Twarz

Wyobraźcie sobie, że żyjecie w małym wygwizdowie, gdzie wszyscy wszystkich znają. Tutaj żyje Jacek – długowłosy chłopak, co nie chodzi do kościoła, lubi Metallikę i poznaje fajną dziewczynę, Dagmarę. Chłopak pracuje na budowie Jezusa, co ma być większy niż w Rio de Janeiro, a ona jest ekspedientką w jedynym sklepie. Przyszłość wydaje się przed nimi rysować w jasnych kolorach. Ale wypadek przy pracy zmienia wszystko, zaś Jacek dostaje nową twarz wskutek przeszczepu. Teraz wraca do siebie i próbuje się na nowo odnaleźć.

twarz1

Moja „ulubiona” reżyserka Małgorzata Szumowska wraca z nowym filmem, którego odbiór u nas i za granicą jest zupełnie różny. Z jednej strony dotyka dość trudnych tematów, wywołując ogromne kontrowersje, z drugiej zaś nie mogę pozbyć się wrażenia, że poza tym szumem nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Sama fabuła jest pretekstem do metafor, symboli czy głębszego portretu społeczeństwa. Nie inaczej jest z „Twarzą”, gdzie reżyserka pokazuje lajf na malej wsi. A jak wiemy, tam życie jest bardzo ciężkie: albo się dostosujesz, albo będziesz miał pod górkę. Po drodze zaś zobaczymy wszystkie elementy składające się na „polactwo”: rasizm, uprzedzenia, zawiść, zaściankowość, bigoteria. Do tego popijanie, media żerujące na ludzkich dramatach (obecność Krzysztofa Ibisza nie jest przypadkowa), kłótnie o majątek na cmentarzu, księdza bardziej skupionego na tym, by inni chodzili do kościoła oraz Jezusie ze Świebodzina II, rodzinę nie potrafiącą się dogadać z Jackiem (życzenia wigilijne). Brzmi znajomo?

twarz2

Dla mnie, niestety, za bardzo znajomo. Reżyserka, jeśli chciała ubrać wszystko w szyderstwo z „polactwa”, wyważyła otwarte drzwi. Wszystko to już pokazywał m.in. Wojciech Smarzowski (na poważnie i mrocznie), Marek Koterski (w grotesce) czy ostatnio Piotr Domalewski w „Cichej nocy”. I brakuje tutaj jakiegoś kontrastu, przełamania tego obrazka i stereotypów. Z kolei Jacek po wypadku zostaje zepchnięty na dalszy plan, Szumowska nie próbuje już wchodzić w jego głowę, staje się on symbolem: obcości, inności, nie do końca udanej transformacji. Nie brakuje kilku mocnych scen jak promocja w markecie dla golasów czy egzorcyzmów, tylko że to troszkę za mało.

twarz3

Sam film dobrze się ogląda, wygląda dość ładnie (zdjęcia Michała Englerta z lekko „rozmazanym” tłem), a i aktorzy robią, co mogą. Jeśli ktoś zdążył skreślić Mateusza Kościukiewicza, po tym filmie może zmienić zdanie. Aktor bardzo dobrze sobie radzi w roli niezależnego chłopaka, chcącego żyć po swojemu. Nawet w nałożonej charakteryzacji robi niesamowite wrażenie, próbując poukładać sobie życie na nowo. Wszystko na tej twarzy jest wymalowane: radość, ból, bezsilność i to działa. Jeszcze lepsza jest Agnieszka Podsiadlik, której postać (siostra) jako jedyna wspiera naszego bohatera. Każda jej obecność, tekst, pozwala miejscami rozładować napięcie (wizyta przed komisją lekarską). Nie sposób nie wspomnieć też emanującą sex appealem Małgorzatę Gorol (Dagmara) czy epizodzie Krzysztofa Czeczota (beznesmen).

„Twarz” nie odkrywa niczego nowego w kwestii portretu Polaków. Jest bardzo wtórny, mocno przegięty (nawet jak na satyrę) i pozbawiony odcieni szarości, normalności w tym obrazku. Zupełnie jakby Szumowską interesowało pokazanie z góry postawionej tezy. Tylko, że kino to nie publicystyka i czasami niektórzy o tym zapominają.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Zezowate szczęście

Ile było już takich filmów, gdzie los głównego bohatera spajał się z historią całego narodu. Najbardziej sztandarowym przykładem jest „Forrest Gump” Roberta Zemeckisa, gdzie tytułowy bohater pakował się mimo woli w wydarzenia z historii USA od lat 50. aż do 80. XX wieku. Ale okazuje się, że w Polsce też był ktoś taki jak Forrest, tylko że zupełnie inny.

Nazywa się Jan Piszczyk. Gdy go poznajemy właśnie ma wyjść z więzienia, ale nie chce tego zrobić. Jedynie we więźniu się czuje najlepiej, bo cały czas go prześladuje wielki pech, wręcz od małego i dlatego opowiada swoją historię naczelnikowi. Bo Piszczyk cokolwiek by chciał osiągnąć, zawsze dostawał w dupę. Nieważne, czy jako harcerz, student ze zbyt „semickim” nosem, korepetytor zakochany w uczennicy, niedoszły oficer podchorążówki, drobny handlarz czy powojenny urzędnik państwowy. Szczęście trwało krócej niż popisy piłkarskiej reprezentacji Arabii Saudyjskiej na ostatnim mundialu. Zupełnie jakby przykleił się do niego.

zezowate_szczescie1

Andrzej Munk był filmowcem, który zawsze bardziej stał przy ziemi, bez popadania w nadmierny patos czy symbolizm. „Zezowate szczęście” to jeden z najbardziej szyderczych polskich filmów w historii. Pozornie może wydawać się zbiorem dość prostych gagów, wręcz slapstickowych popisów (samoloty bombardujące pole kapusty) czy znanego z Benny Hilla przyspieszenia tempa, co najdobitniej widać w scenach z dzieciństwa. I już tutaj widać, że los Piszczyka wydaje się być przesądzony.

zezowate_szczescie2

Ale jednocześnie reżyser nawet kwestie pozornie poważne (wątki wojenne), nie są traktowane z patosem. Okres obozowy, gdzie Piszczyk początkowo jest traktowany jak heros, by później zostać uznanym za szpicla, jak i okupacja, pełna zarówno drobnych cwaniaczków, próbujących zebrać kupę forsy, może być dla wielu zaskoczeniem. Patos jest rozładowywany za pomocą ironii, szyderstwa, by pokazać konformistę. Bo tym jest Piszczyk – człowiekiem szukającym za wszelką cenę akceptacji otoczenia. Tylko, żeby to zrobić staje się bajarzem, mitomanem, dostosowującym się do każdych warunków – symbolicznie pokazuje to scena podczas demonstracji, gdzie bohater wykrzykuje najpierw hasła poparcia dla Marszałka (przód demonstracji), by przejść do nacjonalistycznych poglądów. A im dalej w las, mimo śmiechu, bardziej przerażająco.

zezowate_szczescie3

A Piszczyk w interpretacji Bogumiła Kobieli jest to totalna kreacja zagubionego człowieka. Człowieka, który pragnie akceptacji, szacunku, miłości. Ale żeby to osiągnąć dostosowuje się do okoliczności, pozbawiając siebie zarówno własnych przekonań, jak i wolnej woli. Można się z niego śmiać, ale bardziej wywoływał we mnie żal swoją biernością, nawet współczucie. Na drugim planie nie brakuje bardzo wyrazistych kreacji m.in. Edwarda Dziewońskiego (cwany i obrotny Jelonek), Barbary Kwiatkowskiej (apetyczna Jola), Wojciecha Siemiona (personalny Kacperski) czy Tadeusza Janczara (podchorąży Sawicki), zapadając bardzo mocno w pamięć.

„Zezowate szczęście” nadal się broni jako satyra na polskie mitotwórstwo oraz stereotypowe wizje narodu. Munk wbije szpilki, odbrązawiając obraz Polaków jako tylko dzielnych, odważnych i walecznych ludzi, zestawiając go z pozbawionym własnej osobowości Piszczykiem, który niczym ćma lgnie ku poklaskowi. Tylko, co dalej, obywatelu Piszczyk?

8/10 

Radosław Ostrowski

Krępujące zdjęcia z rodzinnego albumu, czyli zniszczona wątroba i złamane serce

Film obyczajowy, gdzie mamy dwójkę bohaterów. On jest dilerem narkotykowym, ona zaś nauczycielką z tendencją do popijania gorzały. Jedna chwilka, zjarane zioło, prezerwatywa i seks. Efekt mógł być tylko jeden: kondon nie zadziałał i pojawiło się dziecko w drodze. Tylko, że żadne z nich nie chce się ze sobą wiązać i trzecia strona jest im kompletnie niepotrzebna.

krepujace_zdjecie1

Film Pawła Nowaka reklamowany jest jako komediodramat, lecz sama produkcja jest delikatnie mówiąc, średnio udana. Punkt wyjścia mógł stworzyć czy to dramat o niedojrzałości w roli rodziców, polanym może odrobiną humoru. Ale tak naprawdę sami bohaterowie są bardzo słabo zarysowani, zaś intryga snuje się bez celu. Reżyser nie do końca wie, o czym tak naprawdę ma być ten film, zaś zamiast na głównych postaciach, decyduje się bardziej skupić na drugim planie, tylko że czasu ekranowego jest za mało, by móc skupić się na tym. Siostra i ojciec kobiety, przyjaciel-lekarz ze skłonnościami do picia czy kumpel pożyczający od wszystkich pieniądze. No i jeszcze pojawiająca się w domu prostytutka w stanie pozbawiającym przytomności. Po co ten film powstał, jaką miał myśl? Nie wiadomo, tak samo dlaczego całość gwałtownie się urywa w najciekawszym momencie.

krepujace_zdjecie2

Ani to zabawne, ani dramatyczne, ani angażujące. Jedynie zapada w pamięć zgrabna, jazzowa muzyka, zdjęcia i montaż są całkiem ok. Tylko, ze bohaterowie mnie kompletnie nie obchodzą, bo nie poznałem ich za bardzo. Mimo, że grający główne role Modest Ruciński (on) oraz Lidia Sadowa (ona) starają się, te postacie nie sprawiają wrażenia żywych ludzi i szeleszczą papierem. Sytuację częściowo ratuje Łukasz Simlat ze swoją specyficzną filozofią szczęścia oraz dość pokręcony Wojciech Solarz (Wojtek), kradnący film w finale, ale nawet takie zdolne bestie nie są w stanie ożywić nijakiego scenariusza. Jest też nawet Marcin Perchuć (wróż Mateusz) oraz Mirosław Zbrojewicz (ojciec), tylko że kompletnie nie mają tu zbyt wiele do roboty.

Poza fajnym i zapadającym tytułem „Krępujące zdjęcia…” wpisują się w nurt polskiego kina w stanie rozkroku. Nie wie, czym chce być, o czym opowiedzieć, jest ciągiem niekoniecznie powiązanych ze sobą scen, pozbawionych jakichkolwiek treści.

3/10 

Radosław Ostrowski

Warsaw by Night

Kolejny film nowelowy z Polski, który mignął przez kina i tyle go widzieli. Tym razem za kamerą stanęła Natalia Koryncka-Gruz wracająca po długiej przerwie do dużego ekranu. Ale czy pobyt i praca przy serialach telewizyjnych nie pozbawiła intuicji reżyserki Jeden lokal, cztery kobiety w różnym wieku i ich historie: od młodej nastolatki z niebieskimi włosami (czyżby ktoś oglądał „Życie Adeli”?) przyjeżdżającej do Warszawy przez niby żyjącą w związku młodą dziewczynę, dojrzałą kobietę próbującą pomóc swojej rozhisteryzowanej siostrze po rozwiedzioną starszą panią śledzącą swojego byłego męża.

warsaw_by_night1

Wszystkie te opowieści skupiają się na tej jednej nocy (ewentualnie dniu przed nią), lecz sprawiają wrażenie bardzo takich pourywanych, z wieloma niedopowiedzeniami – zbyt wieloma – oraz bardzo krótkim czasie skupionym na każdej postaci, co bardzo mocno mnie zabolało. Jednak niemal wszystkie bohaterki (poza wizytą w toalecie) łączy jeszcze jedna rzecz: poczucie samotności, znudzenia, odrzucenie. Tylko, że te obserwacje reżyserki wydają się kompletnie pozbawione emocji, zaś zachowanie niektórych osób (niekoniecznie na pierwszym planie) wydaje się co najmniej zastanawiające. O ile jeszcze Igę, decydującą się pójść na rozmowę zamiast siostry z kochanką jej męża jestem w stanie zrozumieć, o tyle najbardziej drażni mnie Maja. Niby jest w związku, ale traktuje swojego partnera jak śmiecia (pyskuje, jest egoistką, do restauracji ubiera się jak na dyskotekę, nie słucha go), nie liczy się z jego zdaniem i jest tak odpychająca, że brakuje słów. Jeszcze uwagę potrafi skupić niebieskowłosa Renata oraz jej pobyt w Warszawie, zakończony gwałtowną wizytą u – nie, tego wam nie zdradzę – czy ubarwiony odrobiną humoru wątek Igi oraz jej rozmowy z kochanką.

warsaw_by_night2

Tylko, że reżyserka nie wykorzystuje w pełni swojego potencjału swojego filmu o różnych aspektach miłości, polanych melancholijnym sosem. Dialogi miejscami przyprawiają o ból głowy, zaś obecność taksówkarza pytającego o pewien nadprzyrodzony problem, wydaje się zbyteczna. Muszę przyznać, że ładnie to wygląda, w tle gra bardzo pulsująca muzyka i nie jest to produkcja w stylu TVN-u. To wszystko jednak jest mocno nijakie, sztuczne, bez początku oraz końca, lekko telenowelowe. Gdyby każdy z tych wątków rozbudować, dodając jakieś 15-20 minut, dałoby się z tego wycisnąć dużo soczystości.

warsaw_by_night3

Najlepiej z tej kosmicznej obsady robi Stanisława Celińska, czyli najbardziej doświadczona przez życie Helena. Troszkę zgorzkniała, rozczarowana i pełna żalu, bólu, poczucia niespełnienia, gdy wypowiada swoje pretensje swojemu partnerowi (mocny Marian Dziędziel) nie czuć w niej fałszu. Drugim mocnym punktem jest wtedy kompletnie nieznana Marta Mazurek (Renata) – zbuntowana, skrywająca pewną tajemnicą, chociaż jej tło pozostaje niezbyt zarysowane (chociaż wybija się Gabriela Muskała jako matka). Za to kompletnie drażniła mnie Roma Gąsiorowska (Maja), wywołująca sprzeczne emocje niż sobie założyli twórcy. A drugi plan jest wręcz przebogaty, że głowa mała, a najbardziej z tego tłumu wybija się Łukasz Simlat (tajemniczy Filip) oraz Joanna Kulig (kochanka).

Jak wygląda Warszawa nocą? Bywa ładna, czasami potrafi poruszyć, jednak przez większość czasu zwyczajnie nuży. Przerwa od realizacji filmów była zdecydowanie za długo, chociaż czuć było duży potencjał.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Plan B

Nowelowe kino ostatnio znowu przeżywa renesans. Ale z drugiej strony takie filmy, gdzie mamy przeplatane historyjki kilku postaci wymagają więcej precyzji, skupienia i zgrania wszystkich elementów do kupy. Tego zadania postanowiła podjąć się Kinga Dębska w swoim trzecim filmie „Plan B”.

Akcja toczy się parę dni przed Walentynkami, zaś bohaterami jest czworo ludzi znajdujących się w tym momencie, gdzie ich życie zaczyna się wywracać do góry nogami. Mirek właśnie wyszedł do więzienia, a w domu nikt na niego nie czeka, u Natalii (kiedyś wiolonczelistka) córka wyjeżdża za granicę i zostawia ją mąż, Agnieszka (wykładowca) traci ukochanego w wypadku, zaś Klara bardziej skupia się na życiu swojego ojca niż własnym. Innymi słowy spokojne i stabilne życie zostało zburzone w ułamku sekundy. Tylko co dalej?

plan_b1

Jak wspominałem historie tutaj się przeplatają, czyli przeskakujemy z jednej postaci do drugiej, chociaż niektóre wątki są bardzo luźno ze sobą powiązane. Wszystkie mają za to jeden wspólny mianownik: samotność. Każdy z bohaterów musi się pogodzić z zastaną sytuacją i odnaleźć swoje miejsce. Ale od czego są inni ludzi, bo czasem przypadkowe zdarzenie może doprowadzić do czegoś nowego, znalezienia nowej, bliskiej osoby (z którą raźniej można iść przez drogę zwaną życiem), przewartościowania, znalezienia nowego planu na siebie. Same przejścia nie wywołują dezorientacji czy chaosu, a całość polana jest sporą ilością ciepłego humoru. Tylko, że to wszystko wydaje się (dla mnie) zbyt skrótowe, pewne problemy są nagle rozwiązywane, poza kadrem. I przez to nie byłem w stanie do końca wejść w ten tytuł. Nie brakuje kilku zapadających w pamięć momentów (pierwsze spotkanie Mirka z psem i wspólny posiłek, zdemolowanie kuchni przez Natalię czy scena pogrzebu), nawet wręcz dramatycznych, tylko scenariusz mocno kuleje, mimo iż Dębska wyciska z niego wszystko. Za łatwo to wszystko wchodzi, postacie są dość lekko zarysowane, a wiele scen zasługuje na rozwinięcie.

plan_b2

Ale trzeba przyznać, że wszystko to jest świetnie zagrane. Na pierwszy plan wybija się Marcin Dorociński, który od początku budzi sympatię, a jego interakcje z psem dodają bardzo dużo lekkości. Klasę także potwierdza Kinga Preis (Natalia) oraz dawno nie widziana – przynajmniej przeze mnie – Edyta Olszówka (Agnieszka), przekonująco pokazując stany emocjonalne swoich bohaterek w bardzo powściągliwy sposób. Za to odkryciem dla mnie była Małgorzata Gorol (Ania), dodając odrobinę dynamiki w relacji z Agnieszką. No i jeszcze Roma Gąsiorowska pokazująca się z dobrej strony.

plan_b3

Powiem szczerze, że „Plan B” wywołał we mnie poczucie lekkiego niedosytu. Można było troszkę rozciągnąć i rozbudować każdy z tych wątków, bo scenariusz jest najsłabszym ogniwem. Ale seans pozostaje bardzo przyjemny, wręcz działa kojąco, co jest ogromną zasługą Dębskiej. Tylko przyzwoite dzieło.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Last Flag Flying

Pamiętacie taki film „Ostatnie zadanie”? Marzył mi się sequel, by poznać dalsze losy Buddasky’ego, Meadowsa oraz Mulhalla. I niedawno powstała kontynuacja, chociaż bohaterowie mają inne nazwiska, zaś ich losy są lekko zmodyfikowane. Hal Ashby nie mógł już tego nakręcić, więc na jego miejsce wskoczył Richard Linklater, aktorzy też są inni, lecz klimat troszkę podobny.

Jest rok 2003, trwa wojna w Iraku. Sal Nealon obecnie prowadzi bar, choć wcześniej był sierżantem, Larry „Doc” Sheppard był medykiem, zaś obecnie prowadzi sklep, a Muhlens został kapłanem. Dawniej wszyscy trzej służyli w Wietnamie, lecz nie utrzymywali ze sobą kontaktu. Jednak los znowu łączy tych bohaterów. Doc prosi swoich dawnych towarzyszy o udział w pogrzebie swojego syna, który zginął w Iraku. Tylko, czy panowie będą w stanie pomóc?

last_flag_flying1

Linklater bardzo zaskakuje filmem, który jest – tak jak oryginał – bardzo wyciszonym, spokojnym tempem, pozwalając na wiele refleksji. I też jest kinem drogi, gdzie bohaterowie poznają się na nowo – już troszkę bardziej doświadczonych, bardziej dojrzałych (nawet Sal) oraz prześladowanych przez pewne własne demony (pewien nieprzyjemny epizod z wojny). Czy udaje im się odbudować dawną więź? Klimat ociera się o nostalgię, nie brakuje wspomnień z przeszłości oraz prób zrozumienia obecnych czasów, z telefonami komórkowymi, schwytaniem Saddama, a także pewnym bilansem życia. Reżyser nie boi się pokazać instytucji armii w niezbyt pozytywnym śledztwie (kłamstwa w sprawie śmierci, manipulacja co do intencji wysyłania poza kraj), chociaż nie atakuje samych żołnierzy czy weteranów i ich poświęcenia, służby. Zero-jedynkowa wizja świata nie interesuje twórcy.

last_flag_flying2

Mimo, że film jest pozbawiony jakichś technicznych fajerwerków, konstrukcja opowieści może wydawać się troszkę rwana (najważniejsza jest sama podróż, chociaż żałoba po stracie bliskiego jest obecna cały czas), jednak historia zwyczajnie potrafi poruszyć, wzruszyć (składanie flagi czy wizyta u matki poległego kumpla) oraz zastanowić. Jednak film nie jest przyciężkim dramatem i udaje się rozładować sytuację humorem, niepozbawionym ironii oraz złośliwości (rozmowa o Eminemie czy dyskusja z religią w tle), pozwalając utrzymać opowieść w lżejszym tonie.

last_flag_flying3

Ale tak naprawdę ten film nakręca fantastyczne trio aktorskie. Kolejny raz zaskakuje Steve Carrell, który w roli Doca wydaje się najbardziej wyciszonym z całej trójki. Mówi bardzo niewiele, sprawia wrażenie jakby nieobecnego, ale wszystkie emocje malują się na tej pozornie spokojnej twarzy. Między siłą spokoju, a gwałtowną ekspresją balansuje Laurence Fishburne (Mullins) – mieszanka opanowanego księdza, poruszającego się o lasce, a dawnego wojskowego, potrafiącego rzucić mięchem. I nie wywołuje to zgrzytu. Ale tak naprawdę całość kradnie rewelacyjny, szarżujący w sposób kontrolowany Bryan Cranston. Sal w jego wykonaniu na początku sprawia wrażenie najmniej odpowiedzialnego (działa czasem spontanicznie, lubi wypić i jest najbardziej cyniczny), jednak on wydaje się mieć w miarę silny kręgosłup w sprawach lojalności. Jest on też chyba najbardziej stąpającym po ziemi bohaterem („Moja przyszłość jest już za mną”), potrafiący wzbudzić sympatię od razu.

Jestem bardzo pozytywnie zaskoczonym tym nieoficjalnym sequelem „Ostatniego zadania”, które dorównało poziomem oryginału. Film Linklatera też jest portretem swojej epoki tuż po 11 września, ale też pokazuje bohaterów powoli wchodzących w smugę cienia. Mimo powagi tematu oraz emocjonalnego ciężaru, pozwala rozładować klimat humorem. Czyżby miał zostać nowym klasykiem?

8/10 

Radosław Ostrowski

Ostatnie zadanie

W wojsku nie zawsze panuje porządek, a ci najbardziej „lubiani” dostają czasem najbardziej parszywe zadanie. Tak się przytrafiło dwóm podoficerom marynarki – Mulhall oraz Buddawsky, którzy czekają na swoje rozkazy. Dostają zadanie odeskortowanie dawnego marynarza do więzienia w Pittsburghu. Meadows dostał 8 lat za kradzież, a zadanie odeskortowania wydaje się bardzo proste.

ostatnie_zadanie1

Hal Ashby, opromieniony sukcesem „Harolda i Maude”, tym razem serwuje słodko-gorzkie kino drogi z wojskiem w tle. Bo co może się wydarzyć w drodze z bazy do wojskowego więzienia? Skazaniec jest potulny jak baranek, nie chce nigdzie uciec i jest strasznie młodym chłopakiem. Mulhall z Buddawsky’m to już stare wygi, co niejedno widzieli i niejedno słyszeli, chociaż nawet ich dotykają wojskowe absurdy biurokratyczne. Ale ta cała podróż staje się dla każdego z tej trójki nowym doświadczeniem, tworząc bardzo zaskakującą więź. Jednak cała ta wędrówka jest dla reżysera jedynie pretekstem do pokazania ówczesnego świata: przydrożnych barów, dworcowych toalet, hoteli, domów publicznych, a nawet zebrania religijnych pasjonatów. Wszystko to wygląda w niemal paradokumentalnym stylu, dodającym realizmu. Pozornie wolne tempo oraz porzucenie kwestii nie działa w żadnym wypadku usypiająco.

ostatnie_zadanie2

Sama historia pokazana jest bardziej delikatnie, pokazując dość wielką siłę przyjaźni w tym całym brutalnym świecie. Granica między aresztantem a konwojentami zaczyna się coraz bardziej zacierać. Mul z Buddym stają się przewodnikami dla Meadowsa – wycofanego, niemal posłusznego, cichego faceta przyjmującego los takim, jaki jest. Panowie serwują mu pierwszy raz z kobietą, zaprowadzają nawet do matki, razem popijają piwo i zaczynają się coraz bardziej poznawać. Ale czy Meadows nie spróbuje nawiać, wykorzystując okazję? Na to pytanie poznacie odpowiedź, oglądając ten film.

Ashby nie tylko pewnie opowiada historię, nie zapominając o odrobinie humoru, lecz także dzięki fantastycznemu aktorstwo. Bryluje rewelacyjny Jack Nicholson w roli Buddasky’ego – lekko porywczego (tylko lekko), bardzo zadziornego wojaka, szanującego lojalność. Bywa lekko cyniczny, jednak jest dobrym kompanem. Tak samo Otis Young (Mulhall), z którym tworzy bardzo wyrazisty duet, który przeszedł wiele. Za to największą niespodzianką jest Randy Quaid. Aktor kojarzony głównie z serią o rodzinie Griswaldów, fantastycznie portretuje wycofanego, nieśmiałego, przytłumionego chłopaka pełnego lęków, powoli zmieniającego się podczas podróży. Czy poradzi sobie w więzieniu? Na pewno zapamięta tą wycieczkę na długo.

„Ostatnie zadanie” ma wszystkie elementy kina drogi, ale mimo wielu lat na karku, pozostaje wciągającym komediodramatem z kapitalnym aktorstwem, świetnymi dialogami oraz poruszającymi postaciami, które zostają w pamięci na długo. Aż chciałoby się zobaczyć sequel.

8/10

Radosław Ostrowski

Machina wojenna

Wojna nigdy się nie zmienia. Zawsze była kreowana przez polityków oraz wojskowych, marzących o glorii i chwale, zaś dla cywili oraz zwykłych żołnierzy ma tyle sensu, co szukanie min za pomocą patyka. Kimś takim był generał Glen McMahon – wojskowy idealista, który ma dowodzić wojskami koalicji w Iraku, podczas 8 roku trwania wojny. Tylko, czy ona jeszcze ma sens?

Produkcja Netflixa z zeszłego roku zrobiła spory szum i to z kilku powodów. Film Davida Michoda, twórcy „Królestwa zwierząt” oparty jest na książce dziennikarza Rolling Stone, Michaela Hastingsa o generale Stanleyu McCrystalu oraz jego świcie. Autor parę tygodni po publikacji zginął w niejasnych okolicznościach, generał został zdymisjonowany i przeszedł na emeryturę, zaś członkowie jego świty pełnią ważne funkcje w Białym Domu. Do tego udało się zaangażować Brada Pitta do głównej roli, a także był producentem całości. W założeniu miała to być satyra na wojskowe myślenie, które jest bardzo mocno oderwane od rzeczywistości, że już bardziej się nie da. Wszelkie rozmowy z urzędnikami (zwłaszcza wiceprezydentem), konferencje prasowe czy innymi wojskowymi, nie potrafiącymi zrozumieć całej nowej filozofii z jednej strony potrafią rozśmieszyć. Z drugiej strony im dalej w las, tym bardziej ten śmiech zaczyna tkwić w gardle.

machina_wojenna1

Reżyser miesza tutaj poważne momenty z bardziej groteskowymi wydarzeniami. Kolejne wizyty w prowincji mające przekonać lokalnych ludzi, że jesteśmy tutaj jako pomocna dłoń (czemu hodują konopie zamiast bawełny) czy z żołnierzami z innych baz potrafią uderzyć. Tak samo jak wizyty u ciągle chorującego prezydenta Karzaja, uświadamiającemu dowódcy, iż jest on jedynie marionetką. Jednak prawdziwy dramat widzimy podczas akcji żołnierzy, gdzie dochodzi do strzelaniny i giną cywile. Przez cały czas przewija się tutaj jedno pytanie: jaki jeszcze sens ma wojna w Iraku? Wojna, gdzie nie da się rozpoznać wroga, bo nie nosi munduru, gdzie mieszkańcy kraju traktują obcych jako wrogów. Wojny skazanej na przegraną z powodu braku postępów. Wniosek ten dobitnie wchodzi podczas sceny, gdzie generał próbuje przekonać innych do wysłania kolejnych wojsk i dochodzi do przepychanki z niemiecką polityk (świetna Tilda Swinton) oraz w bardzo gorzkim finale, gdzie dochodzi do zmiany dowódcy, pozostawiając ten sam pierdolnik bez zmian.

machina_wojenna2

Jak sobie poradził Brad Pitt w roli generała-idealisty? Trzeba przyznać, że wykonał świetną robotę, chociaż widać szarżowanie. McMahon może i początkowo wydaje się trepem z wielkim oddaniem dla sprawy, czyli zbyt wielkim optymizmem. Trudno jednak traktować go tylko jako nieodpowiedzialnego błazna, bo oddanie dla sprawy jest dla niego bardzo poważną kwestią. Pod koniec było mi zwyczajnie żal człowieka, podejmującego się niewykonalnego zadania, który robi dobrą minę do złej gry, chociaż wątek żony tylko liźnięto (Meg Tilly). Zwłaszcza, jak ma za wsparcie ludzi z buzującym testosteronem jak Greg Pulver (mocny Anthony Michael Hall), rozgadany PR-owiec Matt Little (solidny Topher Grace) czy Pete Duckman (Anthony Hayes). Nie sposób też nie wspomnieć o Benie Kingsleyu (prezydent Karzaj) czy Willu Poulterze (sierżant Ortega), dodających pewnego smaczku.

machina_wojenna3

„Machina wojenna” to mieszanka naprawdę ostrej i gorzkiej satyry z bardzo poważnym dramatem oraz niewesołymi wnioskami. Amerykanie kolejny raz przedstawieni są jako zbawcy, którzy przynoszą tylko więcej zamieszania niż pomocy, przez co sami obywatele mogą się mocno wkurzyć. Jednak ich samych prawda dawno przestała obchodzić, inaczej nie próbowali by dalej zbawiać świata.

7/10

Radosław Ostrowski

Party

Każda impreza to dobry pretekst, by spotkać się ze starymi znajomymi, czyż nie? Nie inaczej jest w domostwie Janet i Billa. On był profesorem akademickim, ona właśnie została wybrana na ministra zdrowia w gabinecie cieni. Właśnie zaprosili paru znajomych na uczczenie tego wydarzenia. Przychodzi sarkastyczna przyjaciółka z mężem Niemcem wyznającym wiarę w medytację oraz alternatywną medycynę, para lesbijek oczekujących na dziecko oraz młody bankier, którego żona się spóźnia. Czas mija dość spokojnie, ale Bill swoim wyznaniem burzy spokój raz na zawsze.

party1

Sally Potter w swoim bardzo kameralnym filmie przygląda się ludziom z tak zwanego high-life’u, prezentujący różne poglądy oraz przekonania polityczne: od tych bardziej na lewo (para lesbijek) przez wiarę bardziej transcendentalną po cynizm i materializm (bankier Tom). Ale tak naprawdę „Party” to kolejne wyciąganie trupów z szafy, kolejnych tajemnic i kłamstw, czyli pozornie nic nowego. Niestety, to wszystko kompletnie nie angażuje. Początek jest dość obiecujący i czuć narastającą atmosferę pełnych sekretów (Kto tak wydzwania do Janet? Czemu Tom przyszedł ze spluwą? Co znaczy ta trójka?) i po wyjawieniu pierwszej tajemnicy dochodzi do pewnej eksplozji. Dalej widzimy rykoszety oraz kolejne odkrywane tajemnice, tylko że bardzo łatwo można się ich domyślić, tak samo jak ich reakcji, troszkę przerysowanych. I nie pomagają tutaj ani surowa scenografia, czarno-białe zdjęcia czy odrobina czarnego humoru (cudowna April), wybijając film na troszkę powyżej średniej.

party2

Tym bardziej boli mnie fakt, że udało się reżyserce zebrać zestaw naprawdę fantastycznych aktorów i nie w pełni wykorzystać ich potencjału. Bo czy można się nie zachwycać, skoro na planie mamy Timothy’ego Spalla (tutaj bardzo wycofany), Kristin Scott Thomas, Patricię Clarkson (kradnąca film każdym wejściem oraz tekstem), Emily Mortimer, Bruno Ganza (najbardziej sympatyczny z grupy) oraz nerwowy Cillian Murphy. Skład godny aktorskiej Ligi Mistrzów, tylko że najbardziej wybija się Clarkson z Murphym, bo reszta ekipy wydaje się dość mocno szarżować, chociaż wydaje się to celowym zabiegiem. Tylko, że to do mnie nie przekonuje i ta sztuczność kłuje mocno po oczach i uszach.

party3

„Party” mogło być bardzo przyjemną imprezką, jednak zarówno niezbyt angażująca fabuła, problemy gości oraz zagubienie gospodyni czyni całość ledwo strawną. Wnioski też nie wciągają, a że da się zrobić angażujący dramat pokazało włoskie „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”. Anglicy są chyba jednak bardziej sztywni, przez co tracą na sile.

5,5/10 

Radosław Ostrowski

Blef

Howard Hughes – żadna inna postać nie magnetyzowała i nie skupiała uwagi ludzi na całym świecie jak ten miliarder, którego życiorys jest pełen plotek, spekulacji. Zwłaszcza jego powojenne losy, gdy wycofał się z życia publicznego. Ale czemu by na tym nie zarobić kasy? Tak postanowił zrobić Clifford Irving – bardzo ambitny pisarz, który postanowił napisać „autobiografię” Howarda Hughesa, ale bez udziału Howarda Hughesa. Cała ta historia może wydawać się nieprawdopodobna, ale całość wiele lat później spisał ją sam Irving.

blef1

Jeszcze większym zaskoczeniem jest fakt, że tą wariacką historię postanowił opowiedzieć… Lasse Hallstrom, czyli specjalista od obyczajowych opowieści. A historia o dużej mistyfikacji ciągle zaskakuje. Reżyser bardzo spokojnie prowadzi fabułę, coraz bardziej komplikując całą intrygę. A ja ciągle zadawałem sobie pytanie, kiedy i czy w ogóle to wszystko się sypnie. Kradzieże, fotografowanie dokumentów, imitowanie nagrań i głosu Hughesa – wszystko podkręca tempo, potrafi zaskoczyć i trzyma w napięciu. Ale jednocześnie są pewne momenty, gdzie część (przynajmniej) informacji może wydawać się prawdziwa. Mam tutaj wątki polityczne związane z prezydentem Nixonem, którego brat dawno temu wziął pożyczkę od Hughesa, co miało pewne perturbacje. To wszystko wciąga totalnie, potrafi parę razy wyciąć brzydki numer i jest bardzo soczyste. To na pewno film Hallstroma?

blef2

Reżyser zachowuje klimat lat 70. – i nie chodzi tylko o stroje, muzykę czy fryzury, ale też przede wszystkim scenografię. Zarówno wnętrze Watergate, chata Irvinga czy szklane biura wydawnictwa oddano z pietyzmem. Ale też pytania o prawdę i to, w co można wierzyć pozostają aktualne. Są spowodowane nie tylko „pracą” autora nad książką, lecz także z „przesłuchaniem” Hughesa przed komisją przez… telefon czy momentów obecności współpracownika Hughesa, George’a Holmesa. Czy aby wszystko było kłamstwem, a może Irving był tylko pionkiem? Na to pytanie sami musicie udzielić odpowiedzi.

blef3

Największym atutem jest kapitalna, wręcz życiowa kreacja Richarda Gere’a, który z gracją i urokiem wciela się w Irvinga. Z jednej strony to facet posiadający talent literacki, lecz brakuje mu siły przebicia, ale to także łgarz, mający sporo szczęścia oraz skłonności do oszustw (scena wyznania o romansie). A kiedy udaje Hughesa na taśmie, robi to bezbłędnie. Za każdym razem magnetyzuje, zwraca uwagę i niemal cały czas nie wychodzi z roli. Partneruje mu Alfred Molina, który jest tak poczciwy, ze bardziej się nie da, ale daje się wkręcić w cała akcję. Obaj panowie tworzą dość ciekawy duet, z kolei drugi plan błyszczy (m.in. Stanley Tucci, Marcia Gay Harden czy Hope Davis), kradnąc parę minut.

„Blef” to jeden z nieoczywistych filmów Hallstroma, który nie zawiódł. Zgrabny balans między humorem a dramatem, ciągłe zachowanie tempa, chociaż końcówka jest lekko mroczna. Mocne, miejscami bardzo mięsiste kino.

8/10

Radosław Ostrowski