fortysomething

Dr Paul Slippery jest lekarzem pracującym w londyńskiej przychodni. Jest ojcem trzech synów, ma żonę, która po długiej przerwie zaczyna wracać do pracy oraz problemy z niejakim Pilbrym, który jest antypatycznym dupkiem. Jednak w jego związku coś zaczyna się psuć, a początkiem jest słyszenie myśli innych.

fortysomething1

Bogu należy dziękować za Anglików, bo bez nich świat byłby strasznie smutny. Telewizyjny serial jest adaptacją powieści Nigela Williamsa, dokonana przez samego autora (bo scenariusz napisał) oraz reżyserowana przez Nica Phillipsa i Hugh Lauriego (tak, TEGO Hugh Lauriego). I jest to słodko-gorzka opowieść o kryzysie wieku średniego z perspektywy zagubionego mężczyzny, który niejako zostaje zmuszony do weryfikacji swojego życia oraz związku. Po drodze dzieją się różne szalone sytuacje, spowodowane przez synów (statecznego i spokojnego Rory’ego, sypiającego z każdą Daniela oraz mającego obsesję na punkcie seksu Edwina, który w szkole nie był  – jak myślicie, który z nich mógł zamówić sztuczne penisy?) oraz własnymi demonami. Śmiech – błyskotliwy, niepozbawiony ironicznego humoru, idzie tutaj ręka w rękę z poważną refleksją (zwłaszcza ostatni odcinek to emocjonalny majstersztyk) i wnikliwą obserwacją obyczajową. Śmierć przyjaciela, kontrola inspektora, wreszcie planowane w tajemnicy zjazd kolegów ze szkoły, które zostaje odebrane za… nie, nie powiem. Humor jest tutaj pierwszorzędny, czasami absurdalny, ale wiele mówiący o pracy, przyjaźni, miłości – o życiu i całej reszcie. A jest czego słuchać i co oglądać.

fortysomething2

Mini serial ten nie miał takiej siły, gdyby nie kapitalnie grający aktorzy. W Paul wcielił się sam Laurie i zrobił to pięć minut przed przyjęciem praktyki jako dr House. Pokazuje jak znakomitym jest komikiem (scena, gdy udaje holenderskiego lekarza czy przebiera się w muzułmańska szatę, by wejść na przemówienie swojej żony), ale też pokazuje jak nie radzi sobie z własnymi obsesjami (zazdrość, silna chęć kochania się ze swoją żoną i nieudolne próby osiągnięcia tego). Partneruje mu bardzo atrakcyjna Anna Chancellor jako Estelle – kura domowa, stająca się poważna bizneswoman, co pośrednio wywołuje spięcia (a raczej jej szefowa – lesbijka Gwendolyn). Kiedy nie ma jej w domu, można odnieść wrażenie, iż tam panuje chaos – pojawiają się lodówki, dziewczyny, ich rodzice.

fortysomething3

Nie można nie docenić Petera Capaldiego (antypatyczny i arogancki dr Pilfrey, który jest mocno psychiczny) czy powoli wybijającego się Benedicta Cumberbatcha (Rory), ale tak naprawdę wszyscy poradzili sobie znakomicie.

fortysomething4

Znakomita komedia i jednocześnie bardzo wnikliwa obserwacja obyczajowa. Takie kombinacje są zawsze mile widziane. Choć jest to mało znana produkcja i jest dość krótka (tylko 6 odcinków?), absolutnie warta jest uwagi.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Obywatel

Bohater, który wplątany zostaje w mechanizmy historii – taki motyw od czasu „Forresta Gumpa” stał się bardzo popularny. W naszym kraju też był jeden Forrest Gump, tylko nazywał się Jan Piszczyk i stał się symbolem oportunizmu i bierności. Teraz pojawił się jego następca – Jan Bratek. Poznajemy go, gdy uczestniczy w katolickim programie tv jako pracownik kurii ds. kontaktu z młodzieżą. Po programie zostaje trafiony literą „P” z loga TVP. Sparaliżowany i pokryty gipsem Bratek zaczyna wspominać swoją historię.

obywatel1

Jerzy Stuhr jest bardzo znanym i cenionym aktorem z dużym dorobkiem oraz kilkoma pamiętnymi rolami (m.in. z filmów „Amator”, „Seksmisja” czy „Mistyfikacja”). Próbuje też swoich sił jako reżyser i „Obywatel” to jego kolejna próba, tym razem chyba najambitniejsza. Losy Jana Bratka mają być komentarzem do historii Polski ostatniego półwiecza. Dość luźna konstrukcja fabularna (retrospekcje i spojrzenie na Bratka w szpitalu) nawet się broni, próba ironicznego spojrzenia na rzeczywistość kilka razy się udaje, a losy bohatera zmielonego przez historię czasami potrafią zaskoczyć. Na przykład, gdy w dzień stanu wojennego idzie do sąsiada po sól i… zostaje internowany (potem w więzieniu ma opinię kapusia, gdyż „pożyczenie soli” było hasłem) czy ukrywania się przez cztery lata u kobiety z MSW. Nie brakuje tutaj naprawdę gorzkich refleksji, gdzie pokazana jest śmieszność i wady każdego Polaka (nadmierny antysemityzm – Komisja sprawdzająca, kto jest prawdziwym Polakiem w rządzie, mitomaństwo, które czynią z Bratka bohatera czy hipokryzja związana z wiarą), ale tak naprawdę poszczególne fragmenty niespecjalnie kleją się w całość. „Obywatel” z racji skrótowości przypomina ciąg skeczy, gdzie podejmowane są próby wyszydzenia patosu (głodówka Solidarności, gdzie jeden z uczestników jest mocno narwany i gotowy na demonstrację siłową), pójścia w groteskę.

obywatel2

Nie brakuje też znanych wydarzeń ostatnich lat, jak sytuacja z nauczycielem, któremu wrzucono kosz na głowę, odwołanie realizacji w Polsce filmu o Sobieskim, kłótliwa debata dwojga posłów z telewizji (Dorota Stalińska i Jerzy Fedorowicz) – to przez pewien moment ubarwia całość, jednak sam humor to troszkę za mało i po seansie jest tylko poczucie niewykorzystania potencjału.

Trudno jednak zarzucić coś aktorom, którzy naprawdę dobrze poradzili sobie z zadaniem. Stuhr w roli Bratka obsadził samego siebie oraz syna Macieja i ten duet sprawdza się świetnie. Jan Bratek planowy jest jako everyman, którego Historia mieli w swoich kołach i trybach, nie pytając się nikogo o zgodę. Jego losy potrafią wzbudzić zarówno śmiech jak i współczucie, co jest zasługa obydwu aktorów, tworzących jedną i spójną rolę. Poza nimi jest tutaj masa epizodów, które zapadają w pamięć i są bardzo wyrazistymi rolami, chociaż na ekranie pojawiają się kilka minut. Do takich należą role m.in. Sonii Bohosiewicz (Renata, poznana w więzieniu pani psycholog), Violetty Arlak (sąsiadka Kazia), Piotra Głowackiego („narwanego” uczestnika głodówki) czy Wojciecha Malajkata (Lipski – konspirator).

obywatel3

Cóż, Stuhr tym razem podjął się zadania, które go przerosło, jednak trzeba docenić zarówno odwagę oraz próbę podejścia do „polskości” z innej perspektywy – humorystycznej, ironicznej i złośliwej. Jednak na „Forresta Gumpa” urodzonego w Polsce jeszcze trzeba będzie poczekać, a ile to potrwa – nie wiem.

6/10

Radosław Ostrowski

Duet na żółtych papierach

Jest sobie dwóch kumpli. Steve pracuje w telewizji jako pogodynka, a Ben jest zakompleksionym brodaczem z obsesjami i lubiącym zajarać trawkę. Ich dość monotonne życie zostaje przerwane, kiedy ojciec Bena umiera i zapisuje mu w spadku spory majątek.

zolte_papiery1

Kiedy twórcy serialowi próbują swoich sił w kinie, to zazwyczaj kończy się to spektakularną wpadką albo co najwyżej niezła produkcja. Do tej grupy można uznać film Matthew Weinera, twórcy „Mad Men”. reklamowana jako komedia, „Duet…” to historia dwóch ludzi postawionych zmuszonych do przewartościowania swojego życia – pustego, jałowego, wzięcia na siebie odpowiedzialności za siebie oraz swój los. Owszem, czasami jest to okraszone humorem (podglądanie zza okna czy schizy Bena), jednak takich zabawnych momentów jest zaledwie kilka. Także przy okazji obserwujemy rodzinę Bena, ze szczególnym uwzględnieniem złośliwej siostry starającej się o dziecko oraz bardzo młodej i atrakcyjnej żony nieboszczyka, posądzanej o chciwość. Te relacje są kluczem do całości, jednak wątek ten zostaje mocno spłycony i potraktowany po macoszemu, a wnioski mocno skręcają w stronę banału. Szkoda, bo można było wycisnąć z tego więcej, a miejscami robi się dość nudno.

zolte_papiery2

Pewną siłą są aktorzy, którzy całkiem nieźle sobie radzą. Owen Wilson nie zgrywa kretyna, a Zach Gallifianakis (jego widok bez brody może zszokować) choć grający lekko szalonego człowieka mocno odcina się od swojego emploi z „Kac Vegas”. Wdzięczne są też Amy Poehler (siostra Bena, Terri) oraz apetyczna (pod warunkiem, ze nosi prześwitującą biała suknię) Laura Ramsey (Angela).

zolte_papiery3

Chyba na jakiś czas odpuszczę sobie tragikomedie czy filmy obyczajowe, bo ostatnio zaczęły się robić zbyt podobne do siebie. Także film Weinera niczym specjalnym się nie wyróżnia.

6/10

Radosław Ostrowski

Razem czy osobno?

Owen Little robi wszystko, by się nie dać polubić. Wszystko się zaczęło, odkąd zmarła jego żona. Unika ludzi, bywa złośliwy i nieprzyjemny, także wobec swoich sąsiadów oraz swoich klientów, którym sprzedaje domy. I w zasadzie tak trwałaby cała sytuacja, gdyby nie jego syn. Ponieważ idzie do więzienia, nie ma z kim zostawić swojej córki.

razem_czy_nie1

Dalszy ciąg możecie sobie dopowiedzieć, bo film Roba Reinera niczym nie zaskakuje i nie odkrywa Ameryki. Bo jest to kolejna historia o zgorzkniałym facecie, który okazuje się być kimś innym niż się wydaje. Nawet wtórność nie jest wcale największym problemem, bo takie słodko-gorzkie opowieści można zawsze wybronić (patrz: „Mów mi Vincent”), ale sam humor jest dość prosty i czasami bardzo niskich lotów (pies „tańczący” z pluszowym misiem). Poza tym, wszystkie postacie są dość prosto nakreślone i są mało wyraziste (poza piosenkarką Leą), stając się w zasadzie tylko tłem, niemal zbędną dekoracją dla Owena. Czegoś mi tutaj zabrakło, a wszelkie problemy wydają się tak łatwe do rozwiązania, że głowa mała. Reiner chyba ostatnio zniżył formę.

razem_czy_nie2

Szkoda zarówno Michaela Douglasa (Owen) i Diane Keateon (Leah), którzy radzą sobie naprawdę dobrze, ale stać ich po prostu na więcej. Tylko scenarzysta im nie pozwala rozwinąć skrzydeł. Obejrzeć w zasadzie można, bo to w zasadzie bardzo sympatyczny film. Dla mnie to chyba troszkę za mało.

razem_czy_nie3

6/10

Radosław Ostrowski

Porwanie Michela Houellebecqa

Francuski pisarz Michele Houellebecq to jedna z barwniejszych postaci europejskiej kultury, znana z bardzo wyrazistych poglądów (bardzo kocham islam i dlatego nazwał go „najgłupszą religią świata”).  W 2011 roku promował swoją najnowszą powieść „Mapy i terytorium” i nagle… zniknął. Pojawiły się różne hipotezy – a to zabrało go UFO, a to, że z miłości do islamu sprawę w swoje ręce wzięła Al-Kaida. Ale autor się znalazł i o sprawie zapomniano. Jednak pewien francuski reżyser Guillaime Nicloux postanowił opowiedzieć o tych dniach.

houellebecq1

Sam film jest mocno stylizowany na dokument, ale nie jest to w żadnym wypadku dokument ani rekonstrukcja wydarzeń. To po prostu dziwna historia o trzech kolesiach (braciach), którzy postanowili porwać Houellebecqa. Oczekiwanie na okup przypomina troszkę „Czekanie na Godota”, bo nie wiadomo kto miałby zapłacić. Ale samo czekanie przepełnione jest… rozmowami. O wszystkim, o literaturze, o alkoholach, o walkach mieszanych, o Unii Europejskiej czy nawet o Polsce. Sam pisarz jest traktowany dość łagodnie i ze sporą swobodą. Może sobie zapalić, wypić alkohol, a nawet sprowadzona mu zostaje prostytutka. Takiego porwania nie powstydziłby się sam Monty Python.  Im dalej, tym wszystko staje się niemal absurdalne, że to poczucie humoru nie dla wszystkich będzie jasne i czytelne.

houellebecq2

Sam Houellebecq w roli Houellebecqa radzi sobie bardzo dobrze. Wydaje się troszkę chimerycznym i cherlawym facetem o sporej inteligencji. Sama mimika mówi, że musiał się chyba naprawdę dobrze bawić się podczas realizacji tego przedsięwzięcia. Pozostali aktorzy też radzą sobie naprawdę świetnie, jednak są tylko dodatkiem dla pisarza.

houellebecq3

Bardzo specyficzne kino, gdzie powaga miesza się z absurdem. To jest bardzo dziwne porwanie i dlatego szybko nie zapomnę o tym filmie.

7/10

Radosław Ostrowski

Mów mi Vincent

Vincent jest wyjątkowo antypatycznym typem – pijus, hazardzista, korzysta też z usług ciężarnej prostytutki i ma w mieszkaniu – jak to śpiewał zespół T.Love – „szarmandzki syf”. I jego dość spokojne i monotonne życie zmienia się pod wpływem nowych sąsiadów, który na dzień dobry rozwalili mu auto oraz urwali gałąź z drzewa. Ci goście to samotna matka Maggie z synem Oliverem.

sw_wincenty1

W zasadzie dalsze opowiadanie nie ma sensu, bo wiemy jak to się skończy. Reżyser Theodore Melfi jest świadomy, ze korzysta z ogranych klisz. Mamy zgryźliwego tetryka, młodego chłopaka stającego się uczniem tetryka, sympatyczną prostytutkę, nieprzyjemnego bukmachera oraz katechetę jajcarza. Widziałem to parokrotnie, ale reżyser powagę miesza z humorem nie pozbawionym złośliwości oraz ironii. jednak tak naprawdę jest to opowieść o przyjaźni oraz samotności. Prawda jest taka, że każdy z nas jest większym lub mniejszym egocentrykiem, tylko że nie umiemy się przyznać do tego. Finał jest znany, ale po drodze poznamy kilka niezłych żartów, uważnej refleksji na temat natury ludzkiej oraz przeżyjemy udar. A po drodze dostaniemy jeszcze świetny soundtrack, lekcję bijatyki, oszukiwania oraz… bycia człowiekiem. Może troszkę zakończenie jest lukrowane (nie pozbawione jednak humoru), ale i tak przyjemnie się to ogląda.

sw_wincenty2

I powiem to wprost: to jest one man show Billa Murraya. Może i grał już ten typ postaci (ironicznego zgreda), ale jak każda tego typu postać skrywa w sobie pewien ból oraz wrażliwość schowaną pod maską cynika. Cała reszta obsady, choćby nie wiem jak by się starała (a stara się bardzo), jest tak naprawdę tylko dekoracją dla niezmordowanego Murraya. Ale trzeba pochwalić zarówno Jaredena Lieberhera (Oliver), który ma silną chemię z Murrayem, troszkę poważniejszą Melissę McCarthy (matka Olivera) oraz mówiącą rosyjskim akcentem Naomi Watts (prostytutka Daka).

Słodko-gorzkie kino o zwykłych ludziach – tego typu produkcje nadal dobrze się bronią. Naprawdę udane kino o św. Wincentym.

7/10

Radosław Ostrowski

Birdman

Riggan Johnson kiedyś to był aktorem, którego wszyscy znali. Jeszcze dwadzieścia parę lat temu był bardzo popularnym aktorem, dzięki roli niejakiego Birdmana – człowieka-ptaka. Ale to przeszłość. dwadzieścia parę lat, jeden rozwód i kilka milionów dolarów później facet jest nikim – duchem przeszłości, który marzy o coś więcej. Dlatego postanawia sam wystawić, zagrać i wyreżyserować sztukę Raymonda Carvera – wydaje się to takie proste, prawda?

birdman1

Alejandro Gonzales Inarritu jeszcze parę lat temu można było porównać do Krzysztofa Kieślowskiego. W końcu dostał propozycję zrobienia filmu w kraju zwanym Hollywoodem – miejscu, gdzie można zrobić karierę, pod warunkiem pójścia na ustępstwa. Chyba że jest się kompletnym świrem i wariatem. Niby temat niespełnienia artystycznego, walki ze swoim wizerunkiem oraz próbą udowodnienia, że jest się kimś innym – to wszystko już było, ale jeszcze nie w takim wydaniu. Jest to totalnie surrealistyczna i bardzo pokręcona tragikomedia, gdzie czasami dzieją się rzeczy nie do końca zgodnie z rzeczywistością (lot Riggana na miasto, który tak naprawdę był… kursem taksówką), ale dając też wiele do myślenia nad mechanizmami szołbiznesu. Szokuje tutaj precyzyjna realizacja – Inarritu wspólnie z operatorem Emmanuelem Lubezkim oraz montażystami (Stephen Mirrione oraz Douglas Crise) wykonują nieprawdopodobną robotę, jakbym mieli wrażenie „płynności” całej fabuły, kręconej niby jednym ciągłym ujęciem (oraz obowiązkową zielenią). Jednak ta operatorska sztuczka połączona z perkusyjną muzyka potęguje tylko dziwaczny klimat, w którym próbujemy wejść w psychikę głównego bohatera, gdzie fikcja z rzeczywistością tworzą tutaj nierozerwalną całość.

birdman2

Kim jest Riggan? W interpretacji Michaela Keatona jest postacią żyjącą na krawędzi niemal psychicznego wyniszczenia oraz wypalenia. Sprawia tylko wrażenie człowieka przekonanego o swojej ścieżce, którą teraz kieruje. Ale tak naprawdę to maska, zresztą jedna z wielu. Ambitnego twórcy, niespełnionego aktora próbującego „wyrwać” się z dawno określonego wizerunku superherosa (wyznaczającego współczesne trendy, lecz niedocenionego), ale nie potrafiącego odnaleźć się w świecie współczesnych mediów (rozmowa z krytykiem teatralnym Tabithą czy dyskusje, gdzie przewija się Twitter i Facebook), korci go, by jeszcze raz nałożyć strój Birdmana (aluzje z Batmanem chyba nie są przypadkowe, a może są – sam nie wiem) oraz małostkowego skurwiela, dbającego bardziej o swoją reputację i nieudolnie próbującego nawiązać relacje ze swoją rozbitą rodziną. Keaton bywa tutaj i poważny, i śmieszny, i żałosny, ale do samego końca pozostaje człowiekiem. Choć zawłaszcza ekran całym sobą (kwestie ze sztuki, które wypowiada Riggan na scenie nie wydają mi się zbiegiem okoliczności), to ma paru godnych sekundantów.

birdman3

Kimś takim jest wracający po pewnej przerwie (ale zawsze będący w formie) Edward Norton. Jego Mike bywa kapryśny i lepiej się odnajduje w obecnej rzeczywistości, jednak jak sam mówi: „Tylko na scenie jestem autentyczny” i gra to niemal z poświęceniem, czasem wręcz przesadnym. Nie można też nie wspomnieć o Emmie Stone, która chyba zagrała najciekawsza kreację w swojej karierze. Wracająca z odwyku córka Riggana Sam, wymagająca opieki, krucha i pogubiona dziewczyna zapadła mi mocno w pamięć (nie tylko przez swoje duże oczy), podobnie jak bardziej poważny Zach Galifianakis (nieunikający manipulacji producent Jake) oraz Naomi Watts pokazująca niepewność swojej postaci – aktorki Lesley.

birdman4

„Birdman” chyba wydaje się być czymś więcej niż tylko próbą rozliczenia Michaela Keatona z samym sobą oraz próbą powrotu do glorii i chwały. To także tour de force Inarritu pokazujące nieobliczalność Meksykanina, będące trafna satyrą na szołbiznes i sztukę w ogóle. Zgniecie was albo odrzuci – innego wyjścia nie ma. Zgadnijcie, po czyjej stronie jestem ja?

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Zgaga

Rachel Samsted jest samotną kobietą, piszącą felietony do gazety w Nowym Jorku. Podczas ślubu (i wesela) przypadkowo poznaje dziennikarza Marka Formana z Waszyngtonu. Po dość szybkiej znajomości, para decyduje się pobrać. Kupują mieszkanie, które trzeba wyremontować, przychodzi na świat dziecko. I wtedy kobieta odkrywa, że mężuś nie jest do końca jej wierny.

zgaga1

Kino obyczajowe jest dość trudnym gatunkiem, gdyż takich opowieści znamy tysiące, a nawet i więcej. Pytanie więc, co nowego może opowiedzieć Mike Nichols o zdradzie, miłości i małżeństwie? Ona dba o dom, o dzieci, chce być kochana, a on jest niewierny i nie potrafi z tym zerwać. Historia bazuje na związku Nory Epfron (scenarzystki filmu) z dziennikarzem Carlem Bernsteinem, co może dodawać pewnego smaczku. Ale całość jest naprawdę gorzka i, niestety mało zaskakująca. Powiedziałbym nawet, że jest przewidywalna. Nie brakuje tutaj zabawnych scen (wspólne śpiewanie małżonków w trakcie jedzenia pizzy czy rozmowy z ojcem), a kilka ujęć, kręconych głównie zza pleców postaci potrafi przykuć uwagę, jednak nie wybija się to specjalnie powyżej przeciętnej. Należy pochwalić za unikanie sentymentalizmu czy kiczowatości, ale odbija się to kosztem emocjonalnego odbioru. Wszystko to przypomina koszmar feministki, a stwierdzenie, że mężczyzna jest niewolnikiem swojego popędu jest pewną oczywistością („Chcesz monogamii, poślub łabędzia” – radzi ojciec bohaterki).

zgaga2

Sytuację bronią znów aktorzy, do których Nichols ma dobrą rękę. Nie można się rozczarować Meryl Streep, która trzyma fason. Jest zarówno delikatna, zakochana, po przejściach, ale wobec uczuć jest bezsilna i bezradna. Próbuje trzymac się twardo, choć nie jest to takie łatwe. Partneruje jej uroczy Jack Nicholson ze swoim świętoszkowatym wyrazem twarzy. Ich emocje są grane na półtonach, delikatnie, czasem za pomocą dialogu. Drugi plan też jest interesujący (Stockard Channing i Richard Masur jako małżeństwo, przyjaciele znający Marka, Milos Forman, Jeff Daniels czy epizod Kevina Spaceya jako złodzieja), choć jest tylko dodatkiem.

„Zgaga” niczym nowym nie zaskakuje na temat związków i nie angażuje tak jak produkcje Woody’ego Allena, który potrafił o tym opowiadać godzinami. Nichols nie ma takiego ognia, takich dialogów, niemniej wyszedł przyzwoity film.  Jednak po cichu liczyłem na więcej. 

6,5/10

Radosław Ostrowski

Porozmawiajmy o kobietach

Relacje damsko-męskie przyciągają filmów właściwie odkąd na świecie pojawiła się kobieta i mężczyzna. Tym razem poznamy historię pewnej dziwnej przyjaźni dwóch facetów, których różni wiele, ale rozmawiają o tym samym – kobietach, jakich pragną, szukają i chcieliby kochać. Jonathan i Sandy to przyjaciele, którzy poznali się na studiach. Pierwszy jest bardziej bezpośredni i szukający przygód erotycznych, drugi jest troszkę nieśmiałym, niedoświadczonym, wrażliwym chłopcem. Cała opowieść zaczyna się w momencie, gdy obaj zakochują się w tej samej dziewczynie – Susan.

porozmawiajmy1

Pozornie film Mike’a Nicholsa wydaje się przede wszystkim gadaniną o kobietach i (czasami) z kobietami, gdzie relacje między nimi zmieniają się jak w kalejdoskopie. Reżyser opowiada o wszystkim na przełomie 20 lat zaczynając od studiów a kończąc na zbliżającym się wieku średnim. Jacy są mężczyźni w ujęciu Nicholsa? Kierowani są instynktem oraz pożądaniem, choć droga do erotycznego spełnienia u każdego jest inna – jeden poszukuję erotycznej perfekcji, drugi akceptacji. Prawdą jest, ze panowie są na pierwszym planie, ale nie oznacza to, że kobiety są zredukowane jedynie do postaci spełniania erotycznych pragnień. Są tez postaciami z krwi i kości, które też szukają miłości, akceptacji, niektóre nawet są w stanie spełnić zachcianki, a niektóre dialogi dają naprawdę do myślenia (rozmowy niczym szyfry czy wchodzenie w kolejne etapy relacji) i jest parę mocnych emocjonalnie scen (rozmowa Jonathana przez telefon czy kłótnia w sprawie propozycji małżeństwa).

porozmawiajmy2

Można się czepiać, że tempo jest dość powolne, a same sceny zbliżenia wyglądają dość niewinnie i archaicznie. Jednak czasami kamera podążą za bohaterami, muzyka współgra z ekranem i kilka pomysłów nadal intryguje (film Jonathana opisujący jego dziewczyny czy gra w tenisa, którą tylko słyszymy) i mimo ponad 40 lat na karku trzyma poziom.

W dodatku jest to naprawdę bardzo dobrze zagrane. Trzeba być naprawdę ślepym, by nie zauważyć Jacka Nicholsona świetnie sprawdzającego się w roli Jonathana – pewnego siebie, odrobinę cynicznego faceta, który za wszelka cenę chcę uniknąć skrzywdzenia. Dlatego tak ostro reaguje na propozycję małżeństwa i nie wchodzi w specjalnie głębokie relacje z kobietami, skupiając się na seksie. Sandy (zaskakujący Art Garfunkel, który już grał u Nicholsa w “Paragrafie 22”) to jego kompletne przeciwieństwo – pozbawiony doświadczenia, ale jeśli pojawiają się pewne okoliczności, potrafi je wykorzystać (relacje z Susan). Jednak ich przyjaźń budowana jest na rywalizacji oraz protekcjonalności (propozycja wymiany partnerkami czy „danie w prezencie” dziewczyny widzianej po raz pierwszy). Z kolei z pan najbardziej zapadają w pamięć dwie role i obie bardzo przyciągające: Candice Bergen (partnerka Sandy’ego, Susan) oraz Ann-Margret (apetyczna Robbie, która związała się z Jonathanem).

porozmawiajmy3

Cóż, rozmowy damsko-męskie czasami dotykają spraw ważnych i poważnych, a Nichols okazuje się być uważnym obserwatorem ludzkich zachowań. Niegłupie kino obyczajowe z mocną obsadą i kilku dialogami wartymi uwagi.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Paragraf 22

Rok 1944. Na włoskiej wysepce Pianosa stacjonuje amerykańska baza lotnicza. I w tym miejscu znajduje się kapitan Yossarian, który chce wyrwać się stąd. Zwłaszcza, że liczbę obowiązkowych lotów już zaliczył dawno, ale dowódca pułkownik Cathcart ciągle liczbę zwiększa. Jednak nie jest to jedyna przyczyna.

paragraf22_1

Czarna komedia napisana przez Josepha Hellera w 1962 roku była pierwszą powieścią, która obalała mit dzielnego amerykańskiego wojaka i drwiła z militarnej biurokracji. I tym tropem podążył reżyser Mike Nichols, który tym filmem –  razem z „MASH” Roberta Altmana przedstawił wojnę w zupełnie inny sposób, podkreślając absurdy oraz jej bezsens. Po co walczyć z wrogiem, kiedy twoi przełożeni robią wszystko, żeby cię zabić? Nie chodzi tu o przeprowadzanie nadliczbowych lotów czy bezsensowych ataków (próba zniszczenia miasta, gdzie ma Niemców kończy się… zaatakowaniem oceanu, za co nasi żołnierze otrzymają medale), ale i potężną mechanikę biurokracji, wobec której inni ludzie są kompletnie bezradni. Próby zwolnienia się z powodu uznania za wariata (tytułowy paragraf 22) kończą się klęską, a dowódcy bardziej dbają o swoje prywatne interesy, są niekompetentni (przymusowo awansowany major Major, który przyjmuje wtedy, kiedy go nie ma) niż życie swoich podwładnych. Najdobitniej widać to w scenie, gdy Amerykanie bombardują swoją własną bazę… by sprzedać nadmiar bawełny. W ogóle działania syndykatu porucznika Milo Minderbendera wywołują największa mieszankę śmiechu (przynajmniej na początku) i grozy (pod sam koniec).

 

paragraf22_2

Reżyser trzyma mocno rękę na pulsie, łamie chronologię, scenariusz jest solidny, humor miejscami naprawdę smolisty (zabicie fotografa… śmigłem od samolotu), przedstawiający świat, w którym zdrowy rozsądek jest szaleństwem, a szaleństwo normalnością. W dodatku cała obsada sprawdza się znakomicie z Alanem Arkinem (Yossarian!!!) na czele. Postacie są wyraziste i pełnokrwiste jak cwany i obrotny Minderberder (wyborny Jon Voight), który handluje wszystkim (spadochron też zwinie w zamian za jedwab), sadystyczny generał Dreedle (sam Orson Welles), który za nieposłuszeństwo wszystkim by zastrzelił, trochę ciapowaty kapelan Tappman (Anthony Perkins w nietypowym wydaniu – czytaj nie z „Psychozy”) czy kretyński pułkownik Cathcart (Martin Balsan w mroczniejszym wydaniu), który tylko podkręca liczbę lotów i dla niego ważniejsza jest dobra reputacja.

paragraf22_3

Film wywołuje śmiech, ale jest humor podszyty grozą i przerażeniem. Dla wielu taka dawka absurdu może być ciężkostrawna, jednak taka jest właśnie wojna. Nawet jeśli jest pokazywana w krzywym zwierciadle. Mimo lat ma moc.

7,5/10

Radosław Ostrowski