Big Short

Rok 2008 był strasznym rokiem dla Ameryki, gdyż wtedy eksplodował największy kryzys ekonomiczny, który zdemolował gospodarkę na całym świecie. I wszyscy zastanawiali się jak do tego doszło i czy można było to powstrzymać. Otóż w roku 2005 dr Michael Burry odkrył pierwsze objawy, sprawdzając zwyczajnie dane dotyczące wszystkich kredytów hipotecznych, proponując zabezpieczenie dla banków. Ale żaden nie zainteresował się tym, jednak pewien trader z Deutsche Bank – Jared Vennett postanowił zrobić na tym interes. I nie tylko on.

big_short3

Zrealizowanie filmu z ekonomią w tle jest zawsze zadaniem karkołomnym, by nie rzec niebezpiecznym. Ale specjalizujący się w realizacji komedii Adam McKay nie wystraszył się i podjął rękawicę. Skupił się tak naprawdę na trójce bohaterów i z ich perspektywy przygląda się wszystkiemu, co działo się na Wall Street – traderowi Vennettowi (jest też w sporej części narratorem), sfrustrowanemu maklerowi Markowi Baumowi oraz dr Burrym, których losy przeplatają się i przecinają. A żeby jeszcze bardziej uatrakcyjnić fabułę, reżyser stosuje pomysłowe zbitki montażowe (mieszanka pozornie nie pasujących ujęć, materiałów archiwalnych czy nawet teledysków) oraz sceny, gdzie celebry ci i autorytety w swoim fachu przedstawiają skomplikowane terminy ekonomiczne w sposób bardziej przystępny. Wall Street tutaj pokazane jest jako stado chciwych i nieodpowiedzialnych kretynów, dla których zarabianie pieniędzy (dla siebie) staje się celem samym w sobie, a sieć powiązań jest tak ogromna, że to musi w końcu odbić się czkawką. Chciwość wymknęła się spod kontroli, a osoby mające nadzorować banki, same w nich pracują albo mają to gdzieś. Nic dziwnego, że jeden z bankierów odszedł z zawodu (Ben Rickert grany przez Brada Pitta), gdyż poznał jak wielka jest cena takich kantów i że biedni ludzie zapłacą za to.

big_short2

Niby jest to dramat, a oglądałem to jak miks thrillera z komedią, nie mogą powstrzymać wielokrotnie ataku śmiechu. Jeszcze to wszystko – poza efektownym montażem i przeskokami z postaci na postać – potęgują świetne dialogi oraz zgrabnie wykorzystana muzyka (nic tak nie portretuje koszmaru przyjazdu do Las Vegas jak melodia z „Upiora w operze”, a poza tym dostajemy m.in. Metallikę, Gorillaz, Kelis i Led Zeppelin), współgrająca z wydarzeniami ekranowymi. Totalna zadyma.

big_short4

A wszystko to jest kapitalnie zagrane, choć z całego grona wybijają się trzy postacie. O Picie wspomniałem, ale pojawia się dość krótko. Pewnie wynikało to z faktu, ze aktor był tez producentem tego filmu. Kolejny raz pozytywnie zaskakuje Steve Carell – tutaj sfrustrowany, nerwowy i nienawidzący systemu bankier, przeżywający prywatną tragedię, która go takim uczyniła, a przerażenie skalą kantu w Wall Street jest autentyczne. Klasę potwierdził też Ryan Gosling, chociaż nie poznałem go od razu (to przez ten zmieniony kolor włosów), a jego Vennett to zdystansowany, ironiczny i złotousty cwaniak, który zauważył szansę i ją zamierza wykorzystać. Jednak i tak wszystkich przyćmił znakomity Christian Bale w roli ekscentrycznego i skrytego geniusza Burry’ego, którego dość trudno polubić (chodzi w krótkich spodenkach, podkoszulku i boso), ale nie można odmówić mu charyzmy oraz spostrzegawczości. Bardzo intrygująca postać, w pełni oddana swojej pracy.

big_short1

Szczerze mówiąc nie byłem pewny czego spodziewać się po „Big Short”, ale jedno jest pewne – Adam McKay zrealizował film swojego życia. Najambitniejszy, imponujący tempem, jednak bardzo przystępny i zrozumiały nawet dla takiego laika jak ja. Czy będzie to nowy etap w dorobku tego reżysera czy wróci do realizacji typowych amerykańskich komedii? Czas pokaże, ale kibicuje McKayowi z całego serca.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Upokorzenie

Simon Axler kiedyś był piekielnie utalentowanym aktorem, który zwracał uwagę wszystkich. Ale po 60 kariera załamała się. Najpierw zamiast wejść na scenę, wyszedł z teatru, a kiedy wszedł, to nikt nie interesował się tym, co miał do pokazania. Wtedy postanowił wypaść ze sceny. Po zajściu decyduje się na terapię oraz pobyt w psychiatryku kierowanym przez dr Fella. Po wyjściu z niego odwiedza go córka jego przyjaciół – Pegeen Stapleford. Znajomość ta mocno naznaczy jego życie.

upokorzenie1

Barry Levinson tym filmem chyba wszystkich zaskoczył. Podjął się o tyle trudnego wysiłku, że zmierzył się z powieścią Philipa Rotha. Autor ten miał pecha do filmowych adaptacji, które były co najwyżej średnie. Tutaj udało się to studium starości, zgorzknienia oraz wycofywania się z życia. I wtedy pojawia się kobieta, która zmienia nastawienie naszego bohatera, pragnącego poukładać ten bajzel wokół siebie oraz powrócić do występu. Nie brakuje tutaj zabawnych sytuacji, jednak jest to humor bardzo cierpki (depresyjne stany, gdy bohaterowi miesza się rzeczywistość z lękami), dopełniający poważnego i ważkiego dramatu. Realizacyjnie film przypomina produkcje niezależne, z trzęsącą się kamerą oraz stonowaną muzyką, co nie wywołuje irytacji i trafnie podkreśla stan emocjonalny Axlera. Nie zawsze jest zachowane tempo, a jeden wątek może wydawać się zbyteczny (Prince’a – byłej dziewczyny Pegeen, który zmienił płeć), ale całość jest interesująca, refleksyjna aż do dramatycznego finału, pieczętującego los podstarzałego aktora.

upokorzenie2

Levinsonowi udaje się zachować wiarygodność, głównie dzięki fantastycznej roli Ala Pacino. Aktor cudownie odnajduje się w roli tracącego pewność siebie gwiazdora, będącego cieniem samego siebie, w czym można (dla mnie troszkę na siłę) sytuację samego Pacino, ostatnio niezbyt trafnie dobierając scenariusze. Bywa śmieszny w roli kochanka, jednak trudno odmówić mu uroku i charyzmy. Dodatkowo ma naprawdę ciekawą partnerkę, czyli Gretę Gerwig. Tutaj jest dość chimeryczną dziewczyną, bardziej interesującą się innymi kobietami. Klasyczna modliszka, która z jednej strony daje energię oraz chęć do życia, by potem wycisnąć do samego końca soki. I ten duet jest największą siłą, jaką ma „Upokorzenie”.

upokorzenie3

Levinson przypomina o sobie i pokazuje, że z wiekiem jesteśmy tylko starsi, niekoniecznie mądrzejsi. A ceną tego może być upokorzenie otoczenia, wreszcie samego siebie. Gorzkie kino raczej dla wyrobionego widza.

7/10

Radosław Ostrowski

Nie wracaj w te strony

Howard Spence kiedyś był gwiazdą filmowych westernów. Czasy świetności ma jednak już dawno za sobą. Alkohol, dziwki, narkotyki i imprezowy charakter uczyniły go trudnym człowiekiem. Pewnego dnia, tak po prostu opuszcza plan filmowy, wsiadając na swojego konia. Odwiedza nie widzianą przez 30 lat matkę i od niej dowiaduje się, że ma syna w Montanie – postanawia go odnaleźć.

nie_wracaj_w_te_strony1

Z Wimem Wendersem nie miałem zbyt dobrych relacji. Najpierw kilka lat temu próbowałem obejrzeć „Koniec przemocy”, ale po 25 minutach miałem dość. „Niebo nad Berlinem” było miejscami mocno pretensjonalne, więc jak mówi zasada – „do trzech razy sztuka”. Dlatego dałem Niemcowi jeszcze jedną szansę. „Nie wracaj w te strony” troszkę przypomina mi „Broken Flowers” Jarmusha, który opowiadał podobną historię. Ale Wenders zamiast pójść w dziwaczny i słodko-gorzki świat, jest bardziej przyziemny. Odkupienie, stabilizacja, naprawy dawnych win – ale czy nie jest za późno na posprzątanie tego psychicznego burdelu? Zwłaszcza, że Howarda prześladują zarówno własne demony i wynajęty przez firmę ubezpieczeniową gliniarz, który ma go sprowadzić znów na plan.

nie_wracaj_w_te_strony2

Reżyser ubiera cały film w konwencję kina drogi i garściami czerpie z estetyki westernu. mamy piękne plenery pustynne, w tle ciągle towarzyszy nam gitarowa muzyka, a Howard niemal cały czas nosi kapelusz kowboja. Jednak zamiast szansy na stabilizację mamy smutek, a powrót przynosi tylko ból, rozgoryczenie i gniew. Ten ciężki klimat Wenders kontrastuje z pięknymi zdjęciami, w których czuć inspiracje obrazami Edwarda Hoppera. Dialogi są pozbawione pretensjonalności oraz udawanej poetyckości „Nieba nad Berlinem”, a kilka scen (oczekiwanie na kanapie czy pożegnalna rozmowa ze Sky) zostają w pamięci na długo. Głęboko skrywa emocje w końcu eksplodują, a zakończenie daje pewien cień szansy (zwróćcie uwagę na napisy na tabliczce w ostatniej scenie).

nie_wracaj_w_te_strony3

Ten film nie miałby siły ognia, gdyby nie fantastyczny Sam Shepard. Nie tylko zagrał podstarzałego gwiazdora, nie radzącego sobie ze swoim spieprzonym życiem, ale także napisał scenariusz, który podobał mi się. Shepard przekonująco oddaje skomplikowany charakter bohatera – zmęczenie życiem, samotność, chlanie i bajzel, którym oddycha. Jakby nie znał innego życia. Równie świetny jest tajemniczy i inteligentny Sutter, grany tutaj przez bardzo powściągliwego Tima Rotha (noszącego okulary). Ale i tak byłem zauroczony Jessiką Lange – jak można w takim wieku tak pięknie wyglądać, pozostaje dla mnie to zagadką. W jej interpretacji była dziewczyna Howarda, Doreen jest dojrzałą i świadomą swojej wartości kobietą, co nie da sobie w kaszę dmuchać. Ta trójka przykuwa uwagę najbardziej, zostając w pamięci na długo.

nie_wracaj_w_te_strony4

Wenders po raz pierwszy mnie przekonał do siebie i liczę na to, że „Nie wracaj w tę stronę” nie będzie jedynym wartościowym tytułem w dorobku Niemca. Uczciwe, dobre i niegłupie kino dla wymagającego odbiorcy.

7/10

Radosław Ostrowski

Ostatnia miłość pana Morgana

Matthew Morgan to emerytowany wykładowca filozofii na Uniwersytecie w Princeton. Od lat jednak mieszka w Paryżu razem z żoną. Gdy go poznajemy, jego żona umiera. Mężczyzna rzadko utrzymuje kontakt ze swoimi dorosłymi dziećmi, ograniczając się do rozmowy przez telefon. I w jego puste i monotonne życie przypadkowo wchodzi młoda dziewczyna – Pauline, nauczycielka tańca.

pan_morgan1

Już wiem, co pomyślicie? Że między nimi dojdzie do romansu? I poniekąd film Sandry Nettlebeck wydaje się iść w tym kierunku, jednak tak naprawdę jest to obyczajowo opowieść o stracie, odnajdywaniu sensu życia oraz niezadrapanych ranach Reżyserka opowiada całość w subtelny sposób, bez sentymentalizmu czy kiczowatości, zachowując przy tym ciepło oraz sympatię dla bohaterów, którzy prowadzą intelektualne rozmowy o życiu i całej reszcie. Potem pojawiają się dorosłe dzieci, a wraz z nimi zmienia się tonacja na bardzie poważną. Niezagojone rany, blizny i pretensje w sprawie wychowania i nie tylko. Plus naturalistycznie przedstawiony Paryż i odrobinka humoru (nieznajomość francuskiego przez Amerykanów pozwala na różne złośliwe uwagi pod tym katem). Nadal jednak zostaje zachowane ciepło, a finał (unikający jednoznaczności i dopowiedzenia) był satysfakcjonujący.

pan_morgan2

Swoje tez zrobili znakomici aktorzy. Michael Caine po raz kolejny potwierdza swoją klasę i nie schodzi poniżej wysokiego poziomu, do jakiego przyzwyczaił. Zręcznie portretuje ból, cierpienie, cynizm i zagubienie, ale też przemianę oraz otwarcie się na drugiego człowieka. Urocza jest Clementine Posey w roli Pauline – młoda, serdeczna, troszkę naiwna kobieta, która nawiązuje nić porozumienia z panem Morganem.  Nie sposób też nie wspomnieć Justina Kirka (skryty Miles) oraz Gillian Anderson (cyniczna Karen), bardzo dobrze radzących sobie w rolach dorosłych dzieci pana Morgana.

pan_morgan3

Wbrew tytułowi nie jest to melodramat, ale ciepłe kino obyczajowe, w dodatku nie głupie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Czworo do pary

Ethan i Sophie są małżeństwem, które przeżywa kryzys. Spotykają się na sesjach terapeutycznych, jednak niewiele z tego wynika.  W końcu terapeuta, proponuje naszej parze pobyt w odludnym domku. Każda para po pobycie w tym domku wychodziła odmieniona – tak zapewnia terapeuta. Jednak takiej odmiany żadne z nich się nie spodziewało, gdyż w domku gościnnym dochodzi do dziwnych rzeczy.

czworo_do_pary4

Film niejakiego Charliego McDowella to pokręcona mieszanka komediodramatu, romansu i… SF. Twórcy chcą opowiedzieć o związku i podchodzą do tego w nietypowy sposób. Bywa troszkę zabawnie (pierwsze spotkanie w domku), ale dominuje tutaj uważna refleksja oraz psychologiczna wnikliwość, prawdopodobnie niemożliwa bez elementów nadprzyrodzonych. Trudno mi o tym opowiedzieć bez spojlerowania, ale fabuła jest dość dziwna i cała ta nadprzyrodzona otoczka wielu może odstraszyć, a nawet zniechęcić. Im uważniej jednak oglądamy, tym trafniej dostrzegamy i zastanawiałem się jak to możliwe, ze dwa tak różne charaktery potrafiły się zgrać zakochać i dopasować się. Innymi słowy jest to kolejne starcie rozwagi z romantyzmem – reżyser potrafi ograć schematy i zastanawia się tak jak Woody Allen o tym, dlaczego miłość gaśnie, ale brakuje tu odpowiedzi jak ją wzniecić. Im dalej tym ciekawiej, jednak całość zwyczajnie nie angażuje emocjonalnie. A zakończenie jest dość przewrotne i potrafi zaskoczyć.

czworo_do_pary1

Może i troszkę siada tempo, ale nie można zwalić niczego na aktorów, którzy dali z siebie wszystko. Mark Duplass i Elisabeth Moss tworzą bardzo skomplikowane i jednocześnie różne postawy. Ona jest tą romantyczką, która bardziej kocha czyjąś wersję człowieka niż jego prawdziwą twarz. On z kolei to racjonalista, akceptujący wady swojej partnerki. Obydwie te wizje są poddane weryfikacji, jednak wnioski należą do odbiorcy.

czworo_do_pary2

Za to plus, ale skupienie się tylko i wyłącznie na sferze intelektualnej wielu może znudzić. Jednak osoby szukające w kinie czegoś nowego, nietypowego i oryginalnego na powinni być zadowoleni. Ja w zasadzie też byłem zadowolony.

czworo_do_pary3

6,5/10

Radosław Ostrowski

Magik z Nowego Jorku

Max Simkin jest szewcem. Prowadzi warsztat, który przechodził z ojca na syna od pokoleń, mieszka ze starą matką, a ojciec zostawił ich dawno temu. Jego jedynym przyjacielem jest fryzjer Jimmy. Pewnego dnia podczas zmiany podeszwy psuje się maszyna, więc korzysta ze starej schowanej w piwnicy. Czekając na klienta zakłada jego buty i… zmienia się w niego. Pozwala mu to zmienić życie swoich klientów.

szewc1

Thomas McCarthy znany jest ze słodko-gorzkich opowieści o ludziach, którzy próbują odnaleźć się w rzeczywistości. Jego najnowszy film wpisuje się w tą stylistykę, gdyż nasz bohater jest znużony swoim fachem i życiem – pustym, nijakim i samotnym. Przynajmniej do momentu wykorzystania „magicznej” maszyny, która daje mu pole do popisu (pod warunkiem, że buty klienta mają taki sam rozmiar jak jego). Może być każdym bez względu na kolor skóry, wiek czy nawet orientację seksualną. I tak jest na początku – to bardziej ciąg luźnych gagów, które są nieźle ogrywane. Jednak później cała intryga się krystalizuje, skręcając w stronę kryminału, gdzie stawką jest życie pewnego pana mieszkającego samotnie w bloku, który chce wykupić pewna bizneswoman. Wtedy cała historia nabiera tempa, umiejętności Jimmy’ego pomagają uratować ludzi, bo jak wiadomo „każdy dar to odpowiedzialność”. Reżyser potrafi rozbroić poważną sytuację humorem oraz pokręconą muzyką przypominając stare kino, a stonowane zdjęcia współgrają z ekranowymi wydarzeniami.

szewc2

Kompletnym zaskoczeniem dla mnie był Adam Sandler, który pokazał, iż umie grać. W roli zgorzkniałego i samotnego szewca jest maksymalnie przekonujący (od barwy głosu i sposobu mówienia po sylwetkę i brodę), a jego przemiana w interesującego się życiem oraz czerpiącego z niego ile się da, są pokazane bez fałszywej nuty. Coś nieprawdopodobnego i choćby dla tej roli warto obejrzeć ten film. Na szczęście Sandler ma wsparcie jeszcze takich tuzów jak Steve Buscemi (przyjaciel Jimmy) i Dustin Hoffman (ojciec Maxa), którzy sami też dają radę. Podobnie jak raper Method Mad wcielający się w miejscowego bandziora, Ludlowa.

szewc3

„Szewc” to jedna z filmowych niespodzianek, dla których warto pójść do kina. Refleksyjne, zabawne, ale niegłupie dzieło twórcy „Dróżnika”.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Dzikie historie

Każdy z nas miał taki moment, że odzywała się żądza mordu i chęć zemsty – na szefie, na systemie, na sąsiedzie. O tym opowiada nowy film z Argentyny niejakiego Damiana Szifrona. „Dzikie historie” to zbiór sześciu opowieści z zemstą w tle.

dzikie_historie1

Poziom tych opowieści jest różny, a łączy je czarny humor oraz bardzo silne emocje naszych bohaterów, które muszą eksplodować. Pierwsza opowieść zaczyna się dość banalnie – rozmowa modelki w samolocie z krytykiem muzycznym o swoim byłym chłopaku, Gabrielu Pasternaku zaczyna przybierać nieoczekiwany obrót, gdy okazuje się, że pasażerowie znali tego niespełnionego muzyka. A to dopiero początek, gdyż następne opowieści zaskoczą – biznesmen obrazi kierowcę innego samochodu, kelnerka dostrzeże w kliencie komornika (obecnie polityka), syn bogacza potrąci kobietę w ciąży, inżynier pirotechnik walczący z firmą holującą jego auto (za często), wreszcie na końcu trafimy na wesele.

dzikie_historie2

Każda z tych historii jest dość przewrotna, zaskakuje puentą i jest zrealizowana na dobrym poziomie. Na mnie największe wrażenie zrobiła historia inżyniera Simona, która kończy się dość spektakularnie. widocznie jedynym sposobem na walkę z niesprawiedliwością jest wykorzystanie swoich umiejętności z pracy (pan Bombka :)) oraz afera z wypadkiem, gdzie sprawę próbuje się załatwić za pomocą przekupstwa, jednak nikt nie przewidział komplikacji związanych z chciwością paru osób. Jest kilka efektownych ujęć (jazda samochodem pokazana z kilku perspektyw), soczystych dialogów i groteskowych sytuacji (rozmowa Simona z urzędnikami), które wydają się dziwnie znajome.

dzikie_historie3

W każdej z nich zemsta działa tak samo, jednak zapala się ona w różny sposób. Raz uruchamia się pod wpływem impulsu (biznesmen), a raz bywa planowana od dłuższego czasu (Pasternak). Jednak wszystkie te opowieści maja pokazać (i przypomnieć), że w każdym z nas siedzi bestia, gotowa w odpowiednim momencie się ujawnić.

dzikie_historie4

Zagrane jest to bardzo dobrze i wiele razy się zaśmiejecie, to mogę wam obiecać. Dla mnie to była ostra jazda, choć pewne rzeczy mogą się nie spodobać (nowela z biznesmenem). Aż dziwne, ze ten film nie powstał w Polsce – czyżby nie było u nas takich narwańców i furiatów?

7/10

Radosław Ostrowski

fortysomething

Dr Paul Slippery jest lekarzem pracującym w londyńskiej przychodni. Jest ojcem trzech synów, ma żonę, która po długiej przerwie zaczyna wracać do pracy oraz problemy z niejakim Pilbrym, który jest antypatycznym dupkiem. Jednak w jego związku coś zaczyna się psuć, a początkiem jest słyszenie myśli innych.

fortysomething1

Bogu należy dziękować za Anglików, bo bez nich świat byłby strasznie smutny. Telewizyjny serial jest adaptacją powieści Nigela Williamsa, dokonana przez samego autora (bo scenariusz napisał) oraz reżyserowana przez Nica Phillipsa i Hugh Lauriego (tak, TEGO Hugh Lauriego). I jest to słodko-gorzka opowieść o kryzysie wieku średniego z perspektywy zagubionego mężczyzny, który niejako zostaje zmuszony do weryfikacji swojego życia oraz związku. Po drodze dzieją się różne szalone sytuacje, spowodowane przez synów (statecznego i spokojnego Rory’ego, sypiającego z każdą Daniela oraz mającego obsesję na punkcie seksu Edwina, który w szkole nie był  – jak myślicie, który z nich mógł zamówić sztuczne penisy?) oraz własnymi demonami. Śmiech – błyskotliwy, niepozbawiony ironicznego humoru, idzie tutaj ręka w rękę z poważną refleksją (zwłaszcza ostatni odcinek to emocjonalny majstersztyk) i wnikliwą obserwacją obyczajową. Śmierć przyjaciela, kontrola inspektora, wreszcie planowane w tajemnicy zjazd kolegów ze szkoły, które zostaje odebrane za… nie, nie powiem. Humor jest tutaj pierwszorzędny, czasami absurdalny, ale wiele mówiący o pracy, przyjaźni, miłości – o życiu i całej reszcie. A jest czego słuchać i co oglądać.

fortysomething2

Mini serial ten nie miał takiej siły, gdyby nie kapitalnie grający aktorzy. W Paul wcielił się sam Laurie i zrobił to pięć minut przed przyjęciem praktyki jako dr House. Pokazuje jak znakomitym jest komikiem (scena, gdy udaje holenderskiego lekarza czy przebiera się w muzułmańska szatę, by wejść na przemówienie swojej żony), ale też pokazuje jak nie radzi sobie z własnymi obsesjami (zazdrość, silna chęć kochania się ze swoją żoną i nieudolne próby osiągnięcia tego). Partneruje mu bardzo atrakcyjna Anna Chancellor jako Estelle – kura domowa, stająca się poważna bizneswoman, co pośrednio wywołuje spięcia (a raczej jej szefowa – lesbijka Gwendolyn). Kiedy nie ma jej w domu, można odnieść wrażenie, iż tam panuje chaos – pojawiają się lodówki, dziewczyny, ich rodzice.

fortysomething3

Nie można nie docenić Petera Capaldiego (antypatyczny i arogancki dr Pilfrey, który jest mocno psychiczny) czy powoli wybijającego się Benedicta Cumberbatcha (Rory), ale tak naprawdę wszyscy poradzili sobie znakomicie.

fortysomething4

Znakomita komedia i jednocześnie bardzo wnikliwa obserwacja obyczajowa. Takie kombinacje są zawsze mile widziane. Choć jest to mało znana produkcja i jest dość krótka (tylko 6 odcinków?), absolutnie warta jest uwagi.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Obywatel

Bohater, który wplątany zostaje w mechanizmy historii – taki motyw od czasu „Forresta Gumpa” stał się bardzo popularny. W naszym kraju też był jeden Forrest Gump, tylko nazywał się Jan Piszczyk i stał się symbolem oportunizmu i bierności. Teraz pojawił się jego następca – Jan Bratek. Poznajemy go, gdy uczestniczy w katolickim programie tv jako pracownik kurii ds. kontaktu z młodzieżą. Po programie zostaje trafiony literą „P” z loga TVP. Sparaliżowany i pokryty gipsem Bratek zaczyna wspominać swoją historię.

obywatel1

Jerzy Stuhr jest bardzo znanym i cenionym aktorem z dużym dorobkiem oraz kilkoma pamiętnymi rolami (m.in. z filmów „Amator”, „Seksmisja” czy „Mistyfikacja”). Próbuje też swoich sił jako reżyser i „Obywatel” to jego kolejna próba, tym razem chyba najambitniejsza. Losy Jana Bratka mają być komentarzem do historii Polski ostatniego półwiecza. Dość luźna konstrukcja fabularna (retrospekcje i spojrzenie na Bratka w szpitalu) nawet się broni, próba ironicznego spojrzenia na rzeczywistość kilka razy się udaje, a losy bohatera zmielonego przez historię czasami potrafią zaskoczyć. Na przykład, gdy w dzień stanu wojennego idzie do sąsiada po sól i… zostaje internowany (potem w więzieniu ma opinię kapusia, gdyż „pożyczenie soli” było hasłem) czy ukrywania się przez cztery lata u kobiety z MSW. Nie brakuje tutaj naprawdę gorzkich refleksji, gdzie pokazana jest śmieszność i wady każdego Polaka (nadmierny antysemityzm – Komisja sprawdzająca, kto jest prawdziwym Polakiem w rządzie, mitomaństwo, które czynią z Bratka bohatera czy hipokryzja związana z wiarą), ale tak naprawdę poszczególne fragmenty niespecjalnie kleją się w całość. „Obywatel” z racji skrótowości przypomina ciąg skeczy, gdzie podejmowane są próby wyszydzenia patosu (głodówka Solidarności, gdzie jeden z uczestników jest mocno narwany i gotowy na demonstrację siłową), pójścia w groteskę.

obywatel2

Nie brakuje też znanych wydarzeń ostatnich lat, jak sytuacja z nauczycielem, któremu wrzucono kosz na głowę, odwołanie realizacji w Polsce filmu o Sobieskim, kłótliwa debata dwojga posłów z telewizji (Dorota Stalińska i Jerzy Fedorowicz) – to przez pewien moment ubarwia całość, jednak sam humor to troszkę za mało i po seansie jest tylko poczucie niewykorzystania potencjału.

Trudno jednak zarzucić coś aktorom, którzy naprawdę dobrze poradzili sobie z zadaniem. Stuhr w roli Bratka obsadził samego siebie oraz syna Macieja i ten duet sprawdza się świetnie. Jan Bratek planowy jest jako everyman, którego Historia mieli w swoich kołach i trybach, nie pytając się nikogo o zgodę. Jego losy potrafią wzbudzić zarówno śmiech jak i współczucie, co jest zasługa obydwu aktorów, tworzących jedną i spójną rolę. Poza nimi jest tutaj masa epizodów, które zapadają w pamięć i są bardzo wyrazistymi rolami, chociaż na ekranie pojawiają się kilka minut. Do takich należą role m.in. Sonii Bohosiewicz (Renata, poznana w więzieniu pani psycholog), Violetty Arlak (sąsiadka Kazia), Piotra Głowackiego („narwanego” uczestnika głodówki) czy Wojciecha Malajkata (Lipski – konspirator).

obywatel3

Cóż, Stuhr tym razem podjął się zadania, które go przerosło, jednak trzeba docenić zarówno odwagę oraz próbę podejścia do „polskości” z innej perspektywy – humorystycznej, ironicznej i złośliwej. Jednak na „Forresta Gumpa” urodzonego w Polsce jeszcze trzeba będzie poczekać, a ile to potrwa – nie wiem.

6/10

Radosław Ostrowski

Duet na żółtych papierach

Jest sobie dwóch kumpli. Steve pracuje w telewizji jako pogodynka, a Ben jest zakompleksionym brodaczem z obsesjami i lubiącym zajarać trawkę. Ich dość monotonne życie zostaje przerwane, kiedy ojciec Bena umiera i zapisuje mu w spadku spory majątek.

zolte_papiery1

Kiedy twórcy serialowi próbują swoich sił w kinie, to zazwyczaj kończy się to spektakularną wpadką albo co najwyżej niezła produkcja. Do tej grupy można uznać film Matthew Weinera, twórcy „Mad Men”. reklamowana jako komedia, „Duet…” to historia dwóch ludzi postawionych zmuszonych do przewartościowania swojego życia – pustego, jałowego, wzięcia na siebie odpowiedzialności za siebie oraz swój los. Owszem, czasami jest to okraszone humorem (podglądanie zza okna czy schizy Bena), jednak takich zabawnych momentów jest zaledwie kilka. Także przy okazji obserwujemy rodzinę Bena, ze szczególnym uwzględnieniem złośliwej siostry starającej się o dziecko oraz bardzo młodej i atrakcyjnej żony nieboszczyka, posądzanej o chciwość. Te relacje są kluczem do całości, jednak wątek ten zostaje mocno spłycony i potraktowany po macoszemu, a wnioski mocno skręcają w stronę banału. Szkoda, bo można było wycisnąć z tego więcej, a miejscami robi się dość nudno.

zolte_papiery2

Pewną siłą są aktorzy, którzy całkiem nieźle sobie radzą. Owen Wilson nie zgrywa kretyna, a Zach Gallifianakis (jego widok bez brody może zszokować) choć grający lekko szalonego człowieka mocno odcina się od swojego emploi z „Kac Vegas”. Wdzięczne są też Amy Poehler (siostra Bena, Terri) oraz apetyczna (pod warunkiem, ze nosi prześwitującą biała suknię) Laura Ramsey (Angela).

zolte_papiery3

Chyba na jakiś czas odpuszczę sobie tragikomedie czy filmy obyczajowe, bo ostatnio zaczęły się robić zbyt podobne do siebie. Także film Weinera niczym specjalnym się nie wyróżnia.

6/10

Radosław Ostrowski