Dziewczyna z lilią

Colin jest młodym wynalazcą, który jest elegancko ubrany i nie martwi się o pieniądze, bo ma ich sporo. Bardzo marzy o tym, żeby się zakochać. Dzięki swoim przyjaciołom – kucharza Nicolasa oraz Chicka, trafia na Chloe. Po pewnym czasie, młodzi biorą ze sobą ślub, ale wtedy stan kobiety się pogarsza. Przyczyna tego stanu jest lilia, która rośnie w jej płucu. Colin będzie próbował wszelkimi sposobami uratować swoją ukochaną.

Michel Gondry to reżyser, którego nie można pomylić z nikim innym, nawet jeśli bardzo mocno kocha surrealizm. Historia ma pokręconą warstwę wizualną, gdzie dzieją się rzeczy naprawdę jak z bajki – fortepian połączony z barem, karetka pogotowia na nogach słonia, pokój zaokrąglający się po odsłuchu muzyki czy bardzo niekonwencjonalna scena ślubu (najpierw odbywa się wyścig, gdzie dwie pary walczą o to, która zostanie zaślubiona) – to z jednej strony czyste szaleństwo, z drugiej normalna rzecz dla Gondry’ego. To wszystko tworzy mocno bajkowy i nierealny klimat. Jednak im dalej, tym cała atmosfera staje się poważniejsza i ponura, a zderzenie z brutalną rzeczywistością będzie uderzające, nabierając gorzkiego posmaku, choć elementy surrealistyczne nadal pozostają. Więc nie jest to typowe love story, gdzie wszystko kończy się dobrze, nie ma też typowego wyciskacza łez. Dlatego tym bardziej jest to poruszająca opowieść o wchodzeniu w dorosłość. Jednak forma może wielu odrzucić i zniechęcić.

lilia1

Na szczęście Gondry nie przesadza z surrealizmem, a zachowanie bohaterów jest wiarygodne psychologicznie. To też zasługa świetnych aktorów, którzy udźwignęli role bohaterów sympatycznych, którzy potem są pozbawieni wiary, sił, w końcu nadziei i próbują pogodzić się z losem (symbolicznie pokazują to momenty, gdy ich dom coraz silniej wiąże pajęczyna i brud). To widać najbardziej w rolach Romaina Durisa (Colin) i uroczej jak zawsze Audrey Tautou, których wspierają Omar Sy (Nicolas) oraz Gad Emerach (uzależniony od powieści Partre’a Chick).

lilia3

Gondry raz jeszcze podkreśla, że ma szaloną wyobraźnię, ale forma nigdy nie przesłania treści. To poruszające kino, które mimo elementów baśniowych, trzyma się mocno ziemi i wiele mówi o człowieku.

7,5/10

Radosław Ostrowski


24 Hour Party People

Rok 1976 wydawał się typowym, nic nie znaczącym rokiem. Jednak dla dziennikarza Granady TV Tony’ego Wilsona, był to rok przełomowy. Wszystko zaczyna się w momencie, gdy do Manchesteru przyjeżdża Sex Pistols. Na koncercie były tylko 42 osoby, wśród nich Wilson, który kochał punkową muzykę. Postanawia wtedy razem z przyjaciółmi założyć wytwórnie płytową Factory Records, gdzie będzie grana punkowa i post-punkowa muzyka. Do tego jeszcze tworzy klub Hacjenda. I tak rodzi się manchesterska scena muzyczna z Joy Division na czele.

24h1

I o powstaniu tej muzyki opowiada film Michaela Winterbottoma, który jest świadectwem epoki i kronika wydarzeń od 1976 roku aż do lat 90-tych, kiedy wytwórnia zostaje przejęta, a klub zamknięty. Jest to film dość trudny do zakwalifikowania: wygląda jak dokument, fabuły jako takiej nie ma, jest kontrolowany chaos oraz kapitalna muzyka. Ale nie jest to stricte biografia Tony’ego Wilsona, który jest narratorem i spaja tą cała historię czy muzyków zespołów. Jest to raczej zapis wydarzeń, choć pewne rzeczy zostały pominięte i przemilczane. A jednocześnie pokazana jest przemiana industrialnego i upadającego miasta w Madchester – stolicę mody, muzyki i narkotyków. Ale jest to przede wszystkim opowieść o pasjonatach, którzy kochali muzykę jak życie, choć nie zawsze im się poukładało.

24h2

Na tym polu reżyser skupia się na Joy Division (pierwsza część aż do samobójstwa Curtisa) i Happy Mondays, które doprowadziło pośrednio do bankructwa wytwórni. Ujęcia z ręki, paradokumentalna kolorystyka, czasem następująca zmiana kolorów w czerń i biel (koncert Joy Division) czy szybszy montaż powodują, że film nabiera swoistego, specyficznego rytmu. Nie brakuje tutaj elementów humorystycznych (tu brylują dialogi Wilsona czy scena zabijania gołębi trującym chlebem w rytm „Marszu Walkirii” Wagnera), ale zawsze muzyka jest najważniejsza.

Siła napędową poza muzyką z epoki (m.in. Joy Division, New Order, Happy Mondays czy Orbital) jest naprawdę kapitalne aktorstwo. Tutaj wybija się przede wszystkim Steve Coogan w roli Wilsona – animatora w pewnym sensie kultury alternatywnej. Otwarty na brzmienia, opowiadający z dystansem o sobie, ale jednocześnie szczery pasjonata ze skomplikowanym życiem osobistym. Druga mocna rzecz uderzająca to fizyczne podobieństwo aktorów grających muzyków i wokalistów zespołów. Nie można tu nie wspomnieć o postaci Iana Curtisa (bardzo dobry Sean Harris), którego sukces przygniata i doprowadza po części do autodestrukcji czy Shaunie Ryderze (Danny Cunningham piekielnie dobry), który mimo talentu wpada w nałóg narkotyczny. No i trzecia postać kluczowa, czyli producent Martin Hannett (kompletnie nie do poznania Andy Serkis) – silny charakter, choć dość trudny we współpracy.

24h3

Nie jest to łatwy w odbiorze film (prawie jak każdy w dorobku Winterbottoma), ale pełen pasji, energii i świetnego brzmienia. Barwny portret Manchesteru i tyle.

8/10

Radosław Ostrowski

Nieprawdopodobna dziewczyna

Imogene Duncan była uznawana za obiecującą autorkę sztuk teatralnych w Nowym Jorku, jednak od pewnego czasu jej kariera zawodowa stoi w martwym punkcie, zaś jej relacje z chłopakiem Peterem są delikatnie mówiąc nie najlepsze. Kiedy mężczyzna rozstaje się z nią, kobieta próbuje popełnić samobójstwo. Przez to zostaje wbrew swojej woli umieszczona w domu z matką-hazardzistką, otoczona grupą ekscentrycznych członków rodziny, poza ojcem, który ją zostawił.

girl1

Para reżyserów Shari Springer Berman i Robert Pulcini swój najlepszy film nakręcili na początku swojej drogi – „Amerykański splendor” na podstawie autobiograficznego komiksu Harveya Pekara zaskakiwał nietypową formą, pozornie przeciętną treścią oraz kapitalną rolą Paula Giamatti. Następne filmy bardziej lub mniej opowiadały o ekscentrykach, jednak żaden nie przebił poziomu debiutu. „Nieprawdopodobna…” utrzymuje tą tendencję, niemniej pozostaje całkiem niezłym filmem i w paru miejscach autentycznie zabawną komedią. O niedostosowanych i ekscentrycznych ludziach, których dzieli wiele, a łączy pokrewieństwo. Z czasem okaże się, że także więcej oraz że liczy się trochę więcej niż bycie sławnym czy lubianym. Niby nic zaskakującego czy odkrywczego, ale czas nie jest stracony.

girl2

Swoje dodają aktorzy, którzy wypadają całkiem przyzwoicie. Kirsten Wiig już w „Druhnach” pokazała swój talent komediowy. Tu potwierdza, że potrafi udźwignąć rolę zagubionej, niepewnej siebie i marzącej o sławie kobiecie. Ale i tak wszystko rozkręca będąca w formie Annette Bening (matka kochająca hazard, początkowo sprawiająca wziętej z kosmosu) oraz w dość nietypowym wcieleniu Matt Dillon (Bouche, agent CIA, choć trudno w to uwierzyć). Reszta trzyma dość solidny poziom.

Niby kolejna opowieść o rodzinie, która jednak potrafi być silna mimo okoliczności i różnic oraz o tym, że w domu najlepiej, ale to i tak lekka oraz zabawna komedia. Nice stuff.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Nauczycielka angielskiego

Linda Sinclair pracuje jako nauczycielka angielskiego w liceum w Pennsylwanii. Stara panna zakochana w literaturze, nie do końca trzyma się rzeczywistości. I wtedy przypadkowo spotyka swojego byłego ucznia, niespełnionego dramaturga. Otrzymuje jego sztukę teatralną, którą zamierza wystawić w liceum. Ale pojawia się kilka problemów, a jednym z nich jest zmiana zakończenia i przy okazji, kobieta zakochuje się w byłym uczniu.

nauczycielka

Film miał dość spory potencjał, a kierunek rozwoju tej opowieści leżał tylko i wyłącznie w kwestii twórców, w tym reżysera Craiga Ziska (serial „Trawka”). Tu zaczynają się schody. W założeniu miał to być film o braniu odpowiedzialności za siebie i swoje czyny, a także pokazanie jak wiele jest różnic między literaturą a rzeczywistością czy trudnych relacjach z innymi. Problem zaczyna się w momencie, gdy twórcy próbują to pokazać, dość niezgrabnie balansując między poważną komedią a nieśmiesznym dramatem. Zaśmiałem się może ze 3 razy na całym filmie (jako komedia to porażka), zaś problemy pokazane są w sposób powierzchowny i nieangażujący (jako dramat to też porażka). Aktorzy w zasadzie nie mają nic do zagrania i nawet Julianne Moore, którą bardzo cenię i lubię, marnuje się tutaj, nie przekonując jako naiwna nauczycielka. Ten rozkrok osłabia ten niezbyt ciekawy film, więc nic dziwnego, że od razu wyszedł na DVD.

Możecie spróbować obejrzeć „Nauczycielkę…”, ale nie radzę. Zaoszczędzicie sobie pieniądze, rozczarowania i czas.

5/10

Radosław Ostrowski

Pan Lazhar

Filmów o szkole powstawało i powstaje całe multum. Głównie jest tak, że bohaterem jest charyzmatycznym nauczycielem, który zmienia mentalność uczniów. Kanadyjski film Philippe’a Falardeau jest trochę inny. Ale po kolei.

Wszystko zaczyna się w momencie, kiedy jeden z uczniów znajduje nauczycielkę powieszoną na sznurze. Mocno się to odbija na psychice uczniów i pilnie jest potrzebny nauczyciel na zastępstwo. Kiedy wydawało się, że nikt nie zgłosi się pojawia się imigrant z Algierii, Bashir Lazhar, który był nauczycielem w kraju przez 19 lat. Ten zaś w nowym miejscu pracy, zaczyna stosować dość archaiczne metody. Na dobry początek nauczyciel ustawia ławki w rzędach, zamiast w kole.

lazhar2

Reżyser mocno pokazuje coś, co nazywamy nowoczesną szkołą, czyli z dużym wsparciem psychologów, bardziej przyjazną, stawiającą na kreatywność i siłę wyobraźni. Ale pan Lazhar stosuje metody bardziej archaiczne, stawiając na dyscyplinę i rygor, jednocześnie nawiązując fizyczny kontakt z uczniami, co jest wręcz zabronione. W dodatku każde z dzieci musi się z tą tragedią zmierzyć same, bo rodzice albo zajęci (matka pracuje jako pilot i jest w trasie), albo milczą, zaś dla dyrektorki najważniejsze są wyniki. Jedynie Lazhar widzi napięcie i problemy dzieci, próbuje pomóc im, bo sam mierzy się z bólem i stratą. Można zaryzykować, że film stawia pytania nad sensem stosowania nowoczesnych metod nauczania, skoro dla szkoły ważniejszy jest stan intelektualny nad emocjonalnym. Jednak jest to opowiedziane w sposób spokojny, bardziej stonowany i delikatny, co powoduje, że „Pan Lazhar” autentycznie porusza, zmusza do refleksji nad edukacją.

lazhar1

Dużą siłą są też aktorzy, sami naturszczycy. Najlepiej wypadają dzieci, co nie zawsze filmowcom się udaje. Kapitalni są Emilien Neron (obwiniający się o śmierć nauczycielki agresywny Simon) oraz Sophie Nelisse (zaskakująco dojrzała Alice). Za to największe owacje należą się Mohamedowi Felladowi, który wciela się w Lazhara. Na początku sprawia wrażenie pogodnego, choć twardego nauczyciela, ale mężczyzna naznaczony jest traumatycznymi wydarzeniami z Algierii, skąd uciekł. I ta tajemnica czyni go wrażliwszym na krzywdę innych. Mocna, choć bardzo delikatnie pokazana postać.

„Pan Lazhar” odświeża konwencję kina o szkole czy nauczycielach. Nie jest tak duszny i ciężki jak „Z dystansu”, nie idzie w patos, zaś subtelność w prowadzeniu opowieści jest jego największą siłą. Naprawdę piękne kino.

8/10

Radosław Ostrowski

Na sprzedaż

Nick Halsey był vice prezesem w firmie zajmującej się sprzedażą. Jednak po 16 latach pracy i paru wyskokach z alkoholem, zostaje zwolniony. Na dodatek żona go zostawiła i wyrzuciła cały jego dobytek za drzwi (wcześniej zmieniając zamki). Za poradą swojego sponsora, policjanta Franka organizuje wyprzedaż swoich rzeczy.

na_sprzedaz1

Kino lubi ludzi odstających od normy i nałogowców. Tym razem mamy historię alkoholika, któremu zawalił się świat. Jednak tutaj mamy do czynienia z dość ekstremalną historią, bo facet nie może wejść do domu, nie może też zostać na trawniku i nie ma dokąd iść. Poza siedzeniem i pilnowaniem dobytku, pije piwo, obserwuje sąsiadów. Jednak sam film jest dość płytki i powierzchownie traktujący tematykę wyjścia na prostą. Nie robi tego w żaden hollywoodzki czy widowiskowy sposób, ale jednak film mnie trochę znudził. Za poważny jak na komedię (raptem parę momentów było zabawnych), za lekki jak na dramat, a wydawało się ten temat samograjem. Realizacyjnie jest nieźle, muzyka dość spokojna, montaż solidny.

na_sprzedaz2

Aktorsko zaś jest całkiem przyzwoicie. Największym zaskoczeniem jest Will Ferrell, który gra absolutnie poważną postać pijusa, który jest przegrany i próbuje stanąć na nogi. Aktor wypada naprawdę wiarygodnie. Partneruje mu sympatyczny Christopher Jordan Wallace (cwany Kenny), a na drugim planie najbardziej wybija się Rebecca Hall (samotna Samantha), Laura Dern (dawna sympatia Delilah) oraz Michael Pena (gliniarz Frank – sponsor Nicka).

Ogólnie jest to kawał całkiem niezłego kina, które mogłoby być trochę lepsze, gdyby bardziej angażowało.

6/10

Radosław Ostrowski

Matnia

George i Teresa są małżeństwem z krótkim stażem. On rzucił pracę w firmie i maluje, ona hoduje kurczaki i zdradza męża. Oboje mieszkają w zamku na odludnej wyspie. Ich dość spokojne i stabilne życie ulega zmianie, gdy do ich domu wpadają postrzeleni gangsterzy (Richard i Albert), którzy czekają na swojego szefa – Katelbacha.

matnia1

Już po tym opisie widać, że ten film mógł nakręcić tylko jeden człowiek – Roman Polański. Można powiedzieć, że w pewnym sensie to inna wersja „Noża w wodzie”. Psychologiczna gra ubrana tym razem w konwencję thrillera, jednocześnie łamiąc jego reguły, bo bohaterowie nie do końca pasują do swoich ról – oprawca ma postrzeloną rękę, zaś „zakładnicy” to ludzie niedopasowani do siebie,w dodatku to kobieta tutaj przejmuje inicjatywę i jej zachowanie napędza sporą część akcji (pozwala sobie nawet wypić wódkę z gangsterem). Brzmi dość absurdalnie? Pachnie to Beckettem („Matnia” miała być adaptacją „Czekając na Godota”), w dodatku okraszone jest to sporą dawką czarnego humoru, zaś napięcie w wielu miejscach jest namacalne, jednocześnie serwując dość szerokie pole do interpretacji i będące świetnie zrealizowane (zdjęcia, montaż).

matnia2

Także od strony aktorskiej film prezentuje się na wysokim poziomie. Wszystko jest tutaj rozpisane na 3 postacie: agresywnego i twardego Richarda (Lionel Stander), uległego, stonowanego George’a (Donald Pleasence) oraz prowokującą Teresę (Francoise Dorleac), która próbuje zmusić panów do działania. Ich relacje są clou tego filmu, zaś oni sami okazują się dość złożonymi postaciami.

Polański po raz kolejny potwierdza swój talent oraz sprawność realizacyjną. Mroczne kino, które wymaga wiele, dając równie dużo.

7/10

Radosław Ostrowski

Miłość Larsa

Lars Lindstrom jest samotnikiem mieszkającym w garażu obok domu swojego brata Gusa z jego żoną Karen. Nie ma dziewczyny, choć jest przystojny, pracuje w firmie. Parę tygodni później mówi Gusowi i Karen, że ma dziewczynę – Biankę. Jak wielkim zdziwieniem będzie dla nich fakt, że Bianka jest… plastikową lalką. Nie wiedząc jak się zachować, proszą o pomoc dr Dagmar. Ta podejmuje się poprowadzenia sesji z Larsem i Bianką.

lars1

Kino niezależne w USA znane jest z tego, że dotyka ono tematów trudnych i niewygodnych. Craig Gillespie tym razem opowiada dość nietypowe love story, które może na początku wydaje się dość dziwaczne. Jednak jest to bardzo szczere, wrażliwe kino o outsiderze – sprawiającym wrażenie „walniętego” faceta. Przez połowę filmu próbowałem rozgryźć dlaczego Lars zrobił to, co zrobił. Oszalał? Samotność doprowadziła go do załamania nerwowego? A może tak bardzo boi się innych ludzi, że uznał, iż z lalką będzie mu łatwiej? Reżyser nie popada ani w absurd/groteskę, osadzając historię w małym miasteczku, gdzie wszyscy znają wszystkich i lalka tam nie wywołuje jakiegoś oburzenia czy szyderstwa i traktowana jest jako coś normalnego („praca” Bianki jako manekin czy czytająca książki w przedszkolu). Jednocześnie jest to film pełen lirycznych scen (spacery w parku, wspólna przejażdżka czy Lars czytający Biance „Don Kichota”), ale też chwytających za gardło i pełnych silnych emocji („umieranie” Bianki i jej pogrzeb), co jest zasługą nie tylko pewnej wrażliwości reżysera i scenariusza, ale też bardzo solidnej realizacji – oszczędnych zdjęć, montażu oraz bardzo delikatnej muzyki.

Największym jednak atutem tego filmu pozostaje Ryan Gosling, który wspina się tu na wyżyny swoich umiejętności. Lars początkowo jest odbierany jako dziwak, ale jego miłość do Bianki jest szczera i autentyczna (nie jest jednak ona wyidealizowana i piękna). On czyni wiarygodnym całą tą historię, zaś jego grymas naśladujący uśmiech i zamykanie oczu zostają w pamięci. Jednak ten facet skrywa swoje lęki i demony, co widać w scenach sesji z dr Dagmar (empatyczna Patricia Clarkson). Jednak nie tylko Gosling tutaj błyszczy. Poza nim i Bianką (zagraną przez… Biankę) należy koniecznie wspomnieć o Emily Mortimer i Paulu Schneiderze (Karen i Gus), którzy próbują pomóc Larsowi, choć nie bardzo wiedzą jak. I jest jeszcze ktoś – urocza Kelli Garner, która jako Margo skrycie podkochującą się w Larsie – sympatyczna, wyrozumiała – chyba będzie coś z tego więcej, choć nie ma tu postawionej kropki nad i.

lars2

Początkowo nastawiałem się na komedię, a dostałem bardzo delikatny dramat pokazujący zagubionego faceta, który próbuje się oswoić z ludźmi. O takich filmach zwykło się mawiać „małe wielkie kino” – niby wygląda niepozornie, ale kipi od emocji i zapada w pamięć. A jeśli uważacie, że Ryan Gosling jest tylko ładnie wyglądającym facetem nie posiadającym talentu, zobaczcie ten film.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Simone

Victor Taransky jest reżyserem filmowym, który swoje najlepsze lata już ma za sobą, a kino zmieniło się totalnie. Przy pracy nad kolejnym filmem, żadna aktorka nie chce z nim współpracować przy nowym filmie. I wtedy pojawia się pewien programista, który stworzył program tworzący żywą kobietę, która zostaje jego aktorką – Simone. Tylko jak to ukryć?

simone1

Andrew Niccol to sprytny i łebski scenarzysta. Przynajmniej za takiego był uważany, gdy napisał „Truman Show” zrobione przez Petera Weira. Tutaj mamy z jednej strony komedię będącą satyrą na środowisko filmowe, gdzie gwiazdy mogą zerwać kontrakt z tak błahego powodu jak brak odpowiedniej odległości do przyczepy, drwiny z mediów i mas będących w stanie kupić wszystko, co im się da (film nakręcony przez lipną aktorkę, która… żre ze świniami z koryta wywołuje aplauz i entuzjazm). Z drugiej strony jest tu dramat reżysera, który chce „ją” wykorzystać, by wrócić do pierwszej ligi. Ale bardzo niebezpieczne okazuje się stworzenie takiego dzieła, bo nikt nie uwierzyłby w to, że ona nie istnieje. Pomysł jest świetny, realizacja już nie do końca, bo humor zaczyna się powtarzać (finał jest jednak naprawdę mocny i niespodziewany) i chyba nie do końca wiadomo, w którą stronę ten film ma pójść.

simone3

Aktorzy częściowo bronią ten tytuł i dzięki nim dobrze się go ogląda. Al Pacino to Al Pacino – zawsze przykuwa uwagę, nawet jeśli nie jest w najlepszej formie. Tutaj też daje sobie radę jako uwspółcześniony Pigmalion. Zarówno jako pomysłowy filmowiec, jak i kompletnie „uzależniony” od swojego dzieła, twórca wypada naprawdę dobrze. Wspierają go tutaj niezawodna Catherine Keener (była żona i szefowa Elaine), niezła Evan Rachel Wood (córka Lainey) i Winona Ryder (aktorka Nicola Anders) oraz duet Jason Schwartman/Chris Coppola (dziennikarze Echo). Jednak tak naprawdę najciężej miała Rachel Roberts, bo zagrać ideał jest zawsze trudno. No i poradziła sobie.

simone2

Mam lekki niedosyt, jednak to zgrabne połączenie dramatu i komedii wypadło zaskakująco dobrze. Miejscami bawi, miejscami zastanawia, ale mam nadzieję, że jeszcze nie dojdzie do takiej sytuacji, że wszyscy aktorzy będą komputerowi, chociaż kto wie.

7/10

Radosław Ostrowski

Melinda i Melinda

Dwóch nowojorskich pisarzy spiera się o to, która konwencja (komedia czy tragedia) bardziej przedstawia ludzkie losy. Obaj panowie tworzą historię młodej, znerwicowanej kobiety Melindy i przedstawiają jej losy zarówno w wersji tragicznej jak i komediowej.

melinda1

Woody Allen po raz kolejny opowiada to, co zawsze (miłość, seks, niestabilność związków, niewierność, nerwice i problemy z komunikacją), zaś tutaj konwencje przeplatają się ze sobą. Niby nie jest tutaj nic zaskakującego, nie brakuje odrobiny ironicznego humoru czy wnikliwej obserwacji, jednak trochę za mało żartu i humoru, zaś sama historia robi się coraz bardziej nudna i nużąca. Tu każdy kocha każdego, ale nie potrafi tego powiedzieć, znów mamy Nowy Jork, w którym mogło się to tylko wydarzyć. Owszem, nadal jest jazzowa muzyka i ładne zdjęcia (tym razem zrobione przez Vilmosa Zsigmonda), jeszcze kilka zabawnych żartów, ale to trochę za mało i liczyłem trochę na więcej.

melinda2

Sytuację częściowo ratują aktorzy, zaś co istotne Allen nie pojawia się w ogóle. Świetnie wypadła w roli tytułowej Radha Mitchell, która w zależności od konwencji jest femme fatale lub naiwną blondynką, ale jedno się nie zmienia – ta kobieta ma pecha w doborze facetów. Poza nią przewija się masa młodych aktorów jak Jonny Lee Miller (aktor Lee mający problemy z alkoholem), Will Ferrell (Hobie), Chiwetel Eljofor (muzyk Ellis), Amanda Peet (reżyserka Susan) czy Chloe Sevigny (Laurel).

„Melinda” jest całkiem niezłym filmem Allena, ale jednak liczyłem na coś więcej. Może i Allen opowiada to samo w kółko, jednak poniżej pewnego poziomu nie schodzi.

6/10

Radosław Ostrowski