Jojo Rabbit

Rok 1945, czyli moment w historii, kiedy powoli zaczął rozpętywać się pokój. Ale nie w Niemczech, kiedy jeszcze trwała wojna. Jednak nie jesteśmy w dużym mieście, lecz gdzieś na prowincji. Tam mieszka 10-letni Johannes Blitzer, nazywany przez wszystkich Jojo. I stara się być porządnym nazistą, samotnie wychowywany przez matkę oraz Hitlerjugend. Ojciec zaś ruszył walczyć za kraj, więc chłopakowi pomaga jego wymyślony przyjaciel, czyli sam… Adolf Hitler. Z takim wsparciem można osiągnąć wszystko. Tylko, że nasz chłopak przypadkiem odkrywa, iż na strychu ukrywa się dziewczyna. Żydówka, co może oznaczać poważne tarapaty.

jojo rabbit1

Komedia z nazizmem w tle to bardzo karkołomne zadanie i przypomina ono chodzenie po polu minowym. Chyba, że za kamerą stanie Taika Waititi, to można spodziewać się wszystkiego. Jego najnowszy film to mieszanka satyry, komedii oraz kina inicjacyjnego. Historia skupia się na chłopaku, który jest „zarażony” nazistowską ideologią. Ideologią nawołującą do nienawiści wobec innych oraz przekonaniu o swojej wyższości. Ideologią, którą doprowadziła do śmierci milionów ludzi na świecie. Tylko, że ona jest pokazana w krzywym zwierciadle, przez co tylko teoretycznie jest niegroźna jak podczas scen, gdy prowadzone są rozmowy o Żydach. Jak ich rozróżnić od innych ludzi, jak są głupi, żywią się krwią, kobiety składają jajka itd. Patrząc na to z dystansu może wydawać się to absurdalne, tak jak moment pojawienia się gestapo i krótka historia pewnego zgłoszenia czy ćwiczenia bojowe w… basenie. Wszystko to jednak służy reżyserowi w piętnowaniu nacjonalistycznych postaw, które przynoszą tylko śmierć, zniszczenie oraz bezsensowne ofiary. I powoli kroczymy drogą spojrzenia na ten świat bez wyimaginowanego Adolfa, który początkowo wydaje się sympatyczny, ale tak naprawdę jest skupiony na sobie, żądając ślepego posłuszeństwa.

jojo rabbit3

Waititi odpowiednio lawiruje między komedią (absolutnie bezbłędna czołówka z muzyką Die Beatles), a momentami bardziej dramatycznymi (przeszukanie przez gestapo czy finał, pokazujący walkę o miasto). To tutaj reżyser pokazuje bardzo delikatne, wręcz wrażliwe podejście do tematu. Nawet jeśli wizualnie film przypomina stylem dzieła Wesa Andersona (tylko bez symetrycznych kadrów), poczucie humoru jest bardzo w stylu Nowozelandczyka. Jak podczas dialogów Jojo z Hitlerem czy powoli rodzącego się uczucia między chłopcem a dziewczyną, gdy na początku sobie docinają. Takich momentów jest więcej, ale nie zdradzę wam.

jojo rabbit4

Czy jest coś, co mi się nie podobało? Niestety, ale jest jedna kwestia. Przesłanie reżysera oraz całego filmu jest miejscami aż za bardzo powiedziane wprost. Dla mnie to było zbyt nachalne i osłabia troszkę siłę tego filmu. Na siłę można też wypomnieć, że Waititi korzysta ze znajomych motywów swojego kina jak odkrywanie, że coś nie jest takie, jak sobie wyobrażamy, burzenie kolejny tajemnic i masek czy samotność. To jednak nie kłuje tak bardzo w oczy.

jojo rabbit2

Ale Taice udało się zebrać naprawdę świetną ekipę aktorską. Objawieniem jest Roman Griffin Davis w roli tytułowej. Początkowo sprawia wrażenie zacietrzewionego fanatyka, dla którego Adolf (w tej roli sam reżyser Taika, który kradnie ten film) staje się niejako ojcem, autorytetem, wzorcem. Ale kolejne zdarzenia doprowadzają do konfliktu oraz spięć związanych z trzymaniem się tego wzorca, które są pokazane bardzo przekonująco. Mimo tego chłopak budzi sympatię, zwłaszcza w bardzo zmieniającej się relacji z ukrywającą się Elzą. I tu kolejna niespodzianka, czyli cudowna Thomasin McKenzie, o której na pewno jeszcze usłyszymy. Tutaj jest mieszanką ironii, lęku, niewinności oraz zagubienia, przez co nie można oderwać od niej oczu. Na drugim planie mocno także błyszczy zaskakująca Scarlett Johansson (bardziej trzymająca się ziemi matka – absolutnie błyszczy w scenie „tańca z mężem”) oraz świetny Sam Rockwell (kapitan Klenzendorf), choć troszkę za bardzo przypominał swoją rolę z „Trzech billboardów..”, szczególnie w finale.

Choć „Jojo Rabbit” nie jest najlepszym filmem w dorobku Waititiego, nie nazwałbym go wtopą czy rozczarowaniem. To trafna i zaskakująco delikatna satyra na nazistowską ideologię z perspektywy najbardziej podatnej na nią osoby – dziecięcego umysłu. Na szczęście reżyser pokazuje, że z takich fałszywych przekonań można się uwolnić. Choć nie jest to łatwa droga.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Historia małżeńska

Charlie i Nicole – wydaje się to wręcz para idealna. Żyją ze sobą już 10 lat, mają syna i pracują w teatrze. On jako reżyser, ona jako aktorka. Ich spektakle spotykają się z bardzo dobrym odbiorem. Już pierwsze sceny, gdy słyszymy jak o sobie opowiadają zwiastują bardzo udaną relację. Tylko, że parę minut później okazuje się, iż było to zadanie od mediatora. A nasi bohaterowie decydują się na rozwód. Ale jak to rozwód? Jedną z przyczyn jest propozycja zagrania w serialu, jaką dostała Nicole. Wymagałoby to jednak opuszczenia Nowego Jorku i przeprowadzki do LA, na co Charlie się nie zgadza.

historia malzenska1

Przyznam się, że nigdy nie miałem styczności z kinem Noah Baumbacha. Jednak po tym filmie widać, że dla niego liczą się relacje między bohaterami oraz bardzo kameralna forma. „Historia małżeńska” wydaje się być filmem jaki już widzieliśmy. Bo ile było historii o rozwodach? I w niemal każdym mamy pokazany rozwód jako pole bitwy, gdzie do osiągnięcia swoich celów sięga się po wszystkie chwyty. Zwłaszcza kiedy do gry wchodzą prawnicy. Tutaj pokazani niemal jak hieny, dla których nie liczy się najszybsze załatwienie sprawy, tylko wydojenie swojego klienta. To jednak jest pokazane niejako przy okazji, bo scen sądowych jest tu niewiele. Bardziej skupiają się na tym, jak oboje próbują sobie z tym poradzić. Ale uważniej się zaczynamy im przyglądać i dostrzegać, że choć się świetnie uzupełniają, nie są tacy doskonali jak na początku. Przez te rysy stają się bardziej ludzcy, a seans staje się trudniejszy. Dlaczego? Bo reżyser lubi jego i ją, unikając czarno-białego podziału oraz jednoznacznego wskazywania, że on/ona jest tą gorszą połową.

historia malzenska2

Sam scenariusz wydaje się nie być prowadzoną ciągiem narracją, lecz skupieniem się to na nim, to na niej. Z tego powodu troszkę od tego filmu się odbijałem, choć rozumiem ten zabieg. Nie brakuje tutaj absolutnie znakomitych momentów jak scena kłótni, gdzie dochodzi do hekatomby, pierwszej rozmowy Nicole z prawniczką czy wręczenia prawniczego pozwu. W tych momentach reżyser okazuje się wnikliwym obserwatorem, potrafiącym czasem ubarwić sytuację humorem. Nie można mu jednak zarzucić manipulacji ani fałszu w tym, co prezentuje. Nie mniej nie zaangażowało mnie to tak jak bardzo. Czy to dlatego, że jestem za młody i nie przeżyłem niczego takiego? A może po prostu liczyłem na więcej? Nie umiem odpowiedzieć, ale parę razy odbijałem się, by znowu wrócić.

historia malzenska3

Jednak prawdziwym paliwem napędowym jest absolutnie świetny duet Scarlett Johansson/Adam Driver. Ona – pozornie opanowana, wręcz aż za bardzo zaangażowana w życie rodzinne, tak naprawdę czuje się zagubiona, a jej potrzeby wydają się stłumione. A on bardziej się skupia na swojej pracy, jest wręcz egoistą i przestaje ją rozumieć. Aktorska para tworzy tutaj bardzo zniuansowane portrety, przez co bardzo łatwo ich polubić. Jednak film kradnie Laura Dern. Nora, prawniczka Nicole jest ostrą zawodniczką, gotową wyciągnąć każde brudy do wygrania walki. A jej monolog z Matką Boską – perełka.

„Historia małżeńska” to jedna z ciekawszych produkcji Netflixa, jednocześnie zachęta do bliższego poznania dorobku Baumbacha. Wnikliwa obserwacja, pełna słodko-gorzkich momentów, świetnego aktorstwa oraz bardzo krytycznego spojrzenia na środowisko prawników.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Dwóch papieży

Dziwne są czasy, kiedy na świecie dwóch papieży jest, z czego jeden jest na emeryturze. Jak do tego doszło? Wszystko się zaczęło w 2005 roku, kiedy to głową Kościoła katolickiego został kardynał Ratzinger, który przyjął imię Benedykt XVI. Papież kontynuuje drogę poprzednika, czyli konserwatyzmu. Wówczas jeden z kardynałów, Jorge Bergoglio decyduje się o przejściu na emeryturę. By jednak tego dokonać, potrzebuje zgody papieża.

dwoch papiezy1

Znowu udany film od Netflixa? To już robi się naprawdę dziwne. Reżyser Fernando Meirelles robi bardzo skromny spektakl, który równie dobrze mógłby zostać pokazany w teatrze. I jest to zderzenie dwóch wizji Kościoła: bardziej dogmatycznego, mocno osadzonego w tradycji kontra liberalny, bardzo otwarty na świat oraz jego problemy. Jednak zanim dochodzi do spotkania, pojawia się absolutnie świetna scena konklawe, gdzie wybrano Ratzingera z wręcz fenomenalnym montażem (bardzo szybkie cięcia z dźwiękowym rytmem) czy przygotowania do tego wydarzenia, wyglądające niczym relacja z telewizji. Dość nietypowa praca kamery oraz pozornie chaotyczny montaż mogą wydawać się dezorientujące, ale w tym szaleństwie jest metoda. Rozedrgania, przebitki na twarze pokazują jak wiele emocji znajduje się w tych (pozornie) spokojnych i opanowanych ludziach. Ludziach, który pełnią ważne funkcje w poważnej instytucji, którzy mają różne przekonania oraz życiorysy.

dwoch papiezy2

Wszystko to zostało okraszone świetnymi, niepozbawionymi humoru dialogami oraz scenami. Bo jak wymazać scenę próby wspólnego tanga, oglądania finału Mundialu czy gry Benedykta na fortepianie. W takich momentach widać ich z mniej majestatycznej perspektywy, co czyni całość lżejszą. Nie oznacza to jednak, że to całe spięcie jest pozbawione stawki. Z każdą sceną obydwu papieży poznajemy coraz bliżej, choć wydaje mi się, że twórców bardziej interesuje przyszły papież Franciszek oraz jego mroczny okres lat 70-tych, gdy poszedł na współpracę z wojskową juntą. Ubrane jest to w formę retrospekcji, co troszkę zaburza rytm filmu, ale próbuje też zrozumieć tego człowieka oraz dlaczego zrobił tak, a nie inaczej. Szkoda, że nie zrobiono tego samego w przypadku Ratzingera (nazywanego przez znienawidzonych przeciwników „nazistą”), ale pewnie rozcieńczyłoby to całość.

dwoch papiezy3

Bo tak naprawdę liczy się tutaj rozmowa oraz spojrzenia na wiarę, instytucję, kwestie tradycji czy bardzo kontrowersyjnych problemów. Wyciek tajnych dokumentów, brak kontroli nad Bankiem Watykańskim czy duchownych-pedofili. Jak do tego podejść i co zrobić. Reżyser pokazuje te perspektywy i zderza je, ale chyba bardziej przychyla się ku Franciszkowi, nie czyniąc z Benedykta tego złego czy gorszego.

To wszystko nie zadziałałoby, gdyby nie fenomenalni aktorzy. Anthony Hopkins i Jonathan Pryce wyglądają niemal jak klony postaci, które grają (czyli Benedykta oraz Franciszka), ale nie tylko na tym polega ich siła. Każde spojrzenie, gest oraz sam głos potrafi zahipnotyzować, pokazując dwie kompletnie różne twarze. Benedykt jest intelektualistą i samotnikiem, zaś Bergoglio to człowiek bardziej otwarty, bliżej ludzi oraz ich problemów. Jednak obaj przez ten kontrast świetnie się uzupełniają, tworząc jeden z najciekawszych duetów ostatnich lat.

„Dwóch papieży” to wielki powrót Fernando Meirellesa do formy oraz kolejny przykład wysokiej jakości Netflixa. Bardzo kameralne, wręcz subtelne, a jednocześnie angażujące, trzymające w napięciu oraz refleksyjne. A przecież jest to tylko rozmowa, prawda?

8/10

Radosław Ostrowski

Nazywam się Dolemite

Ruby Ray Moore – słyszeliście o tym skurwielu? Bo ja nie, ale w Stanach to jedna z najważniejszych postaci dla czarnoskórej społeczności. Wokalista, stand-uper, tancerz, a nawet jasnowidz. Ten facet próbował wszystkiego, by osiągnąć sukces, tylko że teraz pracuje w sklepie płytowym jako sprzedawca. A przecież miało być inaczej, były plany, sława, chwała i kasa. Powoli jednak zaczyna przebijać się, dzięki inspirowaniu się dialogami meneli, tworząc nową postać o ksywie Dolemite. I to jest początek, ale Moore’owi ciągle mało, więc planuje zrobić… film o Dolemacie, nie mając o tym zielonego pojęcia.

dolemite1

Filmy Netflixa zazwyczaj są śmieciowym gniotem, który ma zapchać miejsce w ich bibliotece. Ale zdarzają się ciekawsze rzeczy, tylko ciężko je wyłuskać. Taki jest właśnie film Craiga Brewera, oparty na prawdziwej historii Moore’a. Od razu miałem skojarzenia z „Ed Woodem”, gdzie też mamy człowieka próbującego odnieść sukces, tylko za grosz nie mającego talentu. Moore ma o tyle problem, że nie potrafi odnaleźć się w realiach lat 70., próbując znaleźć swoją widownię. Jednak nie można facetowi odnaleźć pasji, umiejętności obserwacji i chęci dostarczania rozrywki, nawet opartej na wulgarności, chamstwie oraz prostych przyjemnościach. Jakby myśląc, że jak coś było dobre dawno, to będzie dobre zawsze. O dziwo, to zaczyna działać, zaś Moore coraz bardziej ryzykuje dla większego przebicia. Reżyser bardzo lubi tego bohatera i pokazuje go z sympatią, nawet w chwilach zwątpienia.

dolemite2

Bo Moore’a znienawidzić się nie da, a swoją energią i pasją jest w stanie zarazić innych, co widać w scenach przygotowania występu w domu (by następnie go nagrać na płytę) czy podczas kręcenia filmu. Niby takich historii było wiele i wiemy, co się wydarzy, ale to wszystko angażuje oraz bawi do końca. Czuć ten klimat lat 70., zarówno w bardzo bogatej scenografii, jak i rewelacyjnych kostiumach czy bardzo funkowej w duchu muzyce a’la Isaac Hayes czy Lalo Schifrin. Wszystko to wydaje się tak naturalne, jakbyśmy dokładnie byli w tym okresie. No i jeszcze te zdjęcia, z mocnymi kolorami. Realizacyjnie to wielka frajda.

dolemite3

Prawdziwym skarbem oraz sercem tego filmu jest wracający po przerwie Eddie Murphy, który jest tutaj prawdziwą petardą. Aktor w roli Moore’a absolutnie błyszczy, przypominając swoje największe występy w swojej karierze. Ta energia, pasja oraz szczerość biją z ekranu, nieważne czy występuje przed mikrofonem w klubie, występuje w filmie czy walczy o realizację swoich projektów przed szychami. Murphy’emu towarzyszy galeria świetnych postaci drugoplanowych jak wokalista Ben Taylor (świetny Craig Robinson), ambitny scenarzysta Jerry Jones (dość zaskakujący Michael-Keegan Key) czy dostająca szansę na swoje 5 minut Lady Reed (fantastyczna Da’Vine Joy Randolph). Ale dla mnie największą niespodziankę zrobił Wesley Snipes jako D’Urville Martin, który ma duże ego oraz wywyższa się z całej ekipy. Kradnie szoł swoim głosem i pokazuje, że jeszcze nie powiedział ostatniego słowa.

„Nazywam się Dolemite” to dla mnie przede wszystkim aktorskie zmartwychwstanie Eddie’ego Murphy, który pokazuje dawny pazur oraz energię z czasów świetności. A i sam film to biografia zrobiona z jajem, pasją oraz klimatem lat 70. O takiego Netflixa nic nie robiłem.

8/10

Radosław Ostrowski

Rodzinny dom wariatów

Jak wszyscy wiemy, z rodziną najlepiej wychodzi na zdjęciach. Nie inaczej jest z bardzo liberalną rodziną Stone’ów, która mieszka w Nowej Anglii. Jest to rodzina wielopokoleniowa, ze sporą grupą braci i sióstr, a wnuków jeszcze nie ma. To się może zmienić, kiedy do rodziny przybywa najstarszy syn. Ze swoją dziewczyną, która jest strasznie sztywna i – dzięki jednej z sióstr – cała rodzina jest do niej uprzedzona. Czyżby Święta miały skończyć się totalną katastrofą? Zwłaszcza, że przyszła synowa wzywa jako wsparcie siostrę.

rodzinny dom wariatow1

Takich komediodramatów o rodzinie, gdzie jej członkowie nie są zbyt idealni było setki, jeśli nie tysiące. Czy dzieło Thomasa Bezuchy z 2005 roku ma coś, co wyróżnia go z tłumu (oprócz obsady)? Bo nie jest to stricte komedia, mimo miejscami dość ironicznego humoru, pokazuje znajome relacje. Relacje ludzi, którzy znają się dość dobrze, ale o wielu rzeczach sobie nie opowiadają i mają swoje tajemnice. Nie brakuje zarówno „czarnej owcy” (pijący i ćpiący Ben – tego drugiego nie widać), parę gejów, z czego jeden jest niesłyszący, złośliwą siostrzyczkę trzymającą się na dystans czy skrywającą swoją ciężką chorobę matkę. Niby są to poważne momenty i sytuacje, ale reżyser próbuje to ugrać w komediowy sposób, co nie zawsze działa. Podobać się może scena, gdzie Meredith doprowadza do awantury czy moment przed śniadaniem świątecznym, spowodowany pewnym nieporozumieniem. Ale to są tylko krótkie chwile, momenty budzące z dość przewidywalnej opowieści. Nawet sceny slapstikowe wydają się mało zabawne i przewidywalne, co wydaje się bardzo trudne do spieprzenia.

rodzinny dom wariatow2

Jeszcze bardziej zaskakuje fakt, ze zebrano naprawdę dobrych aktorów, którzy starają się wyciągnąć całość na wyższy poziom. I to się częściowo udaje, choć nie wszystkim. Dla mnie najbardziej nieciekawy był Everett grany przez Delmota Mulraneya, który sprawia wrażenie niby zdecydowanego, ale jakoś nie wspierającego swojej partnerki (dość zaskakująca Sarah Jessica Parker). Dla mnie najciekawsza była w roli złośliwej siostry Rachel McAdams oraz chyba najbardziej normalny z grona Luke Wilson (Ben), chociaż także Diane Keaton i Craig T. Nelson w rolach głowy rodziny mają swoje pięć minut.

rodzinny om wariatow3

„Rodzinny dom wariatów” okazuje się całkiem niezłą tragikomedią, chociaż dla mnie niezbyt wyróżniającą się od podobnych opowieści o rodzinie spotykającej się podczas uroczystości. Nie brakuje solidnego aktorstwa oraz paru scen rozluźniających, lecz nic ponad to.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Bez obaw, daleko nie zajdzie

Słyszeliście kiedyś o Johnie Callahanie? To był znany satyrycznym rysownikiem, poruszającym się na wózku inwalidzkim. Wychowywany w rodzinie zastępczej, z niemal non stop obecną gorzałą, jego życie zmienia się gwałtownie. Wypadek, całkowity paraliż od pasa w dół i droga na dno. W końcu John idzie do klubu Anonimowych Alkoholików prowadzonych przez jowialnego Donny’ego. Dzięki temu odkrywa swoją rysowniczą pasję.

bez obaw1

Gus Van Sant to jeden z tych twórców uważanych za mistrza kina niezależnego zza Wielkiej Wody. Biografia Callahana jednak nie płynie z góry określonym szablonem. Bardziej przypomina rozbijane puzzle, pełne przeplatających się retrospekcji i opowieści. Całość bardziej skupiona jest na terapii Callahana i tego, co do niej doprowadziło. Jak alkohol dosłownie zniszczył życie i jak się w tym wszystkim odnaleźć po tragedii. A jednak w tym chaotycznym szaleństwie jest metoda, dzięki której zaczynamy coraz bliżej poznawać artystę na nowo wracającego do społeczeństwa. Człowieka pełnego demonów, gniewu oraz strasznego egotyka. Niby mamy tutaj elementy jakich w życiorysach artystów było wiele: obsesja na punkcie biologicznej matki, która go zostawiła, życie w szponach nałogu, moment przełomowy, poznana w szpitalu kobieta i szansa na miłość oraz powolne dochodzenie do trzeźwości w grupie dość ekscentrycznych jegomości (szkoda, że nie poznajemy wszystkich zbyt dobrze, oprócz ). Przejścia między etapami są tak płynne, że jest to zdumiewające i nie wywołuje dezorientacji.

bez obaw2

Czuć tutaj bardzo rękę reżysera, skupionego na pokazywaniu sytuacji tu i teraz. Wszystko to polane jest bardzo takim melancholijnym klimatem, a wisielczy humor obecny jest zarówno w dialogach, jak i wplecionych animowanych wstawkach w stylu Callahana. W paru momentach widać, że parę z tych scenek opartych jest na doświadczeniach bohatera (kwestia wypadku), co dodaje pewnej wiarygodności. Problem w tym, że nie wszystkie wątki są tutaj wygrane. Dla mnie dziurawa była relacja między Johnem a poznaną w szpitalu Annu, gdzie iskrzy między nimi od tak i prowadzone jest to w bardzo skokowy sposób. Tak samo chciałoby się większe interakcji bohatera ze współczłonkami grupy, oprócz mentora Donny’ego. A i sama droga bohatera do trzeźwości jest bardzo przewidywalna, pozbawiona niespodzianek.

bez obaw3

Całość jednak broni się aktorsko. Ale czy może być inaczej, jeśli w głównej roli masz Joaquina Phoenixa? Callahan w jego interpretacji jest kimś pomiędzy wrażliwym i bezsilnym artystą a czasem chamskim, skupionym na sobie człowieku. Człowieka wręcz chcącego cierpieć, by mieć kolejne wymówki nad swoim losem zamiast go zmienić. Ewolucja ten postaci pokazana jest delikatnymi spojrzeniami oraz pozornie niezbyt wielkimi gestami, ale magnetyzuje. Drugą taką wyrazistą postacią jest Donny w wykonaniu zaskakującego Jonah Hilla. Pozornie to znana figura mentora, pełna empatii, ale nawet pozornie banalne dialogi brzmią w jego ustach bardzo przekonująco. Energia tej dwójki rozsadza ekran, a show kradnie w drobnym epizodzie Jack Black.

Pozornie-niepozorny film. Tak można opisać w dużym skrócie „Bez obaw…”, balansujące między powagą a żartem. I gdyby nie cudowny duet Phoenix/Hill byłaby to solidna biografia z nałogiem w tle.

7/10

Radosław Ostrowski

Na ringu z rodziną

Wrestling dla wielu może wydawać się pseudo-sportem. Dlaczego? Bo wszystko jest tutaj udawane, gdzie ciosy są markowane i to jest jeden wielki spektakl. Gdzie ludzie wierzą, że to się dzieje naprawdę. Jednak dla niektórych wrestling jest sensem życia, pasją i miłością jednocześnie. Taka jest brytyjska rodzina Knightów z Norwich w Wielkiej Brytanii. Problem w tym, że Brytole za tą dyscypliną nie przepadają tak bardzo jak Amerykanie. Nie zraża to jednak familii do działania na lokalny podwórku. Szansą na zmianę tej sytuacji są eliminacje do federacji WWE, gdzie droga do kariery jest wielka. Do walki staje Saraya z bratem Zakiem, tylko że dalej (treningi i przygotowania do NXT – niższa liga) dostaje się dziewczyna.

na ringu z rodzina1

Tą prawdziwą historię postanowił przedstawić aktor Stephen Merchant i decyduje się tutaj skupić się na dwóch aspektach. Po pierwsze, pokazanie czym dla tej rodziny jest wrestling. Z jednej strony scala rodzinę i dla rodziców był wybawieniem przed bardzo niebezpieczną drogą (ojciec – kryminalista i alkoholik, matka – próbowała popełnić samobójstwo). Dla dzieci zaś bywa zarówno szansą na życie, jak i pewnego rodzaju przekleństwem. Najmocniej to widać na przykładzie Zaka, który po odrzuceniu nie potrafi się odnaleźć. Zaczyna zaniedbywać swoją własną rodzinę (nieplanowane dziecko, żona z bardziej sytuowanej rodziny) oraz rolę lokalnego trenera i mentora dla dzieciaków. Ale i nasza sama bohaterka oddalona od rodziny, zdana tylko na siebie, zaczyna się gubić, treningi stają się męczące. W końcu pojawiają się wątpliwości, czy naprawdę iść w tym kierunku, a może odpuścić i znaleźć sobie coś innego?

na ringu z rodzina2

Te pytania i dylematy są podane w formie komediodramatu, co na pewno czyni seans przyjemnym. Elementy humorystyczne (obiad z przyszłymi teściami czy rozmowa telefoniczna z The Rockiem), jak i dramatyczne wątki są odpowiednio wyważone, a sama opowieść naprawdę angażuje. O dziwo, najbardziej podobały mi się sceny na ringu oraz przygotowania. Jasne, jest to uproszczone, a miejscami pojawia się odrobinka patosu. Na szczęście, jest to przekłuwane humorem, zaś sama choreografia walk potrafi dostarczyć masę satysfakcji. A finałowa konfrontacja to małe cudeńko.

na ringu z rodzina3

Może troszkę czuć troszkę chwiejną rękę reżysera, zaś kilka scen wydaje się niepotrzebnych, jednak sytuację ratuje aktorstwo. Obecny na plakatach Dwayne Johnson pełni rolę epizodyczną (poza tym jest producentem filmu) i w roli samego siebie sprawdza się naprawdę cool, ale tak naprawdę liczy się Florence Pugh. Dziewczyna jest fenomenalna w roli troszkę introwertycznej Sarayi vel Paige. Może i wydaje się wycofaną laską o wyglądzie typowej fanki metalu, ale kiedy jest na ringu, żarty się kończą, a energia dosłownie ją rozsadza. Absolutnie przekonująca w każdej scenie i coraz bardziej jestem ciekaw jej kolejnych kreacji. Warto też wspomnieć o świetnym Jacku Lowdenie, czyli Zaku. Ten chłopak ma na punkcie wrestlingu kompletnego fioła, jednak to nie wystarcza na przebicie się dalej. I świetnie pokazuje jego żółć, rozgoryczenie oraz ból niespełnienia, zaś jego dojrzewanie do roli wsparcia pokazane jest bez fałszu. Swoje robi także cudny Vince Vaughn (trener Hutch), choć troszkę przypomina swoją rolę z „Przełęczy ocalonych” oraz fajny duet Lena Hadey/Nick Frost.

na ringu z rodzina4

„Na ringu z rodziną” może nie podbije i nie zdobędzie szerokiej rozpoznawalności, ale to absolutnie bezpretensjonalna i klasyczna opowieść „od zera do bohatera” w brytyjskim wydaniu. Z humorem, lekkością, ale i odrobiną powagi pokazuje do czego może zaprowadzić pasja oraz determinacja. Plus rodzina.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Pralnia

Trzy lata temu było głośno o tzw. Panama Papers – czyli ogromny wyciek danych firmy prawniczej Mossack Fonseca z Panamy. To w tej firmie powstała masa firm-słupów, dzięki którym prowadzone są finansowe przekręty, wykorzystywane przez finansowe elity, półświatek przestępczy oraz ludzi ze świata polityki. Dokumenty zostały przekazane przez tajemniczego Johna Doe do dziennikarza niemieckiego Suddeutsche Zeitung. Jak funkcjonował ten cały system? O tym próbuje opowiedzieć w swoim nowym filmie Steven Soderbergh.

pralnia1

Wszystko zaczyna się od rejsu, w którym bierze udział Ellen Martin razem ze swoim mężem. Przepłynięcie statkiem przez jeziorze kończy się wypadkiem i śmiercią 21 osób w tym mąż Ellen. W końcu dostanie odszkodowanie z ubezpieczalni i jakoś będzie można żyć. Problem w tym, że firma ubezpieczeniowa była słupem, przekazujące innej firmie, potem innej i innej. Łańcuszek finansowy, gdzie odpowiedzialność prawna zaczyna się rozmywać. I kto ma ponieść odpowiedzialność za wypadek, śmierć? Pytanie, pytanie, kolejne mylne tropy prowadzące donikąd. Jak się odnaleźć w tym całym bajzlu?

pralnia2

Reżyser mocno pod względem formy oraz stylu inspiruje się dylogią Adama McKaya, gdzie w komediowym, lekkim tonie opowiada o skomplikowanych mechanizmach biznesu oraz polityki. Zaś naszymi przewodnikami są Jurgen Mossack i Ramon Fonseca, czyli założyciele tej prawniczo-biznesowej kancelarii. Czwarta ściana łamana jest dość często, a panowie mają w sobie tyle uroku, że nie można ich nie lubić (mimo że są tutaj czarnymi charakterami). Fakt, że więcej czasu spędzamy z tymi złymi nie przeszkadzałby mi aż tak bardzo, gdyby nie jeden istotny szczegół: to ma tak anegdotyczny charakter, że sama mechanika wydaje się niejasna. Nie brakuje tutaj miejscami rozbrajających scen (rodzinna sytuacja afrykańskiego słupa Charlesa czy Maynard próbujący się dogadać z chińskimi wspólnikami), gdzie humor bywa smolisty. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że to wszystko jest przerostem formy dla treści. A może już tematyka finansowych oszustw i machinacji zwyczajnie już mi się przejadła. Do tego główna bohaterka zostaje porzucona przez twórców w połowie opowieści, by pojawić się dopiero w samym finale, co mnie zaskakuje.

pralnia3

Choć nie brakuje tutaj znanych twarzy, są one głównie zepchnięte do epizodycznych ról (m.in. David Schwimmer, Sharon Stone czy Matthias Schoenaerts). Za to Meryl Streep prezentuje się dobrze, choć jej postać nie jest zbyt dobrze zarysowana. Najważniejszy jest tutaj duet Gary Oldman/Antonio Banderas w roli prawniczych oszustów, będących naszymi przewodnikami po świecie szarej sfery finansowej. Panowie błyszczą w swoich strojach, przerzucają się terminami i czuć duże zgranie między nimi. I to jest prawdziwe paliwo napędowe, tak jak łamiący czwartą ścianę finał.

pralnia4

„Pralnia” jest solidnym filmem w dorobku Soderbergha, ale nie mogę pozbyć się wrażenia zmarnowanego potencjału. Można było z tego wycisnąć o wiele, wiele więcej a nie tylko inspirować się stylem McKaya z ostatnich lat. Niemniej jest to całkiem przyzwoita rozrywka.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Fleabag – seria 2

Pamiętacie na pewno Fleabag? Bohaterka grana przez Phoebe Waller-Bridge sprawia wrażenie lekko samolubnej, świadomej swojego sex appealu kobiety, która ma pecha do mężczyzn, prowadzić nie zbyt dochodową kawiarnię oraz trudne relacja z rodziną. Od wydarzeń z poprzedniej serii mija nieco ponad rok, zaś życie naszej dziewczyny wydaje się wychodzić na prostą, zaś punktem wyjścia jest zbliżający się ślub ojca Fealbag (i Claire) z matką chrzestną. Widać, że małżeństwo jej siostry znajduje się na zakręcie, zaś naszej bohaterce udaje się znaleźć kogoś, kto mógłby być dla niej idealnym partnerem. Jest tylko jeden mały szkopuł, bo ten ideał mężczyzny jest już w związku… z Panem Bogiem. A to jest bardzo trudny konkurent, z którym ciężko walczyć.

fleabag2-1

Druga seria wydaje się kontynuować ścieżkę oryginału, gdzie humor (bardzo ostry i miejscami bardzo nieprzyzwoity) miesza się z dramatem. Ale moim skromnym zdaniem tutaj ten balans zostaje o wiele lepiej zachowany, z większym skrętem ku dramatowi. I już w pierwszym odcinku, gdzie mamy rodzinną kolację z całą rodziną + księdzem. Nie ma aż takich przeskoków w czasie jak poprzednio, ale ma wiele mocnych momentów (scena na pogrzebie matki, gdzie protagonistka próbuje się „oszpecić”, bo za pięknie wygląda czy rozmowa z ojcem w trakcie tego dnia). Tutaj też miałem wrażenie, że historia staje się spójniejsza oraz bardziej sensowna, zaś wiele wydarzeń staje się coraz bardziej ze sobą powiązanych. Jak choćby w wątku Claire, z którą chce się spotykać współpracownik z Finlandii o imieniu… Klare, jej toksycznemu małżeństwu czy bardzo zmieniającej się relacji protagonistki z księdzem – młodym, pociągającym i takim bardzo przyziemnym, równie zagubionym człowiekiem.

fleabag2-4

Tak jak poprzednio, przenosimy się do wielu miejsc: oprócz domu Fleabag oraz jej ojca odwiedzamy biuro Claire (impreza biurowa oraz wybór nagrody dla Kobiety Biznesu Roku), kancelarię prawniczą, terapeutkę oraz parafię. Scenografia wygląda intrygująco, w tle gra muzyka bardziej sakralna (chóry!!!), zaś dialogi nadal mają wiele błyskotliwości oraz pokazującego troszkę szersze spojrzenie na feminizm (poruszający monolog Belindy) czy miłość (przemowa księdza przed ślubem), co zmusza do głębszych przemyśleń. Kto by się tego spodziewał? Humor tutaj się wylewa, nawet w gagach (wybór stroju dla księdza, montażowa zbitka na początku pierwszego odcinka), łamanie czwartej ściany obowiązuje (a jedyną osobą „widzącą” to jest ksiądz). Ale więcej jest tutaj momentów poruszających. Rozmowa Fleabag z ojcem, kiedy jeszcze wiedział jak z nią rozmawiać (robi jeszcze to tuż przed ślubem i po), cięte dialogi z księdzem (w tym historia z lisem), wizyta u terapeutki czy moment „wybuchu” Claire przed swoim mężem. No i jeszcze słodko-gorzki finał, który (dla mnie) jest po prostu idealny. Mam nadzieję, że nie powstanie ciąg dalszy.

fleabag2-2

Nadal aktorsko błyszczy Phoebe Waller-Bridge, która pokazuje troszkę poważniejsze oblicze, mimo ciętego humoru oraz bardzo brutalnej szczerości. Jedynym aktorem, który dorównuje jej poziomem jest Andrew Scott w roli księdza. Co samo w sobie jest dość przewrotnym castingiem, pokazujące troszkę inne oblicze aktora – oprócz Moriarty’ego z „Sherlocka”. Tutaj jest bardziej przyziemny, wyluzowany, ludzki. Też ma swoje demony (ten alkohol oraz paranoja na punkcie lisów), nie próbuje na siłę nawracać ani rzucać wizjami z Apokalipsy czy innego koszmaru. Czuć tą więź jaka zaczyna się wytwarzać między tą dwójką, przez co nie do końca byłem pewny finału tej relacji. Reszta obsady też jest fantastyczna (Olivia Colman błyszczy tak jak Sian Clifford), a swoje pięć minut zawłaszczają drobne epizody Fiony Shaw (terapeutka, pozbawiona poczucia humoru) oraz Kristin Scott Thomas (Belinda). Takie wisienki na tym smakowitym torcie.

fleabag2-3

Jestem absolutnie porażony „Fleabag”, zaś druga seria (i chyba ostatnia) bije poprzednika na łeb. Konsekwentnie rozwija całą opowieść, a jednocześnie wydaje się absolutnie bezbłędnie rozpisany, zagrany oraz zrealizowany. Jeśli jeszcze nie oglądaliście, to zobaczcie koniecznie. Nie wymaga zbyt wiele czasu.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Grzeczny grzesznik

Anders jest zwykłym, szarym gościem w wieku średnim. Mieszka w małym miasteczku, gdzie ma dość duży dom, spłaca hipotekę, ma żonę oraz dorosłego syna. Jednak pewnego dnia przed świętami Bożego Narodzenia decyduje się przejść na emeryturę, zostawia żonę oraz dom, próbując zacząć wszystko od nowa. Tylko, czy w ten sposób uda się odnaleźć szczęście?

grzeczny grzesznik1

Reżyserka Nicole Holofcener znana jest z tworzenia komediodramatów opisujących szarych ludzi oraz ich problemów. Nie inaczej jest z „Grzesznym grzesznikiem”, który pokazuje historię człowieka tak naprawdę zagubionego. Człowieka żyjącego w małym miasteczku, gdzie wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich (choć nikt ich o to nie prosił), ukrywają swoje tajemnice i udają, że wszystko jest ok. Zdrady, samotność, nałogi, frustracje, pustka – to wszystko widzimy w samym Andersie oraz ich bliskich. Taki jest grający w pokera syn Andersa, który nie chce pracować w firmie mamy, tak jak uzależniony od narkotyków Charlie, zbuntowany chłopak z talentem plastycznym. Sama narracja czy realizacja wydaje się bardzo przezroczysta, w zasadzie skupiona na rozmowach. Miejscami wydaje się chaotyczna i początkowo zmierza donikąd, a humor pojawia się w ilościach śladowych (Andres z dzieciakami ćpa czy lekko podchmielony wraca do dawnego domu). Więcej jest tutaj bolesnych momentów jak znalezienie martwego Charliego czy wigilijny obiad zakończony awanturą.

grzeczny grzesznik2

Dla wielu jednak ten film może znużyć, bo ciężko wejść w tą historię i zaangażować się w tak poszatkowanej opowieści. Także samo przesłanie nie do końca wydaje mi się jasne oraz czytelne. Film sobie płynie, płynie i płynie, choć parę razy potrafi czymś zaskoczyć. A i samo zakończenie wydaje się bardzo otwarte, co jest pewnym małym plusem.

Jeśli jest coś, co przyciągnęło moją uwagę na dłużej to świetny Ben Mendelsohn. Tutaj jest on bardzo wycofany, czasami się zacina i nie potrafi wypowiedzieć swoich myśli wprost, jest nieporadny, ale nie wywołuje ta postać poczucia zażenowania czy kpiny z niej. Aktor bardzo przekonująco pokazuje jego zagubienie, bezradność w poszukiwaniu swojego własnego szczęścia, nawet w sposób nieudolny. Oprócz niego najbardziej wybija się Charlie Tahan w roli narkomana Charliego, który traktuje Andersa troszkę jako wzór do naśladowania. I ta interakcja potrafi zaciekawić swoją dynamiką.

grzeczny grzesznik3

Średnio-niezły film Netflixa, który próbuje tutaj być bardziej przyziemny i przyjrzeć się nam samym. Miewa ciekawe momenty, ale nie zawsze daje satysfakcję.

6/10

Radosław Ostrowski