Jaki ojciec, taka córka

Znacie taki typ osób, dla których praca jest jedynym sensem życia. Nazywa się ich człowieko-wrakami albo ludźmi Mordoru, albo korposzczurami. Kimś takim jest Rachel – kobieta, która nawet w dzień swojego ślubu trzyma telefon komórkowy. I pewnie dlatego jej przyszły mąż postanowił zostawić ją w dzień małżeństwa. Ale co najdziwniejsze, tego dnia pojawia się ojciec panny młodej, który nie utrzymywał z nią długiego kontaktu. Oboje po wszystkim idą się napić i… budzą się na statku podczas miesiąca miodowego, którego nie było.

like father1

Netflix tym razem mierzy się z już ogranym motywem ojciec-córka nie widzieli się po latach i teraz mają szansę na odkupienie. „Jaki ojciec, taka córka” podąża ścieżkami jakie miało masa komediodramatów. Choć muszę przyznać, że humoru nie ma tutaj zbyt wiele, ale jak się pojawia, jest trafiony w punkt. Wiemy, jak to się skończy, ale cała ta historia potrafi troszkę zaangażować. Intryga powoli serwuje parę tajemnic (ciągle dzwoniący telefon ojca), co dodaje emocji oraz przede wszystkim uroku. A osadzenie akcji na statku wycieczkowy dodaje takiego letniego klimatu, w czym wspiera równie lekka muzyka. Nie jest to jakieś głębokie, poważne dzieło, jednak nie uważam spędzonego czasu za straconego. Niby wiemy jak to się skończy, ale kilka świetnych scen (karaoke, rozmowa przy wodospadzie) troszkę podnosi wartość tytułu.

like father2

Dla mnie największym problemem (poza przewidywalnością) była nasza główna bohaterka, z którą ciężko mi było się identyfikować. Jest to strasznie irytująca osoba, skupiona na sobie, karierze, z telefonem przyspawanym do ciała. Wydaje się być płaska oraz nudna, ale na szczęście grająca ją Kirsten Bell jest w stanie przekazać jej złość, gniew oraz samotność. Jednak dla mnie sercem tego tytułu jest Kelsey Grammer. Bardzo wycofany, skrywający tajemnicę, pragnący pogodzenia, ale nie robi tego nachalnie. Każde wypowiadane przez niego historie są w stanie poruszyć, dając dużo siły. Z drugiego planu najbardziej wybija stonowany niż zwykle Seth Rogen, tworząc sympatyczną postać belfra, zaś reszta robi za tło.

like father3

Nie jest to najlepszy film Netflixa, ale „Jaki ojciec, taka córka” jest jedną z lepszych rzeczy od tej sieci streamingowej. Może i jest to przewidywalne, ale bardzo sympatyczny film, gdzie nie brakuje serducha.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Mądrość krwi

Czy znacie Hazela Motesa? To młody chłopak z Południa, który wrócił z wojny. Nie wiadomo, co się tam stało, ale mężczyzna stracił wiarę we wszystko, zaś jego rodzinna farma jest kompletnie pusta. Biedny, samotny i zagubiony wyrusza do miasta, gdzie postanawia dokonać jednej rzeczy. Czyli zbudować swój Kościół Chrystusa bez Chrystusa.

madrosc krwi1

John Huston wcześniej dotykał kwestii wiary czy religii, jednak w 1979 roku zaskoczył wszystkich. Adaptując powieść Flannery O’Connor pokazuje równie nieprzyjemny świat jak w „Zachłannym mieście”. Świat ludzi biednych, zagubionych i poszukujących autorytetów, wiary. Czegokolwiek, co dałoby sens ich życiu. Tylko jak się odnaleźć w świecie, gdzie niemal sami fałszywi prorocy walczą o dusze naiwniaków (przy okazji zarabiając forsę). Gdzie wszystko jest iluzją, kłamstwem, oszustwem. Gdzie każdy karmi się fałszywą wiarą niczym hipokryci. Wiara staje się łatwym sposobem na zarobek, więc czy jest miejsce na szczerość? Reżyser nie daje tutaj łatwej odpowiedzi na to pytanie, zaś każdy bohater wydaje się niczym nie różnić od siebie. Akcji czy fabuły jako takiej tu nie ma, co może wielu odstraszyć. Niemniej reżyserowi udaje się zbudować bardzo unikatowy klimat prowincji oraz coraz bardziej opuszczonego miasta. Jesteśmy albo na ulicy, wynajmowanych domach czy przed kluczowymi budynkami. Nie mniej pytania o tym, do czego wiara może doprowadzić potrafią zmrozić krew, co pokazują pozornie oderwane od całości retrospekcje. I jeszcze ten finał, którego nie da się wymazać.

madrosc krwi2

Reżyser jednak nie ocenia, nie krytykuje, nie osądza. Jakby posiadanie wolnej woli było jedynym kryterium. A wolna wola jest fundamentem każdej życiowej postawy. Robię coś, bo mogę. Pozbawiam się wzroku, bo mogę. Nie wierzę w Chrystusa, bo mogę. Nic mi nie jest narzucone, więc mogę robić co chcę. Do tego jeszcze mamy w tle takie bluesowe czy bluegrassowe dźwięki z Południa, pomagające zbudować klimat.

madrosc krwi3

Najbardziej mnie tutaj zaskoczyło aktorstwo w wykonaniu troszkę mniej znanych twarzy. Wyjątkiem jest tutaj sam reżyser jako dziadek (tylko w retrospekcjach) oraz świetny Harry Dean Stanton w roli „ślepego” proroka. Na mniej jednak największe wrażenie zrobił Brad Dourif w roli Hazela. Zagubiony, bardzo groźny, silnie dążący do głoszenia swojej prawdy. Jednocześnie posiada takie wręcz demoniczne spojrzenie, które przerazi każdego. Aktorowi udaje się znakomicie pokazać sprzeczności oraz wewnętrzne konflikty swojego bohatera. Podobnie rozbrajająca jest Amy Wright, czyli córka „ślepego”: niby wygląda niewinnie, ale jest w niej coś uwodzicielskiego, wyrachowanego i… delikatnego.

To jeden z dziwniejszych filmów Hustona, przez co pozostaje bardzo intrygujący. Nie popada w banał czy kicz, chociaż bardzo ciężko polubić postacie. Szorstkie, brudne, a jednocześnie z dość pokręconym humorem, bez pójścia na łatwiznę.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

 

 

Jak pies z kotem

Filmy oparte na faktach zawsze są trudne do oceny. Zwłaszcza, jeśli dotyka wydarzeń z życia reżysera opowiadającego swoją historię. Taka sprawa dotyczy najnowszego filmu Janusza Kondratiuka „Jak pies z kotem”, gdzie mamy trudną relację między braćmi, którzy nie utrzymują ze sobą kontaktu. Wszystko się zmienia, gdy starszy brat (Andrzej) dostaje udaru – prawa półkula mózgu jest martwa, jest sparaliżowany. Wtedy Janusz, wskutek pewnych okoliczności, bierze sprawy w swoje ręce, ściąga brata do domu i próbuje się nim zająć.

jak_pies_z_kotem3

Takie filmy są dość niełatwe w ocenie, bo pokazywane są dość intymne wydarzenia, o jakich wiedzieli nieliczni. Dodatkowo mamy temat choroby, która doprowadza do wielkiego mętliku w głowie, co może dać w zasadzie duże pole do popisu. Reżyser skupia się tutaj przede wszystkim na tej szorstkiej, trudnej miłości braterskiej. O tyle trudniej, że więzi między nimi były bardzo luźne, ale też z powodu dość sporej różnicy charakterów: Andrzej jest dość impulsywny, wręcz cholerykiem skupionym na sobie, zaś Janusz wydaje się być wyciszonym, skupionym stoikiem. Doprowadza to do ciężkiej konfrontacji, gdzie nie brakuje cierpkich, miejscami ostrych słów. Jednak mimo pewnego dość przewidywalnego kierunku, sam film jest szczery, bez stosowania emocjonalnego szantażu, co nie jest wcale takie proste. Niemniej to wszystko działa i trzyma się w ryzach aż do końca.

jak_pies_z_kotem1

Realizacyjnie film bardziej wygląda jak skromna produkcja skierowana dla telewizji. Nie ma tu żadnych wodotrysków, zabawy kolorami czy eksperymentów. Chociaż jest pewien wyjątek od tej reguły, czyli momenty wariackich wizji Andrzeja (psy chodzące po ścianach, widok przepaści nad tarasem), gdzie widzimy jego perspektywę. Pozornie mogą się wydawać zabawne, ale czasami tutaj śmiech tkwi w gardle. I to właśnie zderzenie pokręconej wyobraźni Andrzej z bardziej trzymającym się ziemi Januszem jest największą esencją, choć pozornie rola opiekuna może wydać się drogą przez mękę, prowadzące do zwątpienia, wręcz rozszarpania nerwów. Niemal dla wszystkich.

jak_pies_z_kotem2

Jeśli coś wyróżnia ten film od reszty to fantastyczne trio aktorskie. Po pierwsze, świetny Robert Więckiewicz. Przez większość czasu wydaje się opanowany, wręcz spokojny, ale jak wybucha, poraża, choć nie łatwo go sprowokować. I pozwala sobie na troszkę humoru, co pomaga w zachowaniu równowagi. Jeszcze lepszy jest Olgierd Łukaszewicz jako Andrzej – mimo dość zwichrowanej perspektywy, nadal chcący czerpać z życia garściami, ale też będący niejako więźniem swojego działa i umysłu. Te krótkie momenty świadomości, przeplatane z różnymi odlotami, tworzą prawdziwą petardę. Na tym samym poziomie wchodzi Aleksandra Konieczna jako Iga Cembrzyńska, niemal imitując jeden do jednego pierwowzór. Na początku może wydawać się dość antypatyczna, jednak z każdą sceną zaczyna pokazywać troszkę inne oblicze, co zmusza do weryfikacji naszych przekonań.

„Jak pies z kotem” może nie jest zaskakującym, ale pozostaje emocjonalnym doświadczeniem, skupionym na trudnej relacji rodzeństwa. Trudno wyczuć fałsz, a ręka Kondratiuka do prowadzenia aktorów powoduje, że ten komediodramat zostaje na dłużej.

7/10 

Radosław Ostrowski

Can You Ever Forgive Me?

Ta historia wydarzyła się naprawdę, choć trudno w to uwierzyć. Jest rok 1991 i dla Lee Israel był to paskudny rok, ponieważ ta autorka biografii nie może znaleźć zatrudnienia. Z kolei jej materiał na nową książkę nie cieszy się zainteresowaniem nawet jej agentki. A z czegoś trzeba opłacić rachunki, kupić leki dla kota. Przypadkiem decyduje się sprzedać list, jaki otrzymała od Katherine Hepburn, własnoręcznie podpisany. Dostaje za to całkiem niezłe pieniądze i decyduje się na pewne oszustwo – sprzedawanie listów znanych postaci z literatury. I nie tylko, w czym pomaga dawno nie widziany znajomy Jack „Przystojniak” Hock.

can_you_ever_forgive_me1

Reżyserka Marianne Heller przedstawia historię samotniczki, próbującej odnieść sukces na polu zawodowym. A ciężko jest to zrobić, jeśli nie jest się „gorącym”, gwarantującym spore zyski autorem w wieku średnim. Wszystko osadzone w realiach Nowego Jorku początku lat 90., który jest tutaj pięknie fotografowany – zwłaszcza nocne ujęcia w mocnej, żółtej kolorystyce. I znów, niczym u Woody’ego Allena, krążymy po świecie wyższych sfer tego miasta – tutaj są nimi wydawcy oraz kolekcjonerzy korespondencji od zmarłych i cenionych literatów. To wszystko ma taki słodko-gorzki posmak, gdzie humor (miejscami nie pozbawiony ironii) współgra z poważnymi dramatami oraz wątkiem kryminalnym. A to wszystko pozwala troszkę głębiej wejść w świat naszej bohaterki, bardzo nieufnej, zamkniętej w sobie, ale też dość egoistycznej, szorstkiej, z niewyparzonym językiem. Co najbardziej mnie zaskoczyło to fakt, że zwyczajnie zależał i obchodził mnie jej los, bo… było mi jej zwyczajnie żal. Równie głęboko jest zarysowane coś na kształt przyjaźni między Lee a Jackiem – dwójką outsiderów, których podejście do życia różni się ogromnie. Z jednej strony, rozwaga, planowanie i opanowanie, z drugiej czerpanie z życia garściami, wręcz hedonizm, ale bez popadania w przesadę. I to ten wątek bardziej mnie pociągał niż cała akcja z fałszowaniem listów oraz ich sprzedażą. Choć całość może pod względem formy nie zaskakuje, film ma swój elegancki styl w czym pomaga rozluźniająca, jazzowa muzyka oraz dialogi.

can_you_ever_forgive_me2

Jeśli coś wyróżnia nowy film reżyserki „Wyznań nastolatki” to aktorstwo z wysokiej półki. Sporym zaskoczeniem było obsadzeniem w roli głównej Melissy McCarthy. Aktorka znana z dużego talentu komediowego, ostatnio jednak zaliczała mniejsze lub większe wpadki z rubaszno-wulgarnym humorem w tle. Tutaj jest wyjątkowo stonowana, subtelniejsza, co pokazuje jej inne oblicze. Bardzo dobrze sobie radzi z tą trudną kreacją lekko zołzowatej, ale jednak budzącej sympatię kobiety. Jednak film kradnie cudowny Richard E. Grant, tworząc bardzo wyrazistą postać „niebieskiego ptaka”, jakim był Hock. Gej, diler narkotykowy, drobny złodziej z czarującą prezencją skupia całą uwagę do samego końca, nie popadając w banalne stereotypy, o co byłoby warto. I ten duet Grant/McCarthy jest kołem zamachowym tego filmu.

Bardzo żałuję, że ten film nadal nie ma w Polsce dystrybutora, bo trafiłby na dobry grunt. To sympatyczny, słodko-gorzki komediodramat w starym, dobrym stylu. Ci, co nie przepadali za Melissą McCarthy powinni po tym filmie się do niej przekonać.

7/10 

Radosław Ostrowski

Green Book

Słyszeliście o czymś takim jak „Zielona książka”? Był to spis pełen hoteli oraz restauracji, z których mogli skorzystać czarnoskórzy mieszkańcy na bardzo głębokim Południu USA. Brzmi to wszystko absurdalnie? Ale tak też było w Stanach Zjednoczonych, kiedy rasizm niby został wykorzeniony prawnie, lecz mentalnie nadal pozostał. Tak przynajmniej było w roku 1962, gdzie toczy się akcja filmu „Green Book”.

Historia jest prosta, bo mamy tu zderzenie dwóch postaci, zmuszonych do odbycia podróży. Pierwszy to Tony „Wara” Vallelonga – taki drobny cwaniaczek z Bronxu, chłopak z ferajny. Pracuje jako ochroniarz w popularnym klubie Copacabana. Ma żonę i dzieci, więc trzeba mieć z czego ich utrzymać, zwłaszcza że klub zostaje chwilowo zamknięty (remont). By jakoś się utrzymać, decyduje się na pracę jako szofer niejakiego dr Shirleya. Nie jest to lekarz, ale cholernie utalentowany, czarnoskóry pianista, który wyrusza w trasę przez południowe stany USA.

green_book1

Niby wiemy jak to się skończy, ale droga jaką dąży film potrafi wciągnąć. Byłem przerażony, gdy usłyszałem, że reżyserem został Peter Farrelly, twórca „wybitnych” komedii jak „Głupi i głupszy” czy „Sposób na blondynkę”. Na szczęście ten filmowiec poszedł troszkę drogą Adama McKaya i pokazał, że ma w sobie potencjał na coś więcej. Bardzo delikatnie opowiada prawdziwą historię (tylko do pewnego stopnia podrasowaną przez Hollywood) tworzącej się przyjaźni wyhartowanej podczas drogi naszych bohaterów. Bo czy może być większy kontrast niż włoski cwaniak-rasista z czarnoskórym muzykiem z wyższych sfer? Niby wiemy, jak się skończy ta cała wyprawa i obydwaj panowie zostaną zmuszeni do weryfikacji swoich uprzedzeń oraz przekonań, ale to wszystko ogląda się z ogromną przyjemnością. Jak to możliwe?

green_book2

Czynniki są przynajmniej dwa. Po pierwsze, Farelly ma duże wyczucie i odpowiednio balansuje między dramatem a komedią. Nie brakuje tu ciepłego humoru (głownie opartego na zderzeniu Vallelongi z nowym światem ludzi bogatych, ale jednocześnie reżyser nie unika pokazywania uprzedzeń wobec czarnoskórych: odpowiednie dla nich hotele (bardziej pasowałoby określenie nora), restauracje, do tego nie mogą jeść razem z białymi, nocować razem z białymi, a nawet kupować ubrań. O korzystaniu z toalety na zewnątrz nawet nie wspomnę. I te fragmenty nadal potrafią kłuć, choć rozładowywana sytuacja jest humorem, co jest także sporą zasługą scenariusza. Może i bywa troszkę przesłodzone (zwłaszcza finał), ale wrażenie robi klimat epoki. I nie chodzi tylko o scenografię czy pojazdy, ale choćby kapitalną muzykę, będącą zderzeniem jazzu, rock’n’rolla, eleganckiego popu oraz muzyki klasycznej. Cudowne.

green_book3

Drugi powód to fantastycznie zagrany duet naszych protagonistów. Klasę kolejny raz potwierdzają Viggo Mortensen oraz Mahershalla Ali. Pierwszy jako Tony „Wara” czaruje swoim urokiem oraz ma gadane, dzięki czemu potrafi wyjść z niemal każdych tarapatów. Niektóre jego teksty potrafią rozbroić, ale jest to tępy prostak z ulicy. Od razu budzi sympatię oraz pewien mocny kręgosłup w wielu sytuacjach i nie patyczkuje się (scena wyciągnięcia pobitego doktorka z baru pełnego białych). Z kolei Ali jest jeszcze ciekawszych – inteligentny, elokwentny, ale jednocześnie samotny i jakby „wykorzeniony”, odcinający się od tzw. szaraczków. Tutaj czuć w tej postaci pewne zagubienie, życie w dwóch kontrastowych światach. Ale między tymi postaciami czuć silną chemię, która będzie nam towarzyszyć do samego końca, a nawet troszkę dalej.

Ktoś pewnie rzuci zaraz hasłem, że „Green Book” to polityczna poprawność i tylko dlatego dostał nominację do wielu prestiżowych nagród. Dla mnie film Farrelly’ego to bardzo sympatyczne, ciepłe i zabawne kino z poważnym tematem w tle, bez walenia łopatą po głowie czy drodze na skróty. Czy to będzie nowy etap kariery twórcy „Głupiego i głupszego”? Czas pokaże, ale jestem dobrej myśli.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Autor

Wiecie jak ciężko jest być pisarzem? Zwłaszcza kiedy nie ma się ku temu żadnych predyspozycji? Alvaro chce zostać pisarzem i to takim z najwyższej półki. Zamiast tego pracuje jako notariusz w kancelarii, zaś sławę pisarską otrzymała jego żona. I to go gryzie bardzo, bo choć od trzech lat chodzi na zajęcia z pisania, postępów robi bardzo niewiele. W końcu decyduje się wziąć urlop, wynająć mieszkanie i skupić się na tworzeniu.

autor1

Kino hiszpańskie nie jest mi aż tak dobrze znane jakbym tego chciał. Ale od czego jest Netflix, gdzie pojawił się „Autor”. Gatunkowo trudno ten film jednoznacznie określić – dramat, komedia, thriller. Raczej wszystko po trochu, a całość skupia się na Alvaro. To człowiek, który jest przekonany o swoim talencie, chociaż gdy słyszymy pierwsze fragmenty, wieje pretensjonalnością oraz sztucznością. Ale decyduje się na dość szalony krok. Niby postępuje zgodnie z porada, czyli przygląda się, obserwuje innych i wyciąga informacje. Wszystko zmienia wizyta w toalecie, gdzie słyszy rozmowę sąsiadów naprzeciwko. Zaczyna podsłuchiwać i wykorzystywać informacje jako tworzywo do swojego materiału. Niby dzieło zaczyna nabierać charakteru, coraz lepiej odbiera je wykładowca, lecz w głowie pojawia się pytanie: czy to nie jest pewne przekroczenie granicy etycznej? Czy autor (lub osoba do niego aspirująca) ma prawo grzebać lub manipulować, by uczynić swój tekst ciekawszym? Te pytania powodują, że tą pozornie statyczną opowieść ogląda się z dużym zainteresowaniem, bo nie wiemy, co nasz bohater zrobi, wykona. Do czego może się posunąć, by osiągnąć cel.

autor2

Kolejne interakcje, kolejne odkrywane tajemnice – to wszystko zaczyna przyciągać i sprawia, że nie byłem w stanie do końca przewidzieć, co się wydarzy. I to jest największa zaleta filmu. „Autor” potrafi nagle zmienić się w komedię, by przejść w dramat, nawet zaserwować potencjalny wątek kryminalny. I to wszystko służy jako „mięso” dla niedoszłego literata, którego motywacja i intencje są bardzo mroczne. Co pokazuje naprawdę bardzo udana rola Javiera Gutierreza, który błyszczy najjaśniej. Także każdy z nowych sąsiadów sportretowany został bardzo dobrze, nawet jeśli nie pojawia się zbyt często na ekranie. Również warto wyróżnić Antonio de la Torre w roli wykładowcy, który zaczyna dostrzegać i kierować umiejętnościami protagonisty.

autor3

„Autor” pozostaje intrygującym, tajemniczym filmem, gdzie twórcy prowokują do przemyśleń w sprawie tworzenia dzieł literackim. Zgrabna mieszanka komediodramatu i thrillera, choć wiele osób może się znudzić. Niemniej warto dać szansę „Autorowi”, by mógł nas oczarować.

7/10 

Radosław Ostrowski

Tully

Wydaje się, że temat macierzyństwa już został porządnie wyeksplorowany przez filmowców. Ale Jason Reitman do spółki ze scenarzystką Diablo Cody pokazał, iż to nie do końca prawda. Cała historia obraca się wokół Marlo – kobiecie powoli wchodzącej w wiek średni, z dwójką dzieci (jedno z nich,  Jonah, jest atypowe) oraz trzecim w drodze. Nie trzeba być geniuszem, że poród wywraca całe życie do góry nogami. Dzieciak (o wdzięcznym imieniu Mia) nie jest w stanie dać spokoju, zaś mąż próbuje jakoś wesprzeć kobietę, ale praca dość mocno męczy. Wtedy brat Marlo decyduje się wynająć dla niej nocną nianię – osobę opiekującą się dzieckiem w nocy, pozwalając odpocząć oraz wyspać. Obecność Tully dokonuje dość intrygujących zmian.

tully1

Reitman jest na tyle ciekawym reżyserem, że ciągle próbuje pokazać pozornie znane tematy w mniej oczywisty sposób. Tutaj mamy kwestię macierzyństwa, powszechnie uważane za najlepszą rzecz w życiu każdej kobiety (oprócz zakonnic). Ale mało kto mówi i wspomina, jak bardzo potrafi zmęczyć, mimo bycia supermamą. Pokazuje to świetnie zmontowana sklejka, gdzie mamy Marlo co noc idącą do niemowlaka, zmienia mu pieluszkę, produkuje mleko, karmi dziecko, by pójść spać. I tak przez kilka dni, tygodni, nawet miesięcy. Jakim cudem nasza bohaterka jeszcze nie zamieniła się we wrak człowieka? Reżyser przygląda się naszej Marlo, a kiedy pojawia się Tully, film nagle zaczyna odlatywać i dzieją się rzeczy, których nie umiałem wytłumaczyć. Nagle cała kuchnia jest posprzątana, pojawiają się wypieki z ciastek, zaś Marlo zaczyna znajdować czas dla siebie. Kim jest ta laska, która sprawia wrażenie wszechwiedzącej? Powiedzmy, że rozwiązanie mnie nie zaskoczyło, jednak wspólne sceny rozmów Marlo z Tully potrafiły parę razy mnie zaskoczyć nie tylko szczerością, humorem, ale też stawiając pewne pytania. Jak mimo bycia matką, nadal znaleźć czas na siebie i czerpać radość z życia, a nie tylko widzieć ciężar związany z wychowywaniem, jaki przygniata. I po potrafi zmusić do myślenia.

tully2

Sama konstrukcja tego filmu wydaje się pewnym zbiorem scenek, których pewne wątki nie zostają w pełni rozwinięte. Kwestia nowej szkoły dla atypowego syna, sugerowany trójkącik, mocno popsuta relacja Marlo z bratem – te wątki sprawiają wrażenie patchworka, który ma tak naprawdę pokazać kolejne warstwy i problemy, z jakimi musi zmierzyć się nasza bohaterka. Ale mimo tego pomieszania z poplątaniem, ogląda się to z niemałą satysfakcją.

tully3

To wszystko tak naprawdę działa dzięki dwóm rewelacyjną kreacjom: Charlize Theron oraz Mackenzie Davis. Pierwsza w roli Marlo kompletnie zaskakuje, mocno odcinając się od swojego wizerunku. Pozbawiona hollywoodzkiego blichtru aktorka bardzo naturalnie wypada w roli kobiety, która z jednej strony jest wyrozumiała żona oraz kochająca matka, choć z drugiej strony sprawia wrażenie troszkę zmęczonej całodobową pracą jako rodzic. Z kolei Davis to postać pozornie dziwaczna: wygląda jak jakaś małolata świeżo po studiach, a jednocześnie serwuje teksty godne jakiegoś terapeuty lub osobistego trenera, mając umiejętności godne perfekcyjnej pani domu. I ta więź między tą dwójką wydaje się być najmocniejszym punktem tego dzieła.

Reitman nadal trzyma się kina niezależnego w duchu, ale „Tully” nie do końca mnie powaliła. Być może ta nietypowa narracja mnie odstraszyła, niemniej świetne dialogi oraz aktorstwo są w stanie przyciągnąć uwagę do końca. Nawet mimo poczucia pewnego niedosytu, seans nie będzie czasem straconym.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Cicha noc

Im bliżej grudnia, czym częściej ma się ochotę na filmy bożonarodzeniowe. Swoją świąteczną opowieść trzy lata temu zaprezentował Jonathan Levine, lecz do polskich kin „Cicha noc” nie trafiła. Ale sama historia nie jest skomplikowana: mamy paczkę trzech kumpli, z czego jeden z nich stracił rodziców w Święta. Ethan (niespełniony muzyk), Isaac (prawnik, mąż i ojciec) oraz Chris (popularny sportowiec) przez 13 lat spędzają wspólnie ten okres, ale te Święta mają być tymi ostatnim spędzonymi razem. a celem ma być legendarny Bal u Dziadka do Orzechów.

cicha_noc_20151

Z założenia film jest dość lekką, miejscami głupawą komedią, gdzie humor miejscami jest naprawdę po bandzie, przypominając inne komedie dla dorosłych. Bo nasi herosi chcą ostatni raz zaszaleć, zajarać dragi i może jeszcze zaliczyć jakąś laskę. Każdy z panów jest innego wyznania, co potrafi wywołać ostre żarty (scena w kościele), ale ma pewne swoje lęki i demony do pokonania: obawy przed odpowiedzialnością, utrata najbliższych, wielka sława oraz akceptacja nowych znajomych. Oraz jedna kwestia – jak powinna funkcjonować przyjaźń. Czy w ogóle jest możliwe jej utrzymanie, mimo obowiązków, znajomych i rodziny. I to pytanie pada między kolejnymi (grubymi) żartami oraz wydarzeniami. Czy to jest komedia a’la „Kac Vegas”? Nie jest aż tak szalona, choć jest kilka rozbrajających scen (wspólne śpiewanie „Christmas in Hollies”, prosty gag z zamianą telefonów czy początek czytany przez…. Tego wam nie powiem, w finale się wyjaśnia).

cicha_noc_20152

Levine zgrabnie balansuje między wątkami oraz postaciami, mimo że w pewnym momencie postacie się odłączają. Są pewne odniesienia do „Opowieści wigilijnej” (dragi przywołujące wspomnienia albo pokazujące przyszłość), niemal beztroska zabawa oraz miejscami mocno oniryczne sceny w postaci wejścia na imprezę czy finału. No i jeszcze lekkie narkotyczne schizy Isaaca, który samą obecnością potrafi rozbroić, stanowiące spore źródło humoru.

cicha_noc_20153

Udaje się też zebrać naprawdę świetną obsadę. Jest świetna chemia między triem naszych protagonistów: troszkę poważniejszy Joseph Gordon-Levitt (Ethan), ciągle zabawny Seth Roger (Isaac) oraz Anthony Mackie (Chris). Cała ta trójka świetnie wygrywa swoje postacie oraz pewne problemy z jakimi muszą się zmierzyć. Wszystko jest jasno wyklarowane, więzi są silnie zarysowane i wiarygodne. Ale drugi plan kradnie tutaj Michael Shannon jako tajemniczy pan Green – niby zwykły diler, ale okazuje się kimś więcej, pełnym mądrości gościem. A jednocześnie jest bardzo powściągliwie zagrana postać. Są też niezłe panie (najbardziej wybija się Lizzy Caplan oraz Mandy Keating), będące pewną wisienkę na torcie.

„Cicha noc” to dla mnie ostatni udany film Levine’a, potrafiący rozbawić i zmusić do refleksji. Miejscami balansuje na granicy smaku (zdjęcia z penisami), przez co bywa wręcz wywrotowy, jednak to wszystko nie przekracza poczucia dobrego smaku. Czysta, miejscami szalona akcja.

7/10

Radosław Ostrowski

Grupa wsparcia

Sam pomysł na ten film wydaje się bardzo prościutki. Bohaterami jest młode małżeństwo, które przechodzi bardzo poważny kryzys. Wszystko z powodu straty dziecka przy porodzie. Każdy pretekst staje się dobry do rozpętania kłótni: nieposprzątane naczynia, kwestie wagi, niespełnione marzenia oraz projekty. Nawet wizyta u terapeuty nie były w stanie pomóc, więc wpadają na dość szalony pomysł: by o wszystkich swoich problemach… zaśpiewać.

grupa_wsparcia1

„Grupa wsparcia” to przykład filmu skromnego, kameralnego, niezależnego tytułu, który sprawia wrażenie bardzo trudnego w ocenie. Dlaczego? Bo scenariusz sprawia wrażenie pisanego nie tyle na kolanie, co kompletnie improwizowany i bardzo cienko wiążący ze sobą wszelkie sceny. Niby jest to komediodramat, tylko że ani ten dramat nie angażuje, zaś humor praktycznie też nie istnieje (może poza dzieckiem o imieniu… Isis). Reżyserka Zoe Lister-Jones (także napisała – chyba – scenariusz oraz zagrała główną rolę) próbuje dotknąć kwestii bycia w związku niespełnionym. To życie miało wyglądać zupełnie inaczej: zamiast radości i szczęścia, stagnacja, poczucie niespełnienia oraz powolne gnicie od środka. Praca nie dająca satysfakcji (ona wozi ludzi Uberem, on nie potrafi znaleźć niczego na stałe), brak wsparcia najbliższej osoby, wzajemne pretensje oraz brak zrozumienia. Te momenty kłótni potrafią mocniej zaangażować, tak samo jak całkiem fajne piosenki.

grupa_wsparcia2

Problem jednak w tym, że cała historia nie angażuje i jest wręcz usypiający. Aktorzy starają się (szoł kradnie Fred Amilsen jako sąsiad-perkusista-seksoholik), a między głównymi bohaterami jest wyczuwalna chemia – ładnie zagrany ten duecik (reżyserka oraz Adam Pally) daje odrobinkę satysfakcji. Ale reszta postaci jest zwyczajnie tłem, stanowiący randomowy zbiór bez charakteru.

„Grupa wsparcia” kompletnie nie angażuje, nie potrafi zmusić uwagi widza. Zamiast tego zwyczajnie przysypia, nudzi i sobie tak płynie niczym muzyka w tle. Niby sobie coś tam gra, dzięki czemu możemy sobie skupić na robieniu innych rzeczy. Na przykład nie marnować czasu na oglądanie „Grupy wsparcia”, bo o nim szybko zapomnicie.

4/10

Radosław Ostrowski

Projektantka

Dungatar, rok 1951. Małe miasteczko gdzieś na australijskiej prerii, o którym mało kto pamięta. I to właśnie tu wraca po 25 latach niejaka Myrtle Dunnage. Obecnie jest bardzo znaną na świecie projektantką strojów, ale tutaj pamiętana jest jako córka „Szalonej Molly” i ja ta, która zabiła. Ale kogo? I czy teraz, po wypędzeniu, kobieta będzie chciała zemsty? A może mieszkańcy jej wybaczyli? Kobieta próbuje najpierw ogarnąć ten chlew w domu jej matki, a następnie tworzy zakład krawiecki.

projektantka1

Rzadko zapuszczam się w rejony australijskie, jednak czasami pojawiają się dość interesujące filmy z tego kraju. Nie inaczej jest z filmem Jocelyn Moorhouse, która wróciła do kina po bardzo długiej przerwie. „Projektantka” to dziwna gatunkowa hybryda, gdzie komedia, dramat (nawet melodramat) i kryminał idą ze sobą ręka w rękę. Niby szablon miasteczka skrywającego tajemnicę oraz ludzi żyjących w sieci kłamstw jest dość znany, ale reżyserka bardzo sprawnie wykorzystuje do budowania napięcia, pokazania życia w tym zakłamanym miejscu oraz jak takie sekrety działają destrukcyjnie na wszystkich. Jak skrywane tajemnice, kłamstwa, zdrady, zakłamanie coraz bardziej przesiąka i gnije to miasteczko od środka. A reżyserka konsekwentnie, ale bardzo powoli zaczyna odkrywać kolejne fragmenty z przeszłości, jednocześnie daje pewną szansę dla kilku osób. Więcej wam nie zdradzę, bo inaczej musiałbym iść w strefę spojlerów. A to by filmowi tylko zaszkodziło.

projektantka2

Film dość wiernie odtwarza realia lat 50., chociaż takie miasteczka wydają się takie, jakby czas kompletnie stanął w miejscu. Proste, drewniane budynki, bardzo stylowe auta oraz wykorzystane piosenki budują klimat epoki. No i najważniejsze w tym wszystkim: kostiumy. Ubrana szyte przez Myrtle są po prostu przepiękne – rywalizować z nimi może tylko „Nić widmo”, chociaż te eleganckie stroje z wielkich miast noszone przez damy z jakiegoś wygwizdowa wywołują dość groteskowy efekt. Niby strój czyni człowieka i powoduje, że na pewne osoby patrzymy inaczej, ale potrafi być też zmyłką i zasłona dymną. Bo to, że ktoś jest dobrze ubrany nie oznacza, że jest dobrym człowiekiem. I o tym bardzo brutalnie przypomina ta historia o pokonaniu demonów oraz ostatecznej zemście. Pewnie opowiedziana, parę razy zaskakująca i niepozbawiona złośliwego humoru. Może jedynie wątek miłosny jakoś niespecjalnie mnie porwał, lecz ta relacja okazała się istotna dla pewnych wydarzeń.

projektantka3

Reżyserka też pewnie prowadzi aktorów, dając każdemu symboliczne pięć minut. Absolutnie cudowna jest tutaj Kate Winslet w roli tytułowej. Jej Tilly (Myrtle) jest z jednej strony świadomą swojego talentu kobietą z potężną dawką sekapilu, z drugiej zagubioną, niepewną siebie dziewczyną z małego miasteczka, szukającą wsparcia. I te dwie sprzeczności są wygrywane znakomicie, bez potknięć czy charakterologicznych zgrzytów. Drugim mocnym punktem jest równie imponująca Judy Davis („Szalona Molly”) w roli lekko zdziwaczałej matki, która powoli zaczyna się zmieniać, pozostając ostrą i hardą kobietą, pełną złośliwego humoru. Wspólne sceny docierania się to (obok strojów) najlepsze emocjonalnie sceny tego filmu. Na drugim planie błyszczy absolutnie fantastyczny Hugo Weaving w roli sierżanta policji, który bardzo lubi modę (a nawet damskie ciuchy) oraz Sarah Snook (Gertrudne Pratt) zmieniająca się pod wpływem Tilly z szarej myszki w piękną kobietą (piękna tylko wewnętrznie). Troszkę odstaje od reszty Liam Hemsworth w roli niejakiego McSweeny’ego, bo wątek romansowy między nim a Tilly nie był dla mnie przekonujący. Nie czułem chemii między tą parą, a to błąd poważny.

„Projektantka” z nie do końca dla mnie zrozumiałych powodów nie trafiła do naszych kin. A szkoda, bo to przykład jak z ogranego schematu można zrobić świeżą, wciągającą opowieść o zemście (choć nie jest to film akcji). A dzisiaj jest to trudne do osiągnięcia.

7,5/10 

Radosław Ostrowski