Cicha noc

Im bliżej grudnia, czym częściej ma się ochotę na filmy bożonarodzeniowe. Swoją świąteczną opowieść trzy lata temu zaprezentował Jonathan Levine, lecz do polskich kin „Cicha noc” nie trafiła. Ale sama historia nie jest skomplikowana: mamy paczkę trzech kumpli, z czego jeden z nich stracił rodziców w Święta. Ethan (niespełniony muzyk), Isaac (prawnik, mąż i ojciec) oraz Chris (popularny sportowiec) przez 13 lat spędzają wspólnie ten okres, ale te Święta mają być tymi ostatnim spędzonymi razem. a celem ma być legendarny Bal u Dziadka do Orzechów.

cicha_noc_20151

Z założenia film jest dość lekką, miejscami głupawą komedią, gdzie humor miejscami jest naprawdę po bandzie, przypominając inne komedie dla dorosłych. Bo nasi herosi chcą ostatni raz zaszaleć, zajarać dragi i może jeszcze zaliczyć jakąś laskę. Każdy z panów jest innego wyznania, co potrafi wywołać ostre żarty (scena w kościele), ale ma pewne swoje lęki i demony do pokonania: obawy przed odpowiedzialnością, utrata najbliższych, wielka sława oraz akceptacja nowych znajomych. Oraz jedna kwestia – jak powinna funkcjonować przyjaźń. Czy w ogóle jest możliwe jej utrzymanie, mimo obowiązków, znajomych i rodziny. I to pytanie pada między kolejnymi (grubymi) żartami oraz wydarzeniami. Czy to jest komedia a’la „Kac Vegas”? Nie jest aż tak szalona, choć jest kilka rozbrajających scen (wspólne śpiewanie „Christmas in Hollies”, prosty gag z zamianą telefonów czy początek czytany przez…. Tego wam nie powiem, w finale się wyjaśnia).

cicha_noc_20152

Levine zgrabnie balansuje między wątkami oraz postaciami, mimo że w pewnym momencie postacie się odłączają. Są pewne odniesienia do „Opowieści wigilijnej” (dragi przywołujące wspomnienia albo pokazujące przyszłość), niemal beztroska zabawa oraz miejscami mocno oniryczne sceny w postaci wejścia na imprezę czy finału. No i jeszcze lekkie narkotyczne schizy Isaaca, który samą obecnością potrafi rozbroić, stanowiące spore źródło humoru.

cicha_noc_20153

Udaje się też zebrać naprawdę świetną obsadę. Jest świetna chemia między triem naszych protagonistów: troszkę poważniejszy Joseph Gordon-Levitt (Ethan), ciągle zabawny Seth Roger (Isaac) oraz Anthony Mackie (Chris). Cała ta trójka świetnie wygrywa swoje postacie oraz pewne problemy z jakimi muszą się zmierzyć. Wszystko jest jasno wyklarowane, więzi są silnie zarysowane i wiarygodne. Ale drugi plan kradnie tutaj Michael Shannon jako tajemniczy pan Green – niby zwykły diler, ale okazuje się kimś więcej, pełnym mądrości gościem. A jednocześnie jest bardzo powściągliwie zagrana postać. Są też niezłe panie (najbardziej wybija się Lizzy Caplan oraz Mandy Keating), będące pewną wisienkę na torcie.

„Cicha noc” to dla mnie ostatni udany film Levine’a, potrafiący rozbawić i zmusić do refleksji. Miejscami balansuje na granicy smaku (zdjęcia z penisami), przez co bywa wręcz wywrotowy, jednak to wszystko nie przekracza poczucia dobrego smaku. Czysta, miejscami szalona akcja.

7/10

Radosław Ostrowski

Grupa wsparcia

Sam pomysł na ten film wydaje się bardzo prościutki. Bohaterami jest młode małżeństwo, które przechodzi bardzo poważny kryzys. Wszystko z powodu straty dziecka przy porodzie. Każdy pretekst staje się dobry do rozpętania kłótni: nieposprzątane naczynia, kwestie wagi, niespełnione marzenia oraz projekty. Nawet wizyta u terapeuty nie były w stanie pomóc, więc wpadają na dość szalony pomysł: by o wszystkich swoich problemach… zaśpiewać.

grupa_wsparcia1

„Grupa wsparcia” to przykład filmu skromnego, kameralnego, niezależnego tytułu, który sprawia wrażenie bardzo trudnego w ocenie. Dlaczego? Bo scenariusz sprawia wrażenie pisanego nie tyle na kolanie, co kompletnie improwizowany i bardzo cienko wiążący ze sobą wszelkie sceny. Niby jest to komediodramat, tylko że ani ten dramat nie angażuje, zaś humor praktycznie też nie istnieje (może poza dzieckiem o imieniu… Isis). Reżyserka Zoe Lister-Jones (także napisała – chyba – scenariusz oraz zagrała główną rolę) próbuje dotknąć kwestii bycia w związku niespełnionym. To życie miało wyglądać zupełnie inaczej: zamiast radości i szczęścia, stagnacja, poczucie niespełnienia oraz powolne gnicie od środka. Praca nie dająca satysfakcji (ona wozi ludzi Uberem, on nie potrafi znaleźć niczego na stałe), brak wsparcia najbliższej osoby, wzajemne pretensje oraz brak zrozumienia. Te momenty kłótni potrafią mocniej zaangażować, tak samo jak całkiem fajne piosenki.

grupa_wsparcia2

Problem jednak w tym, że cała historia nie angażuje i jest wręcz usypiający. Aktorzy starają się (szoł kradnie Fred Amilsen jako sąsiad-perkusista-seksoholik), a między głównymi bohaterami jest wyczuwalna chemia – ładnie zagrany ten duecik (reżyserka oraz Adam Pally) daje odrobinkę satysfakcji. Ale reszta postaci jest zwyczajnie tłem, stanowiący randomowy zbiór bez charakteru.

„Grupa wsparcia” kompletnie nie angażuje, nie potrafi zmusić uwagi widza. Zamiast tego zwyczajnie przysypia, nudzi i sobie tak płynie niczym muzyka w tle. Niby sobie coś tam gra, dzięki czemu możemy sobie skupić na robieniu innych rzeczy. Na przykład nie marnować czasu na oglądanie „Grupy wsparcia”, bo o nim szybko zapomnicie.

4/10

Radosław Ostrowski

Projektantka

Dungatar, rok 1951. Małe miasteczko gdzieś na australijskiej prerii, o którym mało kto pamięta. I to właśnie tu wraca po 25 latach niejaka Myrtle Dunnage. Obecnie jest bardzo znaną na świecie projektantką strojów, ale tutaj pamiętana jest jako córka „Szalonej Molly” i ja ta, która zabiła. Ale kogo? I czy teraz, po wypędzeniu, kobieta będzie chciała zemsty? A może mieszkańcy jej wybaczyli? Kobieta próbuje najpierw ogarnąć ten chlew w domu jej matki, a następnie tworzy zakład krawiecki.

projektantka1

Rzadko zapuszczam się w rejony australijskie, jednak czasami pojawiają się dość interesujące filmy z tego kraju. Nie inaczej jest z filmem Jocelyn Moorhouse, która wróciła do kina po bardzo długiej przerwie. „Projektantka” to dziwna gatunkowa hybryda, gdzie komedia, dramat (nawet melodramat) i kryminał idą ze sobą ręka w rękę. Niby szablon miasteczka skrywającego tajemnicę oraz ludzi żyjących w sieci kłamstw jest dość znany, ale reżyserka bardzo sprawnie wykorzystuje do budowania napięcia, pokazania życia w tym zakłamanym miejscu oraz jak takie sekrety działają destrukcyjnie na wszystkich. Jak skrywane tajemnice, kłamstwa, zdrady, zakłamanie coraz bardziej przesiąka i gnije to miasteczko od środka. A reżyserka konsekwentnie, ale bardzo powoli zaczyna odkrywać kolejne fragmenty z przeszłości, jednocześnie daje pewną szansę dla kilku osób. Więcej wam nie zdradzę, bo inaczej musiałbym iść w strefę spojlerów. A to by filmowi tylko zaszkodziło.

projektantka2

Film dość wiernie odtwarza realia lat 50., chociaż takie miasteczka wydają się takie, jakby czas kompletnie stanął w miejscu. Proste, drewniane budynki, bardzo stylowe auta oraz wykorzystane piosenki budują klimat epoki. No i najważniejsze w tym wszystkim: kostiumy. Ubrana szyte przez Myrtle są po prostu przepiękne – rywalizować z nimi może tylko „Nić widmo”, chociaż te eleganckie stroje z wielkich miast noszone przez damy z jakiegoś wygwizdowa wywołują dość groteskowy efekt. Niby strój czyni człowieka i powoduje, że na pewne osoby patrzymy inaczej, ale potrafi być też zmyłką i zasłona dymną. Bo to, że ktoś jest dobrze ubrany nie oznacza, że jest dobrym człowiekiem. I o tym bardzo brutalnie przypomina ta historia o pokonaniu demonów oraz ostatecznej zemście. Pewnie opowiedziana, parę razy zaskakująca i niepozbawiona złośliwego humoru. Może jedynie wątek miłosny jakoś niespecjalnie mnie porwał, lecz ta relacja okazała się istotna dla pewnych wydarzeń.

projektantka3

Reżyserka też pewnie prowadzi aktorów, dając każdemu symboliczne pięć minut. Absolutnie cudowna jest tutaj Kate Winslet w roli tytułowej. Jej Tilly (Myrtle) jest z jednej strony świadomą swojego talentu kobietą z potężną dawką sekapilu, z drugiej zagubioną, niepewną siebie dziewczyną z małego miasteczka, szukającą wsparcia. I te dwie sprzeczności są wygrywane znakomicie, bez potknięć czy charakterologicznych zgrzytów. Drugim mocnym punktem jest równie imponująca Judy Davis („Szalona Molly”) w roli lekko zdziwaczałej matki, która powoli zaczyna się zmieniać, pozostając ostrą i hardą kobietą, pełną złośliwego humoru. Wspólne sceny docierania się to (obok strojów) najlepsze emocjonalnie sceny tego filmu. Na drugim planie błyszczy absolutnie fantastyczny Hugo Weaving w roli sierżanta policji, który bardzo lubi modę (a nawet damskie ciuchy) oraz Sarah Snook (Gertrudne Pratt) zmieniająca się pod wpływem Tilly z szarej myszki w piękną kobietą (piękna tylko wewnętrznie). Troszkę odstaje od reszty Liam Hemsworth w roli niejakiego McSweeny’ego, bo wątek romansowy między nim a Tilly nie był dla mnie przekonujący. Nie czułem chemii między tą parą, a to błąd poważny.

„Projektantka” z nie do końca dla mnie zrozumiałych powodów nie trafiła do naszych kin. A szkoda, bo to przykład jak z ogranego schematu można zrobić świeżą, wciągającą opowieść o zemście (choć nie jest to film akcji). A dzisiaj jest to trudne do osiągnięcia.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Najdłuższy marsz Billy’ego Lynna

Irak – wojna, w którą Amerykanie przestali wierzyć i podzieliła mieszkańców tego kraju tak samo jak kiedyś Wietnam. I nie ma co się dziwić, bo motywacje okazały się wielkim kłamstwem (nie było broni masowego rażenia), społeczeństwo padło ofiarom manipulacji, a heroizm i poświęcenie żołnierzy wystawiane są na ciężką próbę. Dlatego ten naród potrzebuje bohaterów, by wierzyć, że ta wojna ma sens. Kimś takim jak Billy Lynn – 19-letni chłopak z Teksasu, który stanął w obronie ranionego dowódcy, sierżanta Shrooma. I to staje się pretekstem do krajowego tournée.

billy_lynn1

Tym razem o wojnie w Iraku postanowił opowiedzieć Ang Lee – jeden z najbardziej intrygujących reżyserów spoza Ameryki, który przygląda się temu krajowi dość uważnie. Tym razem oparł swoją opowieść na książce Bena Fountaina, bardzo krytycznie odnoszącej się do wojny. I nie tylko, bo reżyser miesza tutaj trzy przestrzenie czasowe. Pierwsza, czas wojny z kulminacyjnym momentem ataku wygląda porządnie. Druga to powrót Billy’ego do rodziny oraz jego relacja z siostrą, przeciwniczką wojny. Trzecia to występ dla telewizji podczas meczu footballu amerykańskiego w Święto Dziękczynienia. I wszystkie te wątki przeplatają się ze sobą, pozornie wywołując wielką konsternację, ale wychodzi z tego bardzo spójne dzieło.

billy_lynn2

Lee dotyka tutaj wiele rzeczy. Z jednej strony mamy poczucie lojalności oraz silne przywiązanie do drużyny, ale z drugiej Billy zaczyna dostrzegać bezsensowność nie tyle działań wojny, ile postawy społeczeństwa wobec żołnierzy. Niby doceniają to, co robisz i są w szoku, ale tak naprawdę chcą cię wykorzystać do celów propagandowych (brzmi jak „Sztandar chwały”), obiecuje się im złote góry (dużą kasę za ekranizację), ale i tak będą musieli wrócić na wojnę. By jeszcze bardziej podkręcić immersję, reżyser nakręcił całość z kamerami w prędkości 120 klatek na sekundę w formacie 4K, co było przyczyną komercyjnej porażki, bo nie było tyle kin, gdzie można było pokazać tą wizję. Czy ta immersja działa? Dla mnie ta bardzo intensywna płynność wywołuje dość surrealistyczne doznania, jakby to wszystko się działo na moich oczach. I to dotyczy zarówno sceny batalistycznej, jak i widowiska na stadionie, gdzie nie brakuje efekciarskich popisów oraz fajerwerków. A wszystko polane jest bardzo gorzkim finałem, zostawiając losy bohatera pod znakiem zapytania.

billy_lynn3

Lee świetnie realizuje film, ale aktorsko nie brakuje tutaj paru strzałów na oślep. Dramatyczne oblicze próbuje pokazać Vin Diesel (sierżant Shroom), jednak brzmi bardzo średnio. Dialogi w jego wykonaniu (pełne karmy oraz odniesień do filozofii hinduskiej) przyprawiają o ból uszu, a sama postać wydaje się nieciekawa. Kontrastem dla niego jest dość wyrazisty Garrett Hadlund (sierżant Dunn), który jest twardy, acz uczciwy i ma kilka mocnych scen. Solidnie prezentuje się za to Kristen Stewart (siostra), co dla wielu może być ogromnym zaskoczeniem, a tło tej postaci potrafi poruszyć. Podobnie zaskakuje Chris Tucker (cwany Albert) oraz Steve Martin (śliski Oglesby) w zupełnie nie komediowych rolach. A jak sobie radzi debiutujący Joe Alwyn? Lynn w jego wykonaniu to bardzo zagubiony chłopak rozdarty między lojalnością, a chęcią prowadzenia zwykłego życia. I to wszystko pokazuje wiarygodnie do samego końca, za pomocą oszczędnych środków (tutaj oczy robią wielka robotę).

Ktoś powie, że opowiadanie o Iraku jest już pozbawione sensu, zwłaszcza będąc bardzo krytycznym do tego wydarzenia. Jednak Lee w swojej eksperymentalnej formie trafia w punkt, nawet jeśli motywy wydają się dziwnie znajome, to jednak unika patosu oraz napuszenia. Hipokryzja tego kraju nie przestaje mnie zadziwiać.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Atypowy – seria 2

Pamiętacie Sama Gardnera, 18-latka ze spektrum autyzmu, który próbuje się usamodzielnić? Druga seria zaczyna się dokładnie tam, gdzie poprzednia się skończyła, czyli dużymi perturbacjami w rodzinie. Siostra trafia do nowej szkoły, mama zdradziła tatę, za co zostaje wyrzucona z domu  i to tata próbuje się zająć domem, zaś relacje z Paige się ochłodziły. No i jeszcze musi znaleźć nową terapeutkę, a Sam zaraz kończy szkołę. No i pytanie: czy zostaje w domu (jak wcześnie planowano), czy może jednak zdecyduje się na studia.

atypowy_21

Pierwszy „Atypowy” był całkiem sympatycznym komediodramatem, z bardzo fajnym bohaterem, próbującym się odnaleźć w nowych sytuacjach. No i ma fioła na punkcie pingwinów, Antarktyki oraz wszystkiego dookoła. Druga seria, choć nie pozbawiona uroku oraz humoru, jest o wiele poważniejsza, a co najważniejsze widać pewną ewolucję postaci. I nie chodzi tylko o Sama, ale też o wszystkich dookoła niego. Oni wszyscy są zmuszeni do przewartościowania swojego życia, by na nowo się w nim odnaleźć. I wszystko to jest poprowadzone w sposób intrygujący, szczery i bez poczucia irytacji, jakie miałem podczas oglądania poprzedniej serii.

atypowy_22

Nadal widzimy Sama, który próbuje – na własny sposób – odnaleźć się w świecie, który nie jest tak uporządkowany jakby chciał. Zarówno kwestie życia w związku, próba odnalezienia się po rozstaniu rodziców, próby usamodzielnienia się (posiadanie własnego konta w banku)jak i coś absolutnie nowego: grupowa terapia Sama u szkolnego pedagoga. I to daje szerszej perspektywy na spektrum autyzmu, który też bywa źródłem nieporozumień (aresztowanie Sama przez policję), ale też złośliwości i kpin. Tutaj rodzina musi się na nowo połączyć, co nie jest pokazane w sposób uproszczony czy hollywoodzki, ale zachowana zostaje lekkość w opowiadaniu historii. Czy rodzice będą się w stanie dogadać i wybaczyć? Czy siostra sobie poradzi w nowej szkole? No i czy Sam odnajdzie swoje miejsce? Większy nacisk jest na interakcje, postacie bardziej irytujące poprzednio (matka, Zahid) zyskują na oczach, co działało nadal działa (ojciec, Sam, siostra) i zostaje nawet rozwinięte. Jedyny mniej angażujący wątek dotyczy byłej terapeutki Sama oraz jej życia prywatnego. Ale to jedyna skaza w serialu, który zdecydowanie złapał wiatru w żagle.

atypowy_23

Nadal jest to świetnie zagrane. Fason nadal trzyma Keir Gilchrist w roli Sama, który rozbraja swoją wiedzą o Antarktydzie, pingwinach, ale coraz bardziej zaczyna ewoluować. Nadal słowa traktuje dosłownie i dość opornie idzie mu z pewnymi nawykami, jednak coraz bardziej zaczyna dostrzegać pewne rzeczy. Nadal jest uroczym, choć troszkę innym nastolatkiem, którego nie byłem w stanie nie lubić. Również świetna jest Brigitte Lunde-Paine, czyli troszkę złośliwa, zdystansowana Casey (siostra), tutaj stojąca przed nowym wyzwaniem, czyli adaptacją w nowej szkole. Pojawi się jeszcze w jej życiu ktoś, kto może poważnie namieszać i ta relacja jest bardzo zaskakująca. Pozytywnie zaskoczyła mnie Jennifer Jason Leigh, tutaj przechodząca dość poważną drogę do odzyskania zaufania. I jest absolutnie fantastyczna, co było dla mnie kompletnym szokiem. Już nie drażni, tylko zaczyna budzić sympatię, a nawet współczucie. Fason trzyma Michael Rapaport, czyli ojciec próbujący być wsparciem dla wszystkich, choć nie zawsze daje radę. Ta interakcja, tarcia między rodziną, która ewidentnie się kocha, choć czasem ma siebie dość, jest prawdziwym złotem.

Kompletnie mnie zaskoczyło jak wielką ewolucję dokonał ten serial Netflixa, zachowując swój sympatyczny charakter. Świetnie balansuje między dramatem a komedią, bardziej czuć tutaj ciężar, by rozładować humorem (niesamowita scena przemowy pod koniec roku). Nie umiem słowami opisać jak bardzo ten serial mi się podoba. Weźcie tego Netflixa i zobaczcie koniecznie – niby skromny serial, ale wariat.

8/10

Radosław Ostrowski

Elvis i Nixon

20 grudzień 1970 roku miał być zwykłym dniem w Białym Domu, gdzie rządził wielki miłośnik nagrywania – prezydent Richard Nixon. Ale wszystko zmienia jeden list, z prośbą o spotkanie. Bardzo pilny list… od Elvisa Presleya, który poczuł, że kraj go potrzebuje. Bo nie podoba mu się świat pełen narkotyków, przemocy oraz seksu. Dlatego chce zadziałać jako… tajny agent FBI. Zdjęcie z tego spotkania zapadło mocno w pamięć.

elvis_nixon1

To prawdziwa historia, choć wydaje się dość nieprawdopodobna. Co gorsza, prezydent jeszcze nie nagrywał swoich rozmów w gabinecie owalnym. Reżyserka Liza Johnson pokazuje całe to wydarzenie z perspektywy Króla, ciągle rozpoznawalnego oraz cenionego artysty. Troszkę już znudzonego sławą, pieniędzy, mającego wielki fetysz na punkcie spluw, dość krytycznie odnoszącego się do rzeczywistości. Trudno jednak nie odmówić filmowi klimatu oraz stylizacji na kino z lat 70., co widać w bardzo fajnej czołówce oraz bardzo intensywnych kolorach. Sama historia opowiedziana jest kameralnie, z pewnymi wątkami pobocznymi, dodającymi pewnego smaczku związanego z pozornie drobnymi postaciami jak były asystent Elvisa, zaś obecnie scenograf czy duetu pracowników Białego Domu, próbujących przekonać Nixona do tej rozmowy. Wszystko tutaj balansuje na granicy powagi i zgrywy, zaś obecność Króla wywołuje ogromne poruszenie, dodając masę humoru.

elvis_nixon2

Reżyserka dodaje wiele lekkości do tej pokręconej historii, serwując zaledwie krótki wycinek z życia bohaterów. To jednak nie oznacza, że nie poznajemy Presleya oraz Nixona bliżej, z innej perspektywy. Bo nie brakuje pewnych poważnych wspomnień z życia Króla (śmierć brata bliźniaka przy porodzie), jak i troszkę ludzkiego oblicza Nixona, na ile można w nie uwierzyć. W tle mamy bardzo lekką muzykę, ocierającą się o stylistykę z lat 60., bardzo wiernie odtwarzając klimat epoki (świetna scenografia – zarówno dom Elvisa, jak i Biały Dom), choć czasem balans bywa zachwiany.

elvis_nixon3

Za to aktorsko jest tutaj bardzo mocno. Kevin Spacey w roli Nixona potwierdza klasę, bo takich śliskie postacie to dla niego chleb powszedni. Ale nie jest tutaj serwowany jako demoniczny, złowrogi polityk, tylko lekko konserwatywny gość, mocno trzymający się swojej rutyny. Dla mnie jednak największą niespodzianką był Michael Shannon jako Elvis. Gdy usłyszałem o tym castingu, nie byłem do niego przekonany, ale aktor wypadł naprawdę bardzo dobrze. Nie tylko z powodu charakteryzacji oraz strojów, lecz pewne gesty, ruchy stanowią jeden, spójny portret (śpiewania tylko zabrakło) faceta, któremu lekko odbiło (chęć zdobycia odznaki tajnego agenta wydaje się czymś absurdalnym). Ale jest absolutnie szczery w swoich przekonaniach, bez popadania w karykaturę, co jest cholernie trudne. Kompletnie zaskoczyli mnie na drugim planie Alex Pettyfer (Jerry Schilling) czy Johnny Knoxville (Sonny), który tutaj nie pajacuje i jest całkiem poważny, a fason trzymają Evan Peters (Dwight Chapin) z Colinem Hanksem (Egil Krogh).

Zaskakująco lekka produkcja z poważną polityką w tle, która dostarcza frajdy, choć po obejrzeniu nie zostaje zbyt wiele. Dowcipna, zgrabna, pokazująca troszkę inne oblicze wielkich tego świata z bardziej ludzkiej strony.

6,5/10

Radosław Ostrowski

W cieniu drzewa

Islandia – kraina chłodu, mrozu, wulkanów z tak długimi nazwami, że jedynie najstarsi górale islandzcy są w stanie je prawidłowo wymówić. Ale to tutaj zamieszkuje para sąsiadów: starsze małżeństwo oraz starszy mężczyzna z młodszą kobietą. Żyją sobie w miarę spokojnie, chociaż jest pewien poważny problem: bardzo wielkie drzewo, którego cień zasłania taras. W tym samym czasie małżeństwo syna starszych państwa rozsypuje się i dochodzi do walki o dziecko.

w_cieniu_drzewa1

Sam film jest dość dziwaczną hybrydą, jakie można spodziewać się po kraju Skandynawów. Pozornie wydaje się chłodnym dramatem, polanym mocno absurdalnym humorem. Z jednej strony powoli nakręcająca się sąsiedzka wojenka niemal w stylu „Samych swoich” zmieszanych z „Dzikimi historiami”, z drugiej jest tu dramat młodego związku ukazany z perspektywy męża. By wywołać jeszcze większą dezorientację w tle przygrywa muzyka przypominająca thrillerowy styl budowania napięcia (pulsująca elektronika, krótkie uderzenia fortepianu), co potrafi miejscami wywołać poczucie zagrożenia. Początkowo historia Arliego może wydawać się czymś, co zaburza główny wątek, jednak nawet on potrafi zaangażować i pokazuje, że pewne spięcia oraz konflikty są niejako „dziedziczone”. Im dalej w las, tym ta wojna zaczyna się nasilać, doprowadzając do wrzenia. A na wojnie – jak wiadomo – wszystkie chwyty są dozwolone: od drobnych złośliwości do bardzo brutalnych czynów, rozkręcając spiralę. Nieufność, wrogość, podejrzliwość połączona z bardzo osobistymi dramatami doprowadza do eskalacji i nie pozwala na zrobienie kroku w tył. Finał w takiej sytuacji może być tylko jeden, dosłownie wgniatając w fotel. Czy w ogóle jest szansa na spokój, przebaczenie i zakopanie topora wojennego? Reżyser raczej pozostaje pesymistą, choć widać światełko w wątku Arliego, jednak jego zakończenie jest dość zaskakujące.

w_cieniu_drzewa2

Świetna praca kamery, świdrująca muzyka, bardzo spokojny montaż tworzą intrygującą mieszankę, będącą ostrzeżeniem do czego może doprowadzić zaślepienie bólem z podejrzliwością. Jeśli dodamy bardzo mocne aktorstwo, balansujące między wyciszeniem a silną ekspresją (gdzie każda postać jest poprowadzona naprawdę fantastycznie, bez żadnej słabej sceny). I jeśli w Islandii serwują takie filmy, to chcę bliżej poznać tą kinematografię.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Bob Roberts

Wybory – jak wszyscy wiemy – to czas, kiedy pewni nieznani ludzie starają się o naszą uwagę, by móc dalej nic nie robić. Ci ludzie chcą dołączyć do pewnego kręgu zwanego politykami, czyli kompletnych nierobów udających, że chcą nam zrobić dobrze, a tak naprawdę dbają tylko o swój dobrobyt. Ale co innego jest w Stanach Zjednoczonych, gdzie światli oraz odpowiedzialni obywatele wybierają najmądrzejszych, najbardziej rozsądnych oraz uczciwych polityków. I to tam w 1990 roku o urząd senatora postanowił powalczyć Bob Roberts. Kim on jest? To bardzo młody muzyk folkowy, który jest także biznesmenem o bardzo prawicowych poglądach. Kieruje fundacją wspierającą szpitale w walce z narkotykami, w swoich utworach mocno krytykuje bardziej liberalną politykę swojego przeciwnika, senatora Brickleya Paiste’a. A cała ta walkę poznajemy w formie… dokumentu, kręconego przez Terry’ego Manchestera, przyglądającemu się kampanii.

bob_roberts1

Nakręcony w 1992 roku film w reżyserii Tima Robbinsa jest polityczną satyrą – gatunkiem bardzo trudnym i ryzykownym, bo mogącym bardzo łatwo się zestarzeć. Chyba, że zamiast przyglądać się ówczesnej sytuacji politycznej, będziemy próbowali pokazać mechanizmy działania kampanii wyborczych, ze stosowaniem różnych nieczystych zagrań. W tle niemal ciągle pojawia się telewizja (a w niej zawsze włączony serwis informacyjny, gdzie dziennikarze komentują wydarzenia), wycinki z prasy, wrzucone fakty z życia muzyka-polityka (praca maklera w Wall Street, trenowanie szermierki). Reżyser wykorzystuje paradokumentalny styl, by pokazać jak bardzo łatwo można manipulować tłumem. Nie tylko chodzi o rzucanie prostych sloganów, ale chociażby teledyskami utworów, stosowaniem czarnego PR-u czy nawet… zamachem na samego siebie. Robbins niby żartuje w kilku miejscach (występ w programie telewizyjnym, brutalnie przerwanym przez jedną z pracownic czy nasz bohater jeżdżący w stroju szermierczym na motorze), jednak jest to śmiech przez łzy.

bob_roberts2

Bo pokazywany tutaj tłum fanów Roberta zderzony zostaje z pojedynczymi momentami, gdzie pewni ludzie nie godzą się na jego poglądy. Przeciwnicy Robertsa to ludzi inteligentni, sprawiający wrażenie oczytanych, dziennikarze czy lepiej wyedukowani, zaś stronę fanów reprezentują ludzie niekoniecznie wykształceni, mądrzy, tylko lekko prymitywni, prości ludzie, pragnący łatwych rozwiązań oraz szukających przyczyny swojej porażki u innych. Bo zawsze ktoś musi być winny. A jeśli znajdziesz jakąś skazę w tym niemal kryształowym wizerunku, koniec może być tylko jeden, gdyż każdy ma swoje za uszami. Tylko, co jest gorsze: oskarżenie o posiadanie kochanki czy współpraca z agentem CIA, zamieszanym w tworzenie lipnej firmy budowlanej jako przykrywki do zagranicznego handlu narkotykami? Nawet wytropienie wielkiej afery (odniesienia do sprawy Iran-Contras bardzo czytelne) nie może ujść ci płazem.

bob_roberts3

Aktorsko jest tu znakomicie, bo Robbinsowi udało się zebrać bardzo mocny skład. Tytułową rolę Robbins powierzył najlepszemu z najlepszych, czyli… samemu sobie. Robbins gra znakomicie charyzmatycznego polityka z bardzo konserwatywnym programem, mocno krytycznie oceniający przełom lat 60., uważając go za źródło wszelkiego zła. Ale kiedy wejdzie na scenę, zacznie przemawiać, a zwłaszcza śpiewać (głos to taki mocniejszy Dylan), nie można od niego oderwać oczu. Poza nim najbardziej zapada w pamięć bardzo Giancarlo Esposito (dziennikarz Bugs Raplin), który mimo wyglądu menela okazuje się być najbardziej rozsądnym oraz szczerym facetem. Nie można też nie wspomnieć o Alanie Rickmanie (tajemniczy Lukas Hall III) czy trzymającym fason Rayu Wise (Chet MacGregor – szef sztabu), zaś w epizodach dziennikarzy wiadomości pojawiają się takie znane twarze jak James Spader, Helen Hunt czy Susan Sarandon.

Choć można zaśmiać się parokrotnie (choćby z teledysków), to „Bob Roberts” pozostaje gorzką komedią o wydźwięku satyrycznym na politykę w ogóle. A to podsumowuje zarówno ostatnie słowa dziennikarza, jak i ostatnia scena przy pomniku Jeffersona oraz podane wyniki sondażu w sprawie interwencji w Iraku poddają w wątpliwość myślenie ludzi.

7/10

Radosław Ostrowski

Już za tobą tęsknię

Nie lubię tego określenia, ale podobno istnieje taki podział filmów na filmy męskie oraz kobiece. Męskie to takie, gdzie najczęściej dochodzi do dużej ilości zgonów, pełnej wiader krwi oraz kipiącego testosteronem, z kolei w kobiecym umiera tylko jedna osoba, doprowadzając widzów do wylania oceanu łez. Jak myślicie, do którego z tych rodzajów kina pasuje „Już za tobą tęsknię”?

To słodko-gorzka opowieść o przyjaźni dwóch kobiet, które znają się od małego. Jess była Amerykanką, która trafiła do Londynu, gdzie przenieśli się rodzice. W szkole poznaje Millie, z którą szybko nawiązuje nić porozumienia. Pierwszy pocałunek (z chłopakiem, nie ze sobą), pierwsze relacje damsko-męskie, w końcu ciąża Millie z pewnym rockowym muzykiem oraz związek Jess z Jaco, którzy próbują mieć dziecko. Jednak cała ta przyjaźń zostanie wystawiona na ciężką prób z powodu pana raka, który postanowił odwiedzić Millie.

juz_za_toba_tesknie1

Reżyserka filmu Catherine Hardwicke (na zawsze zapamiętana jako twórczyni „Zmierzchu”) mierzy się z mieszanką dramatu, komedii oraz filmu obyczajowego. Pozornie przypomina to oglądanie albumu ze zdjęciami, gdzie mamy tylko pewną zbitkę pewnych wydarzeń. I o dziwo, udaje się to wszystko ułożyć w spójną fabułę, gdzie humor miesza się z dramatem, dojrzałość z nieodpowiedzialnością, śmiech ze łzami. Niczym w prawdziwym życiu, ale jednocześnie nie szarżuje ze skrajności w skrajność. I to zachowanie równowagi działa. Bo wybrzmiewają te dramatyczne momenty (coraz bardziej bezwzględne działania raka), rozładowywane za pomocą miejscami ironicznego, brytyjskiego poczucia humoru (scena porodu, by nie popaść w przesadę. Ale pod tym wszystkim przebija się ta przyjaźń, z lekko toksycznym osadem, polanym egoistyczną wręcz postawą Millie. Kobieta niejako znajduje się w orbicie otoczenia i wydaje się być z tego zadowolona, choć zdarza się wykorzystywać innych (ściąga Jess do hotelu Bronte, by zobaczyć miejsce akcji „Wichrowych wzgórz” i przy okazji zrobić mały skok w bok), co nie czyni tego układu tak schematycznym oraz oczywistym. Zaś prowokuje do pytań o granicę przyjaźni i ile można dla niej ze swojego życia powiększyć.

juz_za_toba_tesknie2

Hardwicke jest bardzo szczera oraz blisko trzyma się ziemi, przez co udaje się uniknąć stosowania emocjonalnego szantażu. Do tego nie brakuje pięknych kadrów (nie tylko wrzosowiska, ale nawet platforma wiertnicza podczas burzy) oraz bardziej spokojnej muzyki w tle, a także świetnej obsadzie. Absolutnie błyszczy Toni Collette w roli egoistycznej Millie, balansując między przerażeniem, zgrywą i powagą, dając wiele mięcha w tej roli. Równie zaskakująca jest Drew Barrymore, której nie jestem wielkim fanem. Ale tutaj tworzy postać bardzo empatycznej Jess, która dla przyjaciółki jest w stanie zrobić wiele oraz przede wszystkim czuć chemię z Collette. Drugi plan dominują tutaj Dominic Cooper (Kit) oraz Paddy Considine (Jaco) w rolach partnerów głównych bohaterek, nie będących tylko tłem dla tych postaci.

Coś dziwnego się ze mną dzieje, bo to kolejna słodko-gorzka historia obyczajowa, pełna bardziej zniuansowanych portretów postaci oraz bardziej trzymająca się ziemi niż klisz gatunku. Pełna ciepła, humoru oraz dramatu w odpowiednio wymierzonych proporcjach, co zdarza się niezbyt często. A czy wy będziecie tęsknić za bohaterkami?

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Gorzka siedemnastka

Z filmami o nastolatkach jest czasem bardzo ciężko, bo temat życia człowieka w tym wieku był wałkowany już tyle razy, że już nie da się wymyślić niczego nowego, ciekawego czy zaskakującego. W dodatku te same motywy: konflikt ze światem, konflikt z rodzicami, pierwsza miłość, pierwszy seks, powolne wchodzenie w dorosłe życie. Może jeszcze wrzucimy do tego garnka bardziej dramatyczne wydarzenia jak próba samobójcza, lęki egzystencjalne czy poczucie niespełniania. Ile razy to już było przerabiane? Czy w ogóle da się jeszcze opowiedzieć to w jakiś inny sposób?

Wszystko się skupia tutaj na Nadine – 17-letniej dziewczyny, noszącej duże buty typu adidasy oraz taką niebieską bluzę, która modna była jakieś wieki temu. Kiedy ją poznajemy, wchodzi niczym burza do klasy niejakiego pana Brunera (imię Max, zamiast Hermann) i mówi, że chce popełnić samobójstwo. Belfer traktuje sprawę bardzo poważnie i… czyta swój list samobójczy. Oczywiście, to był żart. Ale wtedy też poznajemy czynniki, które doprowadziły do tej myśli. Jak choćby fakt, że jej najlepsza kumpela przespała się z jej bratem.

gorzka_17tka1

Debiutująca Kelly Fremon wydaje się być świadoma klisz tego typu kina. Bo czego tu nie ma: jest matka nie potrafiąca dogadać się z córką; ojciec z dobrym kontaktem, który nagle umiera na oczach bohaterki; starszy, bardziej towarzyski brat z sukcesami sportowymi; najlepsza kumpela poznana w dzieciństwa (bo jedyna); chłopak, co jej się podoba (lecz jej nie dostrzega); inny chłopak, któremu ona się podoba (ale oczy ma gdzie indziej) i jest troszkę nieporadny. Jednak im dalej w las, tym bardziej ten świat przestaje być taki prosty i jednowymiarowy, zaś kolejne klisze zostają rozbrojone oraz wywrócone troszkę do góry nogami. Reżyserka bardzo trafnie pokazuje, jak nastolatek widzi świat. Świat, którego totalnie nie rozumie, gubi się w nim, sam nie do końca wie, czego chce i czuje się jako ten gorszy, mniej kochany, odrzucony. Czasem zdarza mu się powiedzieć więcej niż powinien, ale wynika to ze strachu przed nowym oraz próbą poukładania sobie wielu rzeczy w głowie.

gorzka_17tka2

Nie jest to jednak wizja mroczna, bo Fremon rozładowuje sytuacje humorem – bardzo ironicznym, niepozbawionym złośliwości oraz dość ostrych tekstów, jak i sytuacyjnych dowcipów (wysłanie pełnego erotycznych propozycji SMS-a). Udaje się tutaj zachować balans między momentami bardzo ciężkimi emocjonalnie (wątek śmierci ojca oraz traumy czy emocjonalna rozmowa Nadine z bratem, gdzie wylewa swoje problemy), a bardziej lekkimi, w czym pomagają świetne dialogi oraz miejscami kapitalnie dobrana muzyka. Może poza zakończeniem, które idzie ku kom-romowi, chociaż bez stawiania kropki nad i. Jednak nie czuć w tym wszystkim fałszu, zaś dialogi miejscami potrafią trafić w punkt.

Jeszcze większy szok wywołało we mnie aktorstwo, miejscami ocierające się o najwyższą możliwą półkę, choć – dla mnie – było kilka rozpoznawalnych twarzy jak Kyrę Sedgwick (matka), Haley Lu Richardson (Krista, kumpela) czy Blake Jenner (Darian, brat). I ten drugi plan jest bardzo wyrazisty, bardzo naturalny, przekonujący, nawet jeśli na początku wydaje się, w jakim kierunku te osoby zostaną poprowadzone.

gorzka_17tka3

Największa robotę jednak wykonuje bezbłędna Hailee Stanfield. Nadine w jej wykonaniu to postać, którą polubić jest bardzo, BARDZO trudno. Powiedzieć o niej zołza, to jest nic. Niewyparzony język, nadmierne gadulstwo, złośliwe ataki kierowane do niemal wszystkich, ego na poziomie Kanye Westa, gdzie każdy prztyczek odczuwa niczym eksplozję bomby i jest strasznie nieobliczalna. Innymi słowy, sprawia wrażenie osoby, jaką prędzej by się chciało zabić niż polubić. Bardzo łatwo byłoby tutaj przesadzić, przeszarżować i pójść w karykaturę. A jednak udaje się uniknąć wszelkie pułapki, chociaż trudno ją polubić, lecz z czasem udało mi się ją zrozumieć. Do tego za partnera ma Woody’ego Harrelsona, tym razem jako belfra (pana Brunera), z którym prowadzi dość ciekawe rozmowy. Bardzo opanowany, spokojny, sprawiający początkowo wrażenie gościa, który ma gdzieś problemy młodych ludzi oraz serwującego porady, jakich po nauczycielu byśmy się nie spodziewali („urwij się z piątej lekcji, kup sobie jogurt i rozluźnij się”). Ale w tej pozornie błazeńskiej postawie jest metoda, choć od razu tego nie widać.

„Gorzka siedemnastka” pokazuje, że nawet w pozornie ogranym schemacie da się wnieść wiele świeżości i szczerości. Pozornie wydaje się prosty i szablonowy, by nagle zagrać wszystkim (prawie) kliszom na nosie, zaś parę nawet starszych widzów odnajdzie się w tym świecie. I to jest chyba największa siła tego filmu.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski