Bez obaw, daleko nie zajdzie

Słyszeliście kiedyś o Johnie Callahanie? To był znany satyrycznym rysownikiem, poruszającym się na wózku inwalidzkim. Wychowywany w rodzinie zastępczej, z niemal non stop obecną gorzałą, jego życie zmienia się gwałtownie. Wypadek, całkowity paraliż od pasa w dół i droga na dno. W końcu John idzie do klubu Anonimowych Alkoholików prowadzonych przez jowialnego Donny’ego. Dzięki temu odkrywa swoją rysowniczą pasję.

bez obaw1

Gus Van Sant to jeden z tych twórców uważanych za mistrza kina niezależnego zza Wielkiej Wody. Biografia Callahana jednak nie płynie z góry określonym szablonem. Bardziej przypomina rozbijane puzzle, pełne przeplatających się retrospekcji i opowieści. Całość bardziej skupiona jest na terapii Callahana i tego, co do niej doprowadziło. Jak alkohol dosłownie zniszczył życie i jak się w tym wszystkim odnaleźć po tragedii. A jednak w tym chaotycznym szaleństwie jest metoda, dzięki której zaczynamy coraz bliżej poznawać artystę na nowo wracającego do społeczeństwa. Człowieka pełnego demonów, gniewu oraz strasznego egotyka. Niby mamy tutaj elementy jakich w życiorysach artystów było wiele: obsesja na punkcie biologicznej matki, która go zostawiła, życie w szponach nałogu, moment przełomowy, poznana w szpitalu kobieta i szansa na miłość oraz powolne dochodzenie do trzeźwości w grupie dość ekscentrycznych jegomości (szkoda, że nie poznajemy wszystkich zbyt dobrze, oprócz ). Przejścia między etapami są tak płynne, że jest to zdumiewające i nie wywołuje dezorientacji.

bez obaw2

Czuć tutaj bardzo rękę reżysera, skupionego na pokazywaniu sytuacji tu i teraz. Wszystko to polane jest bardzo takim melancholijnym klimatem, a wisielczy humor obecny jest zarówno w dialogach, jak i wplecionych animowanych wstawkach w stylu Callahana. W paru momentach widać, że parę z tych scenek opartych jest na doświadczeniach bohatera (kwestia wypadku), co dodaje pewnej wiarygodności. Problem w tym, że nie wszystkie wątki są tutaj wygrane. Dla mnie dziurawa była relacja między Johnem a poznaną w szpitalu Annu, gdzie iskrzy między nimi od tak i prowadzone jest to w bardzo skokowy sposób. Tak samo chciałoby się większe interakcji bohatera ze współczłonkami grupy, oprócz mentora Donny’ego. A i sama droga bohatera do trzeźwości jest bardzo przewidywalna, pozbawiona niespodzianek.

bez obaw3

Całość jednak broni się aktorsko. Ale czy może być inaczej, jeśli w głównej roli masz Joaquina Phoenixa? Callahan w jego interpretacji jest kimś pomiędzy wrażliwym i bezsilnym artystą a czasem chamskim, skupionym na sobie człowieku. Człowieka wręcz chcącego cierpieć, by mieć kolejne wymówki nad swoim losem zamiast go zmienić. Ewolucja ten postaci pokazana jest delikatnymi spojrzeniami oraz pozornie niezbyt wielkimi gestami, ale magnetyzuje. Drugą taką wyrazistą postacią jest Donny w wykonaniu zaskakującego Jonah Hilla. Pozornie to znana figura mentora, pełna empatii, ale nawet pozornie banalne dialogi brzmią w jego ustach bardzo przekonująco. Energia tej dwójki rozsadza ekran, a show kradnie w drobnym epizodzie Jack Black.

Pozornie-niepozorny film. Tak można opisać w dużym skrócie „Bez obaw…”, balansujące między powagą a żartem. I gdyby nie cudowny duet Phoenix/Hill byłaby to solidna biografia z nałogiem w tle.

7/10

Radosław Ostrowski

Na ringu z rodziną

Wrestling dla wielu może wydawać się pseudo-sportem. Dlaczego? Bo wszystko jest tutaj udawane, gdzie ciosy są markowane i to jest jeden wielki spektakl. Gdzie ludzie wierzą, że to się dzieje naprawdę. Jednak dla niektórych wrestling jest sensem życia, pasją i miłością jednocześnie. Taka jest brytyjska rodzina Knightów z Norwich w Wielkiej Brytanii. Problem w tym, że Brytole za tą dyscypliną nie przepadają tak bardzo jak Amerykanie. Nie zraża to jednak familii do działania na lokalny podwórku. Szansą na zmianę tej sytuacji są eliminacje do federacji WWE, gdzie droga do kariery jest wielka. Do walki staje Saraya z bratem Zakiem, tylko że dalej (treningi i przygotowania do NXT – niższa liga) dostaje się dziewczyna.

na ringu z rodzina1

Tą prawdziwą historię postanowił przedstawić aktor Stephen Merchant i decyduje się tutaj skupić się na dwóch aspektach. Po pierwsze, pokazanie czym dla tej rodziny jest wrestling. Z jednej strony scala rodzinę i dla rodziców był wybawieniem przed bardzo niebezpieczną drogą (ojciec – kryminalista i alkoholik, matka – próbowała popełnić samobójstwo). Dla dzieci zaś bywa zarówno szansą na życie, jak i pewnego rodzaju przekleństwem. Najmocniej to widać na przykładzie Zaka, który po odrzuceniu nie potrafi się odnaleźć. Zaczyna zaniedbywać swoją własną rodzinę (nieplanowane dziecko, żona z bardziej sytuowanej rodziny) oraz rolę lokalnego trenera i mentora dla dzieciaków. Ale i nasza sama bohaterka oddalona od rodziny, zdana tylko na siebie, zaczyna się gubić, treningi stają się męczące. W końcu pojawiają się wątpliwości, czy naprawdę iść w tym kierunku, a może odpuścić i znaleźć sobie coś innego?

na ringu z rodzina2

Te pytania i dylematy są podane w formie komediodramatu, co na pewno czyni seans przyjemnym. Elementy humorystyczne (obiad z przyszłymi teściami czy rozmowa telefoniczna z The Rockiem), jak i dramatyczne wątki są odpowiednio wyważone, a sama opowieść naprawdę angażuje. O dziwo, najbardziej podobały mi się sceny na ringu oraz przygotowania. Jasne, jest to uproszczone, a miejscami pojawia się odrobinka patosu. Na szczęście, jest to przekłuwane humorem, zaś sama choreografia walk potrafi dostarczyć masę satysfakcji. A finałowa konfrontacja to małe cudeńko.

na ringu z rodzina3

Może troszkę czuć troszkę chwiejną rękę reżysera, zaś kilka scen wydaje się niepotrzebnych, jednak sytuację ratuje aktorstwo. Obecny na plakatach Dwayne Johnson pełni rolę epizodyczną (poza tym jest producentem filmu) i w roli samego siebie sprawdza się naprawdę cool, ale tak naprawdę liczy się Florence Pugh. Dziewczyna jest fenomenalna w roli troszkę introwertycznej Sarayi vel Paige. Może i wydaje się wycofaną laską o wyglądzie typowej fanki metalu, ale kiedy jest na ringu, żarty się kończą, a energia dosłownie ją rozsadza. Absolutnie przekonująca w każdej scenie i coraz bardziej jestem ciekaw jej kolejnych kreacji. Warto też wspomnieć o świetnym Jacku Lowdenie, czyli Zaku. Ten chłopak ma na punkcie wrestlingu kompletnego fioła, jednak to nie wystarcza na przebicie się dalej. I świetnie pokazuje jego żółć, rozgoryczenie oraz ból niespełnienia, zaś jego dojrzewanie do roli wsparcia pokazane jest bez fałszu. Swoje robi także cudny Vince Vaughn (trener Hutch), choć troszkę przypomina swoją rolę z „Przełęczy ocalonych” oraz fajny duet Lena Hadey/Nick Frost.

na ringu z rodzina4

„Na ringu z rodziną” może nie podbije i nie zdobędzie szerokiej rozpoznawalności, ale to absolutnie bezpretensjonalna i klasyczna opowieść „od zera do bohatera” w brytyjskim wydaniu. Z humorem, lekkością, ale i odrobiną powagi pokazuje do czego może zaprowadzić pasja oraz determinacja. Plus rodzina.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Pralnia

Trzy lata temu było głośno o tzw. Panama Papers – czyli ogromny wyciek danych firmy prawniczej Mossack Fonseca z Panamy. To w tej firmie powstała masa firm-słupów, dzięki którym prowadzone są finansowe przekręty, wykorzystywane przez finansowe elity, półświatek przestępczy oraz ludzi ze świata polityki. Dokumenty zostały przekazane przez tajemniczego Johna Doe do dziennikarza niemieckiego Suddeutsche Zeitung. Jak funkcjonował ten cały system? O tym próbuje opowiedzieć w swoim nowym filmie Steven Soderbergh.

pralnia1

Wszystko zaczyna się od rejsu, w którym bierze udział Ellen Martin razem ze swoim mężem. Przepłynięcie statkiem przez jeziorze kończy się wypadkiem i śmiercią 21 osób w tym mąż Ellen. W końcu dostanie odszkodowanie z ubezpieczalni i jakoś będzie można żyć. Problem w tym, że firma ubezpieczeniowa była słupem, przekazujące innej firmie, potem innej i innej. Łańcuszek finansowy, gdzie odpowiedzialność prawna zaczyna się rozmywać. I kto ma ponieść odpowiedzialność za wypadek, śmierć? Pytanie, pytanie, kolejne mylne tropy prowadzące donikąd. Jak się odnaleźć w tym całym bajzlu?

pralnia2

Reżyser mocno pod względem formy oraz stylu inspiruje się dylogią Adama McKaya, gdzie w komediowym, lekkim tonie opowiada o skomplikowanych mechanizmach biznesu oraz polityki. Zaś naszymi przewodnikami są Jurgen Mossack i Ramon Fonseca, czyli założyciele tej prawniczo-biznesowej kancelarii. Czwarta ściana łamana jest dość często, a panowie mają w sobie tyle uroku, że nie można ich nie lubić (mimo że są tutaj czarnymi charakterami). Fakt, że więcej czasu spędzamy z tymi złymi nie przeszkadzałby mi aż tak bardzo, gdyby nie jeden istotny szczegół: to ma tak anegdotyczny charakter, że sama mechanika wydaje się niejasna. Nie brakuje tutaj miejscami rozbrajających scen (rodzinna sytuacja afrykańskiego słupa Charlesa czy Maynard próbujący się dogadać z chińskimi wspólnikami), gdzie humor bywa smolisty. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że to wszystko jest przerostem formy dla treści. A może już tematyka finansowych oszustw i machinacji zwyczajnie już mi się przejadła. Do tego główna bohaterka zostaje porzucona przez twórców w połowie opowieści, by pojawić się dopiero w samym finale, co mnie zaskakuje.

pralnia3

Choć nie brakuje tutaj znanych twarzy, są one głównie zepchnięte do epizodycznych ról (m.in. David Schwimmer, Sharon Stone czy Matthias Schoenaerts). Za to Meryl Streep prezentuje się dobrze, choć jej postać nie jest zbyt dobrze zarysowana. Najważniejszy jest tutaj duet Gary Oldman/Antonio Banderas w roli prawniczych oszustów, będących naszymi przewodnikami po świecie szarej sfery finansowej. Panowie błyszczą w swoich strojach, przerzucają się terminami i czuć duże zgranie między nimi. I to jest prawdziwe paliwo napędowe, tak jak łamiący czwartą ścianę finał.

pralnia4

„Pralnia” jest solidnym filmem w dorobku Soderbergha, ale nie mogę pozbyć się wrażenia zmarnowanego potencjału. Można było z tego wycisnąć o wiele, wiele więcej a nie tylko inspirować się stylem McKaya z ostatnich lat. Niemniej jest to całkiem przyzwoita rozrywka.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Fleabag – seria 2

Pamiętacie na pewno Fleabag? Bohaterka grana przez Phoebe Waller-Bridge sprawia wrażenie lekko samolubnej, świadomej swojego sex appealu kobiety, która ma pecha do mężczyzn, prowadzić nie zbyt dochodową kawiarnię oraz trudne relacja z rodziną. Od wydarzeń z poprzedniej serii mija nieco ponad rok, zaś życie naszej dziewczyny wydaje się wychodzić na prostą, zaś punktem wyjścia jest zbliżający się ślub ojca Fealbag (i Claire) z matką chrzestną. Widać, że małżeństwo jej siostry znajduje się na zakręcie, zaś naszej bohaterce udaje się znaleźć kogoś, kto mógłby być dla niej idealnym partnerem. Jest tylko jeden mały szkopuł, bo ten ideał mężczyzny jest już w związku… z Panem Bogiem. A to jest bardzo trudny konkurent, z którym ciężko walczyć.

fleabag2-1

Druga seria wydaje się kontynuować ścieżkę oryginału, gdzie humor (bardzo ostry i miejscami bardzo nieprzyzwoity) miesza się z dramatem. Ale moim skromnym zdaniem tutaj ten balans zostaje o wiele lepiej zachowany, z większym skrętem ku dramatowi. I już w pierwszym odcinku, gdzie mamy rodzinną kolację z całą rodziną + księdzem. Nie ma aż takich przeskoków w czasie jak poprzednio, ale ma wiele mocnych momentów (scena na pogrzebie matki, gdzie protagonistka próbuje się „oszpecić”, bo za pięknie wygląda czy rozmowa z ojcem w trakcie tego dnia). Tutaj też miałem wrażenie, że historia staje się spójniejsza oraz bardziej sensowna, zaś wiele wydarzeń staje się coraz bardziej ze sobą powiązanych. Jak choćby w wątku Claire, z którą chce się spotykać współpracownik z Finlandii o imieniu… Klare, jej toksycznemu małżeństwu czy bardzo zmieniającej się relacji protagonistki z księdzem – młodym, pociągającym i takim bardzo przyziemnym, równie zagubionym człowiekiem.

fleabag2-4

Tak jak poprzednio, przenosimy się do wielu miejsc: oprócz domu Fleabag oraz jej ojca odwiedzamy biuro Claire (impreza biurowa oraz wybór nagrody dla Kobiety Biznesu Roku), kancelarię prawniczą, terapeutkę oraz parafię. Scenografia wygląda intrygująco, w tle gra muzyka bardziej sakralna (chóry!!!), zaś dialogi nadal mają wiele błyskotliwości oraz pokazującego troszkę szersze spojrzenie na feminizm (poruszający monolog Belindy) czy miłość (przemowa księdza przed ślubem), co zmusza do głębszych przemyśleń. Kto by się tego spodziewał? Humor tutaj się wylewa, nawet w gagach (wybór stroju dla księdza, montażowa zbitka na początku pierwszego odcinka), łamanie czwartej ściany obowiązuje (a jedyną osobą „widzącą” to jest ksiądz). Ale więcej jest tutaj momentów poruszających. Rozmowa Fleabag z ojcem, kiedy jeszcze wiedział jak z nią rozmawiać (robi jeszcze to tuż przed ślubem i po), cięte dialogi z księdzem (w tym historia z lisem), wizyta u terapeutki czy moment „wybuchu” Claire przed swoim mężem. No i jeszcze słodko-gorzki finał, który (dla mnie) jest po prostu idealny. Mam nadzieję, że nie powstanie ciąg dalszy.

fleabag2-2

Nadal aktorsko błyszczy Phoebe Waller-Bridge, która pokazuje troszkę poważniejsze oblicze, mimo ciętego humoru oraz bardzo brutalnej szczerości. Jedynym aktorem, który dorównuje jej poziomem jest Andrew Scott w roli księdza. Co samo w sobie jest dość przewrotnym castingiem, pokazujące troszkę inne oblicze aktora – oprócz Moriarty’ego z „Sherlocka”. Tutaj jest bardziej przyziemny, wyluzowany, ludzki. Też ma swoje demony (ten alkohol oraz paranoja na punkcie lisów), nie próbuje na siłę nawracać ani rzucać wizjami z Apokalipsy czy innego koszmaru. Czuć tą więź jaka zaczyna się wytwarzać między tą dwójką, przez co nie do końca byłem pewny finału tej relacji. Reszta obsady też jest fantastyczna (Olivia Colman błyszczy tak jak Sian Clifford), a swoje pięć minut zawłaszczają drobne epizody Fiony Shaw (terapeutka, pozbawiona poczucia humoru) oraz Kristin Scott Thomas (Belinda). Takie wisienki na tym smakowitym torcie.

fleabag2-3

Jestem absolutnie porażony „Fleabag”, zaś druga seria (i chyba ostatnia) bije poprzednika na łeb. Konsekwentnie rozwija całą opowieść, a jednocześnie wydaje się absolutnie bezbłędnie rozpisany, zagrany oraz zrealizowany. Jeśli jeszcze nie oglądaliście, to zobaczcie koniecznie. Nie wymaga zbyt wiele czasu.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Grzeczny grzesznik

Anders jest zwykłym, szarym gościem w wieku średnim. Mieszka w małym miasteczku, gdzie ma dość duży dom, spłaca hipotekę, ma żonę oraz dorosłego syna. Jednak pewnego dnia przed świętami Bożego Narodzenia decyduje się przejść na emeryturę, zostawia żonę oraz dom, próbując zacząć wszystko od nowa. Tylko, czy w ten sposób uda się odnaleźć szczęście?

grzeczny grzesznik1

Reżyserka Nicole Holofcener znana jest z tworzenia komediodramatów opisujących szarych ludzi oraz ich problemów. Nie inaczej jest z „Grzesznym grzesznikiem”, który pokazuje historię człowieka tak naprawdę zagubionego. Człowieka żyjącego w małym miasteczku, gdzie wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich (choć nikt ich o to nie prosił), ukrywają swoje tajemnice i udają, że wszystko jest ok. Zdrady, samotność, nałogi, frustracje, pustka – to wszystko widzimy w samym Andersie oraz ich bliskich. Taki jest grający w pokera syn Andersa, który nie chce pracować w firmie mamy, tak jak uzależniony od narkotyków Charlie, zbuntowany chłopak z talentem plastycznym. Sama narracja czy realizacja wydaje się bardzo przezroczysta, w zasadzie skupiona na rozmowach. Miejscami wydaje się chaotyczna i początkowo zmierza donikąd, a humor pojawia się w ilościach śladowych (Andres z dzieciakami ćpa czy lekko podchmielony wraca do dawnego domu). Więcej jest tutaj bolesnych momentów jak znalezienie martwego Charliego czy wigilijny obiad zakończony awanturą.

grzeczny grzesznik2

Dla wielu jednak ten film może znużyć, bo ciężko wejść w tą historię i zaangażować się w tak poszatkowanej opowieści. Także samo przesłanie nie do końca wydaje mi się jasne oraz czytelne. Film sobie płynie, płynie i płynie, choć parę razy potrafi czymś zaskoczyć. A i samo zakończenie wydaje się bardzo otwarte, co jest pewnym małym plusem.

Jeśli jest coś, co przyciągnęło moją uwagę na dłużej to świetny Ben Mendelsohn. Tutaj jest on bardzo wycofany, czasami się zacina i nie potrafi wypowiedzieć swoich myśli wprost, jest nieporadny, ale nie wywołuje ta postać poczucia zażenowania czy kpiny z niej. Aktor bardzo przekonująco pokazuje jego zagubienie, bezradność w poszukiwaniu swojego własnego szczęścia, nawet w sposób nieudolny. Oprócz niego najbardziej wybija się Charlie Tahan w roli narkomana Charliego, który traktuje Andersa troszkę jako wzór do naśladowania. I ta interakcja potrafi zaciekawić swoją dynamiką.

grzeczny grzesznik3

Średnio-niezły film Netflixa, który próbuje tutaj być bardziej przyziemny i przyjrzeć się nam samym. Miewa ciekawe momenty, ale nie zawsze daje satysfakcję.

6/10

Radosław Ostrowski

Fleabag – seria 1

Kim jest tytułowa Fleabag? To kobieta w wieku około 30 lat, prowadząca podupadającą kawiarnię i prowadząca luźny tryb życia. Ma też siostrę, co pracuje w korporacji, ojca, co związał się z matką chrzestną (artystka), więc relacje nie są najlepsze. A my zaczynamy przyglądać się jej bliżej i odkrywać kolejne elementy jej życia.

fleabag1-1

Pozornie „Fleabag” wydaje się komedią, gdzie każdy odcinek wydaje się mieć osobną opowieścią. Tylko, że nie. Phoebe Waller-Bridge w każdym odcinku zaczyna uważniej przyglądać się uważnie swojej bohaterce, która ma pewną mroczną tajemnicę i jest równie zagubiona jak jej zwichrowana rodzinka. Siostra związana z toksycznym facetem, który wymusza na niej rezygnację z awansu w firmie na rzecz opieki nad pokręconym pasierbem, bardzo wycofanego ojca nie potrafiącego nawiązać kontaktu ze swoimi córkami (dlatego wysyła im różne prezenty typu rozmowy feministyczne czy wizyta w ośrodku ciszy) oraz samą Fleabag, która straciła swoją najlepszą kumpelę – współwłaścicielkę kawiarni. Początkowo ciężko wejść w tą historię, bo chronologia jest łamana równie często jak czwarta ścian. I nie chodzi o to, że Fleabag – niczym Deadpool czy Frank Underwood – przedstawia swoje prawdzie oblicze, będąc świadomą naszej obecności. Jej wystarczy tylko spojrzenie, by tą ścianę przełamać, choć tutaj humor jest bardzo brytyjski: od absurdu (wystawa matki chrzestnej czy ośrodek ciszy, gdzie znajduje się obok ośrodek dla mężczyzn) przez wręcz smolisty żart oraz cięte riposty.

fleabag1-3

Montaż też mocno robi zamęt, pokazując ten zwichrowany umysł naszej bohaterki. Cięcia miejscami są bardzo gwałtowne (czołówka), co też wywołuje dezorientację. Ale z kolejnymi odcinkami zaczyna pojawiać się drugie dno, zaś kilka scen (rozmowa z pracownikiem banku w ośrodku czy finałowy moment załamania) potrafi coraz bardziej uderzyć. Zwłaszcza ostatnie 10 minut, kiedy ta czwarta ściana staje się dla bohaterki obiektem niepożądanym, wręcz zaczyna przed nami uciekać. Ten moment zmienia kompletnie ton oraz wydźwięk całości.

fleabag1-2

Sama realizacja, gdzie wręcz dokumentalny sznyt miesza się z wręcz rwanym montażem. A wszystko wydaje się bardzo mocno trzymać przy ziemi, bez popadania w przerysowanie, szarże. Na swoich barkach trzyma to Waller-Bridge, która nie tylko napisała scenariusz, ale też gra główną rolę i jest absolutnie fenomenalna. Z jednej strony wydaje się pociągającym kociakiem, lecz jednocześnie jest bardzo zagubiona, szukająca tego, co wszyscy: miłości, stabilizacji oraz szczęścia. Z jednej strony wali prawdą po ryju, ale w tej twarzy malują się bardzo skrajne emocje i czuje tą postać od początku do końca. Do tego mamy świetny oraz bogaty drugi plan z bardziej lub mniej znanymi twarzami jak Olivia Coleman (matka chrzestna), Sian Clifford (rozedrgana Claire), pojawiająca się w retrospekcjach Jenny Rainsford (Boo, przyjaciólka) czy Hugh Dennis (kierownik banku).

fleabag1-4

Pierwsza seria „Fleabag” może początkowo wywołać dysonans, a główna bohaterka może nawet wydawać się porąbana. Ale im dalej w las, ten humor zostaje zepchnięty na dalszy plan, ustępując dramatowi. Wszystko jest odpowiednio wyważone, by w finale walnąć obuchem w łeb. Nie mogę doczekać się drugiej serii.

8/10

Radosław Ostrowski

Poważny człowiek

Larry Gopnik wydaje się szarym człowiekiem mieszkającym na przedmieściach w latach 60. Mieszka z żoną, dwójką dzieci przechodzących okres dojrzewania oraz bratem, który stracił mieszkanie. Uczy fizyki na uniwersytecie i ma wkrótce doczekać awansu. Spokój, powaga i stabilizacja, prawda? Problem w tym, że nic nie trwa wiecznie. Żona chce się rozwieść (bo go zdradza z Sy Ablemanem), jej kochanek chce się wprowadzić do mieszkania, przez co Larry musi spać w motelu, a jego syn kupuje płyty (za jego pieniądze). Świat zaczyna się coraz bardziej walić.

powazny czlowiek1

Bracia Coen znani są z tego, że bawią się wszelkimi gatunkami, a jednocześnie bardzo wnikliwie obserwują świat. Ale „Poważny człowiek” to chyba najbardziej nietypowy film w karierze rodzeństwa. Nie chodzi o mieszanie dramatu z komedią (bo to jest ich znak rozpoznawczy), czy osadzenia w lat 60., ale o coś więcej. Ton całości nakreśla pierwsza scena, która toczy się w XX-wiecznej Polsce, gdzie do małżeństwa trafia uczony w Piśmie. Niby nic niezwykłego, ale ten człowiek… 3 lata temu. Dybuk czy może jednak żywy człowiek? I zderzenie dwóch postaw: racjonalnej oraz religijnej. Która strona ma rację i czy Bóg naprawdę ich przeklął? I co to ma wspólnego z historią Gopnika (dalecy krewni, przodkowie, dybuk)? A może to nie ma znaczenia? Sama historia to powtarzające się spotkania Larry’ego z ludźmi, gdzie nie brakuje masy ekscentryków. Poza żoną i dziećmi, z którymi nie ma najlepszego kontaktu, jej kochankiem (nawiedza go nawet we śnie), kolegą z pracy, co zasiada w komisji czy azjatyckim studentem, który za pomocą przekupstwa chce wymusić zmianę oceny. No i wreszcie z rabinami, próbując znaleźć poradę, pocieszenie czy sens tego wszystkiego. Te ostatnie polane są absurdalnym humorem.

powazny czlowiek2

Wszystko to sprawia wrażenie bycia w jakiejś pułapce, gdzie pojawiają się kolejne sytuacje, konflikty oraz problemy pokazują Larry’emu (fantastyczny Michael Stuhlbarg), że tak naprawdę nic nie jest pewne. Że to, co nam się wydawało za porządny fundament, okazuje się bardzo kruchym budulcem, a sens życia trzeba nadać samemu. Jak to zrobić? Buntować się i dostosować do czasów nowoczesnych, czy może trzymać się tradycji i przyjmować wszystko z pokorą? Na to pytanie odpowiedzi nie znajdziecie, bo… może po prostu jej nie ma. A wszelkie koncepcje to tylko sposoby na interpretację tego świata – pełnego chaosu, nieprzewidywalności, nie kierującego się racjonalną logiką. I to jest w stanie pokazać finał, który zwiastuje jakąś nieodwracalną zmianę. Odpowiedzi jednak nie szukajcie, bo tej zakończenie (mocno urwane) nie da.

powazny czlowiek3

Realizacyjnie czuć rękę Coenów i słychać to w dialogach, opartych na repetycjach czy absurdalnym poczuciu humoru. Śmiech tutaj idzie przez łzy, nie brakuje przewrotnych momentów (bar micwa, gdzie syn przystępuje do niej… naćpany czy wizyta u doświadczonego rabina, gdzie Gopnik zostaje odprawiony z kwitkiem), zaś scenografia i kostiumy wiernie odtwarzają realia epoki, do której zaczynają się przebijać hipisowskie hasła. Ale najbardziej zaskakuje dość głębokie spojrzenie na żydowski Kościół i tradycję, co buduje autentyzm tego świata. Świata opartego na rodzinie i wierze, pozwalającej przetrwać wszystko.

powazny czlowiek4

„Poważny człowiek” dotyka troszkę tematów, której bardziej kojarzą mi się z Woodym Allenem, ale robią to po swojemu. Pozornie wydaje się nudny, oparty na powtarzalnych scenach oraz sytuacjach, jednak pokazuje klincz bohatera zawieszonego między dwoma światami: duchowym i racjonalnym. Jak tutaj zachować powagę?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Honorowy obywatel

Kiedy poznajemy Daniela Mantovaniego, ma otrzymać literacką Nagrodę Nobla. Jednak zamiast dumy widać na twarzy nerwowość, zamiast eleganckiego stroju dżinsy, ale najmocniejsza jest jego mowa. I tutaj autor uważa, że jego kariera dobiegła końca, stał się ulubieńcem krytyki, a jego kreatywność zostanie zabita. Pięć lat po przyznaniu nagrody literat kompletnie wycofuje się z życia publicznego. I kiedy wydawało się, że już nic nie zaskoczy, dostaje on zaproszenie do rodzinnego miasteczka Salos, gdzie ma otrzymać tytuł honorowego obywatela. Tylko, że w tym miasteczku nie było go od 40 lat.

honorowy obywatel1

Czyżbyśmy już poczuli się znajomo? Argentyński komediodramat pozornie wydaje się wpisywać w historię człowieka, który jest zderzony z małomiasteczkową mentalnością. Mantovani wydaje się być osobą z zupełnie innego świata – wyrafinowany, inteligentny, z dużym dystansem. Ludzie mieszkający tutaj są o wiele prości, skupiający się na zwykłych rozrywkach (polowanie, dyskoteki), mocno skupieni na sobie i swoimi autorytetami. Czy to oznacza, że nasz bohater dokona pewnego rozliczenia z samym sobą, pójdzie ku sentymentalnym rewirom? Absolutnie nie, reżyserzy bardzo mocno stoją na ziemi, całość jest polana w paradokumentalnej formie, zaś mieszanka dramatu i komedii bardziej przechyla się ku temu pierwszemu.

honorowy obywatel2

Całość ubrana jest w konwencję powieści, podzieloną na rozdziały. Ale jednocześnie widać, jak zmienia się nastawienie mieszkańców. Początkowo traktują go jak idola, niemal wchłaniając jego słowo, burmistrz stara się go niemal nieustępować na krok, proponuje się mu podjazd autem, a nawet młode laski pchają się wręcz do wyra. No gwiazdor jakiego dawno nie było. Tylko potem swoją postawą zaczyna wywoływać wrogość. A to dość zaskakującym wyborem na konkursie plastycznym, a to odmawia pomocy chłopakowi by kupić wózek inwalidzki, a dziewczyna lecąca na niego to córka znajomych (ale do niczego nie doszło). To wszystko zaczyna ujawniać to gorsze oblicze miasteczka, pełne zawiści, poczucia zdrady (autor wykorzystuje wspomnienia czy postaci z czasów pobytu w Salos), krzywdy. I to zderzenia zmienia ton oraz klimat całego tytułu. Zaś zakończenie zaczyna prowokować pytanie, czy to, co widzieliśmy naprawdę się wydarzyło, a może jest tylko wytworem wyobraźni autora? Zresztą, czy to ważne – jak stwierdza sam pisarz zagrany przez fantastycznego Oscara Martineza.

honorowy obywatel3

Kino południowoamerykańskie zaczyna coraz bardziej przebijać się do naszego podwórka. I bardzo dobrze, zaś „Honorowy obywatel” sprawdza się jako słodko-gorzkie kino obyczajowe na temat roli autora, literatury oraz wyrywaniu się z ciasnej mentalności.

7/10

Radosław Ostrowski

Paddleton

Graliście kiedyś w paddletona? Pewnie nawet nie słyszeliście o tej grze, której zasady są proste. Trzeba odbijać piłką tenisową od ściany tak, by trafić do pustej beczki. Tak grali ze sobą Michael i Andy – sąsiedzi oraz przyjaciele. Rytm dnia przebiega podobnie: praca, gra, film kung-fu oraz sen. Wszystko jednak zmienia się, kiedy u Michaela zostaje zdiagnozowany nowotwór. W stanie zaawansowanym, bez jakiejkolwiek szansy na poprawę. Dlatego decyduje się zabić za pomocą leku, tylko że apteka z nim jest dość daleko.

paddleton1

Film Netflixa, o jakim większość z was pewnie nie słyszało. Ale klimatem „Paddleton” bardzo przypominało klimatem kino spod znaku Sundance. Zaskakująco kameralna historia, skupiająca się na przyjaźni dwóch ekscentrycznych znajomych. Postaci, którzy na pierwszy rzut oka nie powinni do siebie pasować, ale łączy ich jedno: samotność oraz pasje. Obydwaj panowie wydają się cieszyć drobnymi rzeczami, na które reszta ludzi raczej nie zwraca uwagi. Jednocześnie kontakt ze śmiercią staje się dla nich chwilą próby, zwłaszcza dla bardzo wycofanego Andy’ego. Czasem jego zachowanie może być irytujące jak kupno sejfu do przechowania tabletek, ale tak naprawdę kryje się za tym wszystkim niezgoda oraz bardzo powolna akceptacja nieuniknionego. Wszystko tutaj pokazane bez słodzenia, w niemal paradokumentalnym stylu oraz oszczędnych, lecz trafnych dialogach. Chociaż ta oszczędność dla wielu może być uważana za nudę.

paddleton2

Jednak to wszystko nie zadziałałoby, gdyby nie świetnie dobrany duet przyjaciół w wykonaniu Marka Duplassa oraz Raya Romano. Obaj tworzą bardzo delikatnie zarysowane postacie, bardzo wyciszone, bez szarżowania czy nadmiernej ekspresji. Ale w wycofanych oczach oraz niewypowiedzianych słowach widać więcej, zaś więź między nimi wybrzmiewa bez poczucia sztuczności czy fałszu. I dlatego jest w stanie poruszyć finałową sceną.

paddleton3

Coraz bardziej widzę, ze najbardziej Netflixowi wychodzą bardziej kameralne tytuły niż produkcje z dużymi budżetami oraz efektami specjalnymi. Może „Paddleton” nie rzuca się w oczy, ale to jeden z bardziej wzruszających filmów tej streamingowej sieci. Tylko otwórzcie się.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Paragraf 22

II wojna światowa dla wielu wydaje się jedyną słuszną wojną. Słuszną, czyli podział na dobrych i złych gości. Jednak czasem wojna sprawia wrażenie niedorzeczności, absurdu, z jakim nie da się zmierzyć. Kimś takim był porucznik John Yossarian – bombardier stacjonujący we Włoszech, a dokładnie na wyspie Primora. Nasz bohater stara się wydostać z armii, jednak liczba lotów bojowych zostaje coraz bardziej podkręcona. Nawet próba zgłoszenia się u lekarza nie jest w stanie tego uratować (tytułowy paragraf 22), więc może trzeba zastosować inne metody.

Powieść Josepha Hellera to bardzo trudny materiał na adaptację w jakiejkolwiek formie. Ubrana w szaty czarnej komedii satyra na wojskową biurokrację oraz pokazanie wojny we wręcz krzywym zwierciadle. Jak na rok 1962 (czyli kiedy wydano powieść) było jednym z mocniejszych ataków na armię, a powieść przeplatała smolisty humor z dramatycznymi, wręcz brutalnymi sytuacjami (czasem wręcz bardzo blisko siebie). I ta sklejka powodowała, że ugryzienie tej powieści przez innych twórców. Co nie znaczy, że nikt tego nie próbował. W 1971 roku swoich sił spróbował Mike Nichols, jednak mało kto o tym filmie pamięta. W tym roku zadania podjęło się Hulu, za fabułę odpowiadali Luke Davies z Davidem Michodem, a całość reżyserował George Clooney z Grantem Heslovem. Efekt?

Fani książki i tak będą rozczarowani, bo tego języka na ekran przenieść się jeden do jeden nie da. Nadal udaje się zachować absurdalność tego świata, gdzie wszystko zależy od… no właśnie, kogo? Dowódców albo interesują totalne pierdoły typu parady (Scheisskopf), albo są wręcz bezwzględnymi sadystami, dla których najważniejsze jest osiągnięcie celu za wszelką cenę (Cathcart). Wojna pokazana jest wręcz jako stan szaleństwa. Sam Yo-Yo (tak jest nazywany Yossarian) wspomina, że nie wie, kto go bardziej chce go zabić: wróg czy dowódca. I wydaje się, że nie ma wyjścia z tej matni – loty bojowe są ciągle podnoszone, przełożony zawsze ma rację, a by ukryć niekompetencje armia dokonuje szalonych rzeczy (awans sierżanta Majora Majora na… majora czy medal dla Yo-Yo za wysadzenie mostu, gdy zginął jeden z członków załogi). No i jeszcze mamy niejakiego Milo – oficera zaopatrzeniowego, który jest w stanie przehandlować wszystko ze wszystkimi, tworząc tajemniczy syndykat, gdzie wszyscy mają swoje udziały. Nawet Niemcy, choć to doprowadza do nieprawdopodobnej katastrofy.

Ale twórcom udaje się (choć pierwszy odcinek troszkę nie trafił do mnie) zachować humor – pod tym względem błyszczy odcinek 4, gdzie Yossarian towarzyszy Milo w jego wyprawach handlowych – z dramatyczną powagą. Najbardziej wyczułem to w scenach bombardowań, gdzie wszystko widzimy z perspektywy lotników. Kamera się trzęsie, słychać strzały baterii przeciwlotniczych, a im dalej w las, tym coraz bardziej śmierć zaczyna brać swoje żniwa. Yo-Yo coraz bardziej zaczyna dostawać szału i ma tego wszystkiego dość. A ja razem z nim. Kolejne próby przełamania tego kręgu kończą się coraz bardziej niedorzecznymi rzeczami, doprowadzając do buntu. Ale nawet zakończenie wydaje się bardzo gorzkie i pozbawione happy endu.

Trudno mi się przyczepić do strony realizacyjnej, gdzie większość scen jest kręcona za dnia. Wszystko skąpana jest wręcz w żółtych kolorach, co podkręca pewną nierzeczywistość tego świata. W tle gra mieszanka muzyki jazzowej z militarystycznym stylem. Chociaż są pewne przełamania tego obrazu (noc we Włoszech, zakończona aresztowaniem protagonisty), zdarza się to bardzo rzadko. Niemniej zapada w pamięć.

Tak samo pozytywnie wypada aktorstwo. W Yossariana wciela się Christopher Abbott i moim zdaniem bardzo dobrze sobie radzi z rolą jedynego normalnego w tym całym wariatkowie. Ale zderzony z rzeczywistością stara się zachować resztki człowieczeństwa i przede wszystkim – przeżyć. Mimo wszystko. Młodzi aktorzy wcielający się w członków eskadry też wypadają dobrze z Lewisem Pullmanem oraz Jonem Rudnitskym na czele. Ale dla mnie najbardziej zapadły w pamięć dwie osoby: Cathcart oraz Milo. Pierwszego gra absolutnie kapitalny Kyle Chandler, tworząc mieszankę balansującą między byciem autorytetem a idiotą. I nie ważne, czy widzimy to w scenie, gdy opieprza ludzi za nie zbombardowanie jednego miasta (jak się okazało, był to Watykan) albo podczas jakiejkolwiek odprawy. Z kolei ten drugi o aparycji Daniela Davida Stewarta pokazuje kapitalizm w najgorszej formie. Bardzo energiczny, cwany gość, odnajdujący się w kwestiach wymian i handlu jak ryba w wodzie. Taki odnajdzie się wszędzie i nie zginie.

Czy można było lepiej przenieść na ekran kultową powieść Hellera? Obawiam się, że nie, bo klimat jest zwyczajnie niepodrabialny. Ale jest w tej historii coś, co nie pozwala o sobie zapomnieć. Bardzo gorzki serial, gdzie śmiech oraz śmierć idą ze sobą w niebezpiecznym tańcu, którego finał może być tylko jeden. Sami zobaczcie jaki, jeśli się nie boicie absurdu.

7,5/10

Radosław Ostrowski