Zbrodnie i wykroczenia

Ten film jest bardzo wyjątkowy w dorobku Allena, bo przedstawia dwie opowieści o tym samym, choć w różnej konwencji. Bohaterem pierwszej jest dr Judah Rosenthal – uznany i ceniony lekarz-okulista, bogaty i odnoszący sukcesy. Ale od dwóch lat ma kochankę, która zaczyna grozić mu, że wyciągnie na jaw jego brudy. Drugim bohaterem jest Clifford Ivring – ambitny reżyser filmów dokumentalnych, który zostaje poproszony o nakręcenie filmu o znienawidzonym szwagrze – producencie telewizyjnym. W trakcie realizacji poznaje młodą asystentkę producenta, w której się zakochuje, choć Cliff jest żonaty.

wykroczenia1

Tutaj Allen z jednej strony jest poważnym facetem, który mówi o zbrodni, winie i karze (wątek Judaha), z drugiej pozwala sobie na odrobinę humoru i żartu (wątek Cliffa). Ale jednak całość jest bardziej poważna i zmuszająca do refleksji. Obaj bohaterowie przeżywają problemy egzystencjalne i próbują znaleźć odpowiedzi na nurtujące ich pytania: o to, dlaczego innym się udaje odnieść sukces, skąd bierze się zło i niesprawiedliwość oraz czemu Bóg nie reaguje. Odpowiedzi w zasadzie nie ma, ale obie te historie angażują, wciągają i nawet bawią, zaś pewną odtrutką na smutki może być kino. Nie brakuje wolt, zaskoczeń i humoru, a wszystko okraszone świetnymi zdjęciami Svena Nykvista oraz montażem.

wykroczenia2

Pierwsze skrzypce w tym filmie gra zdecydowanie Martin Landau w roli dra Rosenthala – racjonalistę, którego „prześladuje” Bóg i w ostateczności posuwa się do zbrodni. Dręczą go wyrzuty sumienia, ale potem zaczynają one ustępować. Drugiego bohatera gra sam Allen, ale tutaj jest trochę inny od typowej swojej kreacji. To nadal inteligent, ale nieszczęśliwy, złośliwy i zgorzkniały, który przekonany o swoim talencie odbija się od ściany. Poza tym duetem wybija się kilka mocnych ról drugoplanowych: od Anjeliki Huston (Dolores, znerwicowana kochanka Judaha) i Alana Aldy (Lester, nadęty szwagier Cliffa) przez Mię Farrow (piękna Halley) i Jerry’ego Orbacha (Jack, brat Judaha) do Sama Waterstona (rabin Ben).

wykroczenia3

Allen po raz kolejny zaskakuje i utrzymuje wysoką formę. Zgrabne połączenie komedii z dramatem wręcz egzystencjalnym.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Hannah i jej siostry

Żyły sobie siostry trzy: były różne od siebie, a jednak starały się być tak bliskie. Hannah jest aktorką, która stara się wspierać pozostałe dwie, mieszka z Elliotem (księgowym) i ma z nim 4 dzieci. Holly desperacko próbuje znaleźć jakąkolwiek pracę: zaczyna od firmy cateringowej, próbuje tez grać, jednak prześladuje ją pech. Lee jest żoną malarza Fredericka – swojego nauczyciela, ale nie czuje się szczęśliwa i spotyka się z Elliotem. W tym samym czasie były mąż Hanny, hipochondryk Mickey ocierając się o śmierć, przeżywa załamanie nerwowe.

hannah1

Woody Allen tutaj inspirował się „Trzema siostrami” Czechowa, ale zmienił lekko klimat i zrobił dzieło cieplejsze niż pierwowzór. Wszystko toczy się to rzecz jasna w Nowym Jorku na przestrzeni roku, zaś klamrą spajającą ten film jest Święto Dziękczynienia. Zaś wątki poszczególnych bohaterów są ze sobą przeplatane, co tylko uatrakcyjnia cała historię. Oprócz tego mamy pięknie sfotografowany Nowy Jork (tym razem autorem zdjęć jest Carlo Di Palma), bardzo pięknie dobrana muzyka m.in. Jana Sebastiana Bacha, (liryczny wątek Lee i Elliota) i stara tematyka: małżeństwo, zdrada, poszukiwanie sensu życia. Jednak tutaj jest bardziej refleksyjnie niż zabawnie, choć humoru nie brakuje (wątek Mickeya, gdzie humor miesza się z zadumą). Jednak mimo wtórności film ogląda się znakomicie, a dlaczego tak jest? Nie mam pojęcia, to jest jedna z tych rzeczy, których nie potrafię wytłumaczyć. Tak jest i już.

Allen perfekcyjnie prowadzi aktorów i tutaj to tylko potwierdza. Mia Farrow tutaj naprawdę wspięła się na wyżyny swojego talentu, tworząc postać pozornie silnej kobiety, która próbuje być wsparciem dla swojej rodziny, ale to ją męczy. Równie świetnie wypadły Barbara Hershey (Lee – dusząca się w małżeństwie) oraz Dianne Wiest (Holly – desperacko szukająca pracy, starająca się dorównać siostrom). Panów tutaj dzielnie reprezentują: sam Allen grający Mickey’a – hipochondrycznego producenta, który przeżywa załamanie nerwowe, kapitalny Michael Caine (Elliot – miotający się między żoną a Lee) oraz pojawiający się raptem kilka razy Max von Sydow, któremu udało się stworzyć pełnokrwistego bohatera (Frederick, mąż Lee – scena rozstania genialnie zagrana).

Zaryzykuję dość śmiałą tezę, że jest to opus magnum Allena, który przebija nawet „Annie Hall” (równie znakomitą przecież). Tutaj bardziej liczy się to, co między słowami, a jednocześnie poza pewną refleksją gwarantuje świetną zabawę i odrobinę optymizmu.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Wspomnienia z gwiezdnego pyłu

Sandy Bates jest reżyserem filmów komediowych, który przeżywa kryzys twórczy. Prace nad jego ostatnim filmem idą dość opornie i nie podobają się wytwórni. Żeby wypocząć, zostaje wysłany do nadmorskiej miejscowości, gdzie w hotelu „Gwiezdny pył” odbywa się przegląd jego filmów. Tam na miejscu rozprawi się ze swoimi demonami (dwie nogi, para piersi – innymi słowy kobiety).

gwiezdny_pyl1

Jeśli czytając ten opis, nasuwają się wam skojarzenia z „8 i pół” Felliniego, to macie dobre skojarzenia. Allen w dość komiczny sposób inspiruje się Fellinim i mamy to, co zawsze – skomplikowane relacje z kobietami, humor (tylko w trochę mniejszej ilości niż zwykle), jazz w tle. Dodatkowo mamy tutaj pomieszanie przeszłości, teraźniejszości, snu i jawy – co tworzy mocno oniryczny klimat, potęgowany przez czarno-białe zdjęcia, gdzie praktycznie do samego końca nie wiemy, co jest wytworem wyobraźni, a co się dzieję naprawdę (m.in. spotkanie za miastem, gdzie jest zlot czekający na UFO). Trochę wprowadziło mnie to w konsternację, zaś dość dla mnie przewrotny finał częściowo nadrabia. Allen tutaj próbuje przewartościować całe swoje życie i dorobek artystyczny. Nie ma już siły na rozśmieszanie, jest zmęczony gawiedzią (sceny, gdy rozmawiają z nim jego fani oraz początek filmu).

gwiezdny_pyl2

Oczywiście, Allen znów jest na ekranie i znów gra tą samą postać – pogubionego inteligenta, który nie radzi sobie z kobietami, ale udaje mu się przewartościować swoje życie. Ale partnerujące mu panie są najmocniejszym atutem tego filmu. Fantastycznie tutaj wypadły Charlotte Rampling (ciemnowłosa Dorris – znerwicowana, niestabilna, seksowna kobieta), Jessica Harper (atrakcyjna i urocza Daisy) oraz Marie-Christine Barrault (niepewna siebie Isobel).

gwiezdny_pyl3

„Wspomnienia z gwiezdnego pyłu” kończą pewien etap w dorobku Allena. Dla mnie ten dość dziwaczny film nie do końca do mnie trafił, niemniej ma swoje zalety i jest warty obejrzenia.

6,5/10

Radosław Ostrowski


Po godzinach

Paul Hackett jest informatykiem pracującym w dużej firmie na Manhattanie. Pewnego wieczora, po pracy w knajpie poznaje dziewczynę Marcy, z którą chce się umówić. Podaje mu swój numer telefonu i idzie do jej mieszkania w SoHo. Tam przeżyje swoją najdziwniejszą noc w całym swoim życiu.

godzina1

Martin Scorsese i komedia? Ktoś powie, ze to połączenie nie ma racji bytu. A jednak. Film „po godzinach” to komedia, w której dochodzi do wydarzeń dziejących się na granicy prawdopodobieństwa, wręcz niewytłumaczalnych, z galerią pokręconych postaci wziętych z filmu Quentina Tarantino, zaś atmosfera przypomina senny koszmar w oparach groteski i absurdu. Bo nocą obowiązują trochę inne reguły niż za dnia i miasto pokazuje swoje mroczne oblicze, pełne niebezpieczeństw i tajemnic. Atmosferą film przypominał mi inny tytuł „Ale jazda!”, gdzie też się działy nieprawdopodobne historie i była masa pokręconych bohaterów. Co z jednej strony wywołuje masę zabawnych sytuacji i okraszone jest dobrymi dialogami, z drugiej mamy dziwne wrażenie, że los zwyczajnie uwziął się na Paula, wplątując go w kradzieże i inne tragedie, zmierzając do pokręconego i zaskakującego finału. Całość jest naprawdę świetnie zrealizowana (zdjęcia i montaż zasługują na uznanie), okraszona w dodatku bardzo ciekawą muzyką jak to u Scorsese.

godzina2

Ale całą opowieść rozkręca znakomity Griffin Dunne grający przeciętnego faceta w nieprzeciętnej sytuacji. Jego konsternacja, złość, brak opanowania jest pokazana w sposób bezbłędny i kibicujemy mu do samego końca. Poza nim jest cała masa ekscentrycznych postaci jak dziewczyna Marcy, rzeźbiarka Kiki, barman Tom czy złodziejaszki Neil i Pepe. W zasadzie na opisanie tych postaci zwyczajnie nie starczyłoby czasu, ale wszyscy tu wypadli bezbłędnie, co świadczy zarówno o ich umiejętnościach, jak i precyzyjnej pracy reżysera.

Już nigdy później ten Nowojorczyk nie zrobił takiej zgrywy i jazdy. Autentycznie zabawna, niepokojąca i bardzo mroczna historia.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Król dowcipu

Czy znacie takiego gościa jak Rupert Pupkin? Pewnie nie, bo facet po 30-tce marzący o karierze komika w programie tv. Ale ciągle jest zbywany, mimo że uważa się za kumpla prowadzącego program Jerry’ego Langforda. W końcu decyduje się na porwanie komika.

krol1

Każdy szanujący się reżyser popełnia film, który bywa zapominany i pomijany w jego dorobku. Tak jest właśnie w przypadku tej słodko-gorzkiej opowieści Martina Scorsese. Jest to opowieść o człowieku, który przekonany o swoim „talencie”, chce osiągnąć sławę i rozgłos za wszelką cenę, wręcz po trupach, stając się obsesją wręcz. Można oczywiście się z tego śmiać, jednak tak naprawdę zabawne są tu sceny z wyobraźni Pupkina, gdzie jest mistrzem humoru lepszym od Langforda oraz scena, gdy Pupkin naprawdę występuje w programie. Reżyserowi nie tylko udaje się pokazać stan chorego psychicznie jegomościa, który chce mieć więcej niż powinien (sceny, gdy Pupkin w domu robi swój show w pokoju pełnym postaci z programu), ale też jak trudny jest showbiznes i schlebianie gustom mas (gorzki finał).

krol2

Ale ta cała historia nie zostałaby tak przekonująca, gdyby nie popisowa rola Roberta De Niro. Pupkin w jego wykonaniu to postać, której wydaje się, że ma talent komediowy. Na początku nawet robi dobre wrażenie, choć jest trochę gadatliwy. Dopiero potem widzimy jak jego marzenie staje się obsesją i że jest człowiekiem mocno oderwanym od rzeczywistości, co wywołało współczucie wobec tej postaci. Porażająca i nietypowa kreacja w dorobku tego aktora. Drugim istotnym bohaterem jest Jerry Langforda, grany przez Jerry’ego Lewisa. To gwiazdor, który jest obiektem wszelkiego pożądania, spełnia swoje zadanie (rozśmieszanie na scenie), ale poza nią jest raczej chłodnym pracoholikiem. Poza tym duetem warto wspomnieć o Sandrze Bernhard (równie stuknięta jak Rupert Marsha), Shelley Hack (Cathy Long, sekretarka Langforda) oraz Diahnne Abbott (barmanka Rita, „dziewczyna” Ruperta).

krol3

Scorsese w bardzo gorzkiej komedii pokazał jak kończy się sława za wszelką cenę. Niby Rupert osiągnął cel, ale czy naprawdę zdaje sobie sprawę, jak bardzo słabym specem jest? No właśnie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kwartet

W domu spokojnej starości dla muzyków i artystów operowych ma zostać przeprowadzana gala, z której dochód będzie przeznaczony na dalsze działanie placówki. Przygotowania zostają lekko zakłócone z powodu pojawienie się nowej lokatorki – podstarzałej diwy, której były mąż tu mieszka. Wtedy wyjdą pewne animozje, choć szef placówki chce wyciągnąć dawny kwartet.

kwartet5

Zazwyczaj kiedy aktor zaczyna debiutować jako reżyser, wówczas pojawiają się głosy, że robi to albo dla większej sławy, większej kasy lub bo mu się znudziło. Nie wiem jakie były motywy debiutującego Dustina Hoffmana na stołku z napisem director, ale chyba nie chodziło tu ani o sławę czy o kasę. Reżyser podjął się adaptacji sztuki Ronalda Harwooda opowiadającej o grupie emerytów-artystów, którzy nigdy nie zrezygnowali z uprawiania sztuki, nawet jeśli większość ich fanów już nie żyje, przemijaniu i czerpaniu radości z życia bez względu na wiek. Niby to nie jest coś o czym nie byłoby wiadomo, ale jest to tak lekkie w odbiorze i tak zabawne, że te półtorej godziny spędzone przy muzyce klasycznej i starszych ludziach sprawia po prostu przyjemność. Nie jest to w żadnym wypadku ramota, bo i miejsce pięknie wygląda i kamerze zdarza się wyjść poza pomieszczenia. Wszystko to opowiedziane pewną ręką.

kwartet4

Hoffman miał też to szczęście, że wybrał za to znakomitych aktorów brytyjskich, którzy udźwignęli swoje role. Są to ludzie z pasją i energią (rozbrajający Billy Connolly z Pauline Collins), ale jednocześnie pełni lęków i tajemnic (grający tu pierwsze skrzypce Maggie Smith z Tomem Courtneyem) i cała ta czwórka jest po prostu fantastyczna. Poza nimi wybija się Michael Gambon (apodyktyczny Cedric).

Może i jest to odrobinę bajkowe, jednak „Kwartet” jest po prostu dobrze zrobionym filmem. Ja się dobrze czułem i dobrze bawiłem. I mam nadzieję, że będąc w wieku bohaterów nadal będę miał swoją energię i humor.

7/10

Radosław Ostrowski

Piąta pora roku

Pozornie tych dwoje ludzi różni wiele, choć oboje są w tym samym wieku. On Witek jest rencistą dorabiającym graniem na trąbce – na pogrzebach, w klubie seniora w rytm disco polo – oraz hodującym gołębie. Ona Basia kiedyś uczyła muzyki i jest wdową po uznanym malarzu. Kobieta prosi Witka, by odwiózł ją nad morze.

Filmów o starości w ostatnim czasie pojawiło się kilka na naszym podwórku – „Tulipany”, „Pora umierać”, „Ostatnia akcja”. Do tego próbuje dołączyć najnowszy film Jerzego Domaradzkiego. Twórca „Wielkiego biegu” tym razem wykorzystuje konwencję kina drogi tworzy opowieść o dwojgu niemłodych ludzi, którzy przypadkowo odnajdują miejsce na ziemi obok siebie, choć dzieli ich wszystko. Niby typowe i przerabiane wiele razy, jednak tutaj opowiedziane w sposób lekki, rozładowując sytuację humorem – czasem rubasznym (spotkanie z alfonsem i prostytutką), czasem subtelnym, ale nigdy chamskim i wulgarnym, zawsze w sposób ciepły i delikatnie, z uśmiechem na twarzy. Okraszone to ładnymi zdjęciami, pokazujące Śląsk (gdzie toczy się większość wydarzeń) jako coś więcej niż tylko kopalnie, z dobrym dźwiękiem i montażem, choć w paru miejscach muzyka lekko kiksuje.

pora_roku1

Ta historia nie miałaby tej siły, gdyby nie świetnie poprowadzeni aktorzy. Nie zawodzi Marian Dziędziel jako podstarzały lowelas, który chyba bardziej od kobiet kocha tylko gołębie. Poza tym to niemal idealny facet. Partneruje mu Ewa Wiśniewska, która znowu gra elegancką damę, choć zdarzy się jej zapalić marihuanę. Zaś na drugim planie znów błyszczy Andrzej Grabowski jako Bogdan, kumpel Witka, znów rozweselając widownię, a poza nimi jest kilka ciekawych epizodów, ale nie będę ich zdradzał.

pora_roku2

Niby nie jest to nic wielkiego czy oryginalnego, ale w jakiś ciekawy sposób to trafia. Taka słodko-gorzka, choć ciepła obyczajowa historia nie tylko dla osób w wieku 50+. Dobra robota, panie Domaradzki.

7/10

Radosław Ostrowski

Córka mojego kumpla

W małym miasteczku w New Joersey, obok siebie mieszkają zaprzyjaźnione ze sobą rodziny Wellingów i Ostroffów – oni naprawdę są zżyci ze sobą. Całe ich wspólne życie zostaje mocno pozmieniane, kiedy po 5 latach wraca do domu Nina, córka Ostroffów. Jej rodzice chcą ją zeswatać z Toby’m, synem sąsiadów, ale ona zakochuje się w jego ojcu. A zaczęło się od pocałunku i chyba się na tym nie skończy.

oranges

Sam film jest słodko-gorzką opowieścią, która trochę tematyką przypomina „American Beauty” – bo na pierwszy rzut oka mamy dwie rodziny mocno zaprzyjaźnione, ale tak naprawdę obie nie są szczęśliwe i obie przeżywają kryzys. Zaś powrót córki marnotrawnej zmusi ich nie tylko do przewartościowania, ale to do przemyślenia własnego życia i nawet do zmian. Choć niby wiemy jak się to skończy, ogląda się to dobrze, nie brakuje odrobiny humoru (czasem zaprawionym ironią), a technicznie jest solidnie. A i trochę do pomyślunku czasem daje. Niby nic wielkiego, ale czy każdy film musimy odbierać jako arcydzieło? To sympatyczna i przyjemna produkcja.

Ale za to obsadę ma bardzo mocną. Znowu bryluje Hugh Laurie, grając bardzo subtelnie faceta przeżywającego kryzys wieku średniego, wplątującego się w romans z małolatą. Mimo to, nie jesteśmy w stanie nie polubić Jamesa Wellinga. Jego przeciwieństwem jest Oliver Platt jako jego sąsiad Terry. Zaś partnerujące im panie (Catherine Keener i Allison Janney) tworzą z nimi ciekawe duety. Jednak najlepiej ku mojemu zaskoczeniu wypadła Leighton Meister – zagubiona, nie do końca wiedząca czego chce Nina. Między nim a Lauriem jest wyczuwalna chemia, przez co ich wątek jest przekonujący.

oranges2

Jest to naprawdę lekka i dość przyjemna komedia, która może nie przejdzie do historii, ale seans nie jest czasem straconym. Nice.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Wożąc panią Daisy

Rok 1948. Pani Daisy jest starszą kobietą, która ma już swoje lata i nie bardzo radzi sobie z obsługą samochodu. Ostatnim razem wpadła prosto do działki sąsiada. Syn, nie chcąc zostawić mamy samej, wynajmuje jej czarnoskórego szofera Hoke’a. Początkowo dość niechętnie go przyjmuje, ale z czasem zaczyna się między nimi tworzyć nić porozumienia.

daisy1

W zasadzie ta historia jest bardzo prostą opowieścią opartą na dość prostych schematach: przełamywaniu barier społecznych, ale przede wszystkim swoich własnych lęków i przekonań. Było to już w kinie wielokrotnie wałkowanie i niestety, film Bruce’a Beresforda nie przetrwał próby czasu, bazując na sentymentalnych wzruszeniach, a także brakuje mu delikatnie mówiąc ikry. Wszystko jest lekkie, ogląda się to dość łatwo, ale czegoś głębszego zabrakło w tym wszystkim, już w połowie czując mocno znużenie. A potencjał w tej opowieści o niezwykłej przyjaźni był ogromny. Od strony technicznej trudno się tu przyczepić: zdjęcia, montaż, scenografia i muzyka są na porządnym poziomie, co nie powinno dziwić, to przecież USA.

daisy2

Tym większy żal aktorów, którzy robią co mogą, by ożywić swoje postacie. Zarówno Morgan Freeman jak i Jessica Tandy stanęli na wysokości zadania, tworząc postacie sympatycznego i żwawego szofera oraz zrzędliwej starszej pani, która z wyższością patrzy na innych i nie lubi pokazywać swojego dobytku, ale powoli między tą parą tworzy się przyjaźń. Na drugim planie jest za to niezrównany Dan Aycroyd grający absolutnie poważnie i robi to z wdziękiem.

daisy3

„Wożąc panią Daisy” jest filmem zaledwie niezłym, z którym czas nie obszedł się zbyt łaskawie. Jest trochę pusty w środku, choć stara się być ciepły i bezpretensjonalny. Tym większa szkoda.

6/10

Radosław Ostrowski

Celeste i Jesse – Na zawsze razem

Była raz sobie młoda Jesse i Celeste. On – niedoszły artysta, ona – pracownica firmy reklamowej. Poznali się w liceum i wzięli ze sobą ślub. Ale kiedy ich poznajemy są w separacji, mimo tego ich relacje między nimi są serdeczne. I tak to trwa do momentu, gdy Jesse dowiaduje się o tym, że będzie ojcem. Ale nie z Celeste, tylko z Veronicą.

Kolejny przykład amerykańskiego niezależnego kina. Nie zobaczymy znanych twarzy w głównych rolach (co najwyżej na dalszym planie) i jest to słodko-gorzka opowieść o związkach, z naciskiem na obyczajowość. Reżyserowi Lee Tolandowi Kriegerowi udało się pokazać, że przyczyną rozpadu jest nie tylko niedogadywanie się ze sobą, ale też charaktery oraz nasze wady. Jednak czasem takie zdarzenia jak rozwód są w stanie zmusić nas do spojrzenia z innej perspektywy na nas. Niby nic oryginalnego, ale czuć w tym wszystkim autentyzm i nie ma poczucia przekombinowania czy udziwnienia na siłę. Czasem jest przemycany humor, ale nie jest to komedia. Efektów specjalnych, dynamicznych pościgów i hektolitrów krwi nie ma wiele, to jednak można było wywnioskować wcześniej.

celeste

Zagrane jest to całkiem przyzwoicie. Najbardziej wyróżnia się Rashida Jones w roli Celeste (także współautorka scenariusza), to z jej perspektywy poznajemy tą całą historię. To piękna kobieta, ale patrząca na innych trochę z góry, ambitna, zarabiająca i przez pewien czas staczająca się powoli. Jej przeciwieństwem jest Jesse w wykonaniu Adama Sanberga – obibok, który chce być artystą. Jednak oboje zaczyna powoli zmieniać się i dojrzewać. Jednak ta dwójka nie jest jedynym powodem, dla którego warto spędzić czas. Z drugiego ja bym wymienił Emmę Roberts (gwiazda pop Riley), Chrisa Messinę (Paul) oraz Elijah Wooda (Scott, szef Celeste).

celeste2

To lekkie obyczajowe kino. Tylko i aż, bo czas mija szybko a i pomyśleć jest o czym.

6,5/10

Radosław Ostrowski