Jak nas widzą

Rok 1989 dla Nowego Jorku był dość ciężki, bo przestępczość szybowała w górę. Ale w kwietniu w Central Parku doszło do masy wybryków: zaczepki, bijatyki oraz chuligańskie wybryki dokonane przez młodych ludzi. Jednak doszło też do najgorszego – gwałtu oraz pobicia kobiety. Białej kobiety. Zaś poszukiwania zawężono się do czarnoskórych chłopaków. Ostatecznie wytypowano pięć osób (czterech czarnoskórych i jednego Latynosa), których maglowano i zmuszono do przyznania się do zbrodni, nie popełnionej przez żadnego z nich. Nazwani później Piątką z Central Parku zostali skazani, co mocno naznaczyło ich.

Jak Netflix robi serial, to czasem potrafi uderzyć. Tym razem reżyserka Ava DuVernay uderza w wymiar sprawiedliwości, dla którego liczy się jak najszybsze rozwiązanie sprawy. Prawda nie jest tutaj najważniejsza, a zeznania wyciąga się w bezwzględny sposób: manipulacja, sugerowanie, brak obecności rodziców/opiekunów, brak snu, brak jedzenia, bicie, wyzwiska. Do tego jeszcze mocno naciągane dowody, problemy z chronologią. A to dopiero początek dramatu oraz tragedii. Każdy odcinek (a jest ich cztery) zrobiony jest w innej konwencji, co tylko uatrakcyjnia seans. Najpierw mamy śledztwo (odcinek 1), następnie proces (odcinek 2), by przyjrzeć się naszym bohaterom w trakcie oraz po odsiadce (odcinek 3 i 4). Im bardziej ogląda się kolejne sceny oraz sytuacje, tym trudniej było mi uwierzyć, ze mogło dojść do takiej sytuacji. Pierwsze dwa odcinki mają siłę ciosu obuchem. Policyjna niekompetencja oraz proces, gdzie obrona punkt po punkcie obala kolejne punkty oskarżenia. A sam koniec tego odcinka gra na emocjach w sposób godny thrillera. Tutaj też nie brakuje eksperymentów w postaci montażowych przebitek, zmian kątów czy dużej ilości zbliżeń.

Pozornie odcinek 3 wydaje się być mniej intensywny, ale w żadnym wypadku nudny. Bo powrót do społeczeństwa jest bardzo trudny – ciężko znaleźć uczciwą pracą, ludzie reagują wrogością i nienawiścią. Nawet ci, którzy powinni wspierać (macocha Raya Santany Jra.) mogą stać się obcymi. Same rodziny też pośrednio obrywają za rzekome zbrodnie, zaś społeczeństwo wydało wyrok na samym początku sprawy. Za to najmocniejsza jest historia Koreya, który jako jedyny trafił do więzienia dla dorosłych. Chłopak przeżywa momenty załamania, zwątpienia, bicia, gnębienia w różnych aresztach. Tutaj znów wraca ten klimat oraz poczucie bezsilności z początku. Aż dochodzi do przewrotki, która zmienia wszystko. Tutaj emocje i napięcie są budowane w sposób precyzyjny, zaś każdy odcinek ma masę niezapomnianych momentów. Aż nie mogłem uwierzyć, że to się mogło wydarzyć. A w czasach, kiedy nienawiść oraz uprzedzenia znowu zaczynają nabierać na sile, może się to powtórzyć. I to ostrzeżenie potrafi uderzyć.

Realizacyjnie ciężko mi się przyczepić do czegokolwiek. Znakomita reżyseria, fantastyczny scenariusz oraz montaż, a także kostiumy i scenografia. Wszystko jest tutaj na swoim miejscu i gra, zaś aktorstwo jest także z najwyższej półki. I nie mówię tutaj tylko o doświadczonych wyjadaczach pokroju Felicity Huffman (śliska karierowiczka Linda Fairstein), Very Farmiga (zmuszona do ostrej gry prokurator Lederer), Michaela Kennetha Williamsa (ojciec Antona z kryminalną przeszłością) czy ostatnio troszkę bardziej obecnego Johna Leguizamo (Ray Santana Sr., ojciec jednego z oskarżonych), ale przede wszystkim młodych aktorów. Chciałbym powiedzieć dziecięcych, ale bardziej pasuje określenie naturszczycy. Każdy z nich jest świetny, wiarygodny, jednak z tego grona najbardziej wybija się dwóch aktorów. Pierwszym jest Assante Blackk, czyli młodsze wcielenie Kevina – najmłodszego oskarżonego w tym gronie, pokazując jego kompletne zagubienie i przerażenie sytuacją. Ale dla mnie tak naprawdę liczył się Jharrel Jerome, absolutnie kradnący każdą scenę jako Korey. Jako jedyny grał zarówno młodsze, jak i dorosłe wcielenie swojego bohatera. Sceny jego pobytu w więzieniu pozwalają bliżej poznać sama postać oraz jego reakcję na piekło. Absolutnie powalająca kreacja.

„Jak nas widzą” pokazuje, że Netflix potrafi być godnym konkurentem stacji telewizyjnych pokroju HBO czy innych sieci streamingowych. Niby historia wydawała się przewidywalna (przynajmniej dla mnie), ale twórcy wycisnęli z niej wszystko, tworząc bardzo mocne oskarżenie wobec niesprawiedliwego wymiaru sprawiedliwości. Obok „Czarnobyla” to najlepszy mini-serial tego roku.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Green Book

Słyszeliście o czymś takim jak „Zielona książka”? Był to spis pełen hoteli oraz restauracji, z których mogli skorzystać czarnoskórzy mieszkańcy na bardzo głębokim Południu USA. Brzmi to wszystko absurdalnie? Ale tak też było w Stanach Zjednoczonych, kiedy rasizm niby został wykorzeniony prawnie, lecz mentalnie nadal pozostał. Tak przynajmniej było w roku 1962, gdzie toczy się akcja filmu „Green Book”.

Historia jest prosta, bo mamy tu zderzenie dwóch postaci, zmuszonych do odbycia podróży. Pierwszy to Tony „Wara” Vallelonga – taki drobny cwaniaczek z Bronxu, chłopak z ferajny. Pracuje jako ochroniarz w popularnym klubie Copacabana. Ma żonę i dzieci, więc trzeba mieć z czego ich utrzymać, zwłaszcza że klub zostaje chwilowo zamknięty (remont). By jakoś się utrzymać, decyduje się na pracę jako szofer niejakiego dr Shirleya. Nie jest to lekarz, ale cholernie utalentowany, czarnoskóry pianista, który wyrusza w trasę przez południowe stany USA.

green_book1

Niby wiemy jak to się skończy, ale droga jaką dąży film potrafi wciągnąć. Byłem przerażony, gdy usłyszałem, że reżyserem został Peter Farrelly, twórca „wybitnych” komedii jak „Głupi i głupszy” czy „Sposób na blondynkę”. Na szczęście ten filmowiec poszedł troszkę drogą Adama McKaya i pokazał, że ma w sobie potencjał na coś więcej. Bardzo delikatnie opowiada prawdziwą historię (tylko do pewnego stopnia podrasowaną przez Hollywood) tworzącej się przyjaźni wyhartowanej podczas drogi naszych bohaterów. Bo czy może być większy kontrast niż włoski cwaniak-rasista z czarnoskórym muzykiem z wyższych sfer? Niby wiemy, jak się skończy ta cała wyprawa i obydwaj panowie zostaną zmuszeni do weryfikacji swoich uprzedzeń oraz przekonań, ale to wszystko ogląda się z ogromną przyjemnością. Jak to możliwe?

green_book2

Czynniki są przynajmniej dwa. Po pierwsze, Farelly ma duże wyczucie i odpowiednio balansuje między dramatem a komedią. Nie brakuje tu ciepłego humoru (głownie opartego na zderzeniu Vallelongi z nowym światem ludzi bogatych, ale jednocześnie reżyser nie unika pokazywania uprzedzeń wobec czarnoskórych: odpowiednie dla nich hotele (bardziej pasowałoby określenie nora), restauracje, do tego nie mogą jeść razem z białymi, nocować razem z białymi, a nawet kupować ubrań. O korzystaniu z toalety na zewnątrz nawet nie wspomnę. I te fragmenty nadal potrafią kłuć, choć rozładowywana sytuacja jest humorem, co jest także sporą zasługą scenariusza. Może i bywa troszkę przesłodzone (zwłaszcza finał), ale wrażenie robi klimat epoki. I nie chodzi tylko o scenografię czy pojazdy, ale choćby kapitalną muzykę, będącą zderzeniem jazzu, rock’n’rolla, eleganckiego popu oraz muzyki klasycznej. Cudowne.

green_book3

Drugi powód to fantastycznie zagrany duet naszych protagonistów. Klasę kolejny raz potwierdzają Viggo Mortensen oraz Mahershalla Ali. Pierwszy jako Tony „Wara” czaruje swoim urokiem oraz ma gadane, dzięki czemu potrafi wyjść z niemal każdych tarapatów. Niektóre jego teksty potrafią rozbroić, ale jest to tępy prostak z ulicy. Od razu budzi sympatię oraz pewien mocny kręgosłup w wielu sytuacjach i nie patyczkuje się (scena wyciągnięcia pobitego doktorka z baru pełnego białych). Z kolei Ali jest jeszcze ciekawszych – inteligentny, elokwentny, ale jednocześnie samotny i jakby „wykorzeniony”, odcinający się od tzw. szaraczków. Tutaj czuć w tej postaci pewne zagubienie, życie w dwóch kontrastowych światach. Ale między tymi postaciami czuć silną chemię, która będzie nam towarzyszyć do samego końca, a nawet troszkę dalej.

Ktoś pewnie rzuci zaraz hasłem, że „Green Book” to polityczna poprawność i tylko dlatego dostał nominację do wielu prestiżowych nagród. Dla mnie film Farrelly’ego to bardzo sympatyczne, ciepłe i zabawne kino z poważnym tematem w tle, bez walenia łopatą po głowie czy drodze na skróty. Czy to będzie nowy etap kariery twórcy „Głupiego i głupszego”? Czas pokaże, ale jestem dobrej myśli.

7,5/10 

Radosław Ostrowski