Po godzinach

Paul Hackett jest informatykiem pracującym w dużej firmie na Manhattanie. Pewnego wieczora, po pracy w knajpie poznaje dziewczynę Marcy, z którą chce się umówić. Podaje mu swój numer telefonu i idzie do jej mieszkania w SoHo. Tam przeżyje swoją najdziwniejszą noc w całym swoim życiu.

godzina1

Martin Scorsese i komedia? Ktoś powie, ze to połączenie nie ma racji bytu. A jednak. Film „po godzinach” to komedia, w której dochodzi do wydarzeń dziejących się na granicy prawdopodobieństwa, wręcz niewytłumaczalnych, z galerią pokręconych postaci wziętych z filmu Quentina Tarantino, zaś atmosfera przypomina senny koszmar w oparach groteski i absurdu. Bo nocą obowiązują trochę inne reguły niż za dnia i miasto pokazuje swoje mroczne oblicze, pełne niebezpieczeństw i tajemnic. Atmosferą film przypominał mi inny tytuł „Ale jazda!”, gdzie też się działy nieprawdopodobne historie i była masa pokręconych bohaterów. Co z jednej strony wywołuje masę zabawnych sytuacji i okraszone jest dobrymi dialogami, z drugiej mamy dziwne wrażenie, że los zwyczajnie uwziął się na Paula, wplątując go w kradzieże i inne tragedie, zmierzając do pokręconego i zaskakującego finału. Całość jest naprawdę świetnie zrealizowana (zdjęcia i montaż zasługują na uznanie), okraszona w dodatku bardzo ciekawą muzyką jak to u Scorsese.

godzina2

Ale całą opowieść rozkręca znakomity Griffin Dunne grający przeciętnego faceta w nieprzeciętnej sytuacji. Jego konsternacja, złość, brak opanowania jest pokazana w sposób bezbłędny i kibicujemy mu do samego końca. Poza nim jest cała masa ekscentrycznych postaci jak dziewczyna Marcy, rzeźbiarka Kiki, barman Tom czy złodziejaszki Neil i Pepe. W zasadzie na opisanie tych postaci zwyczajnie nie starczyłoby czasu, ale wszyscy tu wypadli bezbłędnie, co świadczy zarówno o ich umiejętnościach, jak i precyzyjnej pracy reżysera.

Już nigdy później ten Nowojorczyk nie zrobił takiej zgrywy i jazdy. Autentycznie zabawna, niepokojąca i bardzo mroczna historia.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Król dowcipu

Czy znacie takiego gościa jak Rupert Pupkin? Pewnie nie, bo facet po 30-tce marzący o karierze komika w programie tv. Ale ciągle jest zbywany, mimo że uważa się za kumpla prowadzącego program Jerry’ego Langforda. W końcu decyduje się na porwanie komika.

krol1

Każdy szanujący się reżyser popełnia film, który bywa zapominany i pomijany w jego dorobku. Tak jest właśnie w przypadku tej słodko-gorzkiej opowieści Martina Scorsese. Jest to opowieść o człowieku, który przekonany o swoim „talencie”, chce osiągnąć sławę i rozgłos za wszelką cenę, wręcz po trupach, stając się obsesją wręcz. Można oczywiście się z tego śmiać, jednak tak naprawdę zabawne są tu sceny z wyobraźni Pupkina, gdzie jest mistrzem humoru lepszym od Langforda oraz scena, gdy Pupkin naprawdę występuje w programie. Reżyserowi nie tylko udaje się pokazać stan chorego psychicznie jegomościa, który chce mieć więcej niż powinien (sceny, gdy Pupkin w domu robi swój show w pokoju pełnym postaci z programu), ale też jak trudny jest showbiznes i schlebianie gustom mas (gorzki finał).

krol2

Ale ta cała historia nie zostałaby tak przekonująca, gdyby nie popisowa rola Roberta De Niro. Pupkin w jego wykonaniu to postać, której wydaje się, że ma talent komediowy. Na początku nawet robi dobre wrażenie, choć jest trochę gadatliwy. Dopiero potem widzimy jak jego marzenie staje się obsesją i że jest człowiekiem mocno oderwanym od rzeczywistości, co wywołało współczucie wobec tej postaci. Porażająca i nietypowa kreacja w dorobku tego aktora. Drugim istotnym bohaterem jest Jerry Langforda, grany przez Jerry’ego Lewisa. To gwiazdor, który jest obiektem wszelkiego pożądania, spełnia swoje zadanie (rozśmieszanie na scenie), ale poza nią jest raczej chłodnym pracoholikiem. Poza tym duetem warto wspomnieć o Sandrze Bernhard (równie stuknięta jak Rupert Marsha), Shelley Hack (Cathy Long, sekretarka Langforda) oraz Diahnne Abbott (barmanka Rita, „dziewczyna” Ruperta).

krol3

Scorsese w bardzo gorzkiej komedii pokazał jak kończy się sława za wszelką cenę. Niby Rupert osiągnął cel, ale czy naprawdę zdaje sobie sprawę, jak bardzo słabym specem jest? No właśnie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kwartet

W domu spokojnej starości dla muzyków i artystów operowych ma zostać przeprowadzana gala, z której dochód będzie przeznaczony na dalsze działanie placówki. Przygotowania zostają lekko zakłócone z powodu pojawienie się nowej lokatorki – podstarzałej diwy, której były mąż tu mieszka. Wtedy wyjdą pewne animozje, choć szef placówki chce wyciągnąć dawny kwartet.

kwartet5

Zazwyczaj kiedy aktor zaczyna debiutować jako reżyser, wówczas pojawiają się głosy, że robi to albo dla większej sławy, większej kasy lub bo mu się znudziło. Nie wiem jakie były motywy debiutującego Dustina Hoffmana na stołku z napisem director, ale chyba nie chodziło tu ani o sławę czy o kasę. Reżyser podjął się adaptacji sztuki Ronalda Harwooda opowiadającej o grupie emerytów-artystów, którzy nigdy nie zrezygnowali z uprawiania sztuki, nawet jeśli większość ich fanów już nie żyje, przemijaniu i czerpaniu radości z życia bez względu na wiek. Niby to nie jest coś o czym nie byłoby wiadomo, ale jest to tak lekkie w odbiorze i tak zabawne, że te półtorej godziny spędzone przy muzyce klasycznej i starszych ludziach sprawia po prostu przyjemność. Nie jest to w żadnym wypadku ramota, bo i miejsce pięknie wygląda i kamerze zdarza się wyjść poza pomieszczenia. Wszystko to opowiedziane pewną ręką.

kwartet4

Hoffman miał też to szczęście, że wybrał za to znakomitych aktorów brytyjskich, którzy udźwignęli swoje role. Są to ludzie z pasją i energią (rozbrajający Billy Connolly z Pauline Collins), ale jednocześnie pełni lęków i tajemnic (grający tu pierwsze skrzypce Maggie Smith z Tomem Courtneyem) i cała ta czwórka jest po prostu fantastyczna. Poza nimi wybija się Michael Gambon (apodyktyczny Cedric).

Może i jest to odrobinę bajkowe, jednak „Kwartet” jest po prostu dobrze zrobionym filmem. Ja się dobrze czułem i dobrze bawiłem. I mam nadzieję, że będąc w wieku bohaterów nadal będę miał swoją energię i humor.

7/10

Radosław Ostrowski

Piąta pora roku

Pozornie tych dwoje ludzi różni wiele, choć oboje są w tym samym wieku. On Witek jest rencistą dorabiającym graniem na trąbce – na pogrzebach, w klubie seniora w rytm disco polo – oraz hodującym gołębie. Ona Basia kiedyś uczyła muzyki i jest wdową po uznanym malarzu. Kobieta prosi Witka, by odwiózł ją nad morze.

Filmów o starości w ostatnim czasie pojawiło się kilka na naszym podwórku – „Tulipany”, „Pora umierać”, „Ostatnia akcja”. Do tego próbuje dołączyć najnowszy film Jerzego Domaradzkiego. Twórca „Wielkiego biegu” tym razem wykorzystuje konwencję kina drogi tworzy opowieść o dwojgu niemłodych ludzi, którzy przypadkowo odnajdują miejsce na ziemi obok siebie, choć dzieli ich wszystko. Niby typowe i przerabiane wiele razy, jednak tutaj opowiedziane w sposób lekki, rozładowując sytuację humorem – czasem rubasznym (spotkanie z alfonsem i prostytutką), czasem subtelnym, ale nigdy chamskim i wulgarnym, zawsze w sposób ciepły i delikatnie, z uśmiechem na twarzy. Okraszone to ładnymi zdjęciami, pokazujące Śląsk (gdzie toczy się większość wydarzeń) jako coś więcej niż tylko kopalnie, z dobrym dźwiękiem i montażem, choć w paru miejscach muzyka lekko kiksuje.

pora_roku1

Ta historia nie miałaby tej siły, gdyby nie świetnie poprowadzeni aktorzy. Nie zawodzi Marian Dziędziel jako podstarzały lowelas, który chyba bardziej od kobiet kocha tylko gołębie. Poza tym to niemal idealny facet. Partneruje mu Ewa Wiśniewska, która znowu gra elegancką damę, choć zdarzy się jej zapalić marihuanę. Zaś na drugim planie znów błyszczy Andrzej Grabowski jako Bogdan, kumpel Witka, znów rozweselając widownię, a poza nimi jest kilka ciekawych epizodów, ale nie będę ich zdradzał.

pora_roku2

Niby nie jest to nic wielkiego czy oryginalnego, ale w jakiś ciekawy sposób to trafia. Taka słodko-gorzka, choć ciepła obyczajowa historia nie tylko dla osób w wieku 50+. Dobra robota, panie Domaradzki.

7/10

Radosław Ostrowski

Córka mojego kumpla

W małym miasteczku w New Joersey, obok siebie mieszkają zaprzyjaźnione ze sobą rodziny Wellingów i Ostroffów – oni naprawdę są zżyci ze sobą. Całe ich wspólne życie zostaje mocno pozmieniane, kiedy po 5 latach wraca do domu Nina, córka Ostroffów. Jej rodzice chcą ją zeswatać z Toby’m, synem sąsiadów, ale ona zakochuje się w jego ojcu. A zaczęło się od pocałunku i chyba się na tym nie skończy.

oranges

Sam film jest słodko-gorzką opowieścią, która trochę tematyką przypomina „American Beauty” – bo na pierwszy rzut oka mamy dwie rodziny mocno zaprzyjaźnione, ale tak naprawdę obie nie są szczęśliwe i obie przeżywają kryzys. Zaś powrót córki marnotrawnej zmusi ich nie tylko do przewartościowania, ale to do przemyślenia własnego życia i nawet do zmian. Choć niby wiemy jak się to skończy, ogląda się to dobrze, nie brakuje odrobiny humoru (czasem zaprawionym ironią), a technicznie jest solidnie. A i trochę do pomyślunku czasem daje. Niby nic wielkiego, ale czy każdy film musimy odbierać jako arcydzieło? To sympatyczna i przyjemna produkcja.

Ale za to obsadę ma bardzo mocną. Znowu bryluje Hugh Laurie, grając bardzo subtelnie faceta przeżywającego kryzys wieku średniego, wplątującego się w romans z małolatą. Mimo to, nie jesteśmy w stanie nie polubić Jamesa Wellinga. Jego przeciwieństwem jest Oliver Platt jako jego sąsiad Terry. Zaś partnerujące im panie (Catherine Keener i Allison Janney) tworzą z nimi ciekawe duety. Jednak najlepiej ku mojemu zaskoczeniu wypadła Leighton Meister – zagubiona, nie do końca wiedząca czego chce Nina. Między nim a Lauriem jest wyczuwalna chemia, przez co ich wątek jest przekonujący.

oranges2

Jest to naprawdę lekka i dość przyjemna komedia, która może nie przejdzie do historii, ale seans nie jest czasem straconym. Nice.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Wożąc panią Daisy

Rok 1948. Pani Daisy jest starszą kobietą, która ma już swoje lata i nie bardzo radzi sobie z obsługą samochodu. Ostatnim razem wpadła prosto do działki sąsiada. Syn, nie chcąc zostawić mamy samej, wynajmuje jej czarnoskórego szofera Hoke’a. Początkowo dość niechętnie go przyjmuje, ale z czasem zaczyna się między nimi tworzyć nić porozumienia.

daisy1

W zasadzie ta historia jest bardzo prostą opowieścią opartą na dość prostych schematach: przełamywaniu barier społecznych, ale przede wszystkim swoich własnych lęków i przekonań. Było to już w kinie wielokrotnie wałkowanie i niestety, film Bruce’a Beresforda nie przetrwał próby czasu, bazując na sentymentalnych wzruszeniach, a także brakuje mu delikatnie mówiąc ikry. Wszystko jest lekkie, ogląda się to dość łatwo, ale czegoś głębszego zabrakło w tym wszystkim, już w połowie czując mocno znużenie. A potencjał w tej opowieści o niezwykłej przyjaźni był ogromny. Od strony technicznej trudno się tu przyczepić: zdjęcia, montaż, scenografia i muzyka są na porządnym poziomie, co nie powinno dziwić, to przecież USA.

daisy2

Tym większy żal aktorów, którzy robią co mogą, by ożywić swoje postacie. Zarówno Morgan Freeman jak i Jessica Tandy stanęli na wysokości zadania, tworząc postacie sympatycznego i żwawego szofera oraz zrzędliwej starszej pani, która z wyższością patrzy na innych i nie lubi pokazywać swojego dobytku, ale powoli między tą parą tworzy się przyjaźń. Na drugim planie jest za to niezrównany Dan Aycroyd grający absolutnie poważnie i robi to z wdziękiem.

daisy3

„Wożąc panią Daisy” jest filmem zaledwie niezłym, z którym czas nie obszedł się zbyt łaskawie. Jest trochę pusty w środku, choć stara się być ciepły i bezpretensjonalny. Tym większa szkoda.

6/10

Radosław Ostrowski

Celeste i Jesse – Na zawsze razem

Była raz sobie młoda Jesse i Celeste. On – niedoszły artysta, ona – pracownica firmy reklamowej. Poznali się w liceum i wzięli ze sobą ślub. Ale kiedy ich poznajemy są w separacji, mimo tego ich relacje między nimi są serdeczne. I tak to trwa do momentu, gdy Jesse dowiaduje się o tym, że będzie ojcem. Ale nie z Celeste, tylko z Veronicą.

Kolejny przykład amerykańskiego niezależnego kina. Nie zobaczymy znanych twarzy w głównych rolach (co najwyżej na dalszym planie) i jest to słodko-gorzka opowieść o związkach, z naciskiem na obyczajowość. Reżyserowi Lee Tolandowi Kriegerowi udało się pokazać, że przyczyną rozpadu jest nie tylko niedogadywanie się ze sobą, ale też charaktery oraz nasze wady. Jednak czasem takie zdarzenia jak rozwód są w stanie zmusić nas do spojrzenia z innej perspektywy na nas. Niby nic oryginalnego, ale czuć w tym wszystkim autentyzm i nie ma poczucia przekombinowania czy udziwnienia na siłę. Czasem jest przemycany humor, ale nie jest to komedia. Efektów specjalnych, dynamicznych pościgów i hektolitrów krwi nie ma wiele, to jednak można było wywnioskować wcześniej.

celeste

Zagrane jest to całkiem przyzwoicie. Najbardziej wyróżnia się Rashida Jones w roli Celeste (także współautorka scenariusza), to z jej perspektywy poznajemy tą całą historię. To piękna kobieta, ale patrząca na innych trochę z góry, ambitna, zarabiająca i przez pewien czas staczająca się powoli. Jej przeciwieństwem jest Jesse w wykonaniu Adama Sanberga – obibok, który chce być artystą. Jednak oboje zaczyna powoli zmieniać się i dojrzewać. Jednak ta dwójka nie jest jedynym powodem, dla którego warto spędzić czas. Z drugiego ja bym wymienił Emmę Roberts (gwiazda pop Riley), Chrisa Messinę (Paul) oraz Elijah Wooda (Scott, szef Celeste).

celeste2

To lekkie obyczajowe kino. Tylko i aż, bo czas mija szybko a i pomyśleć jest o czym.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Śniadanie na Plutonie

Lata 60., Irlandia. Patrick Braden jest młodym chłopakiem, który bardzo lubi ubierać się w damskie ciuszki. Gdy był niemowlęciem, matka zostawiła go pod drzwiami plebanii. Kiedy dorasta, a mieszkańcy nie akceptują jego sposobu bycia, wyjeżdża do Londynu, by odnaleźć swoją matkę.

pluton

Film Neila Jordana to kolejna opowieść o bohaterze, który jest odmieńcem i nawet tego nie ukrywa. Z jednej strony udaje się odtworzyć atmosferę lat 70-tych, gdzie konflikt irlandzko-brytyjski nasila się (choć ten temat jest muśniety), w tle leci świetna muzyka, zdjęcia też są dobrze zrealizowane, nie brakuje odrobiny humoru (rudziki, aresztowanie Kici i jego opowieść o likwidacji terrorystów). Więc w czym problem? Główny bohater, którego losy były obojętne. Kicia jest transwestytą, nie kryje się z tym, ale sprawia wrażenie osoby nie rozumiejącej rzeczywistości i zachowujący się jak kompletny idiota (pozbycie się broni z kryjówki IRA czy konflikt z policją), a jego naiwność jest zaskakująca. I zawsze lecą na niego faceci, z czego czasem korzysta. Cilian Murphy robi, co może, by uwiarygodnić tego bohatera, ale po prostu nie dał rady. Jest to kompletnie niepoważny koleś.

Poza nim jest jednak parę epizodów, które zapadają w pamięć. Moją uwagę najbardziej przykuł Liam Neeson w roli księdza, który jest ojcem Kici oraz Stephen Rea jako iluzjonista Bertie. Ale nie zmienia faktu, że jest to co najwyżej średni film. Szkoda, Mr Jordan.

5/10

Radosław Ostrowski

Mój rower

Było sobie trzech facetów – ojciec, syn i wnuk. Ojciec Włodek, był muzykiem jazzowym, grającym chałtury w Łodzi, Paweł jest pianistą mieszkającym w Berlinie, który rozwiódł się, zaś Maciek mieszka z matką w Londynie. Wszyscy trzej panowie znów spotykają się w momencie, gdy żona Włodka odchodzi od niego. Panowie wyruszają jej szukać, a po drodze sobie pogadają.

rower1

Piotr Trzaskalski po przyglądaniu się bezdomnym oraz cyrkowcom, tym razem przygląda się ojcom. A każdy syn ma pretensje do swojego ojca i choć fabuła jest pełna klisz, a realizacja jest daleka od ideału (muzyka średnia, nie zawsze dobrze słyszalne dialogi), to film oglądało się zaskakująco dobrze. Bo tutaj mamy zarówno rozczarowanie, brak zrozumienia, dawne rany i pretensje, które się nie zabliźniły. Odejście od rodziny, alkohol – jest tego trochę. Nie zabrakło odrobiny humoru, który nadaje pewnej lekkości, zaś klimat trochę przypomina filmy z Czech. Nie zabrakło ładnych zdjęć plenerów, solidnego montażu, zaś reżyser nie do końca wykorzystuje potencjał tego filmu.

Natomiast humor nie osłabia siły tego filmu, bo się go przyjemnie ogląda. A co ciekawe jest to naprawdę dobrze zagrane. Najlepiej z całej obsady wypada Artur Żmijewski w roli Pawła – trochę nerwowego, ambitnego pianisty, który oddalił się od rodziny i to on podejmuje plan odnalezienia babci, bo nie wierzy, że można się zakochać w wieku 75 lat. Niezły był Michał Urbaniak w roli dziadka, który trochę nie do końca poważnie podchodzi do życia, zaś towarzyszący mu pies jest naprawdę uroczy. Najsłabszy jest drugi debiutant, czyli Krzysztof Chodorowski, który średnio przekonuje w roli zbuntowanego syna, który wkrótce zostanie ojcem. Jeśli zaś chodzi o drugi plan, najbardziej wybija się Witold Dębicki (Franek Mela, dawny znajomy Włodka) oraz w epizodzie Anna Nehrebecka (Barbara, żona Włodka).

rower2

Może i jest to film sentymentalny, czasami symbolika jest nachalna (rower) i kliszami jedzie, ale Trzaskalski nie udaje, że chodzi o coś nowego czy oryginalnego. To dobrze zrobiona historia, która jest autentycznie zabawna i potrafi skłonić do refleksji. Porządne kino.

7/10

Radosław Ostrowski

Kochankowie z Księżyca. Moonrise Kingdom

Rok 1965, New Penzacne w Nowej Anglii. Tam mieszka 12-letni harcerz Sam Shakusky oraz jego rówieśniczka, Suzy Bishop. On – wzorowy harcerz, nie lubiany przez kolegów, ona ma rodziców prawników, którzy dawno stracili ze sobą kontakt. Oboje poznali się podczas szkolnego przedstawienia „Powódź Noego”. I od tej pory piszą do siebie listy, aż w końcu planują wspólną ucieczkę. W ślad za nimi rusza pościg pod wodzą kapitana Sharpa i harcmistrza Warda, który ma ich znaleźć i ukarać. Ale że chłopak jest sierotą, karą dla niego będzie odesłanie go do poprawczaka.

kochankowie2

Opowieści o miłości było naprawdę wiele, ale nikt nie opowiedział tego w taki sposób jak Wes Anderson. Reżyser opowiadający o ekscentrycznych ludziach i rodzinach destrukcyjnych tym razem opowiada o miłości dwójki dzieci, które mają zostać rozdzielone. Z jednej strony mocno osadzone w latach 60-tych (świetna scenografia i kostiumy z epoki), z drugiej reżyser trochę bawi się konwencjami. Bo jest tu i dramat nieakceptowanej miłości, trochę komedię romantyczną, a wszystko to w lekko groteskowy, ale jednocześnie szczery sposób. Anderson opowiada wszystko w bardzo nietypowy sposób za pomocą świetnych zdjęć (kamera posuwa się w bok jak w teatrze) i montażu, genialnej muzyki, ale też i specyficznego humoru oraz pewnej magii, której nie potrafię wyrazić słowami. Zaś postacie są ciekawe. Bo mamy narratora ubranego w czerwony płaszcz, który jest kimś w rodzaju przewodnika po okolicy (zawsze pokazany na pierwszym planie), harcerzy, którzy bardziej przypominają wojsko (mają szukać zagubionego chłopaka, którego nie lubią, choć prędzej by go zabili) oraz Opiekę Społeczną, wyglądającą jak czarownica. Dorośli są tutaj albo smutni (harcmistrz oraz kapitan policji), albo dysfunkcyjni (rodzice Suzy, którzy rozmawiają ze sobą jak adwokaci, zaś matka woła dzieci na obiad używając megafonu). Przy nich dzieci sprawiają wrażenie naturalnych, dojrzałych oraz po prostu mądrzejszych. Zaś ich zachowanie (pierwsze pocałunki, dotykanie czy malowanie aktów) jest czymś normalnym. A to potrafi pokazać tylko Anderson.

kochankowie1

Ale poza pomysłowością wizualną i techniczną, reżyser ma dobrą rękę do obsady. Kompletnym objawieniem dla mnie byli Jared Gilman oraz Kyra Hyward w rolach tytułowych kochanków (autor polskiego tłumaczenia tytułu jest skończonym idiotą, gdyż przekład jest z dupy wzięty, a nazw własnych się nie tłumaczy – chyba). Oboje są naturalni i nie zawaham się tego powiedzieć, to jest ich film. Mam małą nadzieję, że ich jeszcze zobaczę na ekranie. Za to dorośli wypadli równie przekonująco. Bill Murray i Frances McDormand jako rodzice prawnicy są jednym ze źródeł humoru. Oboje już przestali się obchodzić nawzajem, choć się kochają i nadal czują coś do siebie. Z kolei Edward Norton jako harcmistrza Warda stanie się symbolem harcerza, który może nie jest idealny, ale ciągle się stara i wzbudza empatię, jest zaangażowany (to widać m.in. w czasie inspekcji czy nagrywanych „Dziennikach harcmistrza”). Tak samo Bruce Willis w roli policjanta, który nie jest szczęśliwy, jednak też próbuje znaleźć pokojowe rozwiązanie sytuacji. Ich przeciwieństwem jest postać Opieki Społecznej, granej przez Tildę Swinton. Bezduszna, kierująca się przepisami kobieta wzbudza niechęć, a nawet wrogość. Należy też wspomnieć o epizodach Jasona Schwartzmana (kuzyn Ben) oraz Harveya Keitela (dowódca Pierce).

Wydawało mi się, że już nie da się opowiedzieć oryginalnej i niezwyklej historii, ale od czego jest Wes Anderson. Takich filmów nie powinno się opowiadać, tylko samemu obejrzeć i przeżyć je. Do czego was gorąco zachęcam.

8/10

Radosław Ostrowski

Alexandre Desplat – muzyka z filmu: