Najlepsze najgorsze wakacje

Duncan jest nieśmiałym 14-latkiem, który spędza wakacje z nowym chłopakiem swojej mamy, za którym delikatnie mówiąc nie przepada. Ze wzajemnością. Poza tym jego córka jest wyjątkowo antypatyczna, sąsiedzi strasznie irytujący. No jest słabo. Owszem, podoba mu się dziewczyna z naprzeciwka, ale jak zagadać? I tak idąc bez celu chłopak spotyka Owena – pracownika miejscowej pływalni, który nie do końca poważnie traktuje swoją profesję.

wakacje1

Można powiedzieć, że jest to kolejna komedia inicjacyjna, ale to nie jest nic w stylu „American Pie”. Wystarczy zobaczyć nazwisko twórców filmu – Nat Faxon i Jim Rash byli współscenarzystami „Spadkobierców” Alexandra Payne’a. Tym razem powstał zdecydowanie lżejszy, ale nadal słodko-gorzki film o młodym chłopaku wchodzącym w dorosłe życie, a jednocześnie widzącym więcej niż dorośli. Zagubiony, samotny i kompletnie skryty, traktuje pobyt w obcym mieście wśród znienawidzonego ojczyma jak karę. I wtedy pojawia się dorosły, który trochę przypomina dziecko i wtedy zaczyna się zabawa. Chłopiec się otwiera, zaczyna się świetnie bawić, dzięki zatrudnieniu w pływalni. A i dziewczyna się zaczyna pojawiać. Humor tutaj przeplata się z poważnymi kwestiami – osamotnienia, desperackiego szukania miłości i akceptacji, wreszcie odnalezienia szczęścia i pewności siebie. Tylko że musi się znaleźć odpowiednia osoba. I trzeba mieć do tego sporo szczęścia, choć zakończenie pokazuje, że chyba coś z tego wyjdzie (choć słodzenia tu nie ma). Owszem, postacie są dość schematyczne, ale te klisze i stereotypy żyją, nie przynudzają. I naprawdę serwują mocny trening przepony.

wakacje2

Od strony aktorskiej jest tutaj naprawdę dobrze. Bardzo dobrze wypada niejaki Liam James. Amerykanie mają jakiegoś farta, jeśli chodzi o obsadzanie ról dziecięcych, bo zawsze one wypadają wiarygodnie. Tak też jest tutaj. Kibicujemy młodemu, który czuje się obco w miasteczku, gdy zaczyna pracę (pierwsze zadanie – odebrać matę tancerzom, ale by to zrobić… musi zatańczyć), wreszcie jak staje się pewniejszy i twardo stojącym na ziemi. Solidnie wypadają Toni Collette (matka Duncana, Pam) oraz Allison Janney (rozgadana Betty). Jednak największą niespodziankę sprawił Steve Carrell, który tutaj jest wyjątkowo nieprzyjemnym draniem. Arogancki, nieprzyjemny i niewierny – trzeba czegoś więcej?

wakacje3

A jeśli potrzebuje się naprawdę pośmiać, wytrenuje was w tym nieprawdopodobny Sam Rockwell. Owen to facet, który jest kompletnie wyluzowany, nie traktuje siebie absolutnie serio i strzela żartami jak pociskami z automatu. Rozbraja swoją odpowiedzialnością, kompletnym olewaniem zasad i od razu wzbudza sympatię, ani razu nie popadając w przesadę.

Ostatnio wiele oglądałem takich filmów obyczajowych o młodych dzieciakach, którzy próbują jakoś się odnaleźć w innym świecie. Ten film niczym nie zaskakuje, ale jest piekielnie przyjemny w odbiorze. Bardzo przyjemny i udany seans.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Legendy ringu

30 lat temu Stany Zjednoczone mocno obserwowały rywalizację dwóch piekielnie zdolnych pięściarzy – Henry’ego „Razora” Sharpa i Billy’ego „The Kida” McDonnena. Obaj stoczyli ze sobą dwie walki – jedna wygrał Sharp, drugą Kid. I wtedy ten pierwszy ogłosił zakończenie kariery. Jednak syn legendarnego promotora, Dante Slade Jr decyduje się ustawić walkę miedzy obydwoma panami po 30 latach. Pytanie czy to ma sens?

legendy1

Sam pomysł na ten film jest mocno naciągany, a nazwisko reżysera (Peter Segal) nie zapowiadało niczego dobrego. Efekt okazał się jednak całkiem przyzwoity. Równie dobrze mogłoby się to nazywać „Rocky 7”, bo jest parę analogii do serii o Włoskim Ogierze. Przede wszystkim jest to jednak komedia o dwóch emerytach, którzy próbują wrócić na ring, by wyjaśnić stary spór – który z nich jest lepszy? Pozornie wydaje się to błahe i niepoważne, ale motywy tych postaci (nie tylko „ostatnia walka”, ale też szansa na poukładania swoich osobistych spraw – pogmatwanych jak wszystko zresztą) pozostają całkiem poważne, choć pokazane za pomocą narzędzia bardzo popularnego wśród reżyserów – łopaty (widać to zwłaszcza w końcówce, która jest odrobinkę przesłodzona). Żarty są całkiem niezłe (miejscami balansujące na granicy smaku, ale nigdy nie przekraczające tej granicy), pełne odrobiny złośliwości, zaś otoczka obyczajowa związana z byłą żoną Sharpa oraz dawno nie widzianym synem McDonnena zgrabnie się łączą z resztą. Dodajmy do tego naprawdę dobrą muzykę, niezłe sceny treningów i mamy całkiem solidną rozrywkę przez niecałe dwie godziny.

legendy2

Także od strony aktorskiej mamy całkiem niezła frajdę. Ale czy może być inaczej, jeśli między sobą mamy Sylvestra Stallone’a i Roberta De Niro? Obaj panowie grają z pewnym przymrużeniem oka, a nawet sporą dawką autoironii (zwłaszcza Sly, gdzie chce walnąć kawał wiszącego mięcha – coś wam to mówi?). Za to na drugim błyszczy niezawodny Alan Arkin. Jego Lightning to zgryźliwy, niedosłyszący dziadek, który staje się trenerem Razora, stosując dość niekonwencjonalne metody (serwowanie ciosów na basenie pod wodą czy użycie… końskiego moczu na ręce), w dodatku to stary erotoman. Dorównuje mu Kevin Hart jako patrzący tylko na szmal promotor Dante Slade. Tyle jeśli chodzi o humor. Za warstwę dramatyczną odpowiadają dawno nie widziana Kim Basinger (wypada nieźle jako Sally Rose) i znany z „Walking Dead” Jon Bernthal (BJ, syn Kida).

legendy3

Zapowiadała się porażka, ale nie było tak tragicznie. Panowie dali radę, nawet żarty nie były tragiczne. Co tym razem zrobi Sly? Może jeszcze nas czymś zaskoczyć.

6/10

Radosław Ostrowski

Wenus w futrze

Paryż. W teatrze trwają próby do spektaklu “Wenus w futrze”. Właściwie już się kończą i reżyser Thomas już zmierza w kierunku wyjścia, kiedy pojawia się Vanda, która chce zagrać główną rolę żeńską. Reżyser niechętnie, ale zgadza się na próbę. Ma wrażenie, że aktorka nie jest do końca przygotowania, ale efekt będzie naprawdę zaskakujący.

wenus1

Oszczędność miejsca i przestrzeni, minimalna ilość osób pojawiających się na ekranie oraz prowadzona psychologiczna gra – to oznacza, ze jest to film europejski. Druga kwestia, że mógł to nakręcić tylko jeden człowiek – Roman Polański. Czy tak naprawdę jest jego kolejny film, który znowu jest adaptacja sztuki teatralnej (podobnie jak wcześniejsza „Rzeź”). Komedia? Dramat? A może wnikliwa obserwacja relacji między kobietą i mężczyzną, gdzie każda ze stron walczy o dominacje nad druga stroną? Pretekstem jest sztuka teatralna bazująca na perwersyjnej powieści „Wenus w futrze”. Ciemna stroną erotyki, reżyser już pokazywał w „Gorzkich godach”. I tam to było mocne uderzenie. Tutaj to nie robi aż tak wielkiego wrażenia, ale Polański jest zbyt cwany, by skupiać się tylko na jednym aspekcie. Można „Wenus” interpretować na wiele sposobów: o sile teatru jako miejsca kreowania i ożywiania światów, relacji reżyser/aktor, gdzie każda ze stron inaczej interpretuje pewne kwestie, więzi między dziełem a autorem, wreszcie hołdem złożonym kobietom – boginiom, muzom, kochankom, żonom. I ich sile, władzy, której nigdy nie będę w stanie zrozumieć i powstrzymać.

wenus2

Role między Thomasem (bardzo podobny do Polańskiego Matthieu Amalric) i Vandą (drapieżna Emmanuelle Seigner) zacierają się, nie wiadomo, kiedy „grają” postacie z tekstu, a kiedy są sobą. I ta chemia jest siła napędową, poza zaskakującymi dialogami, pewną ręką reżysera oraz świetnym dźwiękiem. A finał – cóż, to trzeba samemu zobaczyć.

„Wenus w futrze”, mimo teatralności (nomen omen), pozostaje udanym i ciekawym filmem. Ale jednak mam nadzieję, że Polański jeszcze nas zaskoczy (czekam na film o aferze Dreyfusa).

7/10

Radosław Ostrowski

Chce się żyć

Niedoskonałość fizyczna, kalectwo (mówiąc prościej człowiek nie do końca sprawny fizycznie, czasem zdeformowany) interesowała i interesuje filmowców od długiego czasu, co potwierdzają takie filmy jak „Moja lewa stopa”, „Człowiek słoń”, „Motyl i skafander” czy ostatnio „Nietykalni” i „Sesje”. Pewne próby wszczepienia opowieści o tego typu bohaterach (niedoskonałych ludziach) próbowano przeszczepić w Polsce, co widać było choćby w „Imagine” (utrata wzroku). Teraz podobnego wysiłku podjął się Maciej Pieprzyca ze swoim głośnym (już) filmem „Chce się żyć”.

mateusz1

Poznajcie Mateusza. Kim on jest? Gdy się pojawia po raz pierwszy, jest chłopcem, który nie ma z nikim żadnego kontaktu. Nie jest w stanie poruszać swoimi kończynami. Innymi słowy – roślina. Taka diagnozę usłyszał od lekarki, a rodzina stara się jak może, żeby był w stanie godnie żyć. Po wielu perturbacjach, Mateusz trafia do ośrodka dla niepełnosprawnych intelektualnie. Nie jest łatwo, jednak on się nie poddaje. Wtedy dochodzi do przełomu, a to za sprawą wolontariuszki i pewnej lekarki stosującej dość niekonwencjonalną formę komunikacji.

I już można się spodziewać, że będzie depresyjnie (bo Polska to kraj, w którym wszystko się pier…) albo przesadnie łzawo i melodramatycznie. Jednak reżyser poszedł w stronę „Nietykalnych” czy „Sesji”, czyli próbuje opowiedzieć pozornie prostą, wręcz banalną opowiastkę o walce z niepełnosprawnością, sile ducha nad ciałem, ale bez skręcania w stronę depresyjnego dramatu, bez stosowania emocjonalnego szantażu. Pomaga przy tym odrobina nienachalnego humoru (próba otworzenia kokosa przez ojca czy ironiczne wypowiedzi samego bohatera z offu), utrzymane w „jasnej” kolorystyce zdjęcia. Może zabrzmi to odrobinę banalnie, ale człowiek – nawet jeśli fizycznie nie jest do końca sprawny (jakkolwiek dziwnie to zabrzmi) – nadal pozostaje człowiekiem. A jak wiadomo, ma też swoje potrzeby (erotyczne też, ale spokojnie – nie ma tu świntuszenia czy chamstwa, choć wypowiedź Mateusza o cyckach – rozbrajająca). Klisze są? Ale mi to nie przeszkadza, a jak kopiować, to najlepsze wzorce, prawda?

mateusz3

Ten film ma także bardzo mocną obsadę, która wyciska z siebie maksimum. O Dawidzie Ogrodniku powiedziano już wszystko, co można było powiedzieć i ze wszystkim tym się zgadzam (jak Lech Wałęsa z  Janem Pawłem II), tak samo debiutujący Kamil Tkacz (obaj grali Mateusza) – mówiąc krótko, fenomenalni. Poza nimi dwoma nie można nie zauważyć świetnego Arkadiusza Jakubika (ojciec Mateusza – „czarodziej” jak o nim mówi) czy Doroty Kolak (matka – oddana, walcząca i kochająca) – takich rodziców chciałoby mieć chyba każde dziecko. Ja jeszcze ze swojej strony dodam obowiązkowo jeszcze trzy panie, które grają dość kluczowe postacie dla fabuły – Annę Kaczmarczyk (Anka – pierwsza dziewczyna Mateusza), Katarzynę Zawadzką (wolontariuszka Magda) i Annę Nehrebecką (pani Jola, nauczycielka języka Blissa) i każda z nich tworzy pełnokrwistą postać.

mateusz2

Jeśli ktoś chwali polski film, to wiedzcie, że coś się dzieje. I piszę ten tekst nie tylko, bo trzeba było napisać, ale dlatego, że ten film po prostu sprawił mi wielką przyjemność. Jestem więcej niż pewny, że jeszcze do niego wrócę. Bo przywrócił mi ten film wiarę, że jeszcze w Polsce da się zrobić coś dobrego. Czego sobie i wam życzę.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Ratując pana Banksa

Filmów o filmach powstawało multum i zapewne jeszcze wiele powstanie. Jednak ta opowieść dotyczy jednej z najpopularniejszych (chyba, bo nie wiem jak to teraz wygląda) adaptacji zrobionej przez Walta Disneya. A wszystko zaczęło się w roku 1961 roku, gdy do Los Angeles przybyła Pamela L. Travers, autorka „Mary Poppins”. Disney 20 lat wcześniej złożył obietnicę swoim dzieciom, że przeniesie na ekran tą powieść, ale nawet on nie wiedział, że będzie miał mocno pod górkę.

banks1

Próbuje o tym opowiedzieć nakręcony przez – nomem omen – wytwórnię Disneya film niejakiego Johna Lee Hancocka. Całkiem niezły reżyser (filmy „Debiutant”, „Alamo” i „Wielki Mike”) oraz nie gorszy scenarzysta (on odpowiada za „Doskonały świat” Eastwooda) miał dość ciekawy patent i udało mu się konsekwentnie poprowadzić historię pani Travers. Pozornie jest to o próbach realizacji filmu, gdzie autorka bardzo krytycznie i ostro podchodzi do pracy, wręcz nie kryje swojego oburzenia i poczucia profanacji. Ale to nie wzięło się znikąd i nie jest przyczyną dość wysokie ego autorki. Drugi wątek tej historii (przeplatający się z pierwszym) to historia z życia Travers, gdy była małą dziewczynką i jej relacji z ojcem. To właśnie wydarzenia z przeszłości były inspiracją dla stworzenia „Mary Poppins”. Ta część nie pozbawiona jest elementów prawdziwej magii – piękne plenery Australii, zgrabna realizacja i sposób filmowania przypomina trochę baśń, potęgowaną przez muzykę Thomasa Newmana. Jest radość i szczęście, ale nie zabrakło też bezwzględności losu i rozczarowania. Pozornie te dwa światy powinny zgrzytać, nie pasując do siebie. Ale okazuje się, że powstała z tego spójna i naprawdę dająca do myślenia fabuła. Więcej nie chcę wam zdradzić, bo sami powinniście zobaczyć co z tego wyszło, ale nie brakuje tutaj humoru (ironiczne docinki na linii Disney-Travers), refleksji i siły imaginacji, która pozwala znieść naprawdę wiele.

banks2

Jednak największą siła jest aktorstwo i to z naprawdę wysokiej półki. Cały ten film zawłaszczyła sobie (nie bójmy się tego zwrotu) wspaniała – z braku lepszego słowa – Emma Thompson. Pozornie jest tak jak zawsze – zdystansowana, flegmatyczna Angielka. Ale tak naprawdę to kobieta, która nie potrafi wyzwolić się z przeszłości, która mocno ją naznaczyła i widać to w niemal każdym spojrzeniu, słowie. Tom Hanks jako Walt Disney to również kawał mocnej roli. Pozornie to pragmatyczny przedsiębiorca, bezwzględnie dążący do celu. Tak naprawdę to takie duże dziecko, pełne energii. Wydaje się, że między tą dwójką nie dojdzie do porozumienia, ale łączy ich więcej niż się wydaje. Drugi plan, choć pełen ciekawych postaci, zawłaszczyło sobie dwóch jegomości. Pierwszy to Colin Farrell, tutaj grający ojca Pameli Travers. Z jednej strony to nie radzący sobie z rzeczywistością pijak, jednak dla swojej córki pozostaje idealnym ojcem, który „wszczepia” jej wielką siłę wyobraźni. Drugi dżentelmen to niezawodny Paul Giamatti, który jako szofer Ralph pozornie wydaje się mało wyrazistym tłem, ale to tylko pozory (scena na trawniku – naprawdę piękna).

banks3

„Ratując pana Banksa” to film, który teoretycznie nie miał prawa się udać, a jednak wyszła z tego naprawdę interesująca opowieść. Dla mnie było trochę za mało o realizacji samego filmu, jednak efekt jest zaskakująco udany. Aż nabrała mnie ochota na „Mary Poppins”, ale to temat na inną okazję.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Królowie lata

Joe, Patrick i Baggio to trzech młodych chłopaków, którzy nie maja zbyt dobrych relacji z rodzicami (może poza tym ostatnim, ale to dziwak). Dwaj pierwsi w końcu wpadają na pomysł wyrwania się od rodziców i ucieczki z domu. Postanawiają stać się mężczyznami i budują dom w środku lasu, próbując przetrwać w tej nowej przestrzeni.

krolowie1

Można powiedzieć, że jest to kolejna szalona opowieść o dojrzewaniu i buncie nastolatków. Ale reżyser Jordan Vogt-Roberts poszedł w stronę bardziej baśniowej opowiastki, choć niepozbawionej realizmu opowieści o trochę wczesnym dojrzewaniu oraz końcu pewnej epoki. Pozornie mamy to, co zawsze – rodzice nie potrafiący dogadać się z dziećmi, przyjaźń, pierwsza miłość, a jednocześnie by przetrwać w dziczy wystarczy… pójść do bliskiego marketu i kupić kurczaki. Bajka? Jeśli chodzi o przestrzeń na pewno (ten las wygląda pięknie), ale reszta już niekoniecznie. Bo niestety, wchodzenie w dorosłość oznacza coś więcej niż tylko robienie innych rzeczy niż wymagają tego rodzice. Ale całość jest okraszona dość spora dawka humoru i dzięki temu nie brzmi to aż tak moralizatorsko jak mogłoby się to wydawać. Jednak pod koniec dochodzi do dramatycznego wydarzenia, co zmienia tory tej opowieści, choć niczym nie zaskakuje.

Dużym plusem są na pewno świetne role. Grający główne postacie Nick Robinson (niepokorny Joe), Gabriel Basso (nadmiernie kontrolowany przez rodziców Patrick) oraz Moises Arias (nie do końca normalny Baggio) – są po prostu fantastyczni i naturalni, jednocześnie kupiłem ich bez cienia wątpliwości. Poza nimi mocno wybija się Nick Offerman (Frank, ojciec Joe) i Erin Moriarty (Kelly).

krolowie2

Myślę, że ten film powinien sprawić frajdę wielu młodym ludziom i tym, którzy się tak czują. Naprawdę kawał dobrego kina.

7/10

Radosław Ostrowski

Cudowne tu i teraz

Opisz wyzwanie, trudność lub nieszczęście, jakiego doświadczyłeś w swoim życiu. Co z niego wyniosłeś i jak przygotowało cię na przyszłość? – to pytanie, na które odpowiedź ma napisać 18-letni Sutter, by dostać się na studia. A kim on jest? Licealistą (co można stwierdzić po wieku), pracuje w sklepie z męską garderobą, bardzo lubi wypić, poimprezować i ma super laskę. Do czasu, kiedy ona z nim zrywa. Podczas jednej z imprez, budzi się na trawniku i pierwszą osobą, która pojawia się w zasięgu jego „przytępionego” wzroku jest dziewczyna, niejaka Aimee Finicky. To taka dziewczyna, na którą nikt nie zwraca uwagi, taka „szara myszka”. Powoli jednak ta dwójka zaczyna do siebie się zbliżać.

cudowne1

Filmy o zakochanych nastolatkach można w zasadzie podzielić na dwie grupy. Pierwsza to bardzo naiwne i przesłodzone bajeczki pokroju „Step Up” czy innego ”High School Musicalu”.  Druga grupa to filmy trochę takie bardziej ironiczne, z większym dystansem, słodko-gorzkie. Ten film zalicza się raczej do drugiej grupy. Motywacja głównego bohatera, który spotyka się z nową koleżanką, nie jest do końca jasna – może chce pomocy z matematyką albo po prostu odegrać się na swojej byłej, bo to zła kobieta była. Ale jak wiadomo, nic nie jest proste, a najbardziej wyrachowane plany muszą wziąć w łeb, gdy pojawia się największa niewiadoma  – uczucia. Reżyser James Ponsoldt do spółki ze świetnymi scenarzystami to pozornie konwencjonalne love story rozgrywa z dużą dawką delikatności i wrażliwości, zaś każdy przełomowy moment związku ogląda się z dużym napięciem.

cudowne2

Ta relacja pozostaje najciekawszym wątkiem, ale nie jedynym. Rodzice po rozwodzie – ona chłodna, on zapatrzony w siebie pijus, była dziewczyna Charlene marząca o facecie jako kimś więcej niż tylko dobrej zabawie. Jest jeszcze nauczyciel, sympatyczny szef Dan i obecny chłopak byłej Marcus. Każde z nich tak naprawdę szuka swojego miejsca i stara się być fair. Jednocześnie Ponsoldt bardzo krytycznie odnosi się do filozofii korzystania z każdej chwili garściami. Główny bohater dość często i mocno nadużywa tej formy, by po prostu się nawalić. Czemu to robi? Żeby się „znieczulić” przed światem, bólem, rozczarowaniami i wszystkim tym, co złe. Jak jest dobrze, to się napiję, jak źle, to tym bardziej. Jednak czy jest szansa na wyplatanie się z tego i zerwanie ze swoimi nałogami? Oto jest pytanie, a twórcy nie dają jednoznacznej opowieści (zakończenie).

cudowne3

Ta historia jest interesująca nie tylko dzięki świetnemu scenariuszowi, ale też grającym główne role, którzy wywiązali się ze swoich zadań pierwszorzędnie. Sutter (świetny Miles Teller) wydaje się takim cwaniakiem, który ma głowę na karku, ale czuje się bardzo samotny i odrzucony przez matkę (Jennifer Jason Leigh w formie). Topi swoje smutki i szczęście w alkoholu, nie widząc innego wyjścia, pozostając niedojrzałym młodzieńcem. Dla mnie jednak objawieniem była Shailene Woodley, czyli Aimee. Trochę nieśmiała, przytłoczona przez matkę, okazuje się bardzo wrażliwą i inteligentną dziewczyną. Spotkanie tych dwojga oddziałuje korzystnie na każdą ze stron – ona nabiera wiary w siebie i staje się niezależna, on dojrzewa do poważniejszej relacji i próbuje walczyć ze swoimi demonami.

cudowne4

Coraz bardziej zaczynam doceniać takie słodko-gorzkie tragikomedie pełne sarkazmu, a także wnikliwej obserwacji dwojga pogubionych ludzi. Pytanie czy jeszcze tych dwoje będzie miało drugą szansę? Nie wiem jak wy, ale ja wierzę w człowieka, który potrafi zmienić się pod wpływem poważnych zdarzeń.

8/10

Radosław Ostrowski

Co jest grane, Davis?

Wiecie kim jest Llewyn Davis? Taki nieogolony, brodaty, bez mieszkania i z gitarą w ręku. Próbuje zrobić karierę jako muzyk folkowy, ale brakuje mu przebicia odkąd rozstał się ze swoim partnerem. Poza tym próbuje gdzieś się przespać, złapać jakiś koncert lub zagrać w studio, jak to w roku 1961. Jednak jego dość chaotyczne życie zmieni się, a wszystko od chwili kiedy po przenocowaniu u sąsiadów ucieknie ich kot.

davis1

A teraz zadam wam drugie pytanie: znacie braci Coen? To takich dwóch cwaniaków, którzy obracają wszystko w złoto, zaś większość ich filmów to pomysłowe i nieszablonowa zabawa w kino. Tym razem poszli trochę szlakiem „Słodkiego drania” Allena, gdzie przedstawiają fikcyjną biografię, jednak nie udają filmu dokumentalnego. Fabuła jest dość pogmatwana (nie zdradzę zbyt wiele, ale ta odyseja będzie ważna dla naszego bohatera – zapętlając się), nie brakuje charakterystycznego dla braci specyficznego humoru (te pełne ironii dialogi) czy elementów surrealizmu (zatrzymanie kierowcy w nocy przez policję), w dodatku okraszone naprawdę cudownymi zdjęciami (ta zieleń nadaje specyficzną aurę). No i najważniejsza rzecz – cudowna, folkowa muzyka (naprawdę kapitalne piosenki), które dodają charakteru do tej dość spokojnej opowieści.

davis2

Ale jedną rzecz mogę powiedzieć – od strony aktorskiej jest to robota na wysokim poziomie. Najważniejszy jest tutaj Llewyn Davis (pierwowzorem tej postaci był Dave Van Ronck – legenda muzyki folkowej z Greenvich Village), świetnie poprowadzony przez Oscara Isaaca, który także pokazuje nieprzeciętny talent wokalny. Kim jest Llewyn? Nieporadnym i nie mogącym znaleźć swojego miejsca na Ziemi grajkiem, zbyt dumnym, by zrezygnować? A może życie rzuca tyloma kłodami, że nie potrafi się z tego podnieść? Pożycza forsę, pomieszkuje od kanapy do kanapy i nie chce iść na kompromisy jako artysta (nie chce grać podczas kolacji). Mimo wad, potrafimy spojrzeć na tego faceta z sympatią i kibicujemy mu, żeby się udało. Poza nim jest dość bogaty drugi plan, jak to u Coenów. Nie zabrakło Johna Goodmana (podstarzały jazzman Roland Turner chodzący o laskach), jest też Garrett Hedlung (małomówny kierowca Johnny Five – autoironia wobec roli z filmu „W drodze”?) czy dawno niewidziany F. Murray Abraham (producent Bud Grossman). Jednak na mnie wrażenie zrobił rudy kocur oraz kompletnie nie do poznania Carey Mulligan. Nerwowa Jean w jej wykonaniu to bardzo mocna postać (kłótnia jej z Llewyem – nikt ostatnio tak pięknie nie klął jak ona), która szuka stabilizacji i łatwo traci nerwy.

Coenowie znów bawią się filmem i tworzą film, który sprawił mi naprawdę sporo frajdy. „Co jest grane, Davis?” to tylko albo aż dobre kino ze świetną obsadą i dość zapętlonym scenariuszem. Jeśli nie znacie braci Coen, to powinniście właśnie od tego filmu zacząć. A potem powinno być tylko lepiej.

7,5/10

Radosław Ostrowski


Drugie życie króla

Poznajcie Wallace’a – pracował dla korporacji, żona od niego odeszła, a syn ma go gdzieś. Obecne życie go dołuje i decyduje się wprowadzić zmiany. Na początek zmienić imię i nazwisko na Arthur Newman, potem pozoruje swoja śmierć i wyrusza do kurortu golfowego, by tam dostać pracę. I wtedy na jego drodze przypadkowo pojawia się pewna młoda kobieta ze złymi nawykami, która też ukrywa pewną tajemnicę. A jak wiadomo po drodze może się wiele wydarzyć.

arthur_newman

Kolejne obyczajowe kino opowiadające o niespełnionych i niepogodzonych z losem ludźmi. Znamy to choćby z „American Beauty”. Jednak debiutujący na polu reżyserskim Dante Ariola nie jest tak ostry jak Sam Mendes i traktuje swoich bohaterów z sympatią i nie bez elementów humorystycznych (sceny „włamań” do domów), ale pokazuje ludzi szukających na nowo swojego miejsca na ziemi. Może w nie do końca uczciwy sposób (fałszywa tożsamość), tylko czy to jest właściwa droga? Oboje bohaterowie w drodze zaczynają powoli zdejmować swoje maski i otwierają się ze swoimi lekami i porażkami, a także marzeniami. Drugim – równoległym –  wątkiem jest zbieranie informacji i swoim ojcu przez syna Wallace’a, który nie jest w stanie mu wybaczyć zaniedbania i ignorowania go wtedy, kiedy był mu potrzebny. Ten smutek dobija się przez film, który daje trochę do myślenia (trzeba pogodzić się z tym, co masz i w końcu powoli dochodzić do zmian). Ale czy wystarczy determinacji na to? Tu nie ma odpowiedzi, ale możemy sobie wszystko dopowiedzieć.

Realizacja jest naprawdę solidna (dobre zdjęcia, delikatna muzyka oraz niespieszne tempo), ale aktorzy dodają wiele od siebie i potrafią uwieść. Choć Colin Firth wypada więcej niż dobrze w roli Wallace’a/Arthura – niespełnionego golfisty (wszystko pokazane w sposób oszczędny i stonowany), to jednak cały film ukradła Emily Blunt, która jest po prostu zjawiskowa. Jej Charlotte to bardzo czarująca, choć mocno niestabilna emocjonalne, przerażona i mająca problem z jednym nałogiem – kradzieżami. Chemia między nimi jest łatwa do wychwycenia i uwierzenia.

Można powiedzieć krótko – udany debiut, a ocenę podnosi naprawdę dobre aktorstwo. I czekam na więcej filmów od tego reżysera.

7/10

Radosław Ostrowski

Blue Jasmine

Jasmine była żoną strasznie dzianego faceta w Nowym Jorku. No właśnie, była. Ponieważ jej mąż okazał się oszustem finansowym (kimś w rodzaju Madoffa), została pozbawiona wszelkich środków i nieruchomości. I co może zrobić? Decyduje się przyjechać do swojej siostry na zadupie (czyli San Francisco), by pozbierać się. A może pojawi się jakiś nowy facet?

jasmine1

Wszyscy znamy Woody’ego Allena jako twórcę błyskotliwych komedii z inteligentnymi dialogami, wnikliwymi obserwacjami damsko-męskimi. Ale jego najnowszy film to zupełnie inna półka. Owszem, nie brakuje odrobiny humoru bazującego na zderzeniu świata bogatego z proletariackim, ale jest to bardzo gorzki dramat z bardzo wiarygodnymi portretami psychologicznymi postaci. Wyraźnie jest tutaj skontrastowane spokojne i bardziej ciepłe San Francisco z pełnym blichtru i bogactwa Nowym Jorkiem – pełnym zakłamania i hipokryzji (to miasto poznajemy tylko w retrospekcjach, przeplatających się z rzeczywistością). Ale tak naprawdę jest to historia o tym, że życie nie jest łatwe ani przyjemne, że szklanka jest do połowy pusta. Zaś postacie to przede wszystkim ludzi pełni buty, pozerstwa i głupoty, ale oni nigdy się nie zmienią. I co wtedy zrobić, żeby żyć dalej. Są dwa wyjścia – albo żyć złudzeniami, że jeszcze będzie lepiej (Jasmine) albo pogodzić się z tym faktem i brać wszystko z dobrodziejstwem inwentarza (Ginger). Owszem, widać elementy charakterystyczne Allena (dialogi, jazzowa muzyka i prosta czołówka), jednak tym razem nabiera to innego wydźwięku. I mimo pewnej zmiany tonu, ogląda się to naprawdę dobrze, choć ta pigułka jest naprawdę mocna i brutalnie szczera.

jasmine2

W dodatku jest to naprawdę porządnie zagrane. Nie brakuje tutaj wyrazistych ról takich aktorów jak Bobby Carnivale (trochę prymitywny, ale szczery Chili), Michael Stuhlberg (dr Flicker, podkochujący się w Jasmine), Alec Baldwin (Hal, mąż Jasmine) czy bardzo atrakcyjny Peter Sarsgaard (Dwight, marzący o karierze polityka).

jasmine3

Jednak tutaj dominują panie. Zacznę od świetnej Sally Hawkins – prostej kobiety, która zazdrościła swojej siostrze bogactwa, elegancji, ale jednocześnie nie znosi w niej dystansu wobec reszty. Mocna i ciekawa postać. Ale cały splendor idzie w stronę Cate Blanchett, która tworzy naprawdę wielka kreację. Jasmine to kobieta, która jest przyzwyczajona do życia na pewnym poziomie (nawet spłukana przylatuje samolotem lecąc pierwszą klasą). Co jeszcze? Neurotyczka mająca napady braku oddechu i gadająca czasem do siebie, uzależniona od leków oraz mocno żyjąca złudzeniami, wręcz naiwna. Blanchett gra ta rolę na granicy przerysowania, wręcz groteski, ale tak naprawdę było mi żal tej kobiety i naznaczając ją pewnym tragicznym rysem, nigdy nie przekraczając granicy przesady.

jasmine4

„Błękitna Jasmine” wprawiła mnie mocno w konsternację, gdyż spodziewałem się trochę innego filmu od Allena. Nie oznacza to, że seans był kompletnie nieudany. To kawał mocnego, poważnego kina, które skłania do refleksji i pokazuje Allena z troszkę innej strony.

7,5/10

Radosław Ostrowski