Najdłuższy marsz Billy’ego Lynna

Irak – wojna, w którą Amerykanie przestali wierzyć i podzieliła mieszkańców tego kraju tak samo jak kiedyś Wietnam. I nie ma co się dziwić, bo motywacje okazały się wielkim kłamstwem (nie było broni masowego rażenia), społeczeństwo padło ofiarom manipulacji, a heroizm i poświęcenie żołnierzy wystawiane są na ciężką próbę. Dlatego ten naród potrzebuje bohaterów, by wierzyć, że ta wojna ma sens. Kimś takim jak Billy Lynn – 19-letni chłopak z Teksasu, który stanął w obronie ranionego dowódcy, sierżanta Shrooma. I to staje się pretekstem do krajowego tournée.

billy_lynn1

Tym razem o wojnie w Iraku postanowił opowiedzieć Ang Lee – jeden z najbardziej intrygujących reżyserów spoza Ameryki, który przygląda się temu krajowi dość uważnie. Tym razem oparł swoją opowieść na książce Bena Fountaina, bardzo krytycznie odnoszącej się do wojny. I nie tylko, bo reżyser miesza tutaj trzy przestrzenie czasowe. Pierwsza, czas wojny z kulminacyjnym momentem ataku wygląda porządnie. Druga to powrót Billy’ego do rodziny oraz jego relacja z siostrą, przeciwniczką wojny. Trzecia to występ dla telewizji podczas meczu footballu amerykańskiego w Święto Dziękczynienia. I wszystkie te wątki przeplatają się ze sobą, pozornie wywołując wielką konsternację, ale wychodzi z tego bardzo spójne dzieło.

billy_lynn2

Lee dotyka tutaj wiele rzeczy. Z jednej strony mamy poczucie lojalności oraz silne przywiązanie do drużyny, ale z drugiej Billy zaczyna dostrzegać bezsensowność nie tyle działań wojny, ile postawy społeczeństwa wobec żołnierzy. Niby doceniają to, co robisz i są w szoku, ale tak naprawdę chcą cię wykorzystać do celów propagandowych (brzmi jak „Sztandar chwały”), obiecuje się im złote góry (dużą kasę za ekranizację), ale i tak będą musieli wrócić na wojnę. By jeszcze bardziej podkręcić immersję, reżyser nakręcił całość z kamerami w prędkości 120 klatek na sekundę w formacie 4K, co było przyczyną komercyjnej porażki, bo nie było tyle kin, gdzie można było pokazać tą wizję. Czy ta immersja działa? Dla mnie ta bardzo intensywna płynność wywołuje dość surrealistyczne doznania, jakby to wszystko się działo na moich oczach. I to dotyczy zarówno sceny batalistycznej, jak i widowiska na stadionie, gdzie nie brakuje efekciarskich popisów oraz fajerwerków. A wszystko polane jest bardzo gorzkim finałem, zostawiając losy bohatera pod znakiem zapytania.

billy_lynn3

Lee świetnie realizuje film, ale aktorsko nie brakuje tutaj paru strzałów na oślep. Dramatyczne oblicze próbuje pokazać Vin Diesel (sierżant Shroom), jednak brzmi bardzo średnio. Dialogi w jego wykonaniu (pełne karmy oraz odniesień do filozofii hinduskiej) przyprawiają o ból uszu, a sama postać wydaje się nieciekawa. Kontrastem dla niego jest dość wyrazisty Garrett Hadlund (sierżant Dunn), który jest twardy, acz uczciwy i ma kilka mocnych scen. Solidnie prezentuje się za to Kristen Stewart (siostra), co dla wielu może być ogromnym zaskoczeniem, a tło tej postaci potrafi poruszyć. Podobnie zaskakuje Chris Tucker (cwany Albert) oraz Steve Martin (śliski Oglesby) w zupełnie nie komediowych rolach. A jak sobie radzi debiutujący Joe Alwyn? Lynn w jego wykonaniu to bardzo zagubiony chłopak rozdarty między lojalnością, a chęcią prowadzenia zwykłego życia. I to wszystko pokazuje wiarygodnie do samego końca, za pomocą oszczędnych środków (tutaj oczy robią wielka robotę).

Ktoś powie, że opowiadanie o Iraku jest już pozbawione sensu, zwłaszcza będąc bardzo krytycznym do tego wydarzenia. Jednak Lee w swojej eksperymentalnej formie trafia w punkt, nawet jeśli motywy wydają się dziwnie znajome, to jednak unika patosu oraz napuszenia. Hipokryzja tego kraju nie przestaje mnie zadziwiać.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Atypowy – seria 2

Pamiętacie Sama Gardnera, 18-latka ze spektrum autyzmu, który próbuje się usamodzielnić? Druga seria zaczyna się dokładnie tam, gdzie poprzednia się skończyła, czyli dużymi perturbacjami w rodzinie. Siostra trafia do nowej szkoły, mama zdradziła tatę, za co zostaje wyrzucona z domu  i to tata próbuje się zająć domem, zaś relacje z Paige się ochłodziły. No i jeszcze musi znaleźć nową terapeutkę, a Sam zaraz kończy szkołę. No i pytanie: czy zostaje w domu (jak wcześnie planowano), czy może jednak zdecyduje się na studia.

atypowy_21

Pierwszy „Atypowy” był całkiem sympatycznym komediodramatem, z bardzo fajnym bohaterem, próbującym się odnaleźć w nowych sytuacjach. No i ma fioła na punkcie pingwinów, Antarktyki oraz wszystkiego dookoła. Druga seria, choć nie pozbawiona uroku oraz humoru, jest o wiele poważniejsza, a co najważniejsze widać pewną ewolucję postaci. I nie chodzi tylko o Sama, ale też o wszystkich dookoła niego. Oni wszyscy są zmuszeni do przewartościowania swojego życia, by na nowo się w nim odnaleźć. I wszystko to jest poprowadzone w sposób intrygujący, szczery i bez poczucia irytacji, jakie miałem podczas oglądania poprzedniej serii.

atypowy_22

Nadal widzimy Sama, który próbuje – na własny sposób – odnaleźć się w świecie, który nie jest tak uporządkowany jakby chciał. Zarówno kwestie życia w związku, próba odnalezienia się po rozstaniu rodziców, próby usamodzielnienia się (posiadanie własnego konta w banku)jak i coś absolutnie nowego: grupowa terapia Sama u szkolnego pedagoga. I to daje szerszej perspektywy na spektrum autyzmu, który też bywa źródłem nieporozumień (aresztowanie Sama przez policję), ale też złośliwości i kpin. Tutaj rodzina musi się na nowo połączyć, co nie jest pokazane w sposób uproszczony czy hollywoodzki, ale zachowana zostaje lekkość w opowiadaniu historii. Czy rodzice będą się w stanie dogadać i wybaczyć? Czy siostra sobie poradzi w nowej szkole? No i czy Sam odnajdzie swoje miejsce? Większy nacisk jest na interakcje, postacie bardziej irytujące poprzednio (matka, Zahid) zyskują na oczach, co działało nadal działa (ojciec, Sam, siostra) i zostaje nawet rozwinięte. Jedyny mniej angażujący wątek dotyczy byłej terapeutki Sama oraz jej życia prywatnego. Ale to jedyna skaza w serialu, który zdecydowanie złapał wiatru w żagle.

atypowy_23

Nadal jest to świetnie zagrane. Fason nadal trzyma Keir Gilchrist w roli Sama, który rozbraja swoją wiedzą o Antarktydzie, pingwinach, ale coraz bardziej zaczyna ewoluować. Nadal słowa traktuje dosłownie i dość opornie idzie mu z pewnymi nawykami, jednak coraz bardziej zaczyna dostrzegać pewne rzeczy. Nadal jest uroczym, choć troszkę innym nastolatkiem, którego nie byłem w stanie nie lubić. Również świetna jest Brigitte Lunde-Paine, czyli troszkę złośliwa, zdystansowana Casey (siostra), tutaj stojąca przed nowym wyzwaniem, czyli adaptacją w nowej szkole. Pojawi się jeszcze w jej życiu ktoś, kto może poważnie namieszać i ta relacja jest bardzo zaskakująca. Pozytywnie zaskoczyła mnie Jennifer Jason Leigh, tutaj przechodząca dość poważną drogę do odzyskania zaufania. I jest absolutnie fantastyczna, co było dla mnie kompletnym szokiem. Już nie drażni, tylko zaczyna budzić sympatię, a nawet współczucie. Fason trzyma Michael Rapaport, czyli ojciec próbujący być wsparciem dla wszystkich, choć nie zawsze daje radę. Ta interakcja, tarcia między rodziną, która ewidentnie się kocha, choć czasem ma siebie dość, jest prawdziwym złotem.

Kompletnie mnie zaskoczyło jak wielką ewolucję dokonał ten serial Netflixa, zachowując swój sympatyczny charakter. Świetnie balansuje między dramatem a komedią, bardziej czuć tutaj ciężar, by rozładować humorem (niesamowita scena przemowy pod koniec roku). Nie umiem słowami opisać jak bardzo ten serial mi się podoba. Weźcie tego Netflixa i zobaczcie koniecznie – niby skromny serial, ale wariat.

8/10

Radosław Ostrowski

Elvis i Nixon

20 grudzień 1970 roku miał być zwykłym dniem w Białym Domu, gdzie rządził wielki miłośnik nagrywania – prezydent Richard Nixon. Ale wszystko zmienia jeden list, z prośbą o spotkanie. Bardzo pilny list… od Elvisa Presleya, który poczuł, że kraj go potrzebuje. Bo nie podoba mu się świat pełen narkotyków, przemocy oraz seksu. Dlatego chce zadziałać jako… tajny agent FBI. Zdjęcie z tego spotkania zapadło mocno w pamięć.

elvis_nixon1

To prawdziwa historia, choć wydaje się dość nieprawdopodobna. Co gorsza, prezydent jeszcze nie nagrywał swoich rozmów w gabinecie owalnym. Reżyserka Liza Johnson pokazuje całe to wydarzenie z perspektywy Króla, ciągle rozpoznawalnego oraz cenionego artysty. Troszkę już znudzonego sławą, pieniędzy, mającego wielki fetysz na punkcie spluw, dość krytycznie odnoszącego się do rzeczywistości. Trudno jednak nie odmówić filmowi klimatu oraz stylizacji na kino z lat 70., co widać w bardzo fajnej czołówce oraz bardzo intensywnych kolorach. Sama historia opowiedziana jest kameralnie, z pewnymi wątkami pobocznymi, dodającymi pewnego smaczku związanego z pozornie drobnymi postaciami jak były asystent Elvisa, zaś obecnie scenograf czy duetu pracowników Białego Domu, próbujących przekonać Nixona do tej rozmowy. Wszystko tutaj balansuje na granicy powagi i zgrywy, zaś obecność Króla wywołuje ogromne poruszenie, dodając masę humoru.

elvis_nixon2

Reżyserka dodaje wiele lekkości do tej pokręconej historii, serwując zaledwie krótki wycinek z życia bohaterów. To jednak nie oznacza, że nie poznajemy Presleya oraz Nixona bliżej, z innej perspektywy. Bo nie brakuje pewnych poważnych wspomnień z życia Króla (śmierć brata bliźniaka przy porodzie), jak i troszkę ludzkiego oblicza Nixona, na ile można w nie uwierzyć. W tle mamy bardzo lekką muzykę, ocierającą się o stylistykę z lat 60., bardzo wiernie odtwarzając klimat epoki (świetna scenografia – zarówno dom Elvisa, jak i Biały Dom), choć czasem balans bywa zachwiany.

elvis_nixon3

Za to aktorsko jest tutaj bardzo mocno. Kevin Spacey w roli Nixona potwierdza klasę, bo takich śliskie postacie to dla niego chleb powszedni. Ale nie jest tutaj serwowany jako demoniczny, złowrogi polityk, tylko lekko konserwatywny gość, mocno trzymający się swojej rutyny. Dla mnie jednak największą niespodzianką był Michael Shannon jako Elvis. Gdy usłyszałem o tym castingu, nie byłem do niego przekonany, ale aktor wypadł naprawdę bardzo dobrze. Nie tylko z powodu charakteryzacji oraz strojów, lecz pewne gesty, ruchy stanowią jeden, spójny portret (śpiewania tylko zabrakło) faceta, któremu lekko odbiło (chęć zdobycia odznaki tajnego agenta wydaje się czymś absurdalnym). Ale jest absolutnie szczery w swoich przekonaniach, bez popadania w karykaturę, co jest cholernie trudne. Kompletnie zaskoczyli mnie na drugim planie Alex Pettyfer (Jerry Schilling) czy Johnny Knoxville (Sonny), który tutaj nie pajacuje i jest całkiem poważny, a fason trzymają Evan Peters (Dwight Chapin) z Colinem Hanksem (Egil Krogh).

Zaskakująco lekka produkcja z poważną polityką w tle, która dostarcza frajdy, choć po obejrzeniu nie zostaje zbyt wiele. Dowcipna, zgrabna, pokazująca troszkę inne oblicze wielkich tego świata z bardziej ludzkiej strony.

6,5/10

Radosław Ostrowski

W cieniu drzewa

Islandia – kraina chłodu, mrozu, wulkanów z tak długimi nazwami, że jedynie najstarsi górale islandzcy są w stanie je prawidłowo wymówić. Ale to tutaj zamieszkuje para sąsiadów: starsze małżeństwo oraz starszy mężczyzna z młodszą kobietą. Żyją sobie w miarę spokojnie, chociaż jest pewien poważny problem: bardzo wielkie drzewo, którego cień zasłania taras. W tym samym czasie małżeństwo syna starszych państwa rozsypuje się i dochodzi do walki o dziecko.

w_cieniu_drzewa1

Sam film jest dość dziwaczną hybrydą, jakie można spodziewać się po kraju Skandynawów. Pozornie wydaje się chłodnym dramatem, polanym mocno absurdalnym humorem. Z jednej strony powoli nakręcająca się sąsiedzka wojenka niemal w stylu „Samych swoich” zmieszanych z „Dzikimi historiami”, z drugiej jest tu dramat młodego związku ukazany z perspektywy męża. By wywołać jeszcze większą dezorientację w tle przygrywa muzyka przypominająca thrillerowy styl budowania napięcia (pulsująca elektronika, krótkie uderzenia fortepianu), co potrafi miejscami wywołać poczucie zagrożenia. Początkowo historia Arliego może wydawać się czymś, co zaburza główny wątek, jednak nawet on potrafi zaangażować i pokazuje, że pewne spięcia oraz konflikty są niejako „dziedziczone”. Im dalej w las, tym ta wojna zaczyna się nasilać, doprowadzając do wrzenia. A na wojnie – jak wiadomo – wszystkie chwyty są dozwolone: od drobnych złośliwości do bardzo brutalnych czynów, rozkręcając spiralę. Nieufność, wrogość, podejrzliwość połączona z bardzo osobistymi dramatami doprowadza do eskalacji i nie pozwala na zrobienie kroku w tył. Finał w takiej sytuacji może być tylko jeden, dosłownie wgniatając w fotel. Czy w ogóle jest szansa na spokój, przebaczenie i zakopanie topora wojennego? Reżyser raczej pozostaje pesymistą, choć widać światełko w wątku Arliego, jednak jego zakończenie jest dość zaskakujące.

w_cieniu_drzewa2

Świetna praca kamery, świdrująca muzyka, bardzo spokojny montaż tworzą intrygującą mieszankę, będącą ostrzeżeniem do czego może doprowadzić zaślepienie bólem z podejrzliwością. Jeśli dodamy bardzo mocne aktorstwo, balansujące między wyciszeniem a silną ekspresją (gdzie każda postać jest poprowadzona naprawdę fantastycznie, bez żadnej słabej sceny). I jeśli w Islandii serwują takie filmy, to chcę bliżej poznać tą kinematografię.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Bob Roberts

Wybory – jak wszyscy wiemy – to czas, kiedy pewni nieznani ludzie starają się o naszą uwagę, by móc dalej nic nie robić. Ci ludzie chcą dołączyć do pewnego kręgu zwanego politykami, czyli kompletnych nierobów udających, że chcą nam zrobić dobrze, a tak naprawdę dbają tylko o swój dobrobyt. Ale co innego jest w Stanach Zjednoczonych, gdzie światli oraz odpowiedzialni obywatele wybierają najmądrzejszych, najbardziej rozsądnych oraz uczciwych polityków. I to tam w 1990 roku o urząd senatora postanowił powalczyć Bob Roberts. Kim on jest? To bardzo młody muzyk folkowy, który jest także biznesmenem o bardzo prawicowych poglądach. Kieruje fundacją wspierającą szpitale w walce z narkotykami, w swoich utworach mocno krytykuje bardziej liberalną politykę swojego przeciwnika, senatora Brickleya Paiste’a. A cała ta walkę poznajemy w formie… dokumentu, kręconego przez Terry’ego Manchestera, przyglądającemu się kampanii.

bob_roberts1

Nakręcony w 1992 roku film w reżyserii Tima Robbinsa jest polityczną satyrą – gatunkiem bardzo trudnym i ryzykownym, bo mogącym bardzo łatwo się zestarzeć. Chyba, że zamiast przyglądać się ówczesnej sytuacji politycznej, będziemy próbowali pokazać mechanizmy działania kampanii wyborczych, ze stosowaniem różnych nieczystych zagrań. W tle niemal ciągle pojawia się telewizja (a w niej zawsze włączony serwis informacyjny, gdzie dziennikarze komentują wydarzenia), wycinki z prasy, wrzucone fakty z życia muzyka-polityka (praca maklera w Wall Street, trenowanie szermierki). Reżyser wykorzystuje paradokumentalny styl, by pokazać jak bardzo łatwo można manipulować tłumem. Nie tylko chodzi o rzucanie prostych sloganów, ale chociażby teledyskami utworów, stosowaniem czarnego PR-u czy nawet… zamachem na samego siebie. Robbins niby żartuje w kilku miejscach (występ w programie telewizyjnym, brutalnie przerwanym przez jedną z pracownic czy nasz bohater jeżdżący w stroju szermierczym na motorze), jednak jest to śmiech przez łzy.

bob_roberts2

Bo pokazywany tutaj tłum fanów Roberta zderzony zostaje z pojedynczymi momentami, gdzie pewni ludzie nie godzą się na jego poglądy. Przeciwnicy Robertsa to ludzi inteligentni, sprawiający wrażenie oczytanych, dziennikarze czy lepiej wyedukowani, zaś stronę fanów reprezentują ludzie niekoniecznie wykształceni, mądrzy, tylko lekko prymitywni, prości ludzie, pragnący łatwych rozwiązań oraz szukających przyczyny swojej porażki u innych. Bo zawsze ktoś musi być winny. A jeśli znajdziesz jakąś skazę w tym niemal kryształowym wizerunku, koniec może być tylko jeden, gdyż każdy ma swoje za uszami. Tylko, co jest gorsze: oskarżenie o posiadanie kochanki czy współpraca z agentem CIA, zamieszanym w tworzenie lipnej firmy budowlanej jako przykrywki do zagranicznego handlu narkotykami? Nawet wytropienie wielkiej afery (odniesienia do sprawy Iran-Contras bardzo czytelne) nie może ujść ci płazem.

bob_roberts3

Aktorsko jest tu znakomicie, bo Robbinsowi udało się zebrać bardzo mocny skład. Tytułową rolę Robbins powierzył najlepszemu z najlepszych, czyli… samemu sobie. Robbins gra znakomicie charyzmatycznego polityka z bardzo konserwatywnym programem, mocno krytycznie oceniający przełom lat 60., uważając go za źródło wszelkiego zła. Ale kiedy wejdzie na scenę, zacznie przemawiać, a zwłaszcza śpiewać (głos to taki mocniejszy Dylan), nie można od niego oderwać oczu. Poza nim najbardziej zapada w pamięć bardzo Giancarlo Esposito (dziennikarz Bugs Raplin), który mimo wyglądu menela okazuje się być najbardziej rozsądnym oraz szczerym facetem. Nie można też nie wspomnieć o Alanie Rickmanie (tajemniczy Lukas Hall III) czy trzymającym fason Rayu Wise (Chet MacGregor – szef sztabu), zaś w epizodach dziennikarzy wiadomości pojawiają się takie znane twarze jak James Spader, Helen Hunt czy Susan Sarandon.

Choć można zaśmiać się parokrotnie (choćby z teledysków), to „Bob Roberts” pozostaje gorzką komedią o wydźwięku satyrycznym na politykę w ogóle. A to podsumowuje zarówno ostatnie słowa dziennikarza, jak i ostatnia scena przy pomniku Jeffersona oraz podane wyniki sondażu w sprawie interwencji w Iraku poddają w wątpliwość myślenie ludzi.

7/10

Radosław Ostrowski

Już za tobą tęsknię

Nie lubię tego określenia, ale podobno istnieje taki podział filmów na filmy męskie oraz kobiece. Męskie to takie, gdzie najczęściej dochodzi do dużej ilości zgonów, pełnej wiader krwi oraz kipiącego testosteronem, z kolei w kobiecym umiera tylko jedna osoba, doprowadzając widzów do wylania oceanu łez. Jak myślicie, do którego z tych rodzajów kina pasuje „Już za tobą tęsknię”?

To słodko-gorzka opowieść o przyjaźni dwóch kobiet, które znają się od małego. Jess była Amerykanką, która trafiła do Londynu, gdzie przenieśli się rodzice. W szkole poznaje Millie, z którą szybko nawiązuje nić porozumienia. Pierwszy pocałunek (z chłopakiem, nie ze sobą), pierwsze relacje damsko-męskie, w końcu ciąża Millie z pewnym rockowym muzykiem oraz związek Jess z Jaco, którzy próbują mieć dziecko. Jednak cała ta przyjaźń zostanie wystawiona na ciężką prób z powodu pana raka, który postanowił odwiedzić Millie.

juz_za_toba_tesknie1

Reżyserka filmu Catherine Hardwicke (na zawsze zapamiętana jako twórczyni „Zmierzchu”) mierzy się z mieszanką dramatu, komedii oraz filmu obyczajowego. Pozornie przypomina to oglądanie albumu ze zdjęciami, gdzie mamy tylko pewną zbitkę pewnych wydarzeń. I o dziwo, udaje się to wszystko ułożyć w spójną fabułę, gdzie humor miesza się z dramatem, dojrzałość z nieodpowiedzialnością, śmiech ze łzami. Niczym w prawdziwym życiu, ale jednocześnie nie szarżuje ze skrajności w skrajność. I to zachowanie równowagi działa. Bo wybrzmiewają te dramatyczne momenty (coraz bardziej bezwzględne działania raka), rozładowywane za pomocą miejscami ironicznego, brytyjskiego poczucia humoru (scena porodu, by nie popaść w przesadę. Ale pod tym wszystkim przebija się ta przyjaźń, z lekko toksycznym osadem, polanym egoistyczną wręcz postawą Millie. Kobieta niejako znajduje się w orbicie otoczenia i wydaje się być z tego zadowolona, choć zdarza się wykorzystywać innych (ściąga Jess do hotelu Bronte, by zobaczyć miejsce akcji „Wichrowych wzgórz” i przy okazji zrobić mały skok w bok), co nie czyni tego układu tak schematycznym oraz oczywistym. Zaś prowokuje do pytań o granicę przyjaźni i ile można dla niej ze swojego życia powiększyć.

juz_za_toba_tesknie2

Hardwicke jest bardzo szczera oraz blisko trzyma się ziemi, przez co udaje się uniknąć stosowania emocjonalnego szantażu. Do tego nie brakuje pięknych kadrów (nie tylko wrzosowiska, ale nawet platforma wiertnicza podczas burzy) oraz bardziej spokojnej muzyki w tle, a także świetnej obsadzie. Absolutnie błyszczy Toni Collette w roli egoistycznej Millie, balansując między przerażeniem, zgrywą i powagą, dając wiele mięcha w tej roli. Równie zaskakująca jest Drew Barrymore, której nie jestem wielkim fanem. Ale tutaj tworzy postać bardzo empatycznej Jess, która dla przyjaciółki jest w stanie zrobić wiele oraz przede wszystkim czuć chemię z Collette. Drugi plan dominują tutaj Dominic Cooper (Kit) oraz Paddy Considine (Jaco) w rolach partnerów głównych bohaterek, nie będących tylko tłem dla tych postaci.

Coś dziwnego się ze mną dzieje, bo to kolejna słodko-gorzka historia obyczajowa, pełna bardziej zniuansowanych portretów postaci oraz bardziej trzymająca się ziemi niż klisz gatunku. Pełna ciepła, humoru oraz dramatu w odpowiednio wymierzonych proporcjach, co zdarza się niezbyt często. A czy wy będziecie tęsknić za bohaterkami?

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Gorzka siedemnastka

Z filmami o nastolatkach jest czasem bardzo ciężko, bo temat życia człowieka w tym wieku był wałkowany już tyle razy, że już nie da się wymyślić niczego nowego, ciekawego czy zaskakującego. W dodatku te same motywy: konflikt ze światem, konflikt z rodzicami, pierwsza miłość, pierwszy seks, powolne wchodzenie w dorosłe życie. Może jeszcze wrzucimy do tego garnka bardziej dramatyczne wydarzenia jak próba samobójcza, lęki egzystencjalne czy poczucie niespełniania. Ile razy to już było przerabiane? Czy w ogóle da się jeszcze opowiedzieć to w jakiś inny sposób?

Wszystko się skupia tutaj na Nadine – 17-letniej dziewczyny, noszącej duże buty typu adidasy oraz taką niebieską bluzę, która modna była jakieś wieki temu. Kiedy ją poznajemy, wchodzi niczym burza do klasy niejakiego pana Brunera (imię Max, zamiast Hermann) i mówi, że chce popełnić samobójstwo. Belfer traktuje sprawę bardzo poważnie i… czyta swój list samobójczy. Oczywiście, to był żart. Ale wtedy też poznajemy czynniki, które doprowadziły do tej myśli. Jak choćby fakt, że jej najlepsza kumpela przespała się z jej bratem.

gorzka_17tka1

Debiutująca Kelly Fremon wydaje się być świadoma klisz tego typu kina. Bo czego tu nie ma: jest matka nie potrafiąca dogadać się z córką; ojciec z dobrym kontaktem, który nagle umiera na oczach bohaterki; starszy, bardziej towarzyski brat z sukcesami sportowymi; najlepsza kumpela poznana w dzieciństwa (bo jedyna); chłopak, co jej się podoba (lecz jej nie dostrzega); inny chłopak, któremu ona się podoba (ale oczy ma gdzie indziej) i jest troszkę nieporadny. Jednak im dalej w las, tym bardziej ten świat przestaje być taki prosty i jednowymiarowy, zaś kolejne klisze zostają rozbrojone oraz wywrócone troszkę do góry nogami. Reżyserka bardzo trafnie pokazuje, jak nastolatek widzi świat. Świat, którego totalnie nie rozumie, gubi się w nim, sam nie do końca wie, czego chce i czuje się jako ten gorszy, mniej kochany, odrzucony. Czasem zdarza mu się powiedzieć więcej niż powinien, ale wynika to ze strachu przed nowym oraz próbą poukładania sobie wielu rzeczy w głowie.

gorzka_17tka2

Nie jest to jednak wizja mroczna, bo Fremon rozładowuje sytuacje humorem – bardzo ironicznym, niepozbawionym złośliwości oraz dość ostrych tekstów, jak i sytuacyjnych dowcipów (wysłanie pełnego erotycznych propozycji SMS-a). Udaje się tutaj zachować balans między momentami bardzo ciężkimi emocjonalnie (wątek śmierci ojca oraz traumy czy emocjonalna rozmowa Nadine z bratem, gdzie wylewa swoje problemy), a bardziej lekkimi, w czym pomagają świetne dialogi oraz miejscami kapitalnie dobrana muzyka. Może poza zakończeniem, które idzie ku kom-romowi, chociaż bez stawiania kropki nad i. Jednak nie czuć w tym wszystkim fałszu, zaś dialogi miejscami potrafią trafić w punkt.

Jeszcze większy szok wywołało we mnie aktorstwo, miejscami ocierające się o najwyższą możliwą półkę, choć – dla mnie – było kilka rozpoznawalnych twarzy jak Kyrę Sedgwick (matka), Haley Lu Richardson (Krista, kumpela) czy Blake Jenner (Darian, brat). I ten drugi plan jest bardzo wyrazisty, bardzo naturalny, przekonujący, nawet jeśli na początku wydaje się, w jakim kierunku te osoby zostaną poprowadzone.

gorzka_17tka3

Największa robotę jednak wykonuje bezbłędna Hailee Stanfield. Nadine w jej wykonaniu to postać, którą polubić jest bardzo, BARDZO trudno. Powiedzieć o niej zołza, to jest nic. Niewyparzony język, nadmierne gadulstwo, złośliwe ataki kierowane do niemal wszystkich, ego na poziomie Kanye Westa, gdzie każdy prztyczek odczuwa niczym eksplozję bomby i jest strasznie nieobliczalna. Innymi słowy, sprawia wrażenie osoby, jaką prędzej by się chciało zabić niż polubić. Bardzo łatwo byłoby tutaj przesadzić, przeszarżować i pójść w karykaturę. A jednak udaje się uniknąć wszelkie pułapki, chociaż trudno ją polubić, lecz z czasem udało mi się ją zrozumieć. Do tego za partnera ma Woody’ego Harrelsona, tym razem jako belfra (pana Brunera), z którym prowadzi dość ciekawe rozmowy. Bardzo opanowany, spokojny, sprawiający początkowo wrażenie gościa, który ma gdzieś problemy młodych ludzi oraz serwującego porady, jakich po nauczycielu byśmy się nie spodziewali („urwij się z piątej lekcji, kup sobie jogurt i rozluźnij się”). Ale w tej pozornie błazeńskiej postawie jest metoda, choć od razu tego nie widać.

„Gorzka siedemnastka” pokazuje, że nawet w pozornie ogranym schemacie da się wnieść wiele świeżości i szczerości. Pozornie wydaje się prosty i szablonowy, by nagle zagrać wszystkim (prawie) kliszom na nosie, zaś parę nawet starszych widzów odnajdzie się w tym świecie. I to jest chyba największa siła tego filmu.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Twarz

Wyobraźcie sobie, że żyjecie w małym wygwizdowie, gdzie wszyscy wszystkich znają. Tutaj żyje Jacek – długowłosy chłopak, co nie chodzi do kościoła, lubi Metallikę i poznaje fajną dziewczynę, Dagmarę. Chłopak pracuje na budowie Jezusa, co ma być większy niż w Rio de Janeiro, a ona jest ekspedientką w jedynym sklepie. Przyszłość wydaje się przed nimi rysować w jasnych kolorach. Ale wypadek przy pracy zmienia wszystko, zaś Jacek dostaje nową twarz wskutek przeszczepu. Teraz wraca do siebie i próbuje się na nowo odnaleźć.

twarz1

Moja „ulubiona” reżyserka Małgorzata Szumowska wraca z nowym filmem, którego odbiór u nas i za granicą jest zupełnie różny. Z jednej strony dotyka dość trudnych tematów, wywołując ogromne kontrowersje, z drugiej zaś nie mogę pozbyć się wrażenia, że poza tym szumem nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Sama fabuła jest pretekstem do metafor, symboli czy głębszego portretu społeczeństwa. Nie inaczej jest z „Twarzą”, gdzie reżyserka pokazuje lajf na malej wsi. A jak wiemy, tam życie jest bardzo ciężkie: albo się dostosujesz, albo będziesz miał pod górkę. Po drodze zaś zobaczymy wszystkie elementy składające się na „polactwo”: rasizm, uprzedzenia, zawiść, zaściankowość, bigoteria. Do tego popijanie, media żerujące na ludzkich dramatach (obecność Krzysztofa Ibisza nie jest przypadkowa), kłótnie o majątek na cmentarzu, księdza bardziej skupionego na tym, by inni chodzili do kościoła oraz Jezusie ze Świebodzina II, rodzinę nie potrafiącą się dogadać z Jackiem (życzenia wigilijne). Brzmi znajomo?

twarz2

Dla mnie, niestety, za bardzo znajomo. Reżyserka, jeśli chciała ubrać wszystko w szyderstwo z „polactwa”, wyważyła otwarte drzwi. Wszystko to już pokazywał m.in. Wojciech Smarzowski (na poważnie i mrocznie), Marek Koterski (w grotesce) czy ostatnio Piotr Domalewski w „Cichej nocy”. I brakuje tutaj jakiegoś kontrastu, przełamania tego obrazka i stereotypów. Z kolei Jacek po wypadku zostaje zepchnięty na dalszy plan, Szumowska nie próbuje już wchodzić w jego głowę, staje się on symbolem: obcości, inności, nie do końca udanej transformacji. Nie brakuje kilku mocnych scen jak promocja w markecie dla golasów czy egzorcyzmów, tylko że to troszkę za mało.

twarz3

Sam film dobrze się ogląda, wygląda dość ładnie (zdjęcia Michała Englerta z lekko „rozmazanym” tłem), a i aktorzy robią, co mogą. Jeśli ktoś zdążył skreślić Mateusza Kościukiewicza, po tym filmie może zmienić zdanie. Aktor bardzo dobrze sobie radzi w roli niezależnego chłopaka, chcącego żyć po swojemu. Nawet w nałożonej charakteryzacji robi niesamowite wrażenie, próbując poukładać sobie życie na nowo. Wszystko na tej twarzy jest wymalowane: radość, ból, bezsilność i to działa. Jeszcze lepsza jest Agnieszka Podsiadlik, której postać (siostra) jako jedyna wspiera naszego bohatera. Każda jej obecność, tekst, pozwala miejscami rozładować napięcie (wizyta przed komisją lekarską). Nie sposób nie wspomnieć też emanującą sex appealem Małgorzatę Gorol (Dagmara) czy epizodzie Krzysztofa Czeczota (beznesmen).

„Twarz” nie odkrywa niczego nowego w kwestii portretu Polaków. Jest bardzo wtórny, mocno przegięty (nawet jak na satyrę) i pozbawiony odcieni szarości, normalności w tym obrazku. Zupełnie jakby Szumowską interesowało pokazanie z góry postawionej tezy. Tylko, że kino to nie publicystyka i czasami niektórzy o tym zapominają.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Zezowate szczęście

Ile było już takich filmów, gdzie los głównego bohatera spajał się z historią całego narodu. Najbardziej sztandarowym przykładem jest „Forrest Gump” Roberta Zemeckisa, gdzie tytułowy bohater pakował się mimo woli w wydarzenia z historii USA od lat 50. aż do 80. XX wieku. Ale okazuje się, że w Polsce też był ktoś taki jak Forrest, tylko że zupełnie inny.

Nazywa się Jan Piszczyk. Gdy go poznajemy właśnie ma wyjść z więzienia, ale nie chce tego zrobić. Jedynie we więźniu się czuje najlepiej, bo cały czas go prześladuje wielki pech, wręcz od małego i dlatego opowiada swoją historię naczelnikowi. Bo Piszczyk cokolwiek by chciał osiągnąć, zawsze dostawał w dupę. Nieważne, czy jako harcerz, student ze zbyt „semickim” nosem, korepetytor zakochany w uczennicy, niedoszły oficer podchorążówki, drobny handlarz czy powojenny urzędnik państwowy. Szczęście trwało krócej niż popisy piłkarskiej reprezentacji Arabii Saudyjskiej na ostatnim mundialu. Zupełnie jakby przykleił się do niego.

zezowate_szczescie1

Andrzej Munk był filmowcem, który zawsze bardziej stał przy ziemi, bez popadania w nadmierny patos czy symbolizm. „Zezowate szczęście” to jeden z najbardziej szyderczych polskich filmów w historii. Pozornie może wydawać się zbiorem dość prostych gagów, wręcz slapstickowych popisów (samoloty bombardujące pole kapusty) czy znanego z Benny Hilla przyspieszenia tempa, co najdobitniej widać w scenach z dzieciństwa. I już tutaj widać, że los Piszczyka wydaje się być przesądzony.

zezowate_szczescie2

Ale jednocześnie reżyser nawet kwestie pozornie poważne (wątki wojenne), nie są traktowane z patosem. Okres obozowy, gdzie Piszczyk początkowo jest traktowany jak heros, by później zostać uznanym za szpicla, jak i okupacja, pełna zarówno drobnych cwaniaczków, próbujących zebrać kupę forsy, może być dla wielu zaskoczeniem. Patos jest rozładowywany za pomocą ironii, szyderstwa, by pokazać konformistę. Bo tym jest Piszczyk – człowiekiem szukającym za wszelką cenę akceptacji otoczenia. Tylko, żeby to zrobić staje się bajarzem, mitomanem, dostosowującym się do każdych warunków – symbolicznie pokazuje to scena podczas demonstracji, gdzie bohater wykrzykuje najpierw hasła poparcia dla Marszałka (przód demonstracji), by przejść do nacjonalistycznych poglądów. A im dalej w las, mimo śmiechu, bardziej przerażająco.

zezowate_szczescie3

A Piszczyk w interpretacji Bogumiła Kobieli jest to totalna kreacja zagubionego człowieka. Człowieka, który pragnie akceptacji, szacunku, miłości. Ale żeby to osiągnąć dostosowuje się do okoliczności, pozbawiając siebie zarówno własnych przekonań, jak i wolnej woli. Można się z niego śmiać, ale bardziej wywoływał we mnie żal swoją biernością, nawet współczucie. Na drugim planie nie brakuje bardzo wyrazistych kreacji m.in. Edwarda Dziewońskiego (cwany i obrotny Jelonek), Barbary Kwiatkowskiej (apetyczna Jola), Wojciecha Siemiona (personalny Kacperski) czy Tadeusza Janczara (podchorąży Sawicki), zapadając bardzo mocno w pamięć.

„Zezowate szczęście” nadal się broni jako satyra na polskie mitotwórstwo oraz stereotypowe wizje narodu. Munk wbije szpilki, odbrązawiając obraz Polaków jako tylko dzielnych, odważnych i walecznych ludzi, zestawiając go z pozbawionym własnej osobowości Piszczykiem, który niczym ćma lgnie ku poklaskowi. Tylko, co dalej, obywatelu Piszczyk?

8/10 

Radosław Ostrowski

Krępujące zdjęcia z rodzinnego albumu, czyli zniszczona wątroba i złamane serce

Film obyczajowy, gdzie mamy dwójkę bohaterów. On jest dilerem narkotykowym, ona zaś nauczycielką z tendencją do popijania gorzały. Jedna chwilka, zjarane zioło, prezerwatywa i seks. Efekt mógł być tylko jeden: kondon nie zadziałał i pojawiło się dziecko w drodze. Tylko, że żadne z nich nie chce się ze sobą wiązać i trzecia strona jest im kompletnie niepotrzebna.

krepujace_zdjecie1

Film Pawła Nowaka reklamowany jest jako komediodramat, lecz sama produkcja jest delikatnie mówiąc, średnio udana. Punkt wyjścia mógł stworzyć czy to dramat o niedojrzałości w roli rodziców, polanym może odrobiną humoru. Ale tak naprawdę sami bohaterowie są bardzo słabo zarysowani, zaś intryga snuje się bez celu. Reżyser nie do końca wie, o czym tak naprawdę ma być ten film, zaś zamiast na głównych postaciach, decyduje się bardziej skupić na drugim planie, tylko że czasu ekranowego jest za mało, by móc skupić się na tym. Siostra i ojciec kobiety, przyjaciel-lekarz ze skłonnościami do picia czy kumpel pożyczający od wszystkich pieniądze. No i jeszcze pojawiająca się w domu prostytutka w stanie pozbawiającym przytomności. Po co ten film powstał, jaką miał myśl? Nie wiadomo, tak samo dlaczego całość gwałtownie się urywa w najciekawszym momencie.

krepujace_zdjecie2

Ani to zabawne, ani dramatyczne, ani angażujące. Jedynie zapada w pamięć zgrabna, jazzowa muzyka, zdjęcia i montaż są całkiem ok. Tylko, ze bohaterowie mnie kompletnie nie obchodzą, bo nie poznałem ich za bardzo. Mimo, że grający główne role Modest Ruciński (on) oraz Lidia Sadowa (ona) starają się, te postacie nie sprawiają wrażenia żywych ludzi i szeleszczą papierem. Sytuację częściowo ratuje Łukasz Simlat ze swoją specyficzną filozofią szczęścia oraz dość pokręcony Wojciech Solarz (Wojtek), kradnący film w finale, ale nawet takie zdolne bestie nie są w stanie ożywić nijakiego scenariusza. Jest też nawet Marcin Perchuć (wróż Mateusz) oraz Mirosław Zbrojewicz (ojciec), tylko że kompletnie nie mają tu zbyt wiele do roboty.

Poza fajnym i zapadającym tytułem „Krępujące zdjęcia…” wpisują się w nurt polskiego kina w stanie rozkroku. Nie wie, czym chce być, o czym opowiedzieć, jest ciągiem niekoniecznie powiązanych ze sobą scen, pozbawionych jakichkolwiek treści.

3/10 

Radosław Ostrowski