Choleryk z Brooklynu

Henry Altman jest prawnikiem, który łatwo eksploduje i wpada w gniew. Kiedy jednego dnia mocno boli go głowa, idzie do swojego lekarza. Tylko że doktorek pojechał, więc zastępuje go dr Sharon Gill. Ponieważ Henry potraktował ją bardzo ostro, z zemsty informuje go, że ma tętniaka mózgu i zostało mu tylko 90 minut życia. Henry decyduje się naprawić swoje relacje z rodziną, a lekarka szuka go po mieście.

wsciekly_brooklyn1

Kolejna słodko-gorzka komedia o chwytaniu życia garściami całymi. Jednak film Phila Aldena Robinsona zostanie zapamiętany głównie dlatego, że to jest jedna z ostatnich ról niedawno zmarłego Robina Williamsa, który kolejny raz pokazuje swój talent komediowy. Tutaj jest bardzo narwany i wściekły na wszystko, rzucający fakami na prawo i lewo, do samego końca nie pogodzony ze stratą swojego syna. Wtedy potrafił być serdeczny i ciepły, ale to już minęło. Gwałtowne wybuchy Williamsa (rozmowa z dawnym kolega, „akcja” w szpitalu czy rozmowa z wolno gadającym sprzedawcą sprzętu elektronicznego – w tej roli James Earl Jones) są siła napędową tego niezłego filmu.

wsciekly_brooklyn2

Dla mnie jednak ta historia jest dość płytka i ledwie dotykająca problemu. Dodatkowo narracje z offu Henry’ego oraz lekarki (Mila Kunis) mogą trochę wprawiać w irytację dosłownością. Mimo to jest niezłe tempo, żarty bywają trafne, a i obsada też jest w porządku (ze wskazaniem na Petera Dinklage’a).

wsciekly_brooklyn3

Nie jest to najlepszy film ani najlepsza rola Williamsa w jego karierze, jednak jest to kawał przyzwoitego kina. Jeśli macie wolne 90 minut i nie planujecie umrzeć, to możecie spędzić czas, całkiem miło.

6/10

Radosław Ostrowski

Kłopotliwy człowiek

Andreas trafia do pewnego miasta, gdzie nagle dostaje dom i pracę w korporacji jako księgowy. Pozornie wydaje się być to rajem na ziemi. Aż poznaje pewnego faceta, który nie czuje absolutnie nic. I wtedy zaczynają się wątpliwości.

klopotliwy_czlowiek1

Kino skandynawskie jest dziwne, tajemnicze i czasami zbyt enigmatyczne. Czym jest film Jensa Liena? W zasadzie to kolejna zagadkowa historia, gdzie żyjemy w idealnym świecie. Wszyscy są wobec ciebie życzliwi, uśmiechnięci i zadowoleni z życia. Tylko cały dowcip polega na tym, że ten świat jest (zbyt) idealny – przypomina reklamę, a nawet meble z Ikei – sterylne, czyste, przestrzenne, pozbawione prawdziwych emocji, a rozmowy toczą się wokół mebli, łazienek itp. Życzliwość jest czymś pustym, rytuałem nakazanym w tym nieprzyjemnym świecie. Pewną szansą na wyrwanie się jest tajemnicza dziura w ścianie piwnicznej. A co tam się znajduje? Coś, co tamten świat chce nie dopuścić, a pachnie tak świeżo jak nic innego w tym świecie.

klopotliwy_czlowiek2

Dialogów jest tu niewiele, za to dużo specyficznego, miejscami wręcz absurdalnego humoru (wielokrotne potrącenie przez pociąg bohater wraca do domu, gdzie żona bohatera reaguje w ten sposób: „W sobotę jesteśmy zaproszeni na gokarty. Idziemy?”), który nie trafi do każdego. I nad wszystkim pachnie tutaj antytotalitarnymi dziełami, tylko że główna ideologią jest konsumpcjonizm. Bierz, kupuj, a wszystkie twoje problemy znikną. Umrzeć się nie da, zginąć tez nie dasz rady. Nawet miłość tutaj jest czymś pustym, bo nie da się przywiązać do innej kobiety (romans z blondwłosą koleżanką, która ma tylu facetów). A jak ci nie będzie pasowało, to cie wyniosą i odwiozą autobusem (w bagażniku). I jak to pisał Grabaż ze Strachów na Lachy: „zostałeś człowieko-wrakiem, znak że byłeś w korporacji”.

klopotliwy_czlowiek3

 

Całość jest do tego świetnie zagrana (z nieporadnym Trondem Fausą Aarvagiem w roli Andreasa), świetnie zrealizowana, mocno surrealistyczna i dziwaczna. Rzadko sięgam po takie kino, ale tutaj działa bardziej na umysł niż na serce. Ale parę razy się zaśmiałem. A to dość sporo. A czy wy tez jesteście takimi kłopotliwymi ludźmi?

7/10

Radosław Ostrowski

Sekretne życie Waltera Mitty

Walter Mitty wydaje się typowy szaraczkiem, niewyróżniającym się z tłumu. Pracuje w czasopiśmie Life, gdzie zajmuje się wywoływaniem zdjęć wysyłanych przez legendę swojego fachu, Seana O’Connella. Gazeta ma zostać przeniesiona do Internetu i zostaje wydane ostatnie „papierowe” wydanie, w tym czasie też ma dojść do zwolnień. Tym razem Jack wysłał fotki z jednym specjalnym negatywem, który ma być okładką, gdyż jest to esencja czasopisma. Niestety, fotki w negatywie nie ma, więc Walter rusza znaleźć Jacka, gdyż ten jest ciągle w terenie.

walter_mitty1

O tym, że Ben Stiller zajmuje się reżyserią, wie naprawdę wielu, choć jego filmy (poza „Telemaniakiem” i „Jajami w tropikach”) nie są raczej zbyt mocno kojarzone. Tym razem jednak postanowił dokonać niemożliwego – zrobić mały kameralny film, który mógłby być wielką produkcją za kupę kasy. I o dziwo to połączenie się zaskakująco dobrze sprawdza. Nie powiedziałem jeszcze o Walterze jednej rzeczy – zdarza mu się „zawiesić” i wtedy wyobraża sobie, ze jest superherosem, co czyni jego życie troszkę ciekawszym. Swoje plany i marzenia musiał porzucić, gdy odszedł ojciec i musiał zająć się rodziną. Stiller tutaj pokazuje ludzi uciekających w świat wyobraźni, co samo w sobie wg niego nie jest niczym złym, wręcz pozwala odreagować dzień codzienny, gdzie jest się zabieganym, z masą spraw na głowie. Są one zrobione w naprawdę pomysłowy sposób (m.in. walka między Walterem z likwidatorem o laleczkę, jakby żywcem wzięty z filmu o superbohaterach czy parodia „Ciekawego przypadku Benjamina Butona” – to akurat małe arcydzieło humoru), ale to przede wszystkim historia pokazująca, że warto być cierpliwym, bo którego dnia znajdzie się taka sytuacja, iż będzie możliwe spełnienie marzeń (w tym wypadku podróżowanie i poukładanie sobie życia uczuciowego). A droga będzie tu bogata – od Grenlandii przez Islandię aż do Himalajów. Wszystko to pięknie sfotografowane i okraszone naprawdę pozytywnie nakręcającą muzyką. Poza humorem, którego jest tutaj sporo (i jest on bardziej subtelny) nie brakuje tutaj refleksji, co bardzo cieszy (choć finał poznajemy po 15 minutach, ale droga jest tutaj naprawdę wciągająca, a samo zdjęcie – to trzeba zobaczyć samemu).

walter_mitty2

Stiller główną rolę powierzył samemu sobie i stworzył prawdopodobnie swoją najlepszą kreację. Walter to facet, którego trudno nie polubić – przedwcześnie dojrzały, ukrywający w sobie pewną dziecięcą pasję oraz ciekawość. Za to okazuje się obrotnym i sprytnym facetem, który poradzi sobie w każdej ekstremalnej sytuacji – załatwić rekina? Wejść na Himalaje? Przekonać watażków, by cie przepuścili? Walter znajdzie sposób. Druga istotną postacią jest Cheryl, grana przez Kristen Wiig, obiekt uczuć Waltera. Trochę zagubiona, samotnie wychowująca syna, jest pośrednio siłą napędzająca Waltera do działania (scena, gdy wyobraża ją śpiewająca „Space Oddity” Davida Bowie – fajna). Wiadomo jak to się skończy między nimi. Poza nimi drugi plan jest dość obfity, a należałoby wyróżnić tutaj Seana Penna (fotograf O’Connell) oraz Pattona Oswaldta (Todd Maher – szef portalu, z którym Walter często rozmawia przez telefon).

walter_mitty3

„Sekretne życie…” jest zarówno dopieszczone formą, treść też jest fajna, choć czasami trochę zwalnia. Ale serwuje taki zastrzyk pozytywnej energii, że naprawdę ogląda się to z wielką frajdą. Na poprawę nastroju jak znalazł.

7/10

Radosław Ostrowski

Dziewczyna z kawiarni

Poznajcie Lawrence’a. Nie pochodzi on z Arabii, ale pracuje jako urzędnik w Ministerstwie Skarbu i jest strasznie nieśmiały, samotny i na dodatek niepewny siebie. Innymi słowy – urzędnik idealny. I tak prowadzi swoje nudne i monotonne życie. Jednak podczas jednej krótkiej przerwy w kawiarni szukając jakiegoś miejsca, by siąść, wypić kawę, a następnie wyjść z powrotem do pracy pojawiła się ona. Niepozorna, szara myszka – Gina, tak miała przynajmniej w dokumentach. I wtedy coś dziwnego zaczęło dziać się z urzędnikiem. Oszalał na jej punkcie do tego stopnia, ze zabrał ją ze sobą na szczyt G8 do Rejkjawiku.

kawiarnia1

Za tą brytyjską produkcję telewizyjną odpowiada dwóch gości. Scenarzysty Richarda Curtisa przedstawiać nie trzeba, a jego dorobek mówi sam za siebie („Jaś Fasola”, „Cztery wesela i pogrzeb”, „Czas na miłość”), ale reżyser David Yates – tu sprawa robi się poważniejsza. Odkąd zrobił trzy ostatnie części Harry’ego Pottera (ostatnią nawet podzielił na pół), ma opinię najbardziej znienawidzonego brytyjskiego reżysera ever. Z tego powodu, nikt nie chciał zapoznawać się bliżej z dorobkiem tego reżysera. A szkoda, bo jest on dość interesujący. „Dziewczyna z kawiarni” pozornie wydaje się typowym kom-romem zza Wysp, pełnym celnych i niepozbawionych ironii dialogów, które są siłą napędową. Jednak, gdy w tle pojawia się wielka polityka, to tutaj może być ślisko i niebezpiecznie, a zadanie tzw. Milenijnych Celów (zmniejszenie biedy i ubóstwa) kładzie się cieniem na relacji tych dwojga. Zwłaszcza, że ona mówi wprost o tym, co jej się nie podoba, dostrzegając tylko zapatrzenie w swoje interesy oraz pustosłowie.

kawiarnia2

Ale kiedy oboje pojawiają się w swoim pokoju, klimat zmienia się, powoli zaczyna iskrzyć między nimi, w czym pomaga im atmosfera Islandii. Niby lodowata i bardzo biała, ale pod nią schowanych jest wiele gejzerów i wulkanów. Tutaj każde drobne spojrzenie i gest ma kluczowe znaczenie, mówiąc czasem więcej niż słowa. To także zasługa naprawdę dobranego i pięknie grającego duetu. Bill Nighy po raz kolejny odgrywa powściągliwego Anglika, który bardziej tłumi swoje emocje. Ale w końcu poznaje smak życia,które powoli zaczyna nabierać kolorów. A w swojej nieporadności i słabym przebiciu jest naprawdę uroczy. Przeciwieństwem jest tutaj Gina, wspaniale poprowadzona przez Kelly Macdonald – przebojowa, mniej sztywna, ale skrywająca pewną mroczną przeszłość. Patrzenie na ich oboje jest naprawdę dużą przyjemnością i są oni największym skarbem tego filmu. Cała reszta (ze świetnym Kenem Stollem jako ministrem skarbu) robi tutaj tylko za tło.

Trzeba przyznać, że David Yates potrafi robić filmy. I jest w tym naprawdę dobry. Ale chyba tylko w przypadku produkcji telewizyjnych. A może się mylę?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Dziękujemy za palenie

Poznajcie Nicka Naylora – facet pracuje dla korporacji tytoniowej i jest rzecznikiem prasowym. Innymi słowy – wmawia ludziom, że czarne jest białe, a białe jest czarne. Nawijkę ma taką, że nie ma takiej opcji, żeby cię nie przekabacił. W życiu prywatnym nie jest tak kolorowo – żona go zostawiła dla lekarza, a syna widzi tylko w weekendy. I tak obserwujemy jego życie, aż do momentu, gdy pojawi się w nim pewna dziennikarka, która będzie chciała przeprowadzić z nim wywiad.

palenie1

Jeśli ktoś nazywa się Reitman, to wiadomo o jego filmie, że to będzie komedia. Ale kiedy widzimy imię Jason zamiast Ivana („Pogromcy duchów”, „Bliźniacy”), może my mieć wątpliwości co wyjdzie. Uspokajam – Jason jest synem Ivana, więc powinno być równie dobrze jak w przypadku tatusia. I rzeczywiście tak jest, bo debiut młodszego Reitmana jest satyrą. Wymierzona przeciwko komu? Politycznej poprawności, hipokryzji i przy okazji pokazuje jak łatwo można zmanipulować ludźmi. Co potrzeba? Reklamy i złotoustego faceta, który będzie w stanie podważyć i obalić każda twoja tezę. To widać już na samym początku, gdy w programie tv Nick opowiada o chorym chłopcu, że nie chce jego śmierci, gdyż w ten sposób straciliby (jego firma znaczy) klienta, a co za tym idzie dochody. Proste i logiczne? Dla osób, które nie wgłębiają się – tak. Dlatego są potrzebni tacy goście jak Nick, którzy mogą wmówić nam cokolwiek o czymkolwiek i kimkolwiek. A prawda jest taka, że wszyscy robią nas w chuja, etyka – kogo ona obchodzi? Politycy oszukują, PR wciskają nam kit, a dziennikarze czasem, by zdobyć informacje – uprawiają seks ze swoimi rozmówcami. Przy okazji lecą tak niepoprawnie polityczne słowa, które sprawiają wielką frajdę (wizyta u agenta filmowego, by gwiazdy kina znów paliły na ekranie – bezcenne), choć na wszystkich spadnie moralizatorski deszcz. Ale czy można to nazwać happy endem?

palenie2

Reitman ma mocne tempo, ostre puenty i wie jak używać montażu (nawijka Nicka o sobie na początku filmu to potwierdza), jednak od momentu porwania Nicka czuć pewne delikatne osłabienie, na szczęście finał wszystko rekompensuje i mimo wszystko kibicujemy temu draniowi. Zwłaszcza, że grający go Aaron Eckhart jest po prostu fenomenalny. Mamy wrażenie na początku, że to człowiek sukcesu – kocha swoją prace, zarabia kupę szmalu, ma tylko dwoje, ale za to bardzo oddanych przyjaciół (Szwadron Śmierci – czyli rzecznicy przemysłu alkoholowego i zbrojeniowego), jednak stara się tez być ojcem, a to nie jest wcale takie proste.

palenie3

Wszystko to jest poprowadzone bardzo pewną ręką Reitmana, który świetnie też prowadzi aktorów. Eckhart jest siłą napędową – jemu wystarczy samo spojrzenie. Ale nie występuje on tutaj sam – towarzyszy mu naprawdę doborowa obsada: od JK Simmonsa (szef BR) przez Roba Lowe’a (Jeff Megall – agent w Hollywood) i Katie Holmes (dziennikarka Heather Holloway) po Williama H. Macy (senator Finistirre – radykalny antynikotynista) i Roberta Duvalla (Kapitan). W zasadzie mógłbym wymienić jeszcze parę osób, ale ten tekst i tak jest za długi.

Jeśli zaczyna się z takiej grubej rury, to można być spokojnym o dalsza karierę Reitmana. Owszem, następne filmy przyniosły mu nominacje do prestiżowych nagród jak Oscary czy Złote Globy, jednak czy miały w sobie taką energię i pazur jak debiut? To już niech każdy sam oceni. Mnie się film bardzo podobał i zachęcam do zapoznania się.

8/10

Radosław Ostrowski

Good Bye, Lenin!

Jest rok 1989, NRD. Poznajcie Alexandra – młodego chłopaka, który mieszka z siostrą i matką – wierną ideologii socjalizmu, ojciec wyjechał na Zachód. Kiedy Alex zostaje pobity i aresztowany podczas demonstracji, kobieta dostaje zawału i zapada w śpiączkę. W momencie wybudzenia, NRD przestaje istnieć, tak samo jak ustrój socjalistyczny. Młodzieniec, by nie pogarszać stanu zdrowia matki, decyduje się dokonać mistyfikacji i „wskrzesić” NRD.

lenin1

Niemcy i komedia to dość niebezpieczne, wręcz karkołomne połączenie. Wszyscy wiemy, że Niemcy nie mają poczucia humoru albo jest ono dla nas kompletnie niezrozumiałe. Jednak Wolfgang Becker za pomocą humoru chce pokazać transformacje Niemiec, na którą nie wszyscy byli wtedy gotowi. Przestawienie się na wolny rynek, pojawienie się pełnych półek (towary z zachodniego Berlina), pozbywanie się przeszłości (symboliczna jest scena przewożenia przez helikopter pomnika Lenina), ale nie ma tutaj szyderstwa czy ironii. Reżyser stawia tutaj na delikatny humor (wiem, u Niemców to tak realne jak w uczciwość naszych polityków), czasami stawiając na czułe gagi (tworzenie wiadomości w stylistyce NRD-owskiego odpowiednika „Dziennika Telewizyjnego”), a pomysłowość mi kreowaniu rzeczywistości jest naprawdę imponująca – scenografia, stroje. Wierzcie mi, naprawdę trzeba się nagimnastykować, żeby nie było w tym fałszu, a Becker zgrabnie omija pułapki sentymentalizmu (choć akurat końcówka mocno zbliża się w tym kierunku, ale ostatnie „wiadomości” były bardzo poruszające), jednak wyciągając pewne rodzinne tajemnice. Pachnie to mocno absurdem jak z naszych komedii, jednak pokazuje on pewna tęsknotę za przeszłością, nawet jeśli to przeszłość mocno idealizowana.

lenin2

W uwierzeniu w ta całą historię pomaga fantastycznie grający duet Daniel Bruhl/Katrin Sass. Ten pierwszy gra Alexa – energicznego i pomysłowego chłopaka, który bardzo kocha swoją matkę, by chronić jej zdrowie decyduje się na mistyfikacje, co wydaje się dość sporym szokiem. Determinacja, oddanie, bezradność – to wszystko ten aktor rozgrywa bezbłędnie. Tak samo Sass jako matka, która pozornie wydaje się idealistką, potem bardzo kruchą panną. Traktowana przez otoczenie trochę jak dziecko, okazuje się trochę niespełnioną kobietą. Poza tym duetem warto wyróżnić świetnych Floriana Lukasa (marzący o karierze reżysera Denis, który pomaga Alexowi tworząc wiadomości), Michaela Gwizdka (dyrektor szkoły Klapprath, nadużywający alkoholu) oraz Marie Simon (Ariane, siostra Alexa).

Dziwne rzeczy zdarzyło mi się oglądać, ale dobrą komedię z Reichu to chyba po raz pierwszy. Tylko, że słowo komedia jest pewnym nadużyciem – to komediodramat i to z wysokiej półki. Może i ma swoje lata, ale to tylko działa na korzyść.

7/10

Radosław Ostrowski

Dróżnik

Finbar McBride to mówiąc prostymi słowami – kurdupel, który pracuje w sklepie, gdzie sprzedaje się modele pociągów i wszystkiego, co jest z nimi związane. Ale po śmierci swojego szefa i przyjaciele, na mocy testamentu, otrzymuje stację kolejowa w miasteczku Newfoundland, stan New Jersey. Myśląc, że miejsce to będzie jego samotnią, przypadkowo poznaje dwójkę ludzi – sprzedawcę hot-dogów Joe oraz malarkę Olivię.

droznik1

Zrobić ciekawy film, w którym nic się nie dzieje, to zadanie wręcz kaskaderskie. Wielu próbowało tego rodzaju historii z różnym skutkiem – raz udało się wygrać („Prosta historia” Lyncha), raz wychodziła porażka („Zmruż oczy” Jakimowskiego). Debiut Thomasa McCarthy’ego na szczęście wpisuje się w ta pierwszą grupę, udany filmów obyczajowych, które pokazują nudę bez przynudzania. A to jest naprawdę wielka sztuka, bo w zasadzie bohaterowie albo gadają (bardzo rzadko, ale jednak), albo patrzą na jadące pociągi. Ewentualnie jeszcze chodzą po torach. Niby nic się nie dzieje, ale najważniejsze jest to, co miedzy słowami, każde spojrzenie, gest ma kluczowe znaczenie i mówi więcej o postaciach niż każde słowo, które przychodzi i odchodzi.

droznik3

Ale każdy z ludzi, zwłaszcza trójka naszych bohaterów to ludzie, którzy tylko pozornie wydają się nudni i nieciekawi. Fin (świetny Peter Dinklage) jest karłem, który chce zostać sam, a stację kolejową traktuje jak swoją samotnię, Joe (Bobby Carnivale w pierwszej dużej roli) sprzedaje hot-dogi i czerpie z życia garściami, mimo ciężkiej choroby ojca, zaś Olivia (wyborna Patricia Clarkson) pozornie sprawia wrażenie takiej gapy (dwa razy próbowała przejechać Fina), ale pod tą maską wyciszenia i spokoju, skrywa się pewna ciężka trauma. Cała trójka to życiowi połamańcy – „inni” od reszty.

droznik2

I to właśnie ta inność zacznie ich łączyć ze sobą, napędza ich relację, rodząc bardzo niezwykła przyjaźń. Choć zakończenie pozostaje otwarte, jednak nie miałem poczucia ani straty czasu, ani zaskoczenia, że to już koniec. Subtelne, uczciwe i bardzo delikatne kino, które ogląda się z niekłamaną frajdą.

8/10

Radosław Ostrowski

Najlepsze najgorsze wakacje

Duncan jest nieśmiałym 14-latkiem, który spędza wakacje z nowym chłopakiem swojej mamy, za którym delikatnie mówiąc nie przepada. Ze wzajemnością. Poza tym jego córka jest wyjątkowo antypatyczna, sąsiedzi strasznie irytujący. No jest słabo. Owszem, podoba mu się dziewczyna z naprzeciwka, ale jak zagadać? I tak idąc bez celu chłopak spotyka Owena – pracownika miejscowej pływalni, który nie do końca poważnie traktuje swoją profesję.

wakacje1

Można powiedzieć, że jest to kolejna komedia inicjacyjna, ale to nie jest nic w stylu „American Pie”. Wystarczy zobaczyć nazwisko twórców filmu – Nat Faxon i Jim Rash byli współscenarzystami „Spadkobierców” Alexandra Payne’a. Tym razem powstał zdecydowanie lżejszy, ale nadal słodko-gorzki film o młodym chłopaku wchodzącym w dorosłe życie, a jednocześnie widzącym więcej niż dorośli. Zagubiony, samotny i kompletnie skryty, traktuje pobyt w obcym mieście wśród znienawidzonego ojczyma jak karę. I wtedy pojawia się dorosły, który trochę przypomina dziecko i wtedy zaczyna się zabawa. Chłopiec się otwiera, zaczyna się świetnie bawić, dzięki zatrudnieniu w pływalni. A i dziewczyna się zaczyna pojawiać. Humor tutaj przeplata się z poważnymi kwestiami – osamotnienia, desperackiego szukania miłości i akceptacji, wreszcie odnalezienia szczęścia i pewności siebie. Tylko że musi się znaleźć odpowiednia osoba. I trzeba mieć do tego sporo szczęścia, choć zakończenie pokazuje, że chyba coś z tego wyjdzie (choć słodzenia tu nie ma). Owszem, postacie są dość schematyczne, ale te klisze i stereotypy żyją, nie przynudzają. I naprawdę serwują mocny trening przepony.

wakacje2

Od strony aktorskiej jest tutaj naprawdę dobrze. Bardzo dobrze wypada niejaki Liam James. Amerykanie mają jakiegoś farta, jeśli chodzi o obsadzanie ról dziecięcych, bo zawsze one wypadają wiarygodnie. Tak też jest tutaj. Kibicujemy młodemu, który czuje się obco w miasteczku, gdy zaczyna pracę (pierwsze zadanie – odebrać matę tancerzom, ale by to zrobić… musi zatańczyć), wreszcie jak staje się pewniejszy i twardo stojącym na ziemi. Solidnie wypadają Toni Collette (matka Duncana, Pam) oraz Allison Janney (rozgadana Betty). Jednak największą niespodziankę sprawił Steve Carrell, który tutaj jest wyjątkowo nieprzyjemnym draniem. Arogancki, nieprzyjemny i niewierny – trzeba czegoś więcej?

wakacje3

A jeśli potrzebuje się naprawdę pośmiać, wytrenuje was w tym nieprawdopodobny Sam Rockwell. Owen to facet, który jest kompletnie wyluzowany, nie traktuje siebie absolutnie serio i strzela żartami jak pociskami z automatu. Rozbraja swoją odpowiedzialnością, kompletnym olewaniem zasad i od razu wzbudza sympatię, ani razu nie popadając w przesadę.

Ostatnio wiele oglądałem takich filmów obyczajowych o młodych dzieciakach, którzy próbują jakoś się odnaleźć w innym świecie. Ten film niczym nie zaskakuje, ale jest piekielnie przyjemny w odbiorze. Bardzo przyjemny i udany seans.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Legendy ringu

30 lat temu Stany Zjednoczone mocno obserwowały rywalizację dwóch piekielnie zdolnych pięściarzy – Henry’ego „Razora” Sharpa i Billy’ego „The Kida” McDonnena. Obaj stoczyli ze sobą dwie walki – jedna wygrał Sharp, drugą Kid. I wtedy ten pierwszy ogłosił zakończenie kariery. Jednak syn legendarnego promotora, Dante Slade Jr decyduje się ustawić walkę miedzy obydwoma panami po 30 latach. Pytanie czy to ma sens?

legendy1

Sam pomysł na ten film jest mocno naciągany, a nazwisko reżysera (Peter Segal) nie zapowiadało niczego dobrego. Efekt okazał się jednak całkiem przyzwoity. Równie dobrze mogłoby się to nazywać „Rocky 7”, bo jest parę analogii do serii o Włoskim Ogierze. Przede wszystkim jest to jednak komedia o dwóch emerytach, którzy próbują wrócić na ring, by wyjaśnić stary spór – który z nich jest lepszy? Pozornie wydaje się to błahe i niepoważne, ale motywy tych postaci (nie tylko „ostatnia walka”, ale też szansa na poukładania swoich osobistych spraw – pogmatwanych jak wszystko zresztą) pozostają całkiem poważne, choć pokazane za pomocą narzędzia bardzo popularnego wśród reżyserów – łopaty (widać to zwłaszcza w końcówce, która jest odrobinkę przesłodzona). Żarty są całkiem niezłe (miejscami balansujące na granicy smaku, ale nigdy nie przekraczające tej granicy), pełne odrobiny złośliwości, zaś otoczka obyczajowa związana z byłą żoną Sharpa oraz dawno nie widzianym synem McDonnena zgrabnie się łączą z resztą. Dodajmy do tego naprawdę dobrą muzykę, niezłe sceny treningów i mamy całkiem solidną rozrywkę przez niecałe dwie godziny.

legendy2

Także od strony aktorskiej mamy całkiem niezła frajdę. Ale czy może być inaczej, jeśli między sobą mamy Sylvestra Stallone’a i Roberta De Niro? Obaj panowie grają z pewnym przymrużeniem oka, a nawet sporą dawką autoironii (zwłaszcza Sly, gdzie chce walnąć kawał wiszącego mięcha – coś wam to mówi?). Za to na drugim błyszczy niezawodny Alan Arkin. Jego Lightning to zgryźliwy, niedosłyszący dziadek, który staje się trenerem Razora, stosując dość niekonwencjonalne metody (serwowanie ciosów na basenie pod wodą czy użycie… końskiego moczu na ręce), w dodatku to stary erotoman. Dorównuje mu Kevin Hart jako patrzący tylko na szmal promotor Dante Slade. Tyle jeśli chodzi o humor. Za warstwę dramatyczną odpowiadają dawno nie widziana Kim Basinger (wypada nieźle jako Sally Rose) i znany z „Walking Dead” Jon Bernthal (BJ, syn Kida).

legendy3

Zapowiadała się porażka, ale nie było tak tragicznie. Panowie dali radę, nawet żarty nie były tragiczne. Co tym razem zrobi Sly? Może jeszcze nas czymś zaskoczyć.

6/10

Radosław Ostrowski

Wenus w futrze

Paryż. W teatrze trwają próby do spektaklu “Wenus w futrze”. Właściwie już się kończą i reżyser Thomas już zmierza w kierunku wyjścia, kiedy pojawia się Vanda, która chce zagrać główną rolę żeńską. Reżyser niechętnie, ale zgadza się na próbę. Ma wrażenie, że aktorka nie jest do końca przygotowania, ale efekt będzie naprawdę zaskakujący.

wenus1

Oszczędność miejsca i przestrzeni, minimalna ilość osób pojawiających się na ekranie oraz prowadzona psychologiczna gra – to oznacza, ze jest to film europejski. Druga kwestia, że mógł to nakręcić tylko jeden człowiek – Roman Polański. Czy tak naprawdę jest jego kolejny film, który znowu jest adaptacja sztuki teatralnej (podobnie jak wcześniejsza „Rzeź”). Komedia? Dramat? A może wnikliwa obserwacja relacji między kobietą i mężczyzną, gdzie każda ze stron walczy o dominacje nad druga stroną? Pretekstem jest sztuka teatralna bazująca na perwersyjnej powieści „Wenus w futrze”. Ciemna stroną erotyki, reżyser już pokazywał w „Gorzkich godach”. I tam to było mocne uderzenie. Tutaj to nie robi aż tak wielkiego wrażenia, ale Polański jest zbyt cwany, by skupiać się tylko na jednym aspekcie. Można „Wenus” interpretować na wiele sposobów: o sile teatru jako miejsca kreowania i ożywiania światów, relacji reżyser/aktor, gdzie każda ze stron inaczej interpretuje pewne kwestie, więzi między dziełem a autorem, wreszcie hołdem złożonym kobietom – boginiom, muzom, kochankom, żonom. I ich sile, władzy, której nigdy nie będę w stanie zrozumieć i powstrzymać.

wenus2

Role między Thomasem (bardzo podobny do Polańskiego Matthieu Amalric) i Vandą (drapieżna Emmanuelle Seigner) zacierają się, nie wiadomo, kiedy „grają” postacie z tekstu, a kiedy są sobą. I ta chemia jest siła napędową, poza zaskakującymi dialogami, pewną ręką reżysera oraz świetnym dźwiękiem. A finał – cóż, to trzeba samemu zobaczyć.

„Wenus w futrze”, mimo teatralności (nomen omen), pozostaje udanym i ciekawym filmem. Ale jednak mam nadzieję, że Polański jeszcze nas zaskoczy (czekam na film o aferze Dreyfusa).

7/10

Radosław Ostrowski