Venus

Maurice Robbins jest aktorem ze sporym dorobkiem i już ustabilizowanym życiem. Jednak zamiast czekać na śmierć i być na emeryturze, nadal grywa i przesiaduje w kawiarni z dwoma kumplami (hipochondrykiem Ianem i będącym przy wadze Donaldem). Ten spokój zostaje zaburzony, gdy do Iana przybywa bratanica Jessie, o której wuj ma nie najlepsze zdanie. Staruszek jednak próbuje pomóc jej w mieście i bierze ja pod swoje skrzydła, jednak nie bezinteresownie.

venus1

Podejrzewałem w jakim kierunku pójdzie film Rogera Michella, ze to będzie o przyjaźni między pokoleniami, a może nawet o miłości. Ale reżyser omija wszelkie klisze i szablony pokazując opowieść o tej nietypowej znajomości w sposób bardzo delikatny, subtelny i zabawny (w wielu miejscach, m.in. pierwsze pozowanie nago do obrazu). On staje się dla niej mentorem, choć początki są niezbyt udane (zakup sukienki przy braku pieniędzy), a ona tylko pozornie sprawia wrażenie nieporadnej, tej złej i w ogóle. Dla mnie „Venus” to opowieść o ciągłym głodzie życia, ciągłej chęci, mimo lat i chorób, które potem przychodzą, ograniczając nasze możliwości. Mądrość przychodzi z wiekiem, choć nie zawsze, a ta znajomość pozornie wydaje się próbą „ukulturalnienia” prowincjuszki, okazuje się lekcją życia. W dodatku ładnie sfotografowaną, z ciepłą i pogodną muzyką oraz naprawdę dobrymi dialogami.

A jeśli chodzi o aktorstwo, to mógłbym wymienić tylko jedno nazwisko, które przykuwa uwagę i kradnie każdą scenę. W główną role wcielił się niezapomniany i wspaniały Peter O’Toole, który potwierdził swoja klasę. Maurice jest dość ekscentrycznym facetem, który kocha alkohol, jest spełniony zawodowo i czeka tak naprawdę na śmierć. Potem okazuje się mentorem, który z prowincjuszki czyni kobietę. Takiej energii, siły i charyzmy pozazdrościłby niejeden młodzieniec, a tutaj O’Toole spojrzeniem przykuwa uwagę. Zaskoczeniem dla mnie była Jodie Whittaker, która jest ta tytułową „Venus”, a tak naprawdę na imię ma Jessie. Na początku robi wrażenie nieporadnej, mającej wszystko gdzieś. Tak naprawdę mimo młodego wieku, wiele przeszła (nieplanowana ciąża, aborcja). Dzięki starszemu panu, powoli się zmienia, ale jeszcze się gubi i popełnia błędy. Oboje tworzą bardzo piękny duet.

venus2

Poza nimi jest jeszcze naprawdę solidny drugi plan z Leslie Phillipsem (hipochondryk Ian, który lubi więcej wypić i czuje się niedocenionym aktorem) i niezawodną Vanessą Redgrave (Valerie, była żona Maurice’a) na czele.

Michell zaskoczył bardzo pozytywnie, tworząc obok „Nothing Hill” swój najlepszy film. I nie ma w tym przesady. Tylko dlaczego ten film w ogóle nie trafił do naszego kraju? Nie mam pojęcia.

8/10

Radosław Ostrowski

Trzy kolory: Biały

Karol mieszka we Francji z zoną Dominique. Poznajemy go w dość smutnym momencie, bo w trakcie rozwodu – przyczyna: impotencja. Mężczyzna zostaje pozbawiony środków do życia, mieszkania i zakładu fryzjerskiego. Próbuje się jakoś utrzymać, grając na grzebieniu w metrze. I tam poznaje Mikołaja, który pomaga mu wrócić do kraju – w walizce. Na miejscu Karol próbuje swoich sił w biznesie i planuje się zemścić na swojej byłej.

bialy1

Po bardzo poetyckim „Niebieskim”, Kieślowski wykonuje woltę gatunkową i tworzy dość gorzka komedię z wątkiem kryminalnym. A że większość wydarzeń toczy się w Polsce, która uczyła się kapitalizmu, daje jej to dość specyficznego posmaku, zaś sam humor jest mocno gorzki i pełen ironii. Ta opowieść o zemście i równości, która nie istnieje, bo każdy chce mieć więcej, bardziej, zaś w świecie można wszystko kupić (nawet swój zgon) przykuwa uwagę, jest bardzo sprytnie poprowadzona, a intryga imponuje i trzyma w napięciu. I tak jak w poprzedniej części dominował kolor niebieski, tak tutaj dość często pojawia się kolor biały – symbol niewinności i równości. Tylko gdzie jest ta równość? W miłości, wobec której wszyscy jesteśmy słabi – zdaje się sugerować reżyser. I chyba nie jest to zaskoczenie, a jednocześnie jedyny moment, gdy reżyser idzie w stronę metafizyki.

A jeśli chodzi o aktorów, to tutaj jest naprawdę wysoki poziom. Tym razem największą uwagę przykuwa Zbigniew Zamachowski. Karol to uroczy, ale pechowy facet, który nadal kocha swoją żonę mimo wszystko. Z „paryskiego” impotenta staje się rekinem biznesu, pełnym sprytu oraz kochankiem wręcz doskonałym, konsekwentnie realizuje swój plan zemsty. I ta przemiana jest bardzo wiarygodnie pokazana. Drugą ważną postacią jest Dominique, czyli Julie Delpy – piękna kobieta, która jest twarda i bezwzględna. Ale tylko u siebie.

bialy2

Za to drugi plan jest przebogaty, gdzie pojawia się m.in. Jerzy Stuhr (brat Karola), Cezary Pazura (właściciel kantoru) czy Jerzy Trela (pan Bronek). Ale i tak bryluje tutaj znakomity Janusz Gajos jako Mikołaj. Polski biznesmen, który stracił motywacje i sens życia, pozostaje tajemniczy do samego końca, ale potem okazuje się lojalnym przyjacielem i wspólnikiem. Spotkanie z Karolem powoli dają mu motywację i zmienia go.

„Biały” mimo upływu lat pozostaje bardzo udanym i świetnym kinem, którego nie musimy się wstydzić. Bardziej idący w kino gatunkowe, ale robiący je z pomysłem i finezją.

8/10

Radosław Ostrowski

Dziewczyna z szafy

Jacek mieszka razem ze swoim upośledzonym umysłowo bratem Tomkiem, który żyje w swoim świecie, co czasem bywa bardzo ciężkie do wytrzymania. Brat zostawia go u sąsiadów, którym musi za to płacić. Aż do momentu kiedy pojawia się tajemnicza i ekscentryczna Magda, która też żyje w swoim światem.

szafa1

Bodo Kox jest jedną z najsłynniejszych postaci polskiego kina niezależnego, który dopiero teraz wskoczył do głównego nurtu i stworzył bardzo specyficzny film. Ni to dramat, ni komedia, mocno inspirowana niezależnym kinem amerykańskim czy skandynawskimi opowieściami o wykluczonych ekscentrykach, którzy nie potrafią żyć razem ze społeczeństwem. Ta historia znajomości dwojga dziwaków to w zasadzie samograj, który można poprowadzić na wiele sposobów – tutaj jest bardziej pogodnie, nie do końca na serio (choć humor jest mocno absurdalny jak w scenie, gdy po zapaleniu skręt Jacek widzi siebie w radiowozie, a wokół sama woda), ale nie wciągnęło mnie to, zaś relacja między Magdą a Tomkiem jest niejasna. No i jeszcze na koniec motyw umierania Tomka – jakby kompletnie Kox nie miał pomysłu na całą historię. Technicznie film wygląda światowo, co podkreślają zdjęcia Arkadiusza Tomiaka, świetna scenografia oraz efekty specjalne, które są zgrane z obrazem.

Swoje też dodają aktorzy, którzy naprawdę wczuli się w postacie. Wojciech Mecwaldowski, który prawie nic nie mówi, genialnie porusza się jako autystyczny (te palce, te ruchy głowa i nogami – coś niesamowitego). To samo można powiedzieć o debiutującej Magdalenie Różańskiej, której Magda ma coś z wiedźmy. Poza nimi na drugim planie błyszczą niezawodni Piotr Głowacki (Jacek, który jakoś próbuje żyć) oraz Eryk Lubos (dzielnicowy – prostoduszny i sympatyczny), którzy kradną każdą scenę swoją obecnością.

szafa2

„Dziewczyna…” to takie dziwadło, w którym poza scenariuszem chyba wszystko jest dopracowane i dopięte oraz wygląda jak nie kręcony w Polsce. I choćby dlatego warto zwrócić na niego uwagę.

6/10

Radosław Ostrowski

Dziewczyna z lilią

Colin jest młodym wynalazcą, który jest elegancko ubrany i nie martwi się o pieniądze, bo ma ich sporo. Bardzo marzy o tym, żeby się zakochać. Dzięki swoim przyjaciołom – kucharza Nicolasa oraz Chicka, trafia na Chloe. Po pewnym czasie, młodzi biorą ze sobą ślub, ale wtedy stan kobiety się pogarsza. Przyczyna tego stanu jest lilia, która rośnie w jej płucu. Colin będzie próbował wszelkimi sposobami uratować swoją ukochaną.

Michel Gondry to reżyser, którego nie można pomylić z nikim innym, nawet jeśli bardzo mocno kocha surrealizm. Historia ma pokręconą warstwę wizualną, gdzie dzieją się rzeczy naprawdę jak z bajki – fortepian połączony z barem, karetka pogotowia na nogach słonia, pokój zaokrąglający się po odsłuchu muzyki czy bardzo niekonwencjonalna scena ślubu (najpierw odbywa się wyścig, gdzie dwie pary walczą o to, która zostanie zaślubiona) – to z jednej strony czyste szaleństwo, z drugiej normalna rzecz dla Gondry’ego. To wszystko tworzy mocno bajkowy i nierealny klimat. Jednak im dalej, tym cała atmosfera staje się poważniejsza i ponura, a zderzenie z brutalną rzeczywistością będzie uderzające, nabierając gorzkiego posmaku, choć elementy surrealistyczne nadal pozostają. Więc nie jest to typowe love story, gdzie wszystko kończy się dobrze, nie ma też typowego wyciskacza łez. Dlatego tym bardziej jest to poruszająca opowieść o wchodzeniu w dorosłość. Jednak forma może wielu odrzucić i zniechęcić.

lilia1

Na szczęście Gondry nie przesadza z surrealizmem, a zachowanie bohaterów jest wiarygodne psychologicznie. To też zasługa świetnych aktorów, którzy udźwignęli role bohaterów sympatycznych, którzy potem są pozbawieni wiary, sił, w końcu nadziei i próbują pogodzić się z losem (symbolicznie pokazują to momenty, gdy ich dom coraz silniej wiąże pajęczyna i brud). To widać najbardziej w rolach Romaina Durisa (Colin) i uroczej jak zawsze Audrey Tautou, których wspierają Omar Sy (Nicolas) oraz Gad Emerach (uzależniony od powieści Partre’a Chick).

lilia3

Gondry raz jeszcze podkreśla, że ma szaloną wyobraźnię, ale forma nigdy nie przesłania treści. To poruszające kino, które mimo elementów baśniowych, trzyma się mocno ziemi i wiele mówi o człowieku.

7,5/10

Radosław Ostrowski


24 Hour Party People

Rok 1976 wydawał się typowym, nic nie znaczącym rokiem. Jednak dla dziennikarza Granady TV Tony’ego Wilsona, był to rok przełomowy. Wszystko zaczyna się w momencie, gdy do Manchesteru przyjeżdża Sex Pistols. Na koncercie były tylko 42 osoby, wśród nich Wilson, który kochał punkową muzykę. Postanawia wtedy razem z przyjaciółmi założyć wytwórnie płytową Factory Records, gdzie będzie grana punkowa i post-punkowa muzyka. Do tego jeszcze tworzy klub Hacjenda. I tak rodzi się manchesterska scena muzyczna z Joy Division na czele.

24h1

I o powstaniu tej muzyki opowiada film Michaela Winterbottoma, który jest świadectwem epoki i kronika wydarzeń od 1976 roku aż do lat 90-tych, kiedy wytwórnia zostaje przejęta, a klub zamknięty. Jest to film dość trudny do zakwalifikowania: wygląda jak dokument, fabuły jako takiej nie ma, jest kontrolowany chaos oraz kapitalna muzyka. Ale nie jest to stricte biografia Tony’ego Wilsona, który jest narratorem i spaja tą cała historię czy muzyków zespołów. Jest to raczej zapis wydarzeń, choć pewne rzeczy zostały pominięte i przemilczane. A jednocześnie pokazana jest przemiana industrialnego i upadającego miasta w Madchester – stolicę mody, muzyki i narkotyków. Ale jest to przede wszystkim opowieść o pasjonatach, którzy kochali muzykę jak życie, choć nie zawsze im się poukładało.

24h2

Na tym polu reżyser skupia się na Joy Division (pierwsza część aż do samobójstwa Curtisa) i Happy Mondays, które doprowadziło pośrednio do bankructwa wytwórni. Ujęcia z ręki, paradokumentalna kolorystyka, czasem następująca zmiana kolorów w czerń i biel (koncert Joy Division) czy szybszy montaż powodują, że film nabiera swoistego, specyficznego rytmu. Nie brakuje tutaj elementów humorystycznych (tu brylują dialogi Wilsona czy scena zabijania gołębi trującym chlebem w rytm „Marszu Walkirii” Wagnera), ale zawsze muzyka jest najważniejsza.

Siła napędową poza muzyką z epoki (m.in. Joy Division, New Order, Happy Mondays czy Orbital) jest naprawdę kapitalne aktorstwo. Tutaj wybija się przede wszystkim Steve Coogan w roli Wilsona – animatora w pewnym sensie kultury alternatywnej. Otwarty na brzmienia, opowiadający z dystansem o sobie, ale jednocześnie szczery pasjonata ze skomplikowanym życiem osobistym. Druga mocna rzecz uderzająca to fizyczne podobieństwo aktorów grających muzyków i wokalistów zespołów. Nie można tu nie wspomnieć o postaci Iana Curtisa (bardzo dobry Sean Harris), którego sukces przygniata i doprowadza po części do autodestrukcji czy Shaunie Ryderze (Danny Cunningham piekielnie dobry), który mimo talentu wpada w nałóg narkotyczny. No i trzecia postać kluczowa, czyli producent Martin Hannett (kompletnie nie do poznania Andy Serkis) – silny charakter, choć dość trudny we współpracy.

24h3

Nie jest to łatwy w odbiorze film (prawie jak każdy w dorobku Winterbottoma), ale pełen pasji, energii i świetnego brzmienia. Barwny portret Manchesteru i tyle.

8/10

Radosław Ostrowski

Nieprawdopodobna dziewczyna

Imogene Duncan była uznawana za obiecującą autorkę sztuk teatralnych w Nowym Jorku, jednak od pewnego czasu jej kariera zawodowa stoi w martwym punkcie, zaś jej relacje z chłopakiem Peterem są delikatnie mówiąc nie najlepsze. Kiedy mężczyzna rozstaje się z nią, kobieta próbuje popełnić samobójstwo. Przez to zostaje wbrew swojej woli umieszczona w domu z matką-hazardzistką, otoczona grupą ekscentrycznych członków rodziny, poza ojcem, który ją zostawił.

girl1

Para reżyserów Shari Springer Berman i Robert Pulcini swój najlepszy film nakręcili na początku swojej drogi – „Amerykański splendor” na podstawie autobiograficznego komiksu Harveya Pekara zaskakiwał nietypową formą, pozornie przeciętną treścią oraz kapitalną rolą Paula Giamatti. Następne filmy bardziej lub mniej opowiadały o ekscentrykach, jednak żaden nie przebił poziomu debiutu. „Nieprawdopodobna…” utrzymuje tą tendencję, niemniej pozostaje całkiem niezłym filmem i w paru miejscach autentycznie zabawną komedią. O niedostosowanych i ekscentrycznych ludziach, których dzieli wiele, a łączy pokrewieństwo. Z czasem okaże się, że także więcej oraz że liczy się trochę więcej niż bycie sławnym czy lubianym. Niby nic zaskakującego czy odkrywczego, ale czas nie jest stracony.

girl2

Swoje dodają aktorzy, którzy wypadają całkiem przyzwoicie. Kirsten Wiig już w „Druhnach” pokazała swój talent komediowy. Tu potwierdza, że potrafi udźwignąć rolę zagubionej, niepewnej siebie i marzącej o sławie kobiecie. Ale i tak wszystko rozkręca będąca w formie Annette Bening (matka kochająca hazard, początkowo sprawiająca wziętej z kosmosu) oraz w dość nietypowym wcieleniu Matt Dillon (Bouche, agent CIA, choć trudno w to uwierzyć). Reszta trzyma dość solidny poziom.

Niby kolejna opowieść o rodzinie, która jednak potrafi być silna mimo okoliczności i różnic oraz o tym, że w domu najlepiej, ale to i tak lekka oraz zabawna komedia. Nice stuff.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Nauczycielka angielskiego

Linda Sinclair pracuje jako nauczycielka angielskiego w liceum w Pennsylwanii. Stara panna zakochana w literaturze, nie do końca trzyma się rzeczywistości. I wtedy przypadkowo spotyka swojego byłego ucznia, niespełnionego dramaturga. Otrzymuje jego sztukę teatralną, którą zamierza wystawić w liceum. Ale pojawia się kilka problemów, a jednym z nich jest zmiana zakończenia i przy okazji, kobieta zakochuje się w byłym uczniu.

nauczycielka

Film miał dość spory potencjał, a kierunek rozwoju tej opowieści leżał tylko i wyłącznie w kwestii twórców, w tym reżysera Craiga Ziska (serial „Trawka”). Tu zaczynają się schody. W założeniu miał to być film o braniu odpowiedzialności za siebie i swoje czyny, a także pokazanie jak wiele jest różnic między literaturą a rzeczywistością czy trudnych relacjach z innymi. Problem zaczyna się w momencie, gdy twórcy próbują to pokazać, dość niezgrabnie balansując między poważną komedią a nieśmiesznym dramatem. Zaśmiałem się może ze 3 razy na całym filmie (jako komedia to porażka), zaś problemy pokazane są w sposób powierzchowny i nieangażujący (jako dramat to też porażka). Aktorzy w zasadzie nie mają nic do zagrania i nawet Julianne Moore, którą bardzo cenię i lubię, marnuje się tutaj, nie przekonując jako naiwna nauczycielka. Ten rozkrok osłabia ten niezbyt ciekawy film, więc nic dziwnego, że od razu wyszedł na DVD.

Możecie spróbować obejrzeć „Nauczycielkę…”, ale nie radzę. Zaoszczędzicie sobie pieniądze, rozczarowania i czas.

5/10

Radosław Ostrowski

Pan Lazhar

Filmów o szkole powstawało i powstaje całe multum. Głównie jest tak, że bohaterem jest charyzmatycznym nauczycielem, który zmienia mentalność uczniów. Kanadyjski film Philippe’a Falardeau jest trochę inny. Ale po kolei.

Wszystko zaczyna się w momencie, kiedy jeden z uczniów znajduje nauczycielkę powieszoną na sznurze. Mocno się to odbija na psychice uczniów i pilnie jest potrzebny nauczyciel na zastępstwo. Kiedy wydawało się, że nikt nie zgłosi się pojawia się imigrant z Algierii, Bashir Lazhar, który był nauczycielem w kraju przez 19 lat. Ten zaś w nowym miejscu pracy, zaczyna stosować dość archaiczne metody. Na dobry początek nauczyciel ustawia ławki w rzędach, zamiast w kole.

lazhar2

Reżyser mocno pokazuje coś, co nazywamy nowoczesną szkołą, czyli z dużym wsparciem psychologów, bardziej przyjazną, stawiającą na kreatywność i siłę wyobraźni. Ale pan Lazhar stosuje metody bardziej archaiczne, stawiając na dyscyplinę i rygor, jednocześnie nawiązując fizyczny kontakt z uczniami, co jest wręcz zabronione. W dodatku każde z dzieci musi się z tą tragedią zmierzyć same, bo rodzice albo zajęci (matka pracuje jako pilot i jest w trasie), albo milczą, zaś dla dyrektorki najważniejsze są wyniki. Jedynie Lazhar widzi napięcie i problemy dzieci, próbuje pomóc im, bo sam mierzy się z bólem i stratą. Można zaryzykować, że film stawia pytania nad sensem stosowania nowoczesnych metod nauczania, skoro dla szkoły ważniejszy jest stan intelektualny nad emocjonalnym. Jednak jest to opowiedziane w sposób spokojny, bardziej stonowany i delikatny, co powoduje, że „Pan Lazhar” autentycznie porusza, zmusza do refleksji nad edukacją.

lazhar1

Dużą siłą są też aktorzy, sami naturszczycy. Najlepiej wypadają dzieci, co nie zawsze filmowcom się udaje. Kapitalni są Emilien Neron (obwiniający się o śmierć nauczycielki agresywny Simon) oraz Sophie Nelisse (zaskakująco dojrzała Alice). Za to największe owacje należą się Mohamedowi Felladowi, który wciela się w Lazhara. Na początku sprawia wrażenie pogodnego, choć twardego nauczyciela, ale mężczyzna naznaczony jest traumatycznymi wydarzeniami z Algierii, skąd uciekł. I ta tajemnica czyni go wrażliwszym na krzywdę innych. Mocna, choć bardzo delikatnie pokazana postać.

„Pan Lazhar” odświeża konwencję kina o szkole czy nauczycielach. Nie jest tak duszny i ciężki jak „Z dystansu”, nie idzie w patos, zaś subtelność w prowadzeniu opowieści jest jego największą siłą. Naprawdę piękne kino.

8/10

Radosław Ostrowski

Na sprzedaż

Nick Halsey był vice prezesem w firmie zajmującej się sprzedażą. Jednak po 16 latach pracy i paru wyskokach z alkoholem, zostaje zwolniony. Na dodatek żona go zostawiła i wyrzuciła cały jego dobytek za drzwi (wcześniej zmieniając zamki). Za poradą swojego sponsora, policjanta Franka organizuje wyprzedaż swoich rzeczy.

na_sprzedaz1

Kino lubi ludzi odstających od normy i nałogowców. Tym razem mamy historię alkoholika, któremu zawalił się świat. Jednak tutaj mamy do czynienia z dość ekstremalną historią, bo facet nie może wejść do domu, nie może też zostać na trawniku i nie ma dokąd iść. Poza siedzeniem i pilnowaniem dobytku, pije piwo, obserwuje sąsiadów. Jednak sam film jest dość płytki i powierzchownie traktujący tematykę wyjścia na prostą. Nie robi tego w żaden hollywoodzki czy widowiskowy sposób, ale jednak film mnie trochę znudził. Za poważny jak na komedię (raptem parę momentów było zabawnych), za lekki jak na dramat, a wydawało się ten temat samograjem. Realizacyjnie jest nieźle, muzyka dość spokojna, montaż solidny.

na_sprzedaz2

Aktorsko zaś jest całkiem przyzwoicie. Największym zaskoczeniem jest Will Ferrell, który gra absolutnie poważną postać pijusa, który jest przegrany i próbuje stanąć na nogi. Aktor wypada naprawdę wiarygodnie. Partneruje mu sympatyczny Christopher Jordan Wallace (cwany Kenny), a na drugim planie najbardziej wybija się Rebecca Hall (samotna Samantha), Laura Dern (dawna sympatia Delilah) oraz Michael Pena (gliniarz Frank – sponsor Nicka).

Ogólnie jest to kawał całkiem niezłego kina, które mogłoby być trochę lepsze, gdyby bardziej angażowało.

6/10

Radosław Ostrowski

Matnia

George i Teresa są małżeństwem z krótkim stażem. On rzucił pracę w firmie i maluje, ona hoduje kurczaki i zdradza męża. Oboje mieszkają w zamku na odludnej wyspie. Ich dość spokojne i stabilne życie ulega zmianie, gdy do ich domu wpadają postrzeleni gangsterzy (Richard i Albert), którzy czekają na swojego szefa – Katelbacha.

matnia1

Już po tym opisie widać, że ten film mógł nakręcić tylko jeden człowiek – Roman Polański. Można powiedzieć, że w pewnym sensie to inna wersja „Noża w wodzie”. Psychologiczna gra ubrana tym razem w konwencję thrillera, jednocześnie łamiąc jego reguły, bo bohaterowie nie do końca pasują do swoich ról – oprawca ma postrzeloną rękę, zaś „zakładnicy” to ludzie niedopasowani do siebie,w dodatku to kobieta tutaj przejmuje inicjatywę i jej zachowanie napędza sporą część akcji (pozwala sobie nawet wypić wódkę z gangsterem). Brzmi dość absurdalnie? Pachnie to Beckettem („Matnia” miała być adaptacją „Czekając na Godota”), w dodatku okraszone jest to sporą dawką czarnego humoru, zaś napięcie w wielu miejscach jest namacalne, jednocześnie serwując dość szerokie pole do interpretacji i będące świetnie zrealizowane (zdjęcia, montaż).

matnia2

Także od strony aktorskiej film prezentuje się na wysokim poziomie. Wszystko jest tutaj rozpisane na 3 postacie: agresywnego i twardego Richarda (Lionel Stander), uległego, stonowanego George’a (Donald Pleasence) oraz prowokującą Teresę (Francoise Dorleac), która próbuje zmusić panów do działania. Ich relacje są clou tego filmu, zaś oni sami okazują się dość złożonymi postaciami.

Polański po raz kolejny potwierdza swój talent oraz sprawność realizacyjną. Mroczne kino, które wymaga wiele, dając równie dużo.

7/10

Radosław Ostrowski