Moje córki krowy

Marta i Kasia są siostrami, które dzieli wiele – poza rodzicami. Pierwsza jest po rozwodzie, mieszka z córką i gra w popularnym serialu, druga ma męża bez pracy, opiekuje się też rodzicami. Obie kobiety zostają zmuszone, by znowu stanąć obok siebie, a okolicznością jest choroba matki oraz potem ojca.

moje_crki_krowy1

Jak można streścić po krótkim opisie, film Kingi Dębskiej to tzw. kino życiowe, obyczajowe. Czy oznacza to, że będzie nudno i schematycznie? Absolutnie nie. Reżyserka ubiera historię w słodko-gorzkie tony, przypatrując się poszczególnym scenom, mieszając powagę z żartem. Niby wiemy, że z rodziną najlepiej wychodzi się tylko na zdjęciu, ale Dębska unika jednoznacznych portretów naszych sióstr. Marta (świetna Agata Kulesza) sprawia wrażenie bardziej opanowanej, twardej, ale jej życie jest niepoukładane (rozwód, kariera, samotność), jest skupiona na sobie, chociaż pogardliwie nazywana jest „córeczką tatusia”, z kolei Kasia (poruszająca Gabriela Muskała) zachowuje się irracjonalnie (wizyta do Częstochowy, „pomoc” szamanki), jakby nie docierało do niej, że finał może być tylko jeden. Dodatkowo lubi wypić, nie dostrzega, że syn sprzedaje narkotyki i manipuluje ojcem, by dysponować jego majątkiem. Jest wiele żalu, pretensji, poczucia niespełnienia, rywalizacji, a w kluczowych momentach solidarność i pogodzenie się z losem.

moje_crki_krowy2

Niby nie dzieje się wiele, ale emocji jest sporo, a co najważniejsze są one odpowiednio dawkowane, przez co nie ma poczucia emocjonalnego szantażu. Dodatkowo wszystko jest przyjemne dla oka i ucha (jazzowa muzyka Bartka Chajdeckiego, płynny montaż, czysty dźwięk i ładne zdjęcia), a aktorski koncert pań wspierają wyborny Marian Dziędziel oraz zaskakujący Marcin Dorociński. Ten pierwszy jako ojciec zmieniający się pod wpływem choroby w niemal prymitywa i prostaka jest niesamowity, a kilka scen (wizyta w szpitalu, odwiedzenie „szczeliny górskiej” czy palenie jointa) to małe perełki, a drugi to nieudacznik bez pracy. Podobny lepszy taki mąż niż żaden, ale nie jestem tego taki pewny.

moje_crki_krowy3

Z jednej strony, „Moje córki krowy” to miejscami gorzki dramat i wyciskacz łez, ale też bywa zabawny oraz lekki. Co najważniejsze, nie wywołuje to zgrzytu, jak było w przypadku „33 scen z życia”. Dębska bardziej panuje nad materią, mimo pewnego zawieszenia w finale. Takiego kina z kobietami w rolach głównych nie było.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Żyć nie umierać

Bartek Kolano – kiedyś to był facet. Aktor, który mógłby powalić cały świat (albo przynajmniej cała Polskę), gdyby nie to, ze lubił pójść w cug. Żona (w zasadzie dwie żony) i córka tego nie wytrzymały, wiec facet został sam. By się jakoś utrzymać (wyrzucony z teatru) dorabia sobie zarówno jako rozbawiacz widowni w telewizyjnym show i prezenter reklamujący towary. I to niestabilne życie zostaje wywrócone do góry nogami. Badania lekarskie i wyrok – nowotwór. Zostaje mu kilka miesięcy i co dalej?

zyc_nie_umierac1

Debiutujący samodzielnie Maciej Migas inspiruje się prawdziwą historią aktora Tadeusza Szymkowa. Wydawałoby się, że w tematyce ostatecznego rozstania ze światem nie da się niczego opowiedzieć. I to potwierdza ten tytuł. Pozornie jest tak jak być powinno – Bartek chce naprawić i poukładać swoje relacje z dawno nie widzianą córką, mieszkającą na Węgrzech. Jednak sam film to przede wszystkim zbiór scenek, luźno ze sobą powiązanych. Mamy rozmowy zarówno z przyjacielem Żukiem, obserwujemy Bartka w pracy, wreszcie jego rozmowa przez Skype’a z pierwszą żoną, z druga żoną, wreszcie córką. Nie muszę mówić, że wszystkie panie nie chcą go znać. A w tle leci delikatna, ładna muzyka, nie współgrająca z tym, co się dzieje na ekranie.

zyc_nie_umierac2

Nic tutaj się klei, a sceny mające poruszyć (próba samobójcza, rozmowa z córką i jej mężem), wprawiły mnie w obojętność. Nawet Tomasz Kot, grający główną rolę, nie jest w stanie tego udźwignąć. Robi, co może, ale scenariusz nie pozwala rozwinąć mu skrzydeł. Sytuację lekko ratuje Janusz Chabior jako Żuk i sceny rozmów wspólnych potrafią nawet rozbawić. Ale nie zmienia to faktu, że jest to film mocno średni. Kompletnie nieangażujący, co w przypadku filmu z rakiem w tle jest poważną wadą. Po czymś takim naprawdę trudno żyć.

5/10

Radosław Ostrowski

Wyznania nastolatki

San Francisco, lata 70. To w tych czasach przyszło żyć Minnie Goetse – 15-latce, mieszkającej z matką i siostrą. I jak każda nastolatka, przechodzi okres dojrzewania i odkrywania swojej seksualności, a dokładniej pierwszej miłości. Dziewczyna, marząca o karierze rysowniczki, zakochuje się – to dobrze. Ale obiektem jej miłości jest chłopak jej matki Monroe – to mniej dobrze.

wyznania_nastolatki1

Filmy o dojrzewaniu to spora półka produkcji i temat w zasadzie trudny, gdyż jest on niemal do bólu ograny. Podobnie wydaje się sprawa z debiutem Marielle Heller, jednak reżyserka znalazła pewien klucz do tej pozornej opowieści o wchodzeniu w dojrzałość. Nie popada ani w przesadny romantyzm, ani w brutalne zderzenie z rzeczywistością, zakończone wykluczeniem czy odrzuceniem reszty otoczenia. Uderza z jednej strony subtelność w pokazaniu pierwszego zauroczenia i szukania swojego miejsca, z drugiej dość otwarte podejście w sprawach seksu, pokazując go bez pruderii, ale i bez wulgarności – to jest prawdziwy wyczyn.

wyznania_nastolatki2

Wszystko to jest pokazane z perspektywy Minnie i ubrane w formę pamiętnika, gdzie nasza bohaterka głosem z offu opowiada. Wplecione są tutaj komiksowe ilustracje, pokazane w odrobinę surrealistycznym stylu i dodając odrobiny humoru. Dzięki temu łatwiej mi było wejść w ten świat i polubić Minnie – troszkę ekscentryczną dziewczynę, która tak naprawdę szuka tego, czego każdy człowiek: szczęścia. Wszystkie zdarzenia kształtują ją i zmieniają. Plusem jest też odtworzenie klimatu lat 70. – magnetofon z kasetami, plakaty pod łóżkiem, ubrania i muzyka z epoki, gdzie jeszcze czuć ducha hipisówki.

Całość ta nie byłaby wiarygodna, gdyby nie dobre aktorstwo. Pozytywnie mnie zaskoczyła Kirsten Wiig (matka), która pokazuje się wbrew komediowemu emploi oraz przystojny Alexander Skarsgard (Monroe), którzy gubią się, bywają słabi i nieustannie walczą. Zwłaszcza Wiig, która nie ma stałej pracy, imprezuje i nie do końca radzi sobie jako matka. Ale i tak wszystko jest podporządkowane zjawiskowej Bel Powley. Minnie w jej wykonaniu to zakompleksiona dziewczyna, która powoli zaczyna dojrzewać i zmienia się w twardą, niezależną kobietę, świadomą swojej atrakcyjności, nie potrzebującej żadnego męskiego wsparcia. Bez niej tak naprawdę (i pewnej ręki Heller), to byłaby kolejna nastoletnia historia jakich tysiące.

wyznania_nastolatki3

„Wyznania nastolatki” to jedna z najciekawszych produkcji skierowana dla wchodzącego w okres nastoletni, podchodzący do ich problemów szczerze i bez moralizatorstwa, nuty fałszu. Ostatnim takim filmem dla mnie była „Moja łódź podwodna” Richarda Ayoade z 2010 roku, więc trochę czasu minęło. Czekam na następny film od pani Heller.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Big Short

Rok 2008 był strasznym rokiem dla Ameryki, gdyż wtedy eksplodował największy kryzys ekonomiczny, który zdemolował gospodarkę na całym świecie. I wszyscy zastanawiali się jak do tego doszło i czy można było to powstrzymać. Otóż w roku 2005 dr Michael Burry odkrył pierwsze objawy, sprawdzając zwyczajnie dane dotyczące wszystkich kredytów hipotecznych, proponując zabezpieczenie dla banków. Ale żaden nie zainteresował się tym, jednak pewien trader z Deutsche Bank – Jared Vennett postanowił zrobić na tym interes. I nie tylko on.

big_short3

Zrealizowanie filmu z ekonomią w tle jest zawsze zadaniem karkołomnym, by nie rzec niebezpiecznym. Ale specjalizujący się w realizacji komedii Adam McKay nie wystraszył się i podjął rękawicę. Skupił się tak naprawdę na trójce bohaterów i z ich perspektywy przygląda się wszystkiemu, co działo się na Wall Street – traderowi Vennettowi (jest też w sporej części narratorem), sfrustrowanemu maklerowi Markowi Baumowi oraz dr Burrym, których losy przeplatają się i przecinają. A żeby jeszcze bardziej uatrakcyjnić fabułę, reżyser stosuje pomysłowe zbitki montażowe (mieszanka pozornie nie pasujących ujęć, materiałów archiwalnych czy nawet teledysków) oraz sceny, gdzie celebry ci i autorytety w swoim fachu przedstawiają skomplikowane terminy ekonomiczne w sposób bardziej przystępny. Wall Street tutaj pokazane jest jako stado chciwych i nieodpowiedzialnych kretynów, dla których zarabianie pieniędzy (dla siebie) staje się celem samym w sobie, a sieć powiązań jest tak ogromna, że to musi w końcu odbić się czkawką. Chciwość wymknęła się spod kontroli, a osoby mające nadzorować banki, same w nich pracują albo mają to gdzieś. Nic dziwnego, że jeden z bankierów odszedł z zawodu (Ben Rickert grany przez Brada Pitta), gdyż poznał jak wielka jest cena takich kantów i że biedni ludzie zapłacą za to.

big_short2

Niby jest to dramat, a oglądałem to jak miks thrillera z komedią, nie mogą powstrzymać wielokrotnie ataku śmiechu. Jeszcze to wszystko – poza efektownym montażem i przeskokami z postaci na postać – potęgują świetne dialogi oraz zgrabnie wykorzystana muzyka (nic tak nie portretuje koszmaru przyjazdu do Las Vegas jak melodia z „Upiora w operze”, a poza tym dostajemy m.in. Metallikę, Gorillaz, Kelis i Led Zeppelin), współgrająca z wydarzeniami ekranowymi. Totalna zadyma.

big_short4

A wszystko to jest kapitalnie zagrane, choć z całego grona wybijają się trzy postacie. O Picie wspomniałem, ale pojawia się dość krótko. Pewnie wynikało to z faktu, ze aktor był tez producentem tego filmu. Kolejny raz pozytywnie zaskakuje Steve Carell – tutaj sfrustrowany, nerwowy i nienawidzący systemu bankier, przeżywający prywatną tragedię, która go takim uczyniła, a przerażenie skalą kantu w Wall Street jest autentyczne. Klasę potwierdził też Ryan Gosling, chociaż nie poznałem go od razu (to przez ten zmieniony kolor włosów), a jego Vennett to zdystansowany, ironiczny i złotousty cwaniak, który zauważył szansę i ją zamierza wykorzystać. Jednak i tak wszystkich przyćmił znakomity Christian Bale w roli ekscentrycznego i skrytego geniusza Burry’ego, którego dość trudno polubić (chodzi w krótkich spodenkach, podkoszulku i boso), ale nie można odmówić mu charyzmy oraz spostrzegawczości. Bardzo intrygująca postać, w pełni oddana swojej pracy.

big_short1

Szczerze mówiąc nie byłem pewny czego spodziewać się po „Big Short”, ale jedno jest pewne – Adam McKay zrealizował film swojego życia. Najambitniejszy, imponujący tempem, jednak bardzo przystępny i zrozumiały nawet dla takiego laika jak ja. Czy będzie to nowy etap w dorobku tego reżysera czy wróci do realizacji typowych amerykańskich komedii? Czas pokaże, ale kibicuje McKayowi z całego serca.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Upokorzenie

Simon Axler kiedyś był piekielnie utalentowanym aktorem, który zwracał uwagę wszystkich. Ale po 60 kariera załamała się. Najpierw zamiast wejść na scenę, wyszedł z teatru, a kiedy wszedł, to nikt nie interesował się tym, co miał do pokazania. Wtedy postanowił wypaść ze sceny. Po zajściu decyduje się na terapię oraz pobyt w psychiatryku kierowanym przez dr Fella. Po wyjściu z niego odwiedza go córka jego przyjaciół – Pegeen Stapleford. Znajomość ta mocno naznaczy jego życie.

upokorzenie1

Barry Levinson tym filmem chyba wszystkich zaskoczył. Podjął się o tyle trudnego wysiłku, że zmierzył się z powieścią Philipa Rotha. Autor ten miał pecha do filmowych adaptacji, które były co najwyżej średnie. Tutaj udało się to studium starości, zgorzknienia oraz wycofywania się z życia. I wtedy pojawia się kobieta, która zmienia nastawienie naszego bohatera, pragnącego poukładać ten bajzel wokół siebie oraz powrócić do występu. Nie brakuje tutaj zabawnych sytuacji, jednak jest to humor bardzo cierpki (depresyjne stany, gdy bohaterowi miesza się rzeczywistość z lękami), dopełniający poważnego i ważkiego dramatu. Realizacyjnie film przypomina produkcje niezależne, z trzęsącą się kamerą oraz stonowaną muzyką, co nie wywołuje irytacji i trafnie podkreśla stan emocjonalny Axlera. Nie zawsze jest zachowane tempo, a jeden wątek może wydawać się zbyteczny (Prince’a – byłej dziewczyny Pegeen, który zmienił płeć), ale całość jest interesująca, refleksyjna aż do dramatycznego finału, pieczętującego los podstarzałego aktora.

upokorzenie2

Levinsonowi udaje się zachować wiarygodność, głównie dzięki fantastycznej roli Ala Pacino. Aktor cudownie odnajduje się w roli tracącego pewność siebie gwiazdora, będącego cieniem samego siebie, w czym można (dla mnie troszkę na siłę) sytuację samego Pacino, ostatnio niezbyt trafnie dobierając scenariusze. Bywa śmieszny w roli kochanka, jednak trudno odmówić mu uroku i charyzmy. Dodatkowo ma naprawdę ciekawą partnerkę, czyli Gretę Gerwig. Tutaj jest dość chimeryczną dziewczyną, bardziej interesującą się innymi kobietami. Klasyczna modliszka, która z jednej strony daje energię oraz chęć do życia, by potem wycisnąć do samego końca soki. I ten duet jest największą siłą, jaką ma „Upokorzenie”.

upokorzenie3

Levinson przypomina o sobie i pokazuje, że z wiekiem jesteśmy tylko starsi, niekoniecznie mądrzejsi. A ceną tego może być upokorzenie otoczenia, wreszcie samego siebie. Gorzkie kino raczej dla wyrobionego widza.

7/10

Radosław Ostrowski

Nie wracaj w te strony

Howard Spence kiedyś był gwiazdą filmowych westernów. Czasy świetności ma jednak już dawno za sobą. Alkohol, dziwki, narkotyki i imprezowy charakter uczyniły go trudnym człowiekiem. Pewnego dnia, tak po prostu opuszcza plan filmowy, wsiadając na swojego konia. Odwiedza nie widzianą przez 30 lat matkę i od niej dowiaduje się, że ma syna w Montanie – postanawia go odnaleźć.

nie_wracaj_w_te_strony1

Z Wimem Wendersem nie miałem zbyt dobrych relacji. Najpierw kilka lat temu próbowałem obejrzeć „Koniec przemocy”, ale po 25 minutach miałem dość. „Niebo nad Berlinem” było miejscami mocno pretensjonalne, więc jak mówi zasada – „do trzech razy sztuka”. Dlatego dałem Niemcowi jeszcze jedną szansę. „Nie wracaj w te strony” troszkę przypomina mi „Broken Flowers” Jarmusha, który opowiadał podobną historię. Ale Wenders zamiast pójść w dziwaczny i słodko-gorzki świat, jest bardziej przyziemny. Odkupienie, stabilizacja, naprawy dawnych win – ale czy nie jest za późno na posprzątanie tego psychicznego burdelu? Zwłaszcza, że Howarda prześladują zarówno własne demony i wynajęty przez firmę ubezpieczeniową gliniarz, który ma go sprowadzić znów na plan.

nie_wracaj_w_te_strony2

Reżyser ubiera cały film w konwencję kina drogi i garściami czerpie z estetyki westernu. mamy piękne plenery pustynne, w tle ciągle towarzyszy nam gitarowa muzyka, a Howard niemal cały czas nosi kapelusz kowboja. Jednak zamiast szansy na stabilizację mamy smutek, a powrót przynosi tylko ból, rozgoryczenie i gniew. Ten ciężki klimat Wenders kontrastuje z pięknymi zdjęciami, w których czuć inspiracje obrazami Edwarda Hoppera. Dialogi są pozbawione pretensjonalności oraz udawanej poetyckości „Nieba nad Berlinem”, a kilka scen (oczekiwanie na kanapie czy pożegnalna rozmowa ze Sky) zostają w pamięci na długo. Głęboko skrywa emocje w końcu eksplodują, a zakończenie daje pewien cień szansy (zwróćcie uwagę na napisy na tabliczce w ostatniej scenie).

nie_wracaj_w_te_strony3

Ten film nie miałby siły ognia, gdyby nie fantastyczny Sam Shepard. Nie tylko zagrał podstarzałego gwiazdora, nie radzącego sobie ze swoim spieprzonym życiem, ale także napisał scenariusz, który podobał mi się. Shepard przekonująco oddaje skomplikowany charakter bohatera – zmęczenie życiem, samotność, chlanie i bajzel, którym oddycha. Jakby nie znał innego życia. Równie świetny jest tajemniczy i inteligentny Sutter, grany tutaj przez bardzo powściągliwego Tima Rotha (noszącego okulary). Ale i tak byłem zauroczony Jessiką Lange – jak można w takim wieku tak pięknie wyglądać, pozostaje dla mnie to zagadką. W jej interpretacji była dziewczyna Howarda, Doreen jest dojrzałą i świadomą swojej wartości kobietą, co nie da sobie w kaszę dmuchać. Ta trójka przykuwa uwagę najbardziej, zostając w pamięci na długo.

nie_wracaj_w_te_strony4

Wenders po raz pierwszy mnie przekonał do siebie i liczę na to, że „Nie wracaj w tę stronę” nie będzie jedynym wartościowym tytułem w dorobku Niemca. Uczciwe, dobre i niegłupie kino dla wymagającego odbiorcy.

7/10

Radosław Ostrowski

Ostatnia miłość pana Morgana

Matthew Morgan to emerytowany wykładowca filozofii na Uniwersytecie w Princeton. Od lat jednak mieszka w Paryżu razem z żoną. Gdy go poznajemy, jego żona umiera. Mężczyzna rzadko utrzymuje kontakt ze swoimi dorosłymi dziećmi, ograniczając się do rozmowy przez telefon. I w jego puste i monotonne życie przypadkowo wchodzi młoda dziewczyna – Pauline, nauczycielka tańca.

pan_morgan1

Już wiem, co pomyślicie? Że między nimi dojdzie do romansu? I poniekąd film Sandry Nettlebeck wydaje się iść w tym kierunku, jednak tak naprawdę jest to obyczajowo opowieść o stracie, odnajdywaniu sensu życia oraz niezadrapanych ranach Reżyserka opowiada całość w subtelny sposób, bez sentymentalizmu czy kiczowatości, zachowując przy tym ciepło oraz sympatię dla bohaterów, którzy prowadzą intelektualne rozmowy o życiu i całej reszcie. Potem pojawiają się dorosłe dzieci, a wraz z nimi zmienia się tonacja na bardzie poważną. Niezagojone rany, blizny i pretensje w sprawie wychowania i nie tylko. Plus naturalistycznie przedstawiony Paryż i odrobinka humoru (nieznajomość francuskiego przez Amerykanów pozwala na różne złośliwe uwagi pod tym katem). Nadal jednak zostaje zachowane ciepło, a finał (unikający jednoznaczności i dopowiedzenia) był satysfakcjonujący.

pan_morgan2

Swoje tez zrobili znakomici aktorzy. Michael Caine po raz kolejny potwierdza swoją klasę i nie schodzi poniżej wysokiego poziomu, do jakiego przyzwyczaił. Zręcznie portretuje ból, cierpienie, cynizm i zagubienie, ale też przemianę oraz otwarcie się na drugiego człowieka. Urocza jest Clementine Posey w roli Pauline – młoda, serdeczna, troszkę naiwna kobieta, która nawiązuje nić porozumienia z panem Morganem.  Nie sposób też nie wspomnieć Justina Kirka (skryty Miles) oraz Gillian Anderson (cyniczna Karen), bardzo dobrze radzących sobie w rolach dorosłych dzieci pana Morgana.

pan_morgan3

Wbrew tytułowi nie jest to melodramat, ale ciepłe kino obyczajowe, w dodatku nie głupie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Czworo do pary

Ethan i Sophie są małżeństwem, które przeżywa kryzys. Spotykają się na sesjach terapeutycznych, jednak niewiele z tego wynika.  W końcu terapeuta, proponuje naszej parze pobyt w odludnym domku. Każda para po pobycie w tym domku wychodziła odmieniona – tak zapewnia terapeuta. Jednak takiej odmiany żadne z nich się nie spodziewało, gdyż w domku gościnnym dochodzi do dziwnych rzeczy.

czworo_do_pary4

Film niejakiego Charliego McDowella to pokręcona mieszanka komediodramatu, romansu i… SF. Twórcy chcą opowiedzieć o związku i podchodzą do tego w nietypowy sposób. Bywa troszkę zabawnie (pierwsze spotkanie w domku), ale dominuje tutaj uważna refleksja oraz psychologiczna wnikliwość, prawdopodobnie niemożliwa bez elementów nadprzyrodzonych. Trudno mi o tym opowiedzieć bez spojlerowania, ale fabuła jest dość dziwna i cała ta nadprzyrodzona otoczka wielu może odstraszyć, a nawet zniechęcić. Im uważniej jednak oglądamy, tym trafniej dostrzegamy i zastanawiałem się jak to możliwe, ze dwa tak różne charaktery potrafiły się zgrać zakochać i dopasować się. Innymi słowy jest to kolejne starcie rozwagi z romantyzmem – reżyser potrafi ograć schematy i zastanawia się tak jak Woody Allen o tym, dlaczego miłość gaśnie, ale brakuje tu odpowiedzi jak ją wzniecić. Im dalej tym ciekawiej, jednak całość zwyczajnie nie angażuje emocjonalnie. A zakończenie jest dość przewrotne i potrafi zaskoczyć.

czworo_do_pary1

Może i troszkę siada tempo, ale nie można zwalić niczego na aktorów, którzy dali z siebie wszystko. Mark Duplass i Elisabeth Moss tworzą bardzo skomplikowane i jednocześnie różne postawy. Ona jest tą romantyczką, która bardziej kocha czyjąś wersję człowieka niż jego prawdziwą twarz. On z kolei to racjonalista, akceptujący wady swojej partnerki. Obydwie te wizje są poddane weryfikacji, jednak wnioski należą do odbiorcy.

czworo_do_pary2

Za to plus, ale skupienie się tylko i wyłącznie na sferze intelektualnej wielu może znudzić. Jednak osoby szukające w kinie czegoś nowego, nietypowego i oryginalnego na powinni być zadowoleni. Ja w zasadzie też byłem zadowolony.

czworo_do_pary3

6,5/10

Radosław Ostrowski

Magik z Nowego Jorku

Max Simkin jest szewcem. Prowadzi warsztat, który przechodził z ojca na syna od pokoleń, mieszka ze starą matką, a ojciec zostawił ich dawno temu. Jego jedynym przyjacielem jest fryzjer Jimmy. Pewnego dnia podczas zmiany podeszwy psuje się maszyna, więc korzysta ze starej schowanej w piwnicy. Czekając na klienta zakłada jego buty i… zmienia się w niego. Pozwala mu to zmienić życie swoich klientów.

szewc1

Thomas McCarthy znany jest ze słodko-gorzkich opowieści o ludziach, którzy próbują odnaleźć się w rzeczywistości. Jego najnowszy film wpisuje się w tą stylistykę, gdyż nasz bohater jest znużony swoim fachem i życiem – pustym, nijakim i samotnym. Przynajmniej do momentu wykorzystania „magicznej” maszyny, która daje mu pole do popisu (pod warunkiem, że buty klienta mają taki sam rozmiar jak jego). Może być każdym bez względu na kolor skóry, wiek czy nawet orientację seksualną. I tak jest na początku – to bardziej ciąg luźnych gagów, które są nieźle ogrywane. Jednak później cała intryga się krystalizuje, skręcając w stronę kryminału, gdzie stawką jest życie pewnego pana mieszkającego samotnie w bloku, który chce wykupić pewna bizneswoman. Wtedy cała historia nabiera tempa, umiejętności Jimmy’ego pomagają uratować ludzi, bo jak wiadomo „każdy dar to odpowiedzialność”. Reżyser potrafi rozbroić poważną sytuację humorem oraz pokręconą muzyką przypominając stare kino, a stonowane zdjęcia współgrają z ekranowymi wydarzeniami.

szewc2

Kompletnym zaskoczeniem dla mnie był Adam Sandler, który pokazał, iż umie grać. W roli zgorzkniałego i samotnego szewca jest maksymalnie przekonujący (od barwy głosu i sposobu mówienia po sylwetkę i brodę), a jego przemiana w interesującego się życiem oraz czerpiącego z niego ile się da, są pokazane bez fałszywej nuty. Coś nieprawdopodobnego i choćby dla tej roli warto obejrzeć ten film. Na szczęście Sandler ma wsparcie jeszcze takich tuzów jak Steve Buscemi (przyjaciel Jimmy) i Dustin Hoffman (ojciec Maxa), którzy sami też dają radę. Podobnie jak raper Method Mad wcielający się w miejscowego bandziora, Ludlowa.

szewc3

„Szewc” to jedna z filmowych niespodzianek, dla których warto pójść do kina. Refleksyjne, zabawne, ale niegłupie dzieło twórcy „Dróżnika”.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Dzikie historie

Każdy z nas miał taki moment, że odzywała się żądza mordu i chęć zemsty – na szefie, na systemie, na sąsiedzie. O tym opowiada nowy film z Argentyny niejakiego Damiana Szifrona. „Dzikie historie” to zbiór sześciu opowieści z zemstą w tle.

dzikie_historie1

Poziom tych opowieści jest różny, a łączy je czarny humor oraz bardzo silne emocje naszych bohaterów, które muszą eksplodować. Pierwsza opowieść zaczyna się dość banalnie – rozmowa modelki w samolocie z krytykiem muzycznym o swoim byłym chłopaku, Gabrielu Pasternaku zaczyna przybierać nieoczekiwany obrót, gdy okazuje się, że pasażerowie znali tego niespełnionego muzyka. A to dopiero początek, gdyż następne opowieści zaskoczą – biznesmen obrazi kierowcę innego samochodu, kelnerka dostrzeże w kliencie komornika (obecnie polityka), syn bogacza potrąci kobietę w ciąży, inżynier pirotechnik walczący z firmą holującą jego auto (za często), wreszcie na końcu trafimy na wesele.

dzikie_historie2

Każda z tych historii jest dość przewrotna, zaskakuje puentą i jest zrealizowana na dobrym poziomie. Na mnie największe wrażenie zrobiła historia inżyniera Simona, która kończy się dość spektakularnie. widocznie jedynym sposobem na walkę z niesprawiedliwością jest wykorzystanie swoich umiejętności z pracy (pan Bombka :)) oraz afera z wypadkiem, gdzie sprawę próbuje się załatwić za pomocą przekupstwa, jednak nikt nie przewidział komplikacji związanych z chciwością paru osób. Jest kilka efektownych ujęć (jazda samochodem pokazana z kilku perspektyw), soczystych dialogów i groteskowych sytuacji (rozmowa Simona z urzędnikami), które wydają się dziwnie znajome.

dzikie_historie3

W każdej z nich zemsta działa tak samo, jednak zapala się ona w różny sposób. Raz uruchamia się pod wpływem impulsu (biznesmen), a raz bywa planowana od dłuższego czasu (Pasternak). Jednak wszystkie te opowieści maja pokazać (i przypomnieć), że w każdym z nas siedzi bestia, gotowa w odpowiednim momencie się ujawnić.

dzikie_historie4

Zagrane jest to bardzo dobrze i wiele razy się zaśmiejecie, to mogę wam obiecać. Dla mnie to była ostra jazda, choć pewne rzeczy mogą się nie spodobać (nowela z biznesmenem). Aż dziwne, ze ten film nie powstał w Polsce – czyżby nie było u nas takich narwańców i furiatów?

7/10

Radosław Ostrowski