrowski

Rekiny wojny

Ta historia brzmi tak nieprawdopodobnie, że musiało się to wydarzyć naprawdę. Rok 2005, Miami. Poznajcie Davida Packouza – młodego faceta, który jest konserwatywnym Żydem. Ma dziewczynę i pracuje jako masażysta. zaplanował świetny interes, jednak nie wypalił i cały towar (bawełniane tkaniny) został na zbyciu. Właśnie wtedy na pogrzebie kumpla pojawia się dawno nie widziany kumpel z liceum – Efraim Diveroli. Facet zajmuje się handlem bronią i proponuje Davidowi udział w tym interesie, czyli dając duże fragmenty tortu wojskowego.

rekiny_wojny1

Nie spodziewałem się po filmie Todda Phillipsa zbyt wiele, zwłaszcza ze dotyka dość poważnej kwestii handlu bronią i styku biznesu z polityką. Ale nie jest to do końca poważny film, gdyż reżyser wykorzystuje doświadczenie z poprzednich filmów i wie, jak podkręcić tempo. Kto by się spodziewał, że dwóch gówniarzy (częściowo legalnie) robi taki interes z wojskiem. Wszystko obraca się tutaj wokół giwer, zielska, panienek i kupy szmal. Brzmi jak „Wilk z Wall Street”? To porównanie jest troszkę z dupy wzięte. Nie jest to aż tak ostre, dosadne i rozbuchane, chociaż teledyskowa forma bardziej przypomina „Big Short”, to film jest takim młodszym bratem „Pana życia i śmierci”. Wszystko poznajemy z perspektywy Davida. Dzieje się tutaj wiele – już pierwszy interes, czyli dostarczenie pistoletów do Iraku za pomocą pośredniego przemytnika z Jordanii robi niesamowite wrażenie humorem, dynamiczną akcją i tempem. Dochodzi do zderzenia z wojną, gdyż nagle pojawiają się strzelający ludzie znikąd, a trupy takie prawdziwe. Cały film jest świetnie zrealizowany i cały czas zachodziłem w głowę, jak to w ogóle było możliwe. Nie brakuje tu ironii, złośliwości i bluzgów, a parę scen to prawdziwe perły (przemienienie paczek z amunicją, test kałachów czy rozmowa z Pentagonem w sprawie dilu afgańskiego). Imponują lokacje oraz znakomicie wpleciona muzyka, która bywa mocnym komentarzem do wydarzeń ekranowych (a gra m.in. Leonard Cohen, Iggy Pop, Pink Floyd, Pitbull czy Justice).

rekiny_wojny2

Jednak gdy opadnie pył, a dragi odejdą z organizmu, to zostaną zwłoki i ocean broni. A że niektóre akcje nie zawsze są zgodne z prawem, to inna kwestia. Phillips skupia się tutaj na kumpelskiej przyjaźni, która zostaje wystawiona na ciężką próbę i ten wątek wygrywa. W końcu nasz David musi wybrać między interesem, rodziną i uczciwością. Nie jest to aż tak przewrotne jak w „Wilku”, ale satysfakcja i świetna rozrywka jest zagwarantowana.

rekiny_wojny3

Zwłaszcza, że mamy tutaj świetny duet. Błyszczy Miler Teller jako David, który jest także narratorem całej opowieści. Trudno go nie polubić, bo to sympatyczny facet, co byt swojej rodzinie zapewnić musi i dlatego wchodzi w układ z Efraimem. Kibicujemy mu do samego końca, nawet jeśli jego kręgosłup moralny staje się bardziej elastyczny. Ale tak naprawdę cały film zawłaszcza rewelacyjny Jonah Hill i ten jego niezapomniany, diaboliczny uśmiech. Efrain w jego wykonaniu to szachraj i manipulator, który jest dla kasy zrobić wszystko. Nawet oszukać wspólników, ale to psychopatyczne oblicze poznajemy w drugiej części filmu. Obaj panowie świetnie się uzupełniają, a wspiera ich w krótkim epizodzie sam Bradley Cooper jako bardziej doświadczony kolega po fachu.

rekiny_wojny4

Aż nie chce mi się wierzyć w to, co widziałem. Nie jest to stricte komedia, ale akcentów humorystycznych nie da się wymazać. Wariackie, nieoczywiste kino ze świetnym tempem, pewnie poprowadzone i zagrane. Pozytywna niespodzianka od twórcy „Kac Vegas” i aż strach pomyśleć, co będzie następne.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Krampus. Duch Świąt

To jeden z dziwniejszych filmów, jaki ostatnio widziałem, więc po kolei. Pozornie jest to kolejne dzieło świąteczne, gdzie mamy spotkanie rodzinne. A wiadomo, że z rodziną najlepiej wychodzi na zdjęciu. Rodzice nie mają zbyt dobrego kontaktu ze sobą, jest babcia mówiąca po niemiecku, wujostwo będące typowymi wsiokami. Nic dziwnego, że nasz główny bohater – Max przestaje wierzyć w Święta. Drze kartkę do świętego Mikołaja, co doprowadza do lawiny wydarzeń: zaczyna szaleć śnieżyca, siada prąd, światło. Okolica wydaje się dziwnie opustoszała i wtedy pojawia się On.

krampus1

„Krampus” obejrzany, a ja nadal nie wiem, czy to miał być mroczny horror und groza czy jedna wielka zgrywa a’la Sam Raimi i jego „Martwe zło”. Wsadzenie bohaterów do domu i zamknięcie ich na śnieżycę dawało spore pole do popisu, zaś sama postać Krampusa została wzięta z mitologii germańskiej. To taki Mikołaj z rogami, który zamiast dawać prezenty zabiera życie i każe każdego, co przestał wierzyć w Boże Narodzenie. Sam Krampus pojawia się rzadko i to buduje aurę tajemniczości, za to jednak widzimy jego sługusów – elfy z paskudnie dużymi gębami, chodzące miasteczkowe ludziki (!!!), małe robociki, nawet pozytywkę. Brzmi to idiotycznie, ale to przez pewien moment daje radę w straszeniu. Rzuca się w oczy fakt, że nie ma tutaj komputerowych efektów, tylko postawiono na klasyczne efekty praktyczne, tworząc specyficzny klimat.

krampus2

Dlaczego to jednak jest zgrywa? Już czołówka, gdzie widzimy ludzi kupujących i niemal walczących jak zwierzęta o prezenty, a w tle leci świąteczny klasyk Binga Crosby’ego potrafi rozbawić. Reżyser dodaje odrobinę czarnego humoru, a także sylwetki pomocników ducha św. Mikołaja wydaje się być bardziej groteskowe niż straszne. Sam sposób straszenie też jest do bólu ograny, a bohaterowie zachowują się kliszowo (krzyk, strzelanie, agresja) i nie czuć zbyt mocno takiej aury grozy. Sytuację ratuje dopiero finałowa konfrontacja z Krampusem oraz bardzo przewrotne zakończenie, które wywraca wszystko do góry nogami. Niby taka poważna sytuacja doprowadza do scalenia rodziny i zawieszenia animozji, ale takie rozwiązanie może być nietrwałe.

krampus3

Zagrane jest to naprawdę nieźle (wybija się zwłaszcza Allison Tolman jako ciotka Linda oraz Krista Stadler w roli babci, co chyba jest też zasługą języka niemieckiego – jej opowieść o Krampusie w formie nieszablonowej animacji jest perłą), nawet dzieciaki są bardzo przyzwoicie poprowadzone i nad wszystkim unosi się duch lat 80.

krampus4

Dziwaczny to film, chociaż wiem, że nie każdemu spodoba się to dziwadło. Mieszanka komedii z horrorem i Bożymi Narodzeniami jest bardzo rzadkim kolażem, chociaż zaprawieni fani horrorów nie znajdą tu zbyt wiele dla siebie. Jest parę ciekawych pomysłów, ale nie zawsze się to układa w spójną całość.

6/10

Radosław Ostrowski

Boska Florence

Samo imię Florence wywołuje we mnie bardzo przyjemne skojarzenia. Miasto (Florencja), Florence Welsh – wokalistka zespołu Florence + The Machine. I kiedy usłyszałem tytuł „Boska Florence” liczyłem na przyjemny seans. I Stephen Frears mnie nie zawiódł, chociaż zauważyłem inne akcenty.

boska_florence1

Bohaterką filmu jest Florence Foster Jenkins – żyjąca na początku XX wieku kobieta, pragnąca zostać wokalistką operową z najwyższej półki. Wspierana jest przez oddanego męża St. Clare Bayfielda oraz jej impresario podbija scenę amerykańską. Tylko jest jeden problem – ta kobieta jest pozbawiona za grosz talentu wokalnego, o czym nie ma kompletnie pojęcia. Mąż robi wszystko, by podtrzymać ją w nieświadomości. I wtedy pojawia się jej nowy akompaniator – Cosmo McMoon, który ma ambicje być wielkim pianistą. Wokół tego trójkąta obraca się cała historia, skupioną na przygotowaniach do występu Jenkins na Carnegie Hall.

boska_florence2

Frears nie próbuje odkryć fenomenu tej kobiety, która wprawiała w zachwyt cały głuchy świat. Czemu akurat ze wszystkich beztalenci, ona zrobiła taką furorę w Nowym Jorku – są pewne poszlaki. O kształcie papierowego dolara, ale to nie do końca mnie przekonuje. Sama Florence wydaje się postacią mającą rozbawić swoją nieudolnością i fałszem, ale jednocześnie jest tragiczną postacią. Zarażoną syfilisem i marzącą o dziecku, bliższej relacji z mężem i mającej wiarę w swoją siłę głosu. Reżyser skutecznie wygrywa wątek miłości między Florence i St. Clare – miłości, oddania, przywiązania. Brzmi to wiarygodnie, ale bez poczucia sentymentalizmu oraz fałszu. Wszystko to poznajemy za pomocą trzeciej pary oczy, czyli Cosmo wchodzącego w ten dziwaczny układ. Jest śmiesznie, ale nie szyderczo, bez kpiarstwa i z wyczuciem.

boska_florence3

Reżyser pewną ręką prowadzi znakomitych aktorów. Meryl Streep trzyma fason i od jej śpiewu naprawdę bolą uszy, ale wierzę w jej przekonania. I jest bardzo wyrazista. Równie komiczny jest Simon Helberg w roli Cosmo. Tłumiący śmiech i porażony tym, co się ma zdarzyć rozbraja swoją bezradnością, przechodzącą w oddanie. Jednak tak naprawdę cały ten film robi wielki (nie boję się użyć tego słowa), wielki Hugh Grant. Jego St. Clare to postać równie tragiczna jak Florence – niespełniony aktor, który jest w pełni oddany swojej żonie, wspierając jej karierę. Owszem, nadal jest czarujący, ale i rozczarowany. Lojalny, ale szukający innej kobiety (seks z Florence nie wchodzi w grę). Zmęczony, jednak pełny energii (taniec na imprezie u kochanki jest nieprawdopodobny). Stonowany i w cieniu, ale wyrazisty. Te paradoksy czynią najciekawszą postać filmu i może (przynajmniej chciałbym tego) przynieść nominację do Oscara.

Frears nie schodzi poniżej swojego wysokiego pułapu i mimo niespełnienia wszystkich obietnic, to „Boską Florence” ogląda się z wielką przyjemnością. Jest świetnie zagrana, potrafi prawie razy zaskoczyć i utrzymać w napięciu (stres przed występem w Carnegie Hall). O samej Florence dowiadujemy się tyle ile trzeba, ale zawsze można poszperać głębiej, prawda?

7/10

Radosław Ostrowski

Crisis in Six Scenes

Mały ekran od dłuższego czasu przyciąga uwagę wielkich twórców kinowych. Tym razem doszło do kolaboracji Amazona z samym Woodym Allenem. Mistrz komedii zrealizował krótki serialik z sześcioma odcinkami toczącymi się w latach 60., podczas rewolucji społecznej.

crisis_in_six_scenes1

Głównym bohaterem jest pisarz Sidney Muntzinger, próbujący zrealizować serial dla telewizji. Mieszka razem z żoną, zajmująca się prowadzeniem terapii małżeńskiej oraz klubem literackim. Spokojne i dość monotonne życie zostaje przerwane, gdy do ich domu włamuje się młoda dziewczyna, Lenny Dale – rewolucjonistka ścigana przez policję.

crisis_in_six_scenes2

Krótka forma i czas trwania (odcinki nie przekraczają nawet 30 minut) powinny sprzyjać seansowi, który bardziej przypomina podzielony film. W zasadzie mamy to, z czego Allen jest znany: trójkąt miłosny, próba ucieczki na Kubę, zderzenie światopoglądowe, próba satyry na mentalność i telewizję. Wiecie, co jednak jest najgorsze? Że to wszystko wygląda jak to siódma woda po kisielu i brakuje tego, co było najmocniejszą bronią Allena: ironiczny humor. I nawet jeśli są tutaj ciekawe pomysły, zostają one brutalnie przerwane i zabite w zarodku. Satyra na telewizję zostaje ograniczona do refleksji, że ogłupia, sceny negocjacji z telewizją są przewidywalne, a animozje wobec Sida oraz Lenny drażnią. Bo ile można słuchać, że ona zżera wszystko, czego on chce. Nawet terapia, gdzie są dwie poróżnione pary nie wypala. Jest też scena pościgu i ucieczki przez skakanie z dachów, ale nawet to nie angażuje. Dopiero finałowe pandemonium, gdzie dochodzi do klinczu wszystkiego ze wszystkimi dochodzi do komediowej eksplozji, ale to za mało, by mówić o udanym tytule. Wszystko jakieś takie błahe – nawet jazzowa muzyka w tle nie oddziałuje tak mocno jak kiedyś.

crisis_in_six_scenes3

Aktorsko jest bardzo, BARDZO średnio. Nie pomaga udział samego Allena w roli głównej, który gra typowego Allena – neurotycznego paranoika, mającego obsesję na punkcie wszystkiego i wszystkich. Tylko, że stało się to tak irytujące, że oglądanie Woody’ego na ekranie sprawia niemal ból istnienia. Nieco lepsza jest Elaine May jako żona Kay, która tak naprawdę jako jedyna wydaje się rozsądną postacią, chociaż jej próby terapeutyczne są dość… ekscentryczne. I tak najbardziej interesująca w tym całym zestawieniu jest Miley Cirus jako oddana sprawie rewolucjonistka. Prawdziwa baba z jajami, walcząca jednak z całym światem.

crisis_in_six_scenes4

W końcu trzeba to głośno powiedzieć – Woody Allen znalazł się w kryzysie twórczym i ten serial jest tego najmocniejszym dowodem. Mam wrażenie, że mój ulubiony reżyser powinien zrobić sobie krótką przerwę, by odzyskać swoją dawną formę. Omijajcie szerokim łukiem.

4/10

Radosław Ostrowski

Goło i wesoło

Sheffield było kiedyś jednym z najważniejszych przemysłowych miast w Anglii, ale ta perspektywa mocno się zmieniła. Fabryki, gdzie produkowano stal są zamykane, a byli pracownicy nie są w stanie odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Jednym z takich ludzi jest cwaniaczek Gaz, razem ze swoim kumplem Davem. Pierwszy jest rozwiedziony i próbuje utrzymać kontakty ze swoim dzieciakiem, drugi ma nadwagę i podejrzewa, że żona go zdradza. Przypadkowo zobaczony plakat oraz poważna sytuacja finansowa zmusza Gaza to podjęcia dość karkołomnego pomysłu – zorganizowania grupy striptizerów, by w ten sposób zarobić kasę. To jednak może okazać się zadaniem trudniejszym niż poprowadzenie polskiej reprezentacji w piłkę nożną.

goo_i_wesoo1

Komedia z erotyką w tle –  takie rzeczy tylko w Anglii. I mimo, ze od premiery minęło prawie 20 lat, film Petera Cattaneo sprawdza się świetnie jako poprawiacz nastroju. Jednak twórcy nie idą w stronę naśmiewania się czy szyderstwa z nieporadności naszych bohaterów, nie mających kompletnie zielonego pojęcia ani o tańcu, ani o rozbieraniu się przed publicznością. Nie jest to też żaden pornos, ale lekka i bezpretensjonalna opowieść o przełamywaniu wstydu oraz przyjaźni, jakiej nie spodziewano by się w takich okolicznościach. Sześciu facetów, którzy czasy swojej atrakcyjności mają zdecydowanie za sobą, decydują się na ten szalony krok nie tylko z powodu zarobku. To doświadczenie pozwala też (z czego nie do końca zdają sobie sprawę) zaakceptować ich samych siebie oraz osoby z najbliższego otoczenia.

goo_i_wesoo2

Sam humor nigdy nie przekracza granicy dobrego smaku, a kilka scen (podrygiwanie w pośredniaku czy sceny przygotowań) to małe perełki. Klimat współtworzy też świetna muzyka, składająca się głównie z hitów lat 70. oraz bardziej współczesne. Może i niektóre gagi (kradzież towaru ze sklepu) mogą wydawać się ograne, a interesujące relacje (Gaza z synem czy Dave’a z żoną) są ledwo liźnięte (tylko półtora godziny filmu), ale to wszystko jest bardzo solidnie zrealizowane, a bohaterów trudno nie polubić.

goo_i_wesoo3

Ale czy może być inaczej, jeśli są zagrani przez takich aktorów. Wybija się tutaj zdecydowanie fenomenalny Robert Carlyle jako mózgowiec Gaz, dla którego to może być okazja naprawy kontaktów ze swoich synem. Jest nakręcony jak rakiety, bardzo pewny siebie i pozbawiony kompleksów, ale z nieuporządkowanym życiem. Drugą petardą jest tutaj znakomity Tom Wilkinson jako Gerard. Pozornie to facet z wyższej sfery, eleganckim domem, ale to człowiek wstydzący się swojego bezrobocia – zawsze elegancko ubrany i wywyższający się, okazuje się porządnym i fajnym facetem. Zdeterminowany, ambitny oraz utalentowany specjalista od tańca. Poza nimi są tutaj świetni Mark Addy (mający nadwagę oraz kompleksy Dave), Paul Barber (mający problemy z biodrem pan Koń), Steve Huison (trębacz Lomper) i Hugo Speer (postrzelony Guy), tworzący imponujący konglomerat.

goo_i_wesoo4

Nikt nie spodziewał się, że ten film okaże się takim sukcesem, ale „Goło i wesoło” to jedna z tych brytyjskich komedii, które na pewno sprawią, że poczujecie się lepiej. A panie może troszkę inaczej spojrzą na swoich facetów. Wtedy mogłoby być goło i wesoło.

7/10

Radosław Ostrowski

Szarże

John Winger to typowy facet, który jest typowym looserem. Pracuje jako taksiarz na pół etatu, niby robi fotografie, niby ma dziewczynę, ale wszystko się sypie. Auto zostaje mu skradzione, rzuca pracę, dziewczyna rzuca jego i nie płaci za lokum. Mieszka tam ze swoim kumplem i współlokatorem – nauczycielem angielskiego dla cudzoziemców, Russellem Ziskeya. Namawia kumpla, żeby razem poszli do wojska, gdyż tam jest super i laski lecą na wojaków. Na miejscu okazuje się, że nie jest to tak fajnie, jak pokazały reklamy tv. Sadystyczny i twardy sierżant Hulka, banda nieudaczników jak oni, ale są za to dwie fajne dziewuchy z żandarmerii, więc może chłopaki dadzą sobie radę?

szarze1

Komedia z wojskiem w tle to zawsze interesujący pomysł, pod warunkiem, że lubi się koszarowy humor. A najbardziej armia padała ofiarą żartów w latach 80., co widać w takich filmach jak „Szpiedzy tacy jak my” czy opisywanej tutaj komedii Ivana Reitmana z 1981 roku. Niby jest to standardowy zestaw gagów i schematyczna opowieść w stylu: od dupy wołowej do najlepszego wojaka. Nie zabrakło wojskowego drylu, robienia pompek, niekompetentnych dowódców w postaci kapitana Stillmana, marzącym o zrobieniu kariery czy twardego sierżanta, niedającego sobie w kaszę dmuchać. Humor jest odrobinę ironiczny (dialogi Wingera i Ziskeya), niepozbawiony pieprznych fragmentów (walka z laskami w kisielu czy odwiedzenie mieszkania generała przez naszych bohaterów i dziewuszki z żandarmerii – prawie jak w „Seksmisji” 😉 ). I to działa nadal.

szarze2

Jednak prawdziwą perłą jest tutaj scena, gdy nasi wojacy podśpiewują „Do Wah Diddy Diddy” czy niesamowity pokaz podczas apelu przed generałem. Można to oglądać w nieskończoność i to nadal będzie śmieszyć. Jednak wtedy Reitman zmienia ton, wysyłając naszych chłopaków do Niemiec, gdzie mają przetestować wojskowy superpojazd. Wtedy pojawiają się strzelaniny, pościgi – kradzież sprzętu – i stereotypowe pokazanie rosyjskich wojaków jako gupich, tępych gierojów, a nasi cwani amerykańscy ciapacze, przebijają ich sprytem oraz sprzętem (co potem okazało się prawdą).

szarze3

Na szczęście to jedyna wada tej miejscami wariackiej komedii, której najmocniejszą kartą jest Bill Murray. To jeden z tych aktorów, których vis comica ma siłę elektrowni atomowej. Pyskaty, krnąbrny, napalony ciapak – wszystko, co tu robi Murray jest bombowe, a jego zblazowane spojrzenie jest nie do podrobienia. Aktora wspiera nieodżałowany Harold Ramis – tutaj jako ten spokojniejszy, mądrzejszy i zaradniejszy, a i tak zgadza się na różne pomysły Johna. I jeszcze to afro na głowie – 🙂 Dodatkowo jest ciekawy drugi plan, gdzie błyszczy Warren Oates jako twardy niczym stal sierżant Hulka – nie do zdarcia, nie do zniszczenia. Nawet pocisk moździerza to pikuś. Poza nim pojawia się kilka znajomych twarzy z tego okresu – John Candy (misiowaty Ox), Judge Reinhold (Elmo), John Diehl (Cruiser) czy ładniutka Sean Young (żandarm Louise).

szarze4

„Szarże” to nie jest może tak ostre i szydercze kino w rodzaju „MASH”, ale nie o to tu chodziło. Mimo lat, nadal śmieszy i to bez znajomości kontekstu epoki. Porządny scenariusz, rozbrajające gagi oraz fenomenalny duet Murray-Ramis to rękojmia dobrej zabawy, gdzie śmiech będzie nam bardzo towarzyszył.

7/10

Radosław Ostrowski