Fleabag – seria 1

Kim jest tytułowa Fleabag? To kobieta w wieku około 30 lat, prowadząca podupadającą kawiarnię i prowadząca luźny tryb życia. Ma też siostrę, co pracuje w korporacji, ojca, co związał się z matką chrzestną (artystka), więc relacje nie są najlepsze. A my zaczynamy przyglądać się jej bliżej i odkrywać kolejne elementy jej życia.

fleabag1-1

Pozornie „Fleabag” wydaje się komedią, gdzie każdy odcinek wydaje się mieć osobną opowieścią. Tylko, że nie. Phoebe Waller-Bridge w każdym odcinku zaczyna uważniej przyglądać się uważnie swojej bohaterce, która ma pewną mroczną tajemnicę i jest równie zagubiona jak jej zwichrowana rodzinka. Siostra związana z toksycznym facetem, który wymusza na niej rezygnację z awansu w firmie na rzecz opieki nad pokręconym pasierbem, bardzo wycofanego ojca nie potrafiącego nawiązać kontaktu ze swoimi córkami (dlatego wysyła im różne prezenty typu rozmowy feministyczne czy wizyta w ośrodku ciszy) oraz samą Fleabag, która straciła swoją najlepszą kumpelę – współwłaścicielkę kawiarni. Początkowo ciężko wejść w tą historię, bo chronologia jest łamana równie często jak czwarta ścian. I nie chodzi o to, że Fleabag – niczym Deadpool czy Frank Underwood – przedstawia swoje prawdzie oblicze, będąc świadomą naszej obecności. Jej wystarczy tylko spojrzenie, by tą ścianę przełamać, choć tutaj humor jest bardzo brytyjski: od absurdu (wystawa matki chrzestnej czy ośrodek ciszy, gdzie znajduje się obok ośrodek dla mężczyzn) przez wręcz smolisty żart oraz cięte riposty.

fleabag1-3

Montaż też mocno robi zamęt, pokazując ten zwichrowany umysł naszej bohaterki. Cięcia miejscami są bardzo gwałtowne (czołówka), co też wywołuje dezorientację. Ale z kolejnymi odcinkami zaczyna pojawiać się drugie dno, zaś kilka scen (rozmowa z pracownikiem banku w ośrodku czy finałowy moment załamania) potrafi coraz bardziej uderzyć. Zwłaszcza ostatnie 10 minut, kiedy ta czwarta ściana staje się dla bohaterki obiektem niepożądanym, wręcz zaczyna przed nami uciekać. Ten moment zmienia kompletnie ton oraz wydźwięk całości.

fleabag1-2

Sama realizacja, gdzie wręcz dokumentalny sznyt miesza się z wręcz rwanym montażem. A wszystko wydaje się bardzo mocno trzymać przy ziemi, bez popadania w przerysowanie, szarże. Na swoich barkach trzyma to Waller-Bridge, która nie tylko napisała scenariusz, ale też gra główną rolę i jest absolutnie fenomenalna. Z jednej strony wydaje się pociągającym kociakiem, lecz jednocześnie jest bardzo zagubiona, szukająca tego, co wszyscy: miłości, stabilizacji oraz szczęścia. Z jednej strony wali prawdą po ryju, ale w tej twarzy malują się bardzo skrajne emocje i czuje tą postać od początku do końca. Do tego mamy świetny oraz bogaty drugi plan z bardziej lub mniej znanymi twarzami jak Olivia Coleman (matka chrzestna), Sian Clifford (rozedrgana Claire), pojawiająca się w retrospekcjach Jenny Rainsford (Boo, przyjaciólka) czy Hugh Dennis (kierownik banku).

fleabag1-4

Pierwsza seria „Fleabag” może początkowo wywołać dysonans, a główna bohaterka może nawet wydawać się porąbana. Ale im dalej w las, ten humor zostaje zepchnięty na dalszy plan, ustępując dramatowi. Wszystko jest odpowiednio wyważone, by w finale walnąć obuchem w łeb. Nie mogę doczekać się drugiej serii.

8/10

Radosław Ostrowski

Poważny człowiek

Larry Gopnik wydaje się szarym człowiekiem mieszkającym na przedmieściach w latach 60. Mieszka z żoną, dwójką dzieci przechodzących okres dojrzewania oraz bratem, który stracił mieszkanie. Uczy fizyki na uniwersytecie i ma wkrótce doczekać awansu. Spokój, powaga i stabilizacja, prawda? Problem w tym, że nic nie trwa wiecznie. Żona chce się rozwieść (bo go zdradza z Sy Ablemanem), jej kochanek chce się wprowadzić do mieszkania, przez co Larry musi spać w motelu, a jego syn kupuje płyty (za jego pieniądze). Świat zaczyna się coraz bardziej walić.

powazny czlowiek1

Bracia Coen znani są z tego, że bawią się wszelkimi gatunkami, a jednocześnie bardzo wnikliwie obserwują świat. Ale „Poważny człowiek” to chyba najbardziej nietypowy film w karierze rodzeństwa. Nie chodzi o mieszanie dramatu z komedią (bo to jest ich znak rozpoznawczy), czy osadzenia w lat 60., ale o coś więcej. Ton całości nakreśla pierwsza scena, która toczy się w XX-wiecznej Polsce, gdzie do małżeństwa trafia uczony w Piśmie. Niby nic niezwykłego, ale ten człowiek… 3 lata temu. Dybuk czy może jednak żywy człowiek? I zderzenie dwóch postaw: racjonalnej oraz religijnej. Która strona ma rację i czy Bóg naprawdę ich przeklął? I co to ma wspólnego z historią Gopnika (dalecy krewni, przodkowie, dybuk)? A może to nie ma znaczenia? Sama historia to powtarzające się spotkania Larry’ego z ludźmi, gdzie nie brakuje masy ekscentryków. Poza żoną i dziećmi, z którymi nie ma najlepszego kontaktu, jej kochankiem (nawiedza go nawet we śnie), kolegą z pracy, co zasiada w komisji czy azjatyckim studentem, który za pomocą przekupstwa chce wymusić zmianę oceny. No i wreszcie z rabinami, próbując znaleźć poradę, pocieszenie czy sens tego wszystkiego. Te ostatnie polane są absurdalnym humorem.

powazny czlowiek2

Wszystko to sprawia wrażenie bycia w jakiejś pułapce, gdzie pojawiają się kolejne sytuacje, konflikty oraz problemy pokazują Larry’emu (fantastyczny Michael Stuhlbarg), że tak naprawdę nic nie jest pewne. Że to, co nam się wydawało za porządny fundament, okazuje się bardzo kruchym budulcem, a sens życia trzeba nadać samemu. Jak to zrobić? Buntować się i dostosować do czasów nowoczesnych, czy może trzymać się tradycji i przyjmować wszystko z pokorą? Na to pytanie odpowiedzi nie znajdziecie, bo… może po prostu jej nie ma. A wszelkie koncepcje to tylko sposoby na interpretację tego świata – pełnego chaosu, nieprzewidywalności, nie kierującego się racjonalną logiką. I to jest w stanie pokazać finał, który zwiastuje jakąś nieodwracalną zmianę. Odpowiedzi jednak nie szukajcie, bo tej zakończenie (mocno urwane) nie da.

powazny czlowiek3

Realizacyjnie czuć rękę Coenów i słychać to w dialogach, opartych na repetycjach czy absurdalnym poczuciu humoru. Śmiech tutaj idzie przez łzy, nie brakuje przewrotnych momentów (bar micwa, gdzie syn przystępuje do niej… naćpany czy wizyta u doświadczonego rabina, gdzie Gopnik zostaje odprawiony z kwitkiem), zaś scenografia i kostiumy wiernie odtwarzają realia epoki, do której zaczynają się przebijać hipisowskie hasła. Ale najbardziej zaskakuje dość głębokie spojrzenie na żydowski Kościół i tradycję, co buduje autentyzm tego świata. Świata opartego na rodzinie i wierze, pozwalającej przetrwać wszystko.

powazny czlowiek4

„Poważny człowiek” dotyka troszkę tematów, której bardziej kojarzą mi się z Woodym Allenem, ale robią to po swojemu. Pozornie wydaje się nudny, oparty na powtarzalnych scenach oraz sytuacjach, jednak pokazuje klincz bohatera zawieszonego między dwoma światami: duchowym i racjonalnym. Jak tutaj zachować powagę?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Honorowy obywatel

Kiedy poznajemy Daniela Mantovaniego, ma otrzymać literacką Nagrodę Nobla. Jednak zamiast dumy widać na twarzy nerwowość, zamiast eleganckiego stroju dżinsy, ale najmocniejsza jest jego mowa. I tutaj autor uważa, że jego kariera dobiegła końca, stał się ulubieńcem krytyki, a jego kreatywność zostanie zabita. Pięć lat po przyznaniu nagrody literat kompletnie wycofuje się z życia publicznego. I kiedy wydawało się, że już nic nie zaskoczy, dostaje on zaproszenie do rodzinnego miasteczka Salos, gdzie ma otrzymać tytuł honorowego obywatela. Tylko, że w tym miasteczku nie było go od 40 lat.

honorowy obywatel1

Czyżbyśmy już poczuli się znajomo? Argentyński komediodramat pozornie wydaje się wpisywać w historię człowieka, który jest zderzony z małomiasteczkową mentalnością. Mantovani wydaje się być osobą z zupełnie innego świata – wyrafinowany, inteligentny, z dużym dystansem. Ludzie mieszkający tutaj są o wiele prości, skupiający się na zwykłych rozrywkach (polowanie, dyskoteki), mocno skupieni na sobie i swoimi autorytetami. Czy to oznacza, że nasz bohater dokona pewnego rozliczenia z samym sobą, pójdzie ku sentymentalnym rewirom? Absolutnie nie, reżyserzy bardzo mocno stoją na ziemi, całość jest polana w paradokumentalnej formie, zaś mieszanka dramatu i komedii bardziej przechyla się ku temu pierwszemu.

honorowy obywatel2

Całość ubrana jest w konwencję powieści, podzieloną na rozdziały. Ale jednocześnie widać, jak zmienia się nastawienie mieszkańców. Początkowo traktują go jak idola, niemal wchłaniając jego słowo, burmistrz stara się go niemal nieustępować na krok, proponuje się mu podjazd autem, a nawet młode laski pchają się wręcz do wyra. No gwiazdor jakiego dawno nie było. Tylko potem swoją postawą zaczyna wywoływać wrogość. A to dość zaskakującym wyborem na konkursie plastycznym, a to odmawia pomocy chłopakowi by kupić wózek inwalidzki, a dziewczyna lecąca na niego to córka znajomych (ale do niczego nie doszło). To wszystko zaczyna ujawniać to gorsze oblicze miasteczka, pełne zawiści, poczucia zdrady (autor wykorzystuje wspomnienia czy postaci z czasów pobytu w Salos), krzywdy. I to zderzenia zmienia ton oraz klimat całego tytułu. Zaś zakończenie zaczyna prowokować pytanie, czy to, co widzieliśmy naprawdę się wydarzyło, a może jest tylko wytworem wyobraźni autora? Zresztą, czy to ważne – jak stwierdza sam pisarz zagrany przez fantastycznego Oscara Martineza.

honorowy obywatel3

Kino południowoamerykańskie zaczyna coraz bardziej przebijać się do naszego podwórka. I bardzo dobrze, zaś „Honorowy obywatel” sprawdza się jako słodko-gorzkie kino obyczajowe na temat roli autora, literatury oraz wyrywaniu się z ciasnej mentalności.

7/10

Radosław Ostrowski

Paddleton

Graliście kiedyś w paddletona? Pewnie nawet nie słyszeliście o tej grze, której zasady są proste. Trzeba odbijać piłką tenisową od ściany tak, by trafić do pustej beczki. Tak grali ze sobą Michael i Andy – sąsiedzi oraz przyjaciele. Rytm dnia przebiega podobnie: praca, gra, film kung-fu oraz sen. Wszystko jednak zmienia się, kiedy u Michaela zostaje zdiagnozowany nowotwór. W stanie zaawansowanym, bez jakiejkolwiek szansy na poprawę. Dlatego decyduje się zabić za pomocą leku, tylko że apteka z nim jest dość daleko.

paddleton1

Film Netflixa, o jakim większość z was pewnie nie słyszało. Ale klimatem „Paddleton” bardzo przypominało klimatem kino spod znaku Sundance. Zaskakująco kameralna historia, skupiająca się na przyjaźni dwóch ekscentrycznych znajomych. Postaci, którzy na pierwszy rzut oka nie powinni do siebie pasować, ale łączy ich jedno: samotność oraz pasje. Obydwaj panowie wydają się cieszyć drobnymi rzeczami, na które reszta ludzi raczej nie zwraca uwagi. Jednocześnie kontakt ze śmiercią staje się dla nich chwilą próby, zwłaszcza dla bardzo wycofanego Andy’ego. Czasem jego zachowanie może być irytujące jak kupno sejfu do przechowania tabletek, ale tak naprawdę kryje się za tym wszystkim niezgoda oraz bardzo powolna akceptacja nieuniknionego. Wszystko tutaj pokazane bez słodzenia, w niemal paradokumentalnym stylu oraz oszczędnych, lecz trafnych dialogach. Chociaż ta oszczędność dla wielu może być uważana za nudę.

paddleton2

Jednak to wszystko nie zadziałałoby, gdyby nie świetnie dobrany duet przyjaciół w wykonaniu Marka Duplassa oraz Raya Romano. Obaj tworzą bardzo delikatnie zarysowane postacie, bardzo wyciszone, bez szarżowania czy nadmiernej ekspresji. Ale w wycofanych oczach oraz niewypowiedzianych słowach widać więcej, zaś więź między nimi wybrzmiewa bez poczucia sztuczności czy fałszu. I dlatego jest w stanie poruszyć finałową sceną.

paddleton3

Coraz bardziej widzę, ze najbardziej Netflixowi wychodzą bardziej kameralne tytuły niż produkcje z dużymi budżetami oraz efektami specjalnymi. Może „Paddleton” nie rzuca się w oczy, ale to jeden z bardziej wzruszających filmów tej streamingowej sieci. Tylko otwórzcie się.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Paragraf 22

II wojna światowa dla wielu wydaje się jedyną słuszną wojną. Słuszną, czyli podział na dobrych i złych gości. Jednak czasem wojna sprawia wrażenie niedorzeczności, absurdu, z jakim nie da się zmierzyć. Kimś takim był porucznik John Yossarian – bombardier stacjonujący we Włoszech, a dokładnie na wyspie Primora. Nasz bohater stara się wydostać z armii, jednak liczba lotów bojowych zostaje coraz bardziej podkręcona. Nawet próba zgłoszenia się u lekarza nie jest w stanie tego uratować (tytułowy paragraf 22), więc może trzeba zastosować inne metody.

Powieść Josepha Hellera to bardzo trudny materiał na adaptację w jakiejkolwiek formie. Ubrana w szaty czarnej komedii satyra na wojskową biurokrację oraz pokazanie wojny we wręcz krzywym zwierciadle. Jak na rok 1962 (czyli kiedy wydano powieść) było jednym z mocniejszych ataków na armię, a powieść przeplatała smolisty humor z dramatycznymi, wręcz brutalnymi sytuacjami (czasem wręcz bardzo blisko siebie). I ta sklejka powodowała, że ugryzienie tej powieści przez innych twórców. Co nie znaczy, że nikt tego nie próbował. W 1971 roku swoich sił spróbował Mike Nichols, jednak mało kto o tym filmie pamięta. W tym roku zadania podjęło się Hulu, za fabułę odpowiadali Luke Davies z Davidem Michodem, a całość reżyserował George Clooney z Grantem Heslovem. Efekt?

Fani książki i tak będą rozczarowani, bo tego języka na ekran przenieść się jeden do jeden nie da. Nadal udaje się zachować absurdalność tego świata, gdzie wszystko zależy od… no właśnie, kogo? Dowódców albo interesują totalne pierdoły typu parady (Scheisskopf), albo są wręcz bezwzględnymi sadystami, dla których najważniejsze jest osiągnięcie celu za wszelką cenę (Cathcart). Wojna pokazana jest wręcz jako stan szaleństwa. Sam Yo-Yo (tak jest nazywany Yossarian) wspomina, że nie wie, kto go bardziej chce go zabić: wróg czy dowódca. I wydaje się, że nie ma wyjścia z tej matni – loty bojowe są ciągle podnoszone, przełożony zawsze ma rację, a by ukryć niekompetencje armia dokonuje szalonych rzeczy (awans sierżanta Majora Majora na… majora czy medal dla Yo-Yo za wysadzenie mostu, gdy zginął jeden z członków załogi). No i jeszcze mamy niejakiego Milo – oficera zaopatrzeniowego, który jest w stanie przehandlować wszystko ze wszystkimi, tworząc tajemniczy syndykat, gdzie wszyscy mają swoje udziały. Nawet Niemcy, choć to doprowadza do nieprawdopodobnej katastrofy.

Ale twórcom udaje się (choć pierwszy odcinek troszkę nie trafił do mnie) zachować humor – pod tym względem błyszczy odcinek 4, gdzie Yossarian towarzyszy Milo w jego wyprawach handlowych – z dramatyczną powagą. Najbardziej wyczułem to w scenach bombardowań, gdzie wszystko widzimy z perspektywy lotników. Kamera się trzęsie, słychać strzały baterii przeciwlotniczych, a im dalej w las, tym coraz bardziej śmierć zaczyna brać swoje żniwa. Yo-Yo coraz bardziej zaczyna dostawać szału i ma tego wszystkiego dość. A ja razem z nim. Kolejne próby przełamania tego kręgu kończą się coraz bardziej niedorzecznymi rzeczami, doprowadzając do buntu. Ale nawet zakończenie wydaje się bardzo gorzkie i pozbawione happy endu.

Trudno mi się przyczepić do strony realizacyjnej, gdzie większość scen jest kręcona za dnia. Wszystko skąpana jest wręcz w żółtych kolorach, co podkręca pewną nierzeczywistość tego świata. W tle gra mieszanka muzyki jazzowej z militarystycznym stylem. Chociaż są pewne przełamania tego obrazu (noc we Włoszech, zakończona aresztowaniem protagonisty), zdarza się to bardzo rzadko. Niemniej zapada w pamięć.

Tak samo pozytywnie wypada aktorstwo. W Yossariana wciela się Christopher Abbott i moim zdaniem bardzo dobrze sobie radzi z rolą jedynego normalnego w tym całym wariatkowie. Ale zderzony z rzeczywistością stara się zachować resztki człowieczeństwa i przede wszystkim – przeżyć. Mimo wszystko. Młodzi aktorzy wcielający się w członków eskadry też wypadają dobrze z Lewisem Pullmanem oraz Jonem Rudnitskym na czele. Ale dla mnie najbardziej zapadły w pamięć dwie osoby: Cathcart oraz Milo. Pierwszego gra absolutnie kapitalny Kyle Chandler, tworząc mieszankę balansującą między byciem autorytetem a idiotą. I nie ważne, czy widzimy to w scenie, gdy opieprza ludzi za nie zbombardowanie jednego miasta (jak się okazało, był to Watykan) albo podczas jakiejkolwiek odprawy. Z kolei ten drugi o aparycji Daniela Davida Stewarta pokazuje kapitalizm w najgorszej formie. Bardzo energiczny, cwany gość, odnajdujący się w kwestiach wymian i handlu jak ryba w wodzie. Taki odnajdzie się wszędzie i nie zginie.

Czy można było lepiej przenieść na ekran kultową powieść Hellera? Obawiam się, że nie, bo klimat jest zwyczajnie niepodrabialny. Ale jest w tej historii coś, co nie pozwala o sobie zapomnieć. Bardzo gorzki serial, gdzie śmiech oraz śmierć idą ze sobą w niebezpiecznym tańcu, którego finał może być tylko jeden. Sami zobaczcie jaki, jeśli się nie boicie absurdu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Sklep z jednorożcami

Coś ostatnio chyba bardziej odczuwalny jest trend aktorów, którzy próbują swoich sił w reżyserii. Bradley Cooper, Paul Dano, Casey Affleck czy Jason Bateman – to ostatnie przypadki z kilku lat. Do tego grona postanowiła dołączyć Brie Larson, tylko są dwa problemy. Po pierwsze, ten film powstał dwa lata temu i miał premierę na kilku festiwalach, lecz nie znalazł dystrybutora. Po drugie, po dwóch latach zainteresował się nim Netflix. A z ich filmami to bywa różnie.

sklep z jednorozcem1

Punkt wyjścia był jednak dość obiecujący: Kit to młoda dziewczyna, dla której największą ambicją jest chęć tworzenia sztuki. Problem jednak w tym, że profesorowie akademiccy nie są w stanie dostrzec jej talentu. Nawet rodzice raczej jej nie wspierają, choć działają jako członkowie grupy wsparcia. Dziewczyna decyduje się w końcu zacząć pracę w korporacji jako stażystka. I spokojnie rozwijałaby swoją karierę, gdyby nie tajemnicze zaproszenie. Do dość ekscentrycznego sklepu, gdzie można kupić… jednorożca. Tak, nie przewidziało wam się.

sklep z jednorozcem2

Larson próbuje w humorystyczny sposób pokazać, co jest najważniejsze: spełnianie cudzych oczekiwań czy znalezienie swojej własnej drogi oraz szczęścia? Symbolem tego ostatniego ma być jednorożec, a otoczenie reaguje z przerażeniem i niedowierzaniem. Problem w tym, że cała ta historia jako komedia się zwyczajnie nie sprawdza. Brzmi to wszystko bardzo sztucznie, nawet wykorzystując elementy fantastyczne. Scenariusz nie wypala, zaś najciekawsze postacie (niepewny siebie cieśla Virgil) wydają się mocno zepchnięte na dalszy plan. Całość wydaje się mocno przewidywalna, zwyczajnie nudna, zaś morał wydaje się brzmieć bardzo nachalnie. Brakuje temu filmowi lekkości, humoru – chociaż zaprezentowanie nowego odkurzacza jest cudowne – oraz interesujących, wiarygodnych postaci.

sklep z jednorozcem3

Larson-reżyserka ma problemy z narracją, ale Larson-aktorkę jest w stanie poprowadzić naprawdę dobrze. Jej Kit to dziewczyna będąca w klinczu między marzeniami a rzeczywistością. Jej powolne odkrywanie swojego ja oraz próby naprawienia relacji z rodzicami potrafią zaangażować. Dziewczyna mimo pewnych wad (egoizm, skupienie na karierze) ma w sobie wiele uroku, by dało się jej polubić. Z kolei Samuel L. Jackson jest typowym Samuelem L. Jacksonem, tylko nie bluzgającym, ale ekscentrycznym dziwakiem. Ale najciekawszy wydaje się Mamoudou Athie w roli troszkę zagubionego Virgila, dodając troszkę lekkości oraz ma niezłą chemię z Larson.

Powiedzmy to sobie wprost – nie jest to udany debiut Larson i nie jest to dobry film od Netflixa. Czy Larson będzie w stanie wyciągnąć wnioski, czy może skupi się na aktorstwie, które wychodzi jej lepiej? Czas pokaże, jednak Netflix ma lepsze dzieła w swoim dorobku. Nie warto marnować czas na „Sklep”.

5/10

Radosław Ostrowski

Opiekun

Dla Bena Benjamina ostatnie lata nie były zbyt łaskawe. Po rodzinnej tragedii przestał pisać, rzuciła go żona (nie chce on podpisać papierów rozwodowych) i od dłuższego czasu nie może znaleźć pracy. Zapisuje się na kurs opiekuna, by podjąć się tego zadania. Jego pierwsze zlecenie może być dość trudne, bo „klientem” jest Trevor: chłopak cierpiący na dystrofię mięśniową (nie jest w stanie samodzielnie się poruszać). Chłopak jest dość trudny w obyciu i ma dość nietypowe hobby – zbiera informacje o bardzo oryginalnych miejscach. Mężczyzna postanawia wykorzystać to i proponuje wyruszenie do tych miejsc.

opiekun1

Netflix nie ma ręki do filmów – taka opinia się przyjęła przez lata. Jednak w morzu średniaków i słabizn można wyłuskać kilka ciekawych propozycji. Taki jest film Bena Burnetta, mocno budzący skojarzenia z „Nietykalnymi”. I nie chodzi tutaj o relację między opiekunem a nazwijmy go „klientem”, ale także o balansowanie między humorem a powagą. Brak doświadczenia Bena zderzony z dość niewyparzoną gębą oraz irytacją odczuwalną w Trevorze doprowadza do spięć, wręcz elektryzuje. Ale kiedy fabuła idzie w stronę kina drogi. Podróż dla obydwu panów będzie szansą na przewartościowanie pewnych rzeczy. Bo Trevor jest bardzo zamknięty, niepewny, mocno osadzony w swojej wieży zwanej tu pokojem. Trzyma się z góry określonego porządku, trzyma się na dystans i stworzył pancerz w postaci bezczelnego chłopaka. Ben też skrywa tajemnicy, ma minę zbytego psa, sprawia wrażenie człowieka bardziej wegetującego niż żyjącego. Potrafi jednak dostrzec pewne drobiazgi i chce wszczepić radość życia swojemu podopiecznemu. Ale po drodze pojawia się jeszcze trzecia osoba – zagubiona nastolatka Dorothy, szukająca drogi do Denver. I w tym momencie „Opiekun” zaczyna zahaczać w kierunku kina inicjacyjnego, zaś wątek romansowy brzmi szczerze, nie rezygnując z humoru (pierwsze słowo wypowiedziane przez chłopaka do Dot – mistrzostwo podrywu 😉).

opiekun2

Sama realizacja bardzo przypomina kino niezależne. Czyli nie mamy budżetu, ale i tak film wygląda ładnie. Rzadko obecne krajobrazy oraz nietypowe miejsca (farma z największym wyrzeźbionym bykiem czy największa dziura świata) dodają pewnej wyjątkowości do tego projektu. W tle gra bardzo delikatna muzyka, co pomaga wejść w nastrój.

opiekun3

Muszę przyznać, że także aktorsko jest bardzo dobrze. Kompletnie mnie zaskoczył Paul Rudd, bardziej poważny niż zwykle oraz z bardzo melancholijnym wyrazem twarzy. To najbardziej wyciszona kreacja tego aktora, choć nie pozbawiona komediowych momentów (próby nauczenia chłopaka… sikać na stojąco czy rady podczas podrywu). Aktor potrafi się wykazać i ma świetnego partnera w postaci Craiga Robertsa, choć jego postać na początku ciężko polubić. Bo Trevor jest złośliwy, wręcz bezczelny oraz pełen dość specyficznego poczucia humoru. Początkowe utarczki zamieniają się w głęboką, poważną więź. Gdyby ta relacja by zawiodła, film też byłby słaby. Drugą niespodzianką była naprawdę dobra Selena Gomez jako nie do końca mająca plan na życie Dot. Naturalna, troszkę rzucająca mięsem, ale mająca troszkę inną twarz. Jest też dość nadopiekuńcza matka w wykonaniu Jennifer Ehle.

Pozornie zwykły film obyczajowy, ale tak naprawdę to bardzo ciepłe, niepozbawione humoru kino drogi. Nawet Netflix miewa czasem przebłyski i potrafi stworzyć niegłupi film z bardzo nietypową rolą Rudda.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Patrick Melrose

Początek to rok 1982. Kiedy poznajemy Patricka jest między wstrzyknięciem heroiny a wciągnięciem białego proszku. Ale ten narkotyczny ciąg zostaje przerwany telefonem od wuja Nicholasa. I nie jest to zwykła pogadanka, bo zmarł jego. Ojciec, z którym nie miał zbyt dobrego kontaktu. Ma odebrać jego prochy do Nowego Jorku. To dopiero początek drogi Patricka zmierzającego ku autodestrukcji, dzięki której poznamy jego demony.

Pięciotomowy cykl Edwarda St Aubyna (pisany w latach 1992-2002) wywołała ogromny skandal na brytyjskiej scenie literackiej. Historia upadłego młodzieńca z arystokratycznej rodziny była nie tylko oskarżeniem wyższych sfer o hipokryzję oraz moralną degrengoladę (jakby nie powstało wcześniej wiele dzieł na ten temat), ale przede wszystkim była dla autora formą autoterapii. Bo wszystko, co w niej napisał wydarzył się naprawdę, zaś Patrick to było jego porte parole. Aż dziw bierze, że przez wiele lat żaden filmowiec nie sięgnął po ten materiał. W 2012 powstał film na podstawie czwartej części („Mleko matki”), ale dopiero stacja Showtime postanowiła w 2018 roku stworzyć miniserial oparty na całym cyklu. Karkołomnym zadaniem był pomysł, by jeden tom stanowił jeden odcinek. Tego przedsięwzięcia postanowili się podjąć reżyser Edward Berger (pracował m.in. przy serialu „Terror” oraz „Deutschland 83”) oraz scenarzysta i pisarz David Nicholls.

Pierwsze, co rzuca się w oczy to fakt, że każdy odcinek toczy się w innym okresie. Pierwszy to rok 1982, drugi pokazuje wakacje roku 1967, trzeci – 1990 (przyjęcie z udziałem księżnej Małgorzaty), czwarty – 2003 (ciężka choroba matki Patricka), zaś ostatni to rok 2005 (pogrzeb matki Patricka). Te przeskoki w czasie mogą wywoływać pewną dezorientację, bo informacje najbardziej interesujące – czyli co się działo przez ten czas z Patrickiem – są rzucane bardzo oszczędnie i zdawkowo. Dlatego serial trzeba oglądać w dużym skupieniu. Sam tytuł to mieszanka dramatu psychologicznego z czarną komedią, co ma pomóc wnieść troszkę światła do tej mrocznej opowieści.

Bo „Patrick Melrose” to opowieść o człowieku zmierzającym ku autodestrukcyjnemu pędowi, próbujący dzięki ironii jakoś przetrzymać kolejne dni przed śmiercią. Ale nawet ona nie jest w stanie wymazać z pamięci tego ciężaru, jaki go niszczy od środka. I nie chodzi o to, że miesza gorzałę z koksem, ale dlaczego to robi oraz czemu jest wściekły na ten cały świat. Kluczową rolę odgrywa tutaj montaż, gdzie pewne zdarzenia niejako nakładają się na siebie, stanowią repetycję, odbicie tego samego zdarzenia w innym czasie oraz okolicznościach (Patrick siedzący w aucie w pozycji pasażera z drgawkami). Są też krótkie przebitki, pozwalające wejść w zwichrowany umysł Patricka, który musi się zmierzyć z masą demonów: używki, mroczna przeszłość, hedonistyczny styl życia, własna rodzina.

A przy okazji jest to też portret arystokracji, będąca tutaj źródłem wszelkiego zła oraz aberracji. Bo ci ludzie pokazani są jaki wywyższające się istoty, będące niejako ponad wszelkimi normami i prawem. Żyją w złotej klatce, unieszczęśliwiając innych oraz najbliższych, lubią obgadywać za plecami. Nawet jak próbują być bardziej uczynni (matka Patricka przekazująca swoją rezydencję… new-age’owej sekcie), okazuje się być albo za późno, albo wydaje się to niepoważne, niezrozumiałe. Starzy ludzie (jak Nicholas Pratt) nie rozumiejący tego świata lub próbujący się do niego dopasować osoby z zewnątrz (młoda Bridget Watson-Scott) – wszystko to jest polane bardzo szyderczym, satyrycznym spojrzeniem.

Nie brakuje tutaj bardzo mocnych scen, chociaż osoby liczące na ostre momenty pokazujące ćpanie czy inne okrutne czyny (co robił ojciec Patricka z chłopcem, gdy byli sam na sam) mogą być rozczarowane delikatnością oraz subtelnością realizacji. Swoje robią też fantastyczne dialogi, bardzo płynna praca kamery (sceny z przyjęcia, gdzie nie brakuje mastershotów), montaż. No i scenografia – zwłaszcza w odcinku 2 i 3, jest zwyczajnie zachwycająca. Tak samo dobra jest podkreślająca ciężki klimat muzyka.

Ale powiedzmy to sobie wprost – to wszystko nie zadziałałoby, gdyby nie WYBITNA (nie, nie przesadzam) kreacja Benedicta Cumberbatcha. Aktor w wywiadach wspominał, że bardzo chciał zagrać Melrose’a, a po obejrzeniu serialu wiem dlaczego. To bardzo skomplikowana, pełna sprzeczności postać. Inteligentny, oczytany mistrz ironii, pełen jadu oraz nienawiści wobec swoich rodziców i tzw. high-lifu, który degeneruje kolejne pokolenia. Ale jednocześnie jest to złamany przez życie człowiek, próbujący jakoś wyjść na prostą. O ile to możliwe. Bo nigdy nie wiadomo, co ten bohater wykona. Wybuchnie gniewem, zachowa stoicki spokój, obrazi, załamie się, będzie na haju/na bani – jest bardzo nieprzewidywalny i to jest w nim fascynujące. Benedict bardzo wiarygodnie pokazuje wszelkie emocje i mu się po prostu wierzy, absolutnie nie przypominając swoich poprzednich wcieleń, zawłaszczając ekran dla siebie. Z tego grona przełamuje się kilka postaci, nawet w drobnych rólkach. Jednak najbardziej wybija się Hugo Weaving jako despotyczny, tyranizujący ojciec, samą facjatą budzący przerażenie. To straszna, wręcz przerażająca postać, pozbawiona człowieczeństwa. Podobnie antypatyczna jest matka grana przez Jennifer Jason Leigh, która pozostaje bierna wobec sytuacji domowej. I to budzi prawdziwe przerażenie.

„Patrick Melrose” może zaczyna się jak komedia o nałogowcu, ale im dalej w las, tym śmiechu jak na lekarstwo. Bardzo gorzki, brutalny, mroczny dramat człowieka wychodzącego z nałogu, wsparty przez absolutnie doskonałego Cumberbatcha. Zaś ostatnia scena wcale nie daje jasnej wskazówki, co do dalszych losów naszego bohatera. Długo się tej eskapady nie zapomni.

8/10

Radosław Ostrowski

Witajcie w Marwen

Byliście kiedyś w Marwen? To miasteczko znajdujące się w Belgii. To tam podczas II wojny światowej trafił kapitan Hogie – pilot, którego myśliwiec został zestrzelony. Poza nim w miasteczku przebywa ekipa dzielnych kobiet, którego wspierają naszego herosa w walce z nazistami. Problem jednak w tym, że to wszystko jest fikcją. Całe miasteczko, jak i wszystkie postacie to lalki, kupione przez Marka Hogenkampa – rysownika i fotografa, który został brutalnie pobity przez neonazistów. Dlaczego? bo przyznał się, że lubi nosić damskie buty. Dlatego nie może już używać rąk do pracy, zaś stworzenie Marven ma pomóc mu funkcjonować w tym świecie. Trzy lata po pobiciu, wprowadza się nowa sąsiadka.

marwen1

Najnowszy film Roberta Zemeckisa znowu opiera się na prawdziwej historii. I daje dość spore pole do popisu dla twórcy, by opowiedzieć o walce ze swoimi demonami. One mają tutaj twarz Deji – wiedźmy, która niejako uwzięła się na naszego bohatera. Więzi go i obwinia za to, co się wydarzyło. Cała przeszłość (wymazana z pamięci Marka) zostaje pokazana w formie albumu, zaś wszystkie lalki mają swoje pierwowzory w rzeczywistości. Powolne dochodzenie do siebie oraz odzyskanie energii jest – jak dla mnie – mocno uproszczone i nie do końca mnie przekonuje. Dialogi miejscami brzmi sztucznie, zaś postacie drugoplanowe są ledwo zarysowane. Brakuje troszkę większych interakcji Marka z resztą otoczenia, które – w sporej większości – chce mu pomóc.

marwen2

Mam wrażenie, że Zemeckis bardziej się skupia na wykreowaniu Marven oraz potyczek z nazistami. Efekty specjalne (technologia motion capture) robi piorunujące wrażenie. Lalki wyglądają jak lalki z ludzkimi twarzami, zachowując umowność tego świata. I te sekwencje są zdecydowanie najlepsze w całym filmie. Chociaż nie brakuje tutaj mrocznych i brutalnych scen (pobicie Marka czy potyczka z niemieckim kapitanem) czy chwil, gdzie te światy się przenikają. Wtedy niejako wchodzimy do głowy Marka, granego przez świetnego Steve’a Carrella. Aktor gra tak naprawdę dwie postacie: Marka i Hogiego, tworząc mocny kontrast. Złamany, zalękniony Mark oraz będący chojrakiem Hogie, czyli dwie strony tej samej monety.

marwen3

Poza nim aktorsko najbardziej wybijają się dwie kreacje: Leslie Mann oraz Diane Kruger. Ta pierwsza jako nowa sąsiadka Nicol, powoli budującą więź z Markiem. Ale czy aby na pewno? Kruger udziela się tylko głosowo jako wiedźma Deji, która sączy jad i manipuluje naszym bohaterem. Niejako osłabia go, czyniąc z niego słabeusza. Bardzo mocna kreacja.

Czy film zasłużył na marny los w box office? Nie. Czy to udany film Zemeckisa? Nie do końca, bo potencjał był tutaj o wiele większe dzieło. Brakowało mi większego zaangażowania, głębszego wejścia w temat walki z traumą, a same sceny z lalkami – choć świetne – to tylko dodatek.

6/10

Radosław Ostrowski

Ogród rodzinny. Ukochany

Trzecie spotkanie z rodziną Rohrów, gdzie trafiamy do lat 50. Fabuła tutaj skupia się na Danuśce, córce Jindricha i Vilmy. Dziewczyna przez ojca zawsze była traktowana jako ta gorsza, nawet jak się bardzo starała. Teraz tatuś zaplanować jej przyszłe życie: studia, mąż z wykształceniem itp. Ale jest pewien mały szkopuł, a imię jego Mirek. Chłopak jest po maturze i próbuje znaleźć pracę. To wystarczy, by dla przyszłego teścia został persona non grata.

ogrod rodzinny3-1

Zwieńczenie trylogii Jana Hrebejka opartym na wątkach autobiograficznych idzie w stronę komedii zmieszanej z melodramatem. Niejako wracamy do Jindricha, który nadal jest rozgoryczony i zbuntowany wobec komunizmu, coraz ciężej znoszącą przez to żonę oraz dwójkę córek. Na bardzo dalekim planie pojawia się reszta rodziny: wuj-ogrodnik, ciotka-łakomczuszka, wdowa, ale to tylko tło. Tak samo jak znajomi Jindricha, wspominający przeszłość oraz działalności opozycyjnej. Powoli zaczyna się rozbudowywać całą opowieść, nadal zachowując lekki ton. Choć humor opiera się tutaj na slapsticku oraz zderzeniu charakterów (m.in. sytuacja z „balonikiem”, będącym… prezerwatywą czy Mirek wzięty przez pomyłkę za UB-eka), to nie brakuje tutaj mocnych oraz szarpiących scen. Każde wejście Jindricha, który stara się twardą ręką rządzić w domu (krzyk, terror, zamykanie) wygląda groźnie. A jednocześnie opowieść ma charakter uniwersalny, dotykając pokoleniowego konfliktu. Może wydaje się przewidywalne, ale na tyle polubiło się tych bohaterów, że zależało mi na nich.

ogrod rodzinny3-2

Tak samo dobre wrażenie robi realizacja z jazzową muzyką w tle. Scenografia i kostiumy nadal stoją na wysokim poziomie, tak samo jak bardzo ciepłe zdjęcia. Niby jest to mroczna epoka, ale polityka zostaje zepchnięta na dalszy plan. Nie jest istotnym elementem fabuły, choć zdarzają się wyjątki (rozmowa Jindricha z bezpieką). Tutaj najważniejsze są perypetie Danuśki i Mirka, ale oboje nie są zbyt mocno zarysowani. On wydaje się bardzo spokojny, znoszący każdą szykanę bez sprzeciwu (nie może wejść do mieszkania, więc przebiera się… w piwnicy), zaś ona niepozbawiona sprytu oraz dążąca do celu. Oboje mają w sobie sporo uroku, w czym pomagają role Anny Fialovej oraz Ivana Luptaka.

ogrod rodzinny3-3

Aktorsko zachowany zostaje poziom poprzedników, jednak tutaj film kradną dwie postaci. Martin Finger jako Jindrich nadal buduje swoją rolę na dwóch paradoksach: antysystemowej bezkompromisowości z niemal dyktatorskim wychowywaniem. Ma być jak on chce albo jak on chce, co doprowadza resztę rodziny do pasji. Drugą kreacją była druga córka rodziny, czyli Jindriska (świetna Teresa Hladikova) – niby ulubienica tatusia, ale bardzo charakterna i nie bojąca się mówić słów niewygodnych. Dziewczynka wypada bardzo naturalnie, co jest rzadkością w kinie. Wybija się także Anna Geislerova, czyli matka – mocno na granicy wytrzymałości.

„Ukochany” jako zwieńczenie całej serii sprawdza się dobrze, ale poprzednie części robiły większe wrażenie. To bardziej obyczajowa historia i zdecydowanie najlżejsza z cyklu, kończąca się happy endem. Aż chciałoby się dalej pozostać z tymi postaciami.

7/10

Radosław Ostrowski