Zacznijmy od nowa

Czasami zdarzają się takie filmy, których nikt się nie spodziewał. Prosta opowieść, która wydaje się bardzo schematyczna i mało zaskakująca, a jednak zostaje w pamięci na długo. Zaczęło się wszystko w jednej z knajp w Nowym Jorku. Ona – troszkę nieśmiała, zostaje namówiona przez kolegę, by zaśpiewała jeden utwór. On – zwolniony z pracy producent przyszedł się napić. Jednak usłyszał jej śpiew i postanowił, że wyprodukuje jej album. Co z tego spotkania może wyjść?

od_nowa1

Pozornie jest to kino obyczajowe jakie widziało się setki, a nawet tysiące razy. Jednak John Carney, twórca kultowego „Once” nie udaje, że odkrywa nieznane prawdy życiowe, tylko stawia na prostotę oraz emocje. A tych jest tutaj naprawdę sporo, zaś realizacja przypomina niezależne, skromne kino. Muzyka, tak jak w poprzednim filmie, odgrywa ona istotną rolę i jest siłą napędową tego filmu. Jest ona siłą pozwalającą zmierzyć się zarówno z własnymi demonami, ale też potrafi przynieść sławę i rozgłos. Przy okazji jest też obserwacja na temat szołbiznesu, gdzie łatwo można zatracić wiarygodność, szczerość i swoją tożsamość w zamian za fanki, pieniądze i duże koncerty. Jednak reżyser nie serwuje tutaj ani prostych przesłań, słodzenia, lukru oraz oczywistego happy endu. I za tą uczciwość szanuję Currana najbardziej.

od_nowa2

A co wyróżnią tą historię od innych, poza nagrywaniem utworów w plenerze i dobrymi piosenkami? Naprawdę dobre aktorstwo. Znowu zaskoczyła mnie Keira Knightley, która po pierwsze jest bardzo urocza, po drugie naprawdę ładnie śpiewa. Stopniowo widzimy jej przemianę z szarej myszki w pewną siebie wokalistkę, która wcześniej tylko pisała teksty. Bardzo intrygująca rola. Z kolei Adam Levine (wokalista Maroon 5) bardzo przyzwoicie sobie radzi jako początkujący muzyk, który zostaje gwiazdą.

od_nowa3

Jednak tych dwoje blednie przy trzecim graczu – znakomitym Markiem Ruffalo w roli producenta Dana. Sprawia wrażenie wyluzowanego kolesia, który lubi wypić, ale tak naprawdę to wypalony i zmęczony życiem facet z kompletnie rozbitym życiem zawodowym (zwolnienie) jak i prywatnym (rozwiedziony, słaby kontakt z córką). Spotkanie w barze staje się dla niego impulsem do zmiany, co widać w scenach nagrywania płyty – widać, że jest w nim energia, kreatywność oraz spore doświadczenie. I w dodatku jest bardzo wyluzowany – wielowymiarowa rola, która potwierdza klasę tego aktora.

O takich filmach zwykło się mawiać, że to małe, wielkie kino. Ja powiem, że to porządna piosenka, która skupia uwagę klimatem, barwą głosu oraz zgraniem zespołu. I nie jest dźwiękowa papka, ale to musicie sami przesłuchać.

7,5/10

Radosław Ostrowski

 

Instrukcji nie załączono

Valentin jest największym cykorem i lovelasem, jak to na Meksykanina przystało. Życie jest dla niego wieczną beztroską. Aż tu jednego dnia pojawia się jedna z jego dawnych dziewczyn i zostawia mu dziecko. Poszukując matki, razem z dziewczynką (znaczy się niemowlakiem) trafia do Los Angeles, gdzie dzięki zbiegowi okoliczności zostaje zatrudniony jako kaskader. I tak przez sześc lat, aż pojawia się mamusia, by zabrać córeczkę do siebie.

instrukcja1

Nakręcona głównie dla Latynosów tragikomedia zaczyna się dość średnimi żartami i wydaje się kolejną głupawą komedią. Jednak im dalej, tym jest to dramat z drobnymi akcentami humorystycznymi. Opowieść o człowieku mierzącym się z życiem i walczącym ze swoimi lękami. Może i sprawia wrażenie nieodpowiedzialnego (przynajmniej na początku), ale nadrabia to dziecięca wrażliwością oraz dbaniem o szczęście dziecka. Może się to wydawać trochę (melo)dramatyczne, ale całość ogląda się całkiem nieźle, bez przesadnych skrętów w telenowelową kiczowatość. Nie brakuje tutaj  śmiechu i nie wynika to tylko z nieznajomości języka angielskiego (praca kaskaderska, właściciel ciągle narzekający na niepłacenie czy „listy” od matki). Może i to wydaje się trochę wyciskaczem łez, ale seans jest zaskakująco przyjemny, a Eugenio Derbez (także grający główną rolę) trzyma rękę na pulsie i nie przesadza (może poza zakończeniem – ocierającym się o kicz).

instrukcja2

Jednak nie tylko gra Derbeza (naprawdę dobra) broni ten tytuł, ale także partnerująca mu Lorata Peralta jako córeczka Maggie. Jest przeurocza i niepozbawiona odrobiny sprytu, co wykorzystuje podczas negocjacji  stawki tatusia. I ta chemia między nimi jest mocno odczuwalna. Reszta obsady robi za tło (najbardziej wybija się Daniel Raymond jako ekscentryczny producent Frank) i jest po prostu solidna.

instrukcja3

„Instrukcja” może i jest czasem banalna i mówi o dość oczywistych prawdach, ale potrafi wzruszyć i poruszyć. Pogodne i subtelne kino.

7/10

Radosław Ostrowski

Good Morning, Vietnam

Jest rok 1965. Wojna w Wietnamie już trwa, ale żołnierze czują się wystarczająco przygnębieni. Do Sajgonu przybywa nowy prezenter radiowy, szeregowiec Adrian Cronauer, który będzie prowadził poranną i popołudniową audycję. Zdobywa sympatię żołnierzy dzięki swojemu niekonwencjonalnemu podejściu – puszczanie „zakazanego” rock’n’rolla, nabija się ze wszystkiego i zdarza mu się przekazać ocenzurowane wiadomości, co znacznie nie podoba się jego przełożonym.

vietnam1

O Wietnamie powstała cała armia filmów, które podejmowały ten temat na poważnie („Full Metal Jacket”, „Pluton”, „Czas Apokalipsy”), inne wykorzystywały en wątek jako tło wydarzeń (mroczna „Drabina Jakubowa” czy akcyjniak „Uniwersalny żołnierz”). Nie zabrakło też humorystycznego spojrzenia na walkę z osobnikami nazywanymi Żółtkami. I właśnie ten nurt reprezentuje klasyk Barry’ego Levinsona z 1987 roku. Ale czy może być inaczej, jeśli poznajemy tą opowieść z perspektywy radiowca, w dodatku opartą na faktach? Reżyser sprytnie ogrywa obraz wojny, nie pokazując przez większość czasu ekranowego walki i krwi. Co za to widzimy? Dzień zwyczajny w Sajgonie, żołnierzy czyszczących broń czy jadących do swoich baz, gdzie zaczyna panować atmosfera lekkiej beztroski oraz samych Wietnamczyków. Wszystko to okraszone świetna muzyką z tego okresu oraz naszprycowaną żartami pozbawionymi ducha poprawności politycznej (przemontowany wywiad z Nixonem, gdzie były wiceprezydent opowiada m.in. o swoim pożyciu).

vietnam2

Punktem kulminacyjnym całego filmu jest wysadzenie baru w powietrze, którego świadkiem jest Cronanuer. To jeden z momentów przypominających o powadze miejsca i ze wojna to nie jest zabawa, choć cenzura wojskowa nie pozwala o tym mówić. I choć dalej nie brakuje humoru, od tej pory film staje się poważniejszą opowieścią pokazującą bezsens wojny i jej głupotę (cenzurowane wiadomości). Sami Wietnamczycy czują się z tym różnie (wizyta w wiosce), a przyjaźń Adriana z pewnym chłopakiem może kosztować jego karierę. Ale chyba ostatecznie udaje się zyskać sympatię miejscowych. Symbolizuje to scena wspólnej gry w softball Wietnamczyków z Amerykanami (piłki zastąpiono dużymi owocami), co pozwala na małą nadzieję.

vietnam3

Ale powiedzmy to sobie wprost – ten film nie miałby takiej siły ognia, gdyby nie kapitalna kreacja Robina Williamsa, który po prostu rozsadza ekran swoją osobą. Gdy Cronauer siada za mikrofonem, staje się wielkim wulkanem energii i źródłem nieprawdopodobnej siły komizmu. Strzela żartami jak Rambo z karabinu, a jego talent parodystyczny jest nieosiągalny dla wielu komików. W dodatku jest to bardzo niepokornym buntownikiem, dla którego dyscyplina, regulaminy po prostu nie istnieją. Widać to też w jego bardzo swobodnym stroju. Ale to jednocześnie uczciwie podchodzący do sprawy facet, traktujący wszystkich równo i z otwartością (lekcje z Wietnamczykami – bezbłędne). Wielu chyba by chciało mieć takich niezawodnych kolegów w pracy. Reszta obsady, choć świetna (z Forrestem Whitakerem na czele) robi tak naprawdę za tło dla Williamsa i jego szalonej kanonady.

Jeśli jeszcze nie namierzyliście tej stacji, zapamiętajcie – „Good Morning, Vietnam”. Fantastyczna tragikomedia będąca one man show Williamsa, który ukradł ten film wszystkim. Kiedy ostatnio tak się śmialiście do rozpuku?

8/10

Radosław Ostrowski

Choleryk z Brooklynu

Henry Altman jest prawnikiem, który łatwo eksploduje i wpada w gniew. Kiedy jednego dnia mocno boli go głowa, idzie do swojego lekarza. Tylko że doktorek pojechał, więc zastępuje go dr Sharon Gill. Ponieważ Henry potraktował ją bardzo ostro, z zemsty informuje go, że ma tętniaka mózgu i zostało mu tylko 90 minut życia. Henry decyduje się naprawić swoje relacje z rodziną, a lekarka szuka go po mieście.

wsciekly_brooklyn1

Kolejna słodko-gorzka komedia o chwytaniu życia garściami całymi. Jednak film Phila Aldena Robinsona zostanie zapamiętany głównie dlatego, że to jest jedna z ostatnich ról niedawno zmarłego Robina Williamsa, który kolejny raz pokazuje swój talent komediowy. Tutaj jest bardzo narwany i wściekły na wszystko, rzucający fakami na prawo i lewo, do samego końca nie pogodzony ze stratą swojego syna. Wtedy potrafił być serdeczny i ciepły, ale to już minęło. Gwałtowne wybuchy Williamsa (rozmowa z dawnym kolega, „akcja” w szpitalu czy rozmowa z wolno gadającym sprzedawcą sprzętu elektronicznego – w tej roli James Earl Jones) są siła napędową tego niezłego filmu.

wsciekly_brooklyn2

Dla mnie jednak ta historia jest dość płytka i ledwie dotykająca problemu. Dodatkowo narracje z offu Henry’ego oraz lekarki (Mila Kunis) mogą trochę wprawiać w irytację dosłownością. Mimo to jest niezłe tempo, żarty bywają trafne, a i obsada też jest w porządku (ze wskazaniem na Petera Dinklage’a).

wsciekly_brooklyn3

Nie jest to najlepszy film ani najlepsza rola Williamsa w jego karierze, jednak jest to kawał przyzwoitego kina. Jeśli macie wolne 90 minut i nie planujecie umrzeć, to możecie spędzić czas, całkiem miło.

6/10

Radosław Ostrowski

Kłopotliwy człowiek

Andreas trafia do pewnego miasta, gdzie nagle dostaje dom i pracę w korporacji jako księgowy. Pozornie wydaje się być to rajem na ziemi. Aż poznaje pewnego faceta, który nie czuje absolutnie nic. I wtedy zaczynają się wątpliwości.

klopotliwy_czlowiek1

Kino skandynawskie jest dziwne, tajemnicze i czasami zbyt enigmatyczne. Czym jest film Jensa Liena? W zasadzie to kolejna zagadkowa historia, gdzie żyjemy w idealnym świecie. Wszyscy są wobec ciebie życzliwi, uśmiechnięci i zadowoleni z życia. Tylko cały dowcip polega na tym, że ten świat jest (zbyt) idealny – przypomina reklamę, a nawet meble z Ikei – sterylne, czyste, przestrzenne, pozbawione prawdziwych emocji, a rozmowy toczą się wokół mebli, łazienek itp. Życzliwość jest czymś pustym, rytuałem nakazanym w tym nieprzyjemnym świecie. Pewną szansą na wyrwanie się jest tajemnicza dziura w ścianie piwnicznej. A co tam się znajduje? Coś, co tamten świat chce nie dopuścić, a pachnie tak świeżo jak nic innego w tym świecie.

klopotliwy_czlowiek2

Dialogów jest tu niewiele, za to dużo specyficznego, miejscami wręcz absurdalnego humoru (wielokrotne potrącenie przez pociąg bohater wraca do domu, gdzie żona bohatera reaguje w ten sposób: „W sobotę jesteśmy zaproszeni na gokarty. Idziemy?”), który nie trafi do każdego. I nad wszystkim pachnie tutaj antytotalitarnymi dziełami, tylko że główna ideologią jest konsumpcjonizm. Bierz, kupuj, a wszystkie twoje problemy znikną. Umrzeć się nie da, zginąć tez nie dasz rady. Nawet miłość tutaj jest czymś pustym, bo nie da się przywiązać do innej kobiety (romans z blondwłosą koleżanką, która ma tylu facetów). A jak ci nie będzie pasowało, to cie wyniosą i odwiozą autobusem (w bagażniku). I jak to pisał Grabaż ze Strachów na Lachy: „zostałeś człowieko-wrakiem, znak że byłeś w korporacji”.

klopotliwy_czlowiek3

 

Całość jest do tego świetnie zagrana (z nieporadnym Trondem Fausą Aarvagiem w roli Andreasa), świetnie zrealizowana, mocno surrealistyczna i dziwaczna. Rzadko sięgam po takie kino, ale tutaj działa bardziej na umysł niż na serce. Ale parę razy się zaśmiałem. A to dość sporo. A czy wy tez jesteście takimi kłopotliwymi ludźmi?

7/10

Radosław Ostrowski

Sekretne życie Waltera Mitty

Walter Mitty wydaje się typowy szaraczkiem, niewyróżniającym się z tłumu. Pracuje w czasopiśmie Life, gdzie zajmuje się wywoływaniem zdjęć wysyłanych przez legendę swojego fachu, Seana O’Connella. Gazeta ma zostać przeniesiona do Internetu i zostaje wydane ostatnie „papierowe” wydanie, w tym czasie też ma dojść do zwolnień. Tym razem Jack wysłał fotki z jednym specjalnym negatywem, który ma być okładką, gdyż jest to esencja czasopisma. Niestety, fotki w negatywie nie ma, więc Walter rusza znaleźć Jacka, gdyż ten jest ciągle w terenie.

walter_mitty1

O tym, że Ben Stiller zajmuje się reżyserią, wie naprawdę wielu, choć jego filmy (poza „Telemaniakiem” i „Jajami w tropikach”) nie są raczej zbyt mocno kojarzone. Tym razem jednak postanowił dokonać niemożliwego – zrobić mały kameralny film, który mógłby być wielką produkcją za kupę kasy. I o dziwo to połączenie się zaskakująco dobrze sprawdza. Nie powiedziałem jeszcze o Walterze jednej rzeczy – zdarza mu się „zawiesić” i wtedy wyobraża sobie, ze jest superherosem, co czyni jego życie troszkę ciekawszym. Swoje plany i marzenia musiał porzucić, gdy odszedł ojciec i musiał zająć się rodziną. Stiller tutaj pokazuje ludzi uciekających w świat wyobraźni, co samo w sobie wg niego nie jest niczym złym, wręcz pozwala odreagować dzień codzienny, gdzie jest się zabieganym, z masą spraw na głowie. Są one zrobione w naprawdę pomysłowy sposób (m.in. walka między Walterem z likwidatorem o laleczkę, jakby żywcem wzięty z filmu o superbohaterach czy parodia „Ciekawego przypadku Benjamina Butona” – to akurat małe arcydzieło humoru), ale to przede wszystkim historia pokazująca, że warto być cierpliwym, bo którego dnia znajdzie się taka sytuacja, iż będzie możliwe spełnienie marzeń (w tym wypadku podróżowanie i poukładanie sobie życia uczuciowego). A droga będzie tu bogata – od Grenlandii przez Islandię aż do Himalajów. Wszystko to pięknie sfotografowane i okraszone naprawdę pozytywnie nakręcającą muzyką. Poza humorem, którego jest tutaj sporo (i jest on bardziej subtelny) nie brakuje tutaj refleksji, co bardzo cieszy (choć finał poznajemy po 15 minutach, ale droga jest tutaj naprawdę wciągająca, a samo zdjęcie – to trzeba zobaczyć samemu).

walter_mitty2

Stiller główną rolę powierzył samemu sobie i stworzył prawdopodobnie swoją najlepszą kreację. Walter to facet, którego trudno nie polubić – przedwcześnie dojrzały, ukrywający w sobie pewną dziecięcą pasję oraz ciekawość. Za to okazuje się obrotnym i sprytnym facetem, który poradzi sobie w każdej ekstremalnej sytuacji – załatwić rekina? Wejść na Himalaje? Przekonać watażków, by cie przepuścili? Walter znajdzie sposób. Druga istotną postacią jest Cheryl, grana przez Kristen Wiig, obiekt uczuć Waltera. Trochę zagubiona, samotnie wychowująca syna, jest pośrednio siłą napędzająca Waltera do działania (scena, gdy wyobraża ją śpiewająca „Space Oddity” Davida Bowie – fajna). Wiadomo jak to się skończy między nimi. Poza nimi drugi plan jest dość obfity, a należałoby wyróżnić tutaj Seana Penna (fotograf O’Connell) oraz Pattona Oswaldta (Todd Maher – szef portalu, z którym Walter często rozmawia przez telefon).

walter_mitty3

„Sekretne życie…” jest zarówno dopieszczone formą, treść też jest fajna, choć czasami trochę zwalnia. Ale serwuje taki zastrzyk pozytywnej energii, że naprawdę ogląda się to z wielką frajdą. Na poprawę nastroju jak znalazł.

7/10

Radosław Ostrowski

Dziewczyna z kawiarni

Poznajcie Lawrence’a. Nie pochodzi on z Arabii, ale pracuje jako urzędnik w Ministerstwie Skarbu i jest strasznie nieśmiały, samotny i na dodatek niepewny siebie. Innymi słowy – urzędnik idealny. I tak prowadzi swoje nudne i monotonne życie. Jednak podczas jednej krótkiej przerwy w kawiarni szukając jakiegoś miejsca, by siąść, wypić kawę, a następnie wyjść z powrotem do pracy pojawiła się ona. Niepozorna, szara myszka – Gina, tak miała przynajmniej w dokumentach. I wtedy coś dziwnego zaczęło dziać się z urzędnikiem. Oszalał na jej punkcie do tego stopnia, ze zabrał ją ze sobą na szczyt G8 do Rejkjawiku.

kawiarnia1

Za tą brytyjską produkcję telewizyjną odpowiada dwóch gości. Scenarzysty Richarda Curtisa przedstawiać nie trzeba, a jego dorobek mówi sam za siebie („Jaś Fasola”, „Cztery wesela i pogrzeb”, „Czas na miłość”), ale reżyser David Yates – tu sprawa robi się poważniejsza. Odkąd zrobił trzy ostatnie części Harry’ego Pottera (ostatnią nawet podzielił na pół), ma opinię najbardziej znienawidzonego brytyjskiego reżysera ever. Z tego powodu, nikt nie chciał zapoznawać się bliżej z dorobkiem tego reżysera. A szkoda, bo jest on dość interesujący. „Dziewczyna z kawiarni” pozornie wydaje się typowym kom-romem zza Wysp, pełnym celnych i niepozbawionych ironii dialogów, które są siłą napędową. Jednak, gdy w tle pojawia się wielka polityka, to tutaj może być ślisko i niebezpiecznie, a zadanie tzw. Milenijnych Celów (zmniejszenie biedy i ubóstwa) kładzie się cieniem na relacji tych dwojga. Zwłaszcza, że ona mówi wprost o tym, co jej się nie podoba, dostrzegając tylko zapatrzenie w swoje interesy oraz pustosłowie.

kawiarnia2

Ale kiedy oboje pojawiają się w swoim pokoju, klimat zmienia się, powoli zaczyna iskrzyć między nimi, w czym pomaga im atmosfera Islandii. Niby lodowata i bardzo biała, ale pod nią schowanych jest wiele gejzerów i wulkanów. Tutaj każde drobne spojrzenie i gest ma kluczowe znaczenie, mówiąc czasem więcej niż słowa. To także zasługa naprawdę dobranego i pięknie grającego duetu. Bill Nighy po raz kolejny odgrywa powściągliwego Anglika, który bardziej tłumi swoje emocje. Ale w końcu poznaje smak życia,które powoli zaczyna nabierać kolorów. A w swojej nieporadności i słabym przebiciu jest naprawdę uroczy. Przeciwieństwem jest tutaj Gina, wspaniale poprowadzona przez Kelly Macdonald – przebojowa, mniej sztywna, ale skrywająca pewną mroczną przeszłość. Patrzenie na ich oboje jest naprawdę dużą przyjemnością i są oni największym skarbem tego filmu. Cała reszta (ze świetnym Kenem Stollem jako ministrem skarbu) robi tutaj tylko za tło.

Trzeba przyznać, że David Yates potrafi robić filmy. I jest w tym naprawdę dobry. Ale chyba tylko w przypadku produkcji telewizyjnych. A może się mylę?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Dziękujemy za palenie

Poznajcie Nicka Naylora – facet pracuje dla korporacji tytoniowej i jest rzecznikiem prasowym. Innymi słowy – wmawia ludziom, że czarne jest białe, a białe jest czarne. Nawijkę ma taką, że nie ma takiej opcji, żeby cię nie przekabacił. W życiu prywatnym nie jest tak kolorowo – żona go zostawiła dla lekarza, a syna widzi tylko w weekendy. I tak obserwujemy jego życie, aż do momentu, gdy pojawi się w nim pewna dziennikarka, która będzie chciała przeprowadzić z nim wywiad.

palenie1

Jeśli ktoś nazywa się Reitman, to wiadomo o jego filmie, że to będzie komedia. Ale kiedy widzimy imię Jason zamiast Ivana („Pogromcy duchów”, „Bliźniacy”), może my mieć wątpliwości co wyjdzie. Uspokajam – Jason jest synem Ivana, więc powinno być równie dobrze jak w przypadku tatusia. I rzeczywiście tak jest, bo debiut młodszego Reitmana jest satyrą. Wymierzona przeciwko komu? Politycznej poprawności, hipokryzji i przy okazji pokazuje jak łatwo można zmanipulować ludźmi. Co potrzeba? Reklamy i złotoustego faceta, który będzie w stanie podważyć i obalić każda twoja tezę. To widać już na samym początku, gdy w programie tv Nick opowiada o chorym chłopcu, że nie chce jego śmierci, gdyż w ten sposób straciliby (jego firma znaczy) klienta, a co za tym idzie dochody. Proste i logiczne? Dla osób, które nie wgłębiają się – tak. Dlatego są potrzebni tacy goście jak Nick, którzy mogą wmówić nam cokolwiek o czymkolwiek i kimkolwiek. A prawda jest taka, że wszyscy robią nas w chuja, etyka – kogo ona obchodzi? Politycy oszukują, PR wciskają nam kit, a dziennikarze czasem, by zdobyć informacje – uprawiają seks ze swoimi rozmówcami. Przy okazji lecą tak niepoprawnie polityczne słowa, które sprawiają wielką frajdę (wizyta u agenta filmowego, by gwiazdy kina znów paliły na ekranie – bezcenne), choć na wszystkich spadnie moralizatorski deszcz. Ale czy można to nazwać happy endem?

palenie2

Reitman ma mocne tempo, ostre puenty i wie jak używać montażu (nawijka Nicka o sobie na początku filmu to potwierdza), jednak od momentu porwania Nicka czuć pewne delikatne osłabienie, na szczęście finał wszystko rekompensuje i mimo wszystko kibicujemy temu draniowi. Zwłaszcza, że grający go Aaron Eckhart jest po prostu fenomenalny. Mamy wrażenie na początku, że to człowiek sukcesu – kocha swoją prace, zarabia kupę szmalu, ma tylko dwoje, ale za to bardzo oddanych przyjaciół (Szwadron Śmierci – czyli rzecznicy przemysłu alkoholowego i zbrojeniowego), jednak stara się tez być ojcem, a to nie jest wcale takie proste.

palenie3

Wszystko to jest poprowadzone bardzo pewną ręką Reitmana, który świetnie też prowadzi aktorów. Eckhart jest siłą napędową – jemu wystarczy samo spojrzenie. Ale nie występuje on tutaj sam – towarzyszy mu naprawdę doborowa obsada: od JK Simmonsa (szef BR) przez Roba Lowe’a (Jeff Megall – agent w Hollywood) i Katie Holmes (dziennikarka Heather Holloway) po Williama H. Macy (senator Finistirre – radykalny antynikotynista) i Roberta Duvalla (Kapitan). W zasadzie mógłbym wymienić jeszcze parę osób, ale ten tekst i tak jest za długi.

Jeśli zaczyna się z takiej grubej rury, to można być spokojnym o dalsza karierę Reitmana. Owszem, następne filmy przyniosły mu nominacje do prestiżowych nagród jak Oscary czy Złote Globy, jednak czy miały w sobie taką energię i pazur jak debiut? To już niech każdy sam oceni. Mnie się film bardzo podobał i zachęcam do zapoznania się.

8/10

Radosław Ostrowski

Good Bye, Lenin!

Jest rok 1989, NRD. Poznajcie Alexandra – młodego chłopaka, który mieszka z siostrą i matką – wierną ideologii socjalizmu, ojciec wyjechał na Zachód. Kiedy Alex zostaje pobity i aresztowany podczas demonstracji, kobieta dostaje zawału i zapada w śpiączkę. W momencie wybudzenia, NRD przestaje istnieć, tak samo jak ustrój socjalistyczny. Młodzieniec, by nie pogarszać stanu zdrowia matki, decyduje się dokonać mistyfikacji i „wskrzesić” NRD.

lenin1

Niemcy i komedia to dość niebezpieczne, wręcz karkołomne połączenie. Wszyscy wiemy, że Niemcy nie mają poczucia humoru albo jest ono dla nas kompletnie niezrozumiałe. Jednak Wolfgang Becker za pomocą humoru chce pokazać transformacje Niemiec, na którą nie wszyscy byli wtedy gotowi. Przestawienie się na wolny rynek, pojawienie się pełnych półek (towary z zachodniego Berlina), pozbywanie się przeszłości (symboliczna jest scena przewożenia przez helikopter pomnika Lenina), ale nie ma tutaj szyderstwa czy ironii. Reżyser stawia tutaj na delikatny humor (wiem, u Niemców to tak realne jak w uczciwość naszych polityków), czasami stawiając na czułe gagi (tworzenie wiadomości w stylistyce NRD-owskiego odpowiednika „Dziennika Telewizyjnego”), a pomysłowość mi kreowaniu rzeczywistości jest naprawdę imponująca – scenografia, stroje. Wierzcie mi, naprawdę trzeba się nagimnastykować, żeby nie było w tym fałszu, a Becker zgrabnie omija pułapki sentymentalizmu (choć akurat końcówka mocno zbliża się w tym kierunku, ale ostatnie „wiadomości” były bardzo poruszające), jednak wyciągając pewne rodzinne tajemnice. Pachnie to mocno absurdem jak z naszych komedii, jednak pokazuje on pewna tęsknotę za przeszłością, nawet jeśli to przeszłość mocno idealizowana.

lenin2

W uwierzeniu w ta całą historię pomaga fantastycznie grający duet Daniel Bruhl/Katrin Sass. Ten pierwszy gra Alexa – energicznego i pomysłowego chłopaka, który bardzo kocha swoją matkę, by chronić jej zdrowie decyduje się na mistyfikacje, co wydaje się dość sporym szokiem. Determinacja, oddanie, bezradność – to wszystko ten aktor rozgrywa bezbłędnie. Tak samo Sass jako matka, która pozornie wydaje się idealistką, potem bardzo kruchą panną. Traktowana przez otoczenie trochę jak dziecko, okazuje się trochę niespełnioną kobietą. Poza tym duetem warto wyróżnić świetnych Floriana Lukasa (marzący o karierze reżysera Denis, który pomaga Alexowi tworząc wiadomości), Michaela Gwizdka (dyrektor szkoły Klapprath, nadużywający alkoholu) oraz Marie Simon (Ariane, siostra Alexa).

Dziwne rzeczy zdarzyło mi się oglądać, ale dobrą komedię z Reichu to chyba po raz pierwszy. Tylko, że słowo komedia jest pewnym nadużyciem – to komediodramat i to z wysokiej półki. Może i ma swoje lata, ale to tylko działa na korzyść.

7/10

Radosław Ostrowski

Dróżnik

Finbar McBride to mówiąc prostymi słowami – kurdupel, który pracuje w sklepie, gdzie sprzedaje się modele pociągów i wszystkiego, co jest z nimi związane. Ale po śmierci swojego szefa i przyjaciele, na mocy testamentu, otrzymuje stację kolejowa w miasteczku Newfoundland, stan New Jersey. Myśląc, że miejsce to będzie jego samotnią, przypadkowo poznaje dwójkę ludzi – sprzedawcę hot-dogów Joe oraz malarkę Olivię.

droznik1

Zrobić ciekawy film, w którym nic się nie dzieje, to zadanie wręcz kaskaderskie. Wielu próbowało tego rodzaju historii z różnym skutkiem – raz udało się wygrać („Prosta historia” Lyncha), raz wychodziła porażka („Zmruż oczy” Jakimowskiego). Debiut Thomasa McCarthy’ego na szczęście wpisuje się w ta pierwszą grupę, udany filmów obyczajowych, które pokazują nudę bez przynudzania. A to jest naprawdę wielka sztuka, bo w zasadzie bohaterowie albo gadają (bardzo rzadko, ale jednak), albo patrzą na jadące pociągi. Ewentualnie jeszcze chodzą po torach. Niby nic się nie dzieje, ale najważniejsze jest to, co miedzy słowami, każde spojrzenie, gest ma kluczowe znaczenie i mówi więcej o postaciach niż każde słowo, które przychodzi i odchodzi.

droznik3

Ale każdy z ludzi, zwłaszcza trójka naszych bohaterów to ludzie, którzy tylko pozornie wydają się nudni i nieciekawi. Fin (świetny Peter Dinklage) jest karłem, który chce zostać sam, a stację kolejową traktuje jak swoją samotnię, Joe (Bobby Carnivale w pierwszej dużej roli) sprzedaje hot-dogi i czerpie z życia garściami, mimo ciężkiej choroby ojca, zaś Olivia (wyborna Patricia Clarkson) pozornie sprawia wrażenie takiej gapy (dwa razy próbowała przejechać Fina), ale pod tą maską wyciszenia i spokoju, skrywa się pewna ciężka trauma. Cała trójka to życiowi połamańcy – „inni” od reszty.

droznik2

I to właśnie ta inność zacznie ich łączyć ze sobą, napędza ich relację, rodząc bardzo niezwykła przyjaźń. Choć zakończenie pozostaje otwarte, jednak nie miałem poczucia ani straty czasu, ani zaskoczenia, że to już koniec. Subtelne, uczciwe i bardzo delikatne kino, które ogląda się z niekłamaną frajdą.

8/10

Radosław Ostrowski