Razem czy osobno?

Owen Little robi wszystko, by się nie dać polubić. Wszystko się zaczęło, odkąd zmarła jego żona. Unika ludzi, bywa złośliwy i nieprzyjemny, także wobec swoich sąsiadów oraz swoich klientów, którym sprzedaje domy. I w zasadzie tak trwałaby cała sytuacja, gdyby nie jego syn. Ponieważ idzie do więzienia, nie ma z kim zostawić swojej córki.

razem_czy_nie1

Dalszy ciąg możecie sobie dopowiedzieć, bo film Roba Reinera niczym nie zaskakuje i nie odkrywa Ameryki. Bo jest to kolejna historia o zgorzkniałym facecie, który okazuje się być kimś innym niż się wydaje. Nawet wtórność nie jest wcale największym problemem, bo takie słodko-gorzkie opowieści można zawsze wybronić (patrz: „Mów mi Vincent”), ale sam humor jest dość prosty i czasami bardzo niskich lotów (pies „tańczący” z pluszowym misiem). Poza tym, wszystkie postacie są dość prosto nakreślone i są mało wyraziste (poza piosenkarką Leą), stając się w zasadzie tylko tłem, niemal zbędną dekoracją dla Owena. Czegoś mi tutaj zabrakło, a wszelkie problemy wydają się tak łatwe do rozwiązania, że głowa mała. Reiner chyba ostatnio zniżył formę.

razem_czy_nie2

Szkoda zarówno Michaela Douglasa (Owen) i Diane Keateon (Leah), którzy radzą sobie naprawdę dobrze, ale stać ich po prostu na więcej. Tylko scenarzysta im nie pozwala rozwinąć skrzydeł. Obejrzeć w zasadzie można, bo to w zasadzie bardzo sympatyczny film. Dla mnie to chyba troszkę za mało.

razem_czy_nie3

6/10

Radosław Ostrowski

Porwanie Michela Houellebecqa

Francuski pisarz Michele Houellebecq to jedna z barwniejszych postaci europejskiej kultury, znana z bardzo wyrazistych poglądów (bardzo kocham islam i dlatego nazwał go „najgłupszą religią świata”).  W 2011 roku promował swoją najnowszą powieść „Mapy i terytorium” i nagle… zniknął. Pojawiły się różne hipotezy – a to zabrało go UFO, a to, że z miłości do islamu sprawę w swoje ręce wzięła Al-Kaida. Ale autor się znalazł i o sprawie zapomniano. Jednak pewien francuski reżyser Guillaime Nicloux postanowił opowiedzieć o tych dniach.

houellebecq1

Sam film jest mocno stylizowany na dokument, ale nie jest to w żadnym wypadku dokument ani rekonstrukcja wydarzeń. To po prostu dziwna historia o trzech kolesiach (braciach), którzy postanowili porwać Houellebecqa. Oczekiwanie na okup przypomina troszkę „Czekanie na Godota”, bo nie wiadomo kto miałby zapłacić. Ale samo czekanie przepełnione jest… rozmowami. O wszystkim, o literaturze, o alkoholach, o walkach mieszanych, o Unii Europejskiej czy nawet o Polsce. Sam pisarz jest traktowany dość łagodnie i ze sporą swobodą. Może sobie zapalić, wypić alkohol, a nawet sprowadzona mu zostaje prostytutka. Takiego porwania nie powstydziłby się sam Monty Python.  Im dalej, tym wszystko staje się niemal absurdalne, że to poczucie humoru nie dla wszystkich będzie jasne i czytelne.

houellebecq2

Sam Houellebecq w roli Houellebecqa radzi sobie bardzo dobrze. Wydaje się troszkę chimerycznym i cherlawym facetem o sporej inteligencji. Sama mimika mówi, że musiał się chyba naprawdę dobrze bawić się podczas realizacji tego przedsięwzięcia. Pozostali aktorzy też radzą sobie naprawdę świetnie, jednak są tylko dodatkiem dla pisarza.

houellebecq3

Bardzo specyficzne kino, gdzie powaga miesza się z absurdem. To jest bardzo dziwne porwanie i dlatego szybko nie zapomnę o tym filmie.

7/10

Radosław Ostrowski

Mów mi Vincent

Vincent jest wyjątkowo antypatycznym typem – pijus, hazardzista, korzysta też z usług ciężarnej prostytutki i ma w mieszkaniu – jak to śpiewał zespół T.Love – „szarmandzki syf”. I jego dość spokojne i monotonne życie zmienia się pod wpływem nowych sąsiadów, który na dzień dobry rozwalili mu auto oraz urwali gałąź z drzewa. Ci goście to samotna matka Maggie z synem Oliverem.

sw_wincenty1

W zasadzie dalsze opowiadanie nie ma sensu, bo wiemy jak to się skończy. Reżyser Theodore Melfi jest świadomy, ze korzysta z ogranych klisz. Mamy zgryźliwego tetryka, młodego chłopaka stającego się uczniem tetryka, sympatyczną prostytutkę, nieprzyjemnego bukmachera oraz katechetę jajcarza. Widziałem to parokrotnie, ale reżyser powagę miesza z humorem nie pozbawionym złośliwości oraz ironii. jednak tak naprawdę jest to opowieść o przyjaźni oraz samotności. Prawda jest taka, że każdy z nas jest większym lub mniejszym egocentrykiem, tylko że nie umiemy się przyznać do tego. Finał jest znany, ale po drodze poznamy kilka niezłych żartów, uważnej refleksji na temat natury ludzkiej oraz przeżyjemy udar. A po drodze dostaniemy jeszcze świetny soundtrack, lekcję bijatyki, oszukiwania oraz… bycia człowiekiem. Może troszkę zakończenie jest lukrowane (nie pozbawione jednak humoru), ale i tak przyjemnie się to ogląda.

sw_wincenty2

I powiem to wprost: to jest one man show Billa Murraya. Może i grał już ten typ postaci (ironicznego zgreda), ale jak każda tego typu postać skrywa w sobie pewien ból oraz wrażliwość schowaną pod maską cynika. Cała reszta obsady, choćby nie wiem jak by się starała (a stara się bardzo), jest tak naprawdę tylko dekoracją dla niezmordowanego Murraya. Ale trzeba pochwalić zarówno Jaredena Lieberhera (Oliver), który ma silną chemię z Murrayem, troszkę poważniejszą Melissę McCarthy (matka Olivera) oraz mówiącą rosyjskim akcentem Naomi Watts (prostytutka Daka).

Słodko-gorzkie kino o zwykłych ludziach – tego typu produkcje nadal dobrze się bronią. Naprawdę udane kino o św. Wincentym.

7/10

Radosław Ostrowski

Birdman

Riggan Johnson kiedyś to był aktorem, którego wszyscy znali. Jeszcze dwadzieścia parę lat temu był bardzo popularnym aktorem, dzięki roli niejakiego Birdmana – człowieka-ptaka. Ale to przeszłość. dwadzieścia parę lat, jeden rozwód i kilka milionów dolarów później facet jest nikim – duchem przeszłości, który marzy o coś więcej. Dlatego postanawia sam wystawić, zagrać i wyreżyserować sztukę Raymonda Carvera – wydaje się to takie proste, prawda?

birdman1

Alejandro Gonzales Inarritu jeszcze parę lat temu można było porównać do Krzysztofa Kieślowskiego. W końcu dostał propozycję zrobienia filmu w kraju zwanym Hollywoodem – miejscu, gdzie można zrobić karierę, pod warunkiem pójścia na ustępstwa. Chyba że jest się kompletnym świrem i wariatem. Niby temat niespełnienia artystycznego, walki ze swoim wizerunkiem oraz próbą udowodnienia, że jest się kimś innym – to wszystko już było, ale jeszcze nie w takim wydaniu. Jest to totalnie surrealistyczna i bardzo pokręcona tragikomedia, gdzie czasami dzieją się rzeczy nie do końca zgodnie z rzeczywistością (lot Riggana na miasto, który tak naprawdę był… kursem taksówką), ale dając też wiele do myślenia nad mechanizmami szołbiznesu. Szokuje tutaj precyzyjna realizacja – Inarritu wspólnie z operatorem Emmanuelem Lubezkim oraz montażystami (Stephen Mirrione oraz Douglas Crise) wykonują nieprawdopodobną robotę, jakbym mieli wrażenie „płynności” całej fabuły, kręconej niby jednym ciągłym ujęciem (oraz obowiązkową zielenią). Jednak ta operatorska sztuczka połączona z perkusyjną muzyka potęguje tylko dziwaczny klimat, w którym próbujemy wejść w psychikę głównego bohatera, gdzie fikcja z rzeczywistością tworzą tutaj nierozerwalną całość.

birdman2

Kim jest Riggan? W interpretacji Michaela Keatona jest postacią żyjącą na krawędzi niemal psychicznego wyniszczenia oraz wypalenia. Sprawia tylko wrażenie człowieka przekonanego o swojej ścieżce, którą teraz kieruje. Ale tak naprawdę to maska, zresztą jedna z wielu. Ambitnego twórcy, niespełnionego aktora próbującego „wyrwać” się z dawno określonego wizerunku superherosa (wyznaczającego współczesne trendy, lecz niedocenionego), ale nie potrafiącego odnaleźć się w świecie współczesnych mediów (rozmowa z krytykiem teatralnym Tabithą czy dyskusje, gdzie przewija się Twitter i Facebook), korci go, by jeszcze raz nałożyć strój Birdmana (aluzje z Batmanem chyba nie są przypadkowe, a może są – sam nie wiem) oraz małostkowego skurwiela, dbającego bardziej o swoją reputację i nieudolnie próbującego nawiązać relacje ze swoją rozbitą rodziną. Keaton bywa tutaj i poważny, i śmieszny, i żałosny, ale do samego końca pozostaje człowiekiem. Choć zawłaszcza ekran całym sobą (kwestie ze sztuki, które wypowiada Riggan na scenie nie wydają mi się zbiegiem okoliczności), to ma paru godnych sekundantów.

birdman3

Kimś takim jest wracający po pewnej przerwie (ale zawsze będący w formie) Edward Norton. Jego Mike bywa kapryśny i lepiej się odnajduje w obecnej rzeczywistości, jednak jak sam mówi: „Tylko na scenie jestem autentyczny” i gra to niemal z poświęceniem, czasem wręcz przesadnym. Nie można też nie wspomnieć o Emmie Stone, która chyba zagrała najciekawsza kreację w swojej karierze. Wracająca z odwyku córka Riggana Sam, wymagająca opieki, krucha i pogubiona dziewczyna zapadła mi mocno w pamięć (nie tylko przez swoje duże oczy), podobnie jak bardziej poważny Zach Galifianakis (nieunikający manipulacji producent Jake) oraz Naomi Watts pokazująca niepewność swojej postaci – aktorki Lesley.

birdman4

„Birdman” chyba wydaje się być czymś więcej niż tylko próbą rozliczenia Michaela Keatona z samym sobą oraz próbą powrotu do glorii i chwały. To także tour de force Inarritu pokazujące nieobliczalność Meksykanina, będące trafna satyrą na szołbiznes i sztukę w ogóle. Zgniecie was albo odrzuci – innego wyjścia nie ma. Zgadnijcie, po czyjej stronie jestem ja?

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Zgaga

Rachel Samsted jest samotną kobietą, piszącą felietony do gazety w Nowym Jorku. Podczas ślubu (i wesela) przypadkowo poznaje dziennikarza Marka Formana z Waszyngtonu. Po dość szybkiej znajomości, para decyduje się pobrać. Kupują mieszkanie, które trzeba wyremontować, przychodzi na świat dziecko. I wtedy kobieta odkrywa, że mężuś nie jest do końca jej wierny.

zgaga1

Kino obyczajowe jest dość trudnym gatunkiem, gdyż takich opowieści znamy tysiące, a nawet i więcej. Pytanie więc, co nowego może opowiedzieć Mike Nichols o zdradzie, miłości i małżeństwie? Ona dba o dom, o dzieci, chce być kochana, a on jest niewierny i nie potrafi z tym zerwać. Historia bazuje na związku Nory Epfron (scenarzystki filmu) z dziennikarzem Carlem Bernsteinem, co może dodawać pewnego smaczku. Ale całość jest naprawdę gorzka i, niestety mało zaskakująca. Powiedziałbym nawet, że jest przewidywalna. Nie brakuje tutaj zabawnych scen (wspólne śpiewanie małżonków w trakcie jedzenia pizzy czy rozmowy z ojcem), a kilka ujęć, kręconych głównie zza pleców postaci potrafi przykuć uwagę, jednak nie wybija się to specjalnie powyżej przeciętnej. Należy pochwalić za unikanie sentymentalizmu czy kiczowatości, ale odbija się to kosztem emocjonalnego odbioru. Wszystko to przypomina koszmar feministki, a stwierdzenie, że mężczyzna jest niewolnikiem swojego popędu jest pewną oczywistością („Chcesz monogamii, poślub łabędzia” – radzi ojciec bohaterki).

zgaga2

Sytuację bronią znów aktorzy, do których Nichols ma dobrą rękę. Nie można się rozczarować Meryl Streep, która trzyma fason. Jest zarówno delikatna, zakochana, po przejściach, ale wobec uczuć jest bezsilna i bezradna. Próbuje trzymac się twardo, choć nie jest to takie łatwe. Partneruje jej uroczy Jack Nicholson ze swoim świętoszkowatym wyrazem twarzy. Ich emocje są grane na półtonach, delikatnie, czasem za pomocą dialogu. Drugi plan też jest interesujący (Stockard Channing i Richard Masur jako małżeństwo, przyjaciele znający Marka, Milos Forman, Jeff Daniels czy epizod Kevina Spaceya jako złodzieja), choć jest tylko dodatkiem.

„Zgaga” niczym nowym nie zaskakuje na temat związków i nie angażuje tak jak produkcje Woody’ego Allena, który potrafił o tym opowiadać godzinami. Nichols nie ma takiego ognia, takich dialogów, niemniej wyszedł przyzwoity film.  Jednak po cichu liczyłem na więcej. 

6,5/10

Radosław Ostrowski

Porozmawiajmy o kobietach

Relacje damsko-męskie przyciągają filmów właściwie odkąd na świecie pojawiła się kobieta i mężczyzna. Tym razem poznamy historię pewnej dziwnej przyjaźni dwóch facetów, których różni wiele, ale rozmawiają o tym samym – kobietach, jakich pragną, szukają i chcieliby kochać. Jonathan i Sandy to przyjaciele, którzy poznali się na studiach. Pierwszy jest bardziej bezpośredni i szukający przygód erotycznych, drugi jest troszkę nieśmiałym, niedoświadczonym, wrażliwym chłopcem. Cała opowieść zaczyna się w momencie, gdy obaj zakochują się w tej samej dziewczynie – Susan.

porozmawiajmy1

Pozornie film Mike’a Nicholsa wydaje się przede wszystkim gadaniną o kobietach i (czasami) z kobietami, gdzie relacje między nimi zmieniają się jak w kalejdoskopie. Reżyser opowiada o wszystkim na przełomie 20 lat zaczynając od studiów a kończąc na zbliżającym się wieku średnim. Jacy są mężczyźni w ujęciu Nicholsa? Kierowani są instynktem oraz pożądaniem, choć droga do erotycznego spełnienia u każdego jest inna – jeden poszukuję erotycznej perfekcji, drugi akceptacji. Prawdą jest, ze panowie są na pierwszym planie, ale nie oznacza to, że kobiety są zredukowane jedynie do postaci spełniania erotycznych pragnień. Są tez postaciami z krwi i kości, które też szukają miłości, akceptacji, niektóre nawet są w stanie spełnić zachcianki, a niektóre dialogi dają naprawdę do myślenia (rozmowy niczym szyfry czy wchodzenie w kolejne etapy relacji) i jest parę mocnych emocjonalnie scen (rozmowa Jonathana przez telefon czy kłótnia w sprawie propozycji małżeństwa).

porozmawiajmy2

Można się czepiać, że tempo jest dość powolne, a same sceny zbliżenia wyglądają dość niewinnie i archaicznie. Jednak czasami kamera podążą za bohaterami, muzyka współgra z ekranem i kilka pomysłów nadal intryguje (film Jonathana opisujący jego dziewczyny czy gra w tenisa, którą tylko słyszymy) i mimo ponad 40 lat na karku trzyma poziom.

W dodatku jest to naprawdę bardzo dobrze zagrane. Trzeba być naprawdę ślepym, by nie zauważyć Jacka Nicholsona świetnie sprawdzającego się w roli Jonathana – pewnego siebie, odrobinę cynicznego faceta, który za wszelka cenę chcę uniknąć skrzywdzenia. Dlatego tak ostro reaguje na propozycję małżeństwa i nie wchodzi w specjalnie głębokie relacje z kobietami, skupiając się na seksie. Sandy (zaskakujący Art Garfunkel, który już grał u Nicholsa w “Paragrafie 22”) to jego kompletne przeciwieństwo – pozbawiony doświadczenia, ale jeśli pojawiają się pewne okoliczności, potrafi je wykorzystać (relacje z Susan). Jednak ich przyjaźń budowana jest na rywalizacji oraz protekcjonalności (propozycja wymiany partnerkami czy „danie w prezencie” dziewczyny widzianej po raz pierwszy). Z kolei z pan najbardziej zapadają w pamięć dwie role i obie bardzo przyciągające: Candice Bergen (partnerka Sandy’ego, Susan) oraz Ann-Margret (apetyczna Robbie, która związała się z Jonathanem).

porozmawiajmy3

Cóż, rozmowy damsko-męskie czasami dotykają spraw ważnych i poważnych, a Nichols okazuje się być uważnym obserwatorem ludzkich zachowań. Niegłupie kino obyczajowe z mocną obsadą i kilku dialogami wartymi uwagi.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Paragraf 22

Rok 1944. Na włoskiej wysepce Pianosa stacjonuje amerykańska baza lotnicza. I w tym miejscu znajduje się kapitan Yossarian, który chce wyrwać się stąd. Zwłaszcza, że liczbę obowiązkowych lotów już zaliczył dawno, ale dowódca pułkownik Cathcart ciągle liczbę zwiększa. Jednak nie jest to jedyna przyczyna.

paragraf22_1

Czarna komedia napisana przez Josepha Hellera w 1962 roku była pierwszą powieścią, która obalała mit dzielnego amerykańskiego wojaka i drwiła z militarnej biurokracji. I tym tropem podążył reżyser Mike Nichols, który tym filmem –  razem z „MASH” Roberta Altmana przedstawił wojnę w zupełnie inny sposób, podkreślając absurdy oraz jej bezsens. Po co walczyć z wrogiem, kiedy twoi przełożeni robią wszystko, żeby cię zabić? Nie chodzi tu o przeprowadzanie nadliczbowych lotów czy bezsensowych ataków (próba zniszczenia miasta, gdzie ma Niemców kończy się… zaatakowaniem oceanu, za co nasi żołnierze otrzymają medale), ale i potężną mechanikę biurokracji, wobec której inni ludzie są kompletnie bezradni. Próby zwolnienia się z powodu uznania za wariata (tytułowy paragraf 22) kończą się klęską, a dowódcy bardziej dbają o swoje prywatne interesy, są niekompetentni (przymusowo awansowany major Major, który przyjmuje wtedy, kiedy go nie ma) niż życie swoich podwładnych. Najdobitniej widać to w scenie, gdy Amerykanie bombardują swoją własną bazę… by sprzedać nadmiar bawełny. W ogóle działania syndykatu porucznika Milo Minderbendera wywołują największa mieszankę śmiechu (przynajmniej na początku) i grozy (pod sam koniec).

 

paragraf22_2

Reżyser trzyma mocno rękę na pulsie, łamie chronologię, scenariusz jest solidny, humor miejscami naprawdę smolisty (zabicie fotografa… śmigłem od samolotu), przedstawiający świat, w którym zdrowy rozsądek jest szaleństwem, a szaleństwo normalnością. W dodatku cała obsada sprawdza się znakomicie z Alanem Arkinem (Yossarian!!!) na czele. Postacie są wyraziste i pełnokrwiste jak cwany i obrotny Minderberder (wyborny Jon Voight), który handluje wszystkim (spadochron też zwinie w zamian za jedwab), sadystyczny generał Dreedle (sam Orson Welles), który za nieposłuszeństwo wszystkim by zastrzelił, trochę ciapowaty kapelan Tappman (Anthony Perkins w nietypowym wydaniu – czytaj nie z „Psychozy”) czy kretyński pułkownik Cathcart (Martin Balsan w mroczniejszym wydaniu), który tylko podkręca liczbę lotów i dla niego ważniejsza jest dobra reputacja.

paragraf22_3

Film wywołuje śmiech, ale jest humor podszyty grozą i przerażeniem. Dla wielu taka dawka absurdu może być ciężkostrawna, jednak taka jest właśnie wojna. Nawet jeśli jest pokazywana w krzywym zwierciadle. Mimo lat ma moc.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Zacznijmy od nowa

Czasami zdarzają się takie filmy, których nikt się nie spodziewał. Prosta opowieść, która wydaje się bardzo schematyczna i mało zaskakująca, a jednak zostaje w pamięci na długo. Zaczęło się wszystko w jednej z knajp w Nowym Jorku. Ona – troszkę nieśmiała, zostaje namówiona przez kolegę, by zaśpiewała jeden utwór. On – zwolniony z pracy producent przyszedł się napić. Jednak usłyszał jej śpiew i postanowił, że wyprodukuje jej album. Co z tego spotkania może wyjść?

od_nowa1

Pozornie jest to kino obyczajowe jakie widziało się setki, a nawet tysiące razy. Jednak John Carney, twórca kultowego „Once” nie udaje, że odkrywa nieznane prawdy życiowe, tylko stawia na prostotę oraz emocje. A tych jest tutaj naprawdę sporo, zaś realizacja przypomina niezależne, skromne kino. Muzyka, tak jak w poprzednim filmie, odgrywa ona istotną rolę i jest siłą napędową tego filmu. Jest ona siłą pozwalającą zmierzyć się zarówno z własnymi demonami, ale też potrafi przynieść sławę i rozgłos. Przy okazji jest też obserwacja na temat szołbiznesu, gdzie łatwo można zatracić wiarygodność, szczerość i swoją tożsamość w zamian za fanki, pieniądze i duże koncerty. Jednak reżyser nie serwuje tutaj ani prostych przesłań, słodzenia, lukru oraz oczywistego happy endu. I za tą uczciwość szanuję Currana najbardziej.

od_nowa2

A co wyróżnią tą historię od innych, poza nagrywaniem utworów w plenerze i dobrymi piosenkami? Naprawdę dobre aktorstwo. Znowu zaskoczyła mnie Keira Knightley, która po pierwsze jest bardzo urocza, po drugie naprawdę ładnie śpiewa. Stopniowo widzimy jej przemianę z szarej myszki w pewną siebie wokalistkę, która wcześniej tylko pisała teksty. Bardzo intrygująca rola. Z kolei Adam Levine (wokalista Maroon 5) bardzo przyzwoicie sobie radzi jako początkujący muzyk, który zostaje gwiazdą.

od_nowa3

Jednak tych dwoje blednie przy trzecim graczu – znakomitym Markiem Ruffalo w roli producenta Dana. Sprawia wrażenie wyluzowanego kolesia, który lubi wypić, ale tak naprawdę to wypalony i zmęczony życiem facet z kompletnie rozbitym życiem zawodowym (zwolnienie) jak i prywatnym (rozwiedziony, słaby kontakt z córką). Spotkanie w barze staje się dla niego impulsem do zmiany, co widać w scenach nagrywania płyty – widać, że jest w nim energia, kreatywność oraz spore doświadczenie. I w dodatku jest bardzo wyluzowany – wielowymiarowa rola, która potwierdza klasę tego aktora.

O takich filmach zwykło się mawiać, że to małe, wielkie kino. Ja powiem, że to porządna piosenka, która skupia uwagę klimatem, barwą głosu oraz zgraniem zespołu. I nie jest dźwiękowa papka, ale to musicie sami przesłuchać.

7,5/10

Radosław Ostrowski

 

Instrukcji nie załączono

Valentin jest największym cykorem i lovelasem, jak to na Meksykanina przystało. Życie jest dla niego wieczną beztroską. Aż tu jednego dnia pojawia się jedna z jego dawnych dziewczyn i zostawia mu dziecko. Poszukując matki, razem z dziewczynką (znaczy się niemowlakiem) trafia do Los Angeles, gdzie dzięki zbiegowi okoliczności zostaje zatrudniony jako kaskader. I tak przez sześc lat, aż pojawia się mamusia, by zabrać córeczkę do siebie.

instrukcja1

Nakręcona głównie dla Latynosów tragikomedia zaczyna się dość średnimi żartami i wydaje się kolejną głupawą komedią. Jednak im dalej, tym jest to dramat z drobnymi akcentami humorystycznymi. Opowieść o człowieku mierzącym się z życiem i walczącym ze swoimi lękami. Może i sprawia wrażenie nieodpowiedzialnego (przynajmniej na początku), ale nadrabia to dziecięca wrażliwością oraz dbaniem o szczęście dziecka. Może się to wydawać trochę (melo)dramatyczne, ale całość ogląda się całkiem nieźle, bez przesadnych skrętów w telenowelową kiczowatość. Nie brakuje tutaj  śmiechu i nie wynika to tylko z nieznajomości języka angielskiego (praca kaskaderska, właściciel ciągle narzekający na niepłacenie czy „listy” od matki). Może i to wydaje się trochę wyciskaczem łez, ale seans jest zaskakująco przyjemny, a Eugenio Derbez (także grający główną rolę) trzyma rękę na pulsie i nie przesadza (może poza zakończeniem – ocierającym się o kicz).

instrukcja2

Jednak nie tylko gra Derbeza (naprawdę dobra) broni ten tytuł, ale także partnerująca mu Lorata Peralta jako córeczka Maggie. Jest przeurocza i niepozbawiona odrobiny sprytu, co wykorzystuje podczas negocjacji  stawki tatusia. I ta chemia między nimi jest mocno odczuwalna. Reszta obsady robi za tło (najbardziej wybija się Daniel Raymond jako ekscentryczny producent Frank) i jest po prostu solidna.

instrukcja3

„Instrukcja” może i jest czasem banalna i mówi o dość oczywistych prawdach, ale potrafi wzruszyć i poruszyć. Pogodne i subtelne kino.

7/10

Radosław Ostrowski

Good Morning, Vietnam

Jest rok 1965. Wojna w Wietnamie już trwa, ale żołnierze czują się wystarczająco przygnębieni. Do Sajgonu przybywa nowy prezenter radiowy, szeregowiec Adrian Cronauer, który będzie prowadził poranną i popołudniową audycję. Zdobywa sympatię żołnierzy dzięki swojemu niekonwencjonalnemu podejściu – puszczanie „zakazanego” rock’n’rolla, nabija się ze wszystkiego i zdarza mu się przekazać ocenzurowane wiadomości, co znacznie nie podoba się jego przełożonym.

vietnam1

O Wietnamie powstała cała armia filmów, które podejmowały ten temat na poważnie („Full Metal Jacket”, „Pluton”, „Czas Apokalipsy”), inne wykorzystywały en wątek jako tło wydarzeń (mroczna „Drabina Jakubowa” czy akcyjniak „Uniwersalny żołnierz”). Nie zabrakło też humorystycznego spojrzenia na walkę z osobnikami nazywanymi Żółtkami. I właśnie ten nurt reprezentuje klasyk Barry’ego Levinsona z 1987 roku. Ale czy może być inaczej, jeśli poznajemy tą opowieść z perspektywy radiowca, w dodatku opartą na faktach? Reżyser sprytnie ogrywa obraz wojny, nie pokazując przez większość czasu ekranowego walki i krwi. Co za to widzimy? Dzień zwyczajny w Sajgonie, żołnierzy czyszczących broń czy jadących do swoich baz, gdzie zaczyna panować atmosfera lekkiej beztroski oraz samych Wietnamczyków. Wszystko to okraszone świetna muzyką z tego okresu oraz naszprycowaną żartami pozbawionymi ducha poprawności politycznej (przemontowany wywiad z Nixonem, gdzie były wiceprezydent opowiada m.in. o swoim pożyciu).

vietnam2

Punktem kulminacyjnym całego filmu jest wysadzenie baru w powietrze, którego świadkiem jest Cronanuer. To jeden z momentów przypominających o powadze miejsca i ze wojna to nie jest zabawa, choć cenzura wojskowa nie pozwala o tym mówić. I choć dalej nie brakuje humoru, od tej pory film staje się poważniejszą opowieścią pokazującą bezsens wojny i jej głupotę (cenzurowane wiadomości). Sami Wietnamczycy czują się z tym różnie (wizyta w wiosce), a przyjaźń Adriana z pewnym chłopakiem może kosztować jego karierę. Ale chyba ostatecznie udaje się zyskać sympatię miejscowych. Symbolizuje to scena wspólnej gry w softball Wietnamczyków z Amerykanami (piłki zastąpiono dużymi owocami), co pozwala na małą nadzieję.

vietnam3

Ale powiedzmy to sobie wprost – ten film nie miałby takiej siły ognia, gdyby nie kapitalna kreacja Robina Williamsa, który po prostu rozsadza ekran swoją osobą. Gdy Cronauer siada za mikrofonem, staje się wielkim wulkanem energii i źródłem nieprawdopodobnej siły komizmu. Strzela żartami jak Rambo z karabinu, a jego talent parodystyczny jest nieosiągalny dla wielu komików. W dodatku jest to bardzo niepokornym buntownikiem, dla którego dyscyplina, regulaminy po prostu nie istnieją. Widać to też w jego bardzo swobodnym stroju. Ale to jednocześnie uczciwie podchodzący do sprawy facet, traktujący wszystkich równo i z otwartością (lekcje z Wietnamczykami – bezbłędne). Wielu chyba by chciało mieć takich niezawodnych kolegów w pracy. Reszta obsady, choć świetna (z Forrestem Whitakerem na czele) robi tak naprawdę za tło dla Williamsa i jego szalonej kanonady.

Jeśli jeszcze nie namierzyliście tej stacji, zapamiętajcie – „Good Morning, Vietnam”. Fantastyczna tragikomedia będąca one man show Williamsa, który ukradł ten film wszystkim. Kiedy ostatnio tak się śmialiście do rozpuku?

8/10

Radosław Ostrowski