Raport mniejszości

Rok 2054. W niedalekiej przyszłości w mieście Waszyngton przestępczość spadnie poniżej 10%, co w czasach epidemii zbrodni jest wielkim osiągnięciem. A wszystko dzięki wydziałowi Prewencji, którzy korzystają z pomocy trójki jasnowidzów, dzięki czemu mogą zatrzymać sprawcę zanim zostanie popełniona zbrodnia. Tylko trzeba poskładać ich wizje w całość, a najlepszy na tym polu jest detektyw John Anderton. Ale jedna z wizji pokazuje właśnie jego jako sprawcę kolejnego morderstwa, detektyw ucieka przed pościgiem prowadzonym przez agenta FBI, Danny’ego Withwera.

raport1

Steven Spielberg znów mierzy się z SF, które jest tutaj tłem do historii rodem z klasycznego kryminału. Adaptacja opowiadania Dicka zachowuje lekko paranoiczny klimat, zaś sama wizja przyszłości jest mocno interesująca – powstrzymywanie zbrodni zanim jeszcze się dokona, to wręcz idealna wizja. Ale zbyt idealna, bo – jak zawsze w inwencjach dokonywanych przez ludzi – to człowiek pozostaje najsłabszym ogniwem. Intryga jest naprawdę zgrabnie poprowadzona, a poszczególne elementy układanki tworzą bardzo ciekawą całość. W dodatku będziemy powoli pozbawiani prywatności – urządzenia namierzające nasze oczy pojawiają się dosłownie wszędzie, nawet w reklamach, zwracających się bezpośrednio do nas po imieniu. Motorem całego filmu jest bohater, którego osobista tragedia doprowadziła do pracy w Prewencji i z tego powodu w zasadzie bez cienia wątpliwości wierzy w system oraz jasnowidzów. Tym większym szokiem dla niego jest wizja jego jako sprawcy. I wtedy pojawią się wątpliwości.

raport3

Od strony wizualnej film pachnie trochę czarnymi kryminałami. Sterylność pomieszczeń skontrastowana jest z „zimną” przestrzenią oraz dominacją czerni na ekranie, co jest zasługą naprawdę świetnych zdjęć Janusza Kamińskiego. Wystarczy sobie przypomnieć zarówno pościg na autostradzie, gdzie Anderton skacze od auta do auta czy poszukiwania „pajączków” identyfikujących ludzi w bloku – to aż mrozi krew w żyłach. I tej atmosfery nie są w stanie zmienić futurystyczne zabawki.

raport2

Swoje też robią naprawdę dobrze poprowadzeni aktorzy. Choć nie jestem wielkim fanem Toma Cruise’a, muszę przyznać, że udźwignął postać detektywa, który z łowczego staje się zwierzyną. Nadal dobrze biega, kopie, strzela itp., ale w spokojniejszych momentach też pokazuje się z dobrej strony. I tak film skradł mu Colin Farrell jako bezwzględny, ale logicznie myślący Withwer, dość sceptyczny wobec Prewencji. Mocna i bardzo wyrazista postać, podobnie jak pojawiający się na drugim planie niezawodni Samantha Morton (Agata, jasnowidzka) i Max von Sydow (dyrektor Lamar Burgess).

raport4

„Raport” trzyma dobry poziom filmów Spielberga, który bardzo rzadko zawodzi, a w kinie SF czuje się wręcz jak ryba w wodzie. W tym samym 2002 roku nakręcił jeszcze jeden film, który bardzo mocno zaskoczył.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Diabelska przełęcz

Ta sprawa wydarzyła się naprawdę w West Memphis w roku 1993. W tym miasteczku zostało popełnione morderstwo, którego ofiarami zostali trzej młodzi chłopcy. Po śledztwie policji udaje się odnaleźć trzej podejrzanych i winnych: Damiena Echolsa, Jasona Baldwina i Jessie Misskelleya jr., za co grozi im kara śmierci. Wtedy obrońcom postanawia pomóc prywatny detektyw Ron Lax, który odkrywa błędy i niedopatrzenia sprawy.

devils_knot1

O tej zbrodni oraz o jej rzekomych sprawcach opowiadały głównie filmy dokumentalne, ale tym razem postanowiono opowiedzieć o tym w fabule, a dokładnie Atom Egoyan. Punktem wyjścia i jej perspektywą jest prywatne śledztwo Laxa, a drugim wątkiem –  trochę przy okazji – są losy matki jednej z ofiar, Pam Dobbs. I obydwa te wątki dominują, że nawet samo to, czy są winni czy nie, ma znaczenie drugorzędne, skupiając się przede wszystkim na pierwszym procesie. A przy okazji – dzięki retrospekcjom w postaci scen przesłuchań świadków – odkrywamy masę błędów popełnionych w sprawie (niewiarygodni świadkowie, zastraszanie, gubienie dowodów) oraz psychozę spowodowaną satanizmem jako tłem całego mordu. I pytanie – czy uda się ustalić prawdę? A zresztą: kogo ona naprawdę obchodzi, skoro mamy winnych? Egoyan mocno oskarża wymiar sprawiedliwości, a epilog tej sprawy jest dość nie do końca szczęśliwym zakończeniem. Choć znałem sprawę głównie dzięki dokumentom, to udało się wciągnąć do samego końca, a to naprawdę dużo.

devils_knot2

Swoje robi także przekonujący Colin Firth i jako detektyw sprawdza się naprawdę dobrze, choć o jego życiu osobistym nie wiemy zbyt wiele. Dla mnie jednak zaskoczeniem była Reese Witherspoon jako matka jednej z ofiar, nie do końca pogodzona ze stratą, z czasem mająca poważne wątpliwości co do prowadzenia tej sprawy. I oboje wnoszą ten film na wyższy poziom, a reszta obsady (łącznie z grającymi podejrzanych, są zepchnięte na boczny tor).

Egoyan, choć niczym nie zaskakuje w tej opowieści, stworzył naprawdę solidny kryminał z dramatem sądowym. I jest to naprawdę dobre kino z wysokiej półki.

7/10

Radosław Ostrowski

Sugarland Express

Teksas, rok 1969. Do ośrodka poprawczego, by odwiedzić swojego męża przybywa Lou Jean Poplin. Ma dla niego bardzo złe wieści: ich syn został im prawnie odebrany i przebywa w stanie Sugarland u rodziny zastępczej. Są tak zdesperowani, że ona zmusza męża do ucieczki i biorą policjanta drogówki, który się przypadkowo przypałętał za zakładnika. I tak we trójkę jadą do Sugarland po synka.

sugarland1

Spielberg po swoim debiucie zawiesił poprzeczkę bardzo wysoko, ale tym razem bazując na faktach nakręcił kolejny film drogi. Choć patrząc na przebieg wydarzeń, wydaje się on dość absurdalny – w skrócie policja gania za radiowozem, gdzie małżeństwo z policjantem jako zakładnikiem i prawie do samego końca nie chcą sięgnąć po ostateczne środki rozwiązania. Z jednej strony jest to uzasadnione obawą o bezpieczeństwo zakładnika (dostarczenie… toy-toya z gliniarzem w środku, które kończy się fiaskiem), z drugiej wydaje się, że można było zakończyć to wcześniej. Jednak ten absurdalny miejscami humor (m.in. kłótnie małżonków czy strzelanina z byłymi gliniarzami) czyni tą produkcję naprawdę lekką oraz zaskakująco przyjemna w odbiorze, choć jest to pełnokrwisty dramat. Wiarygodnie udaje się pokazać desperację dwójki ludzi, którzy chcą po prostu odzyskać to, co im się należy, choć metoda wybrana przez nich może budzić kontrowersje, mimo przyniesienia im popularności mieszkańców oraz mediów. I co najważniejsze, bohaterom udaje się pozyskać sympatię widza, który kibicuje im do samego końca, a relacja porywacz-zakładnik ulega dynamice. Wszystko to jest mocno spuentowane przez poruszający i smutny finał, który wywraca wszystko do góry nogami. Wszystko tu jest dopięte: od pracy kamery (Vilmos Zsigmond pokazał klasę!) przez muzykę (początek współpracy z Johnem Williamsem) po montaż.

sugarland2

Ale to i tak miałoby takiej siły ognia, gdyby nie świetne aktorstwo. Siłą napędową jest tutaj brawurowa Goldie Hawn, która bardzo wiarygodnie sprawdza się jako zdesperowana matka i może nie najlepsza żona (trochę pyskata i krnąbrna), chcąca odzyskać swoje dziecko. Miejscami to idzie w stronę wręcz obłędu (scena przed domem rodziny adopcyjnej, gdzie czekają snajperzy). Partnerujący jej William Atherton – zmuszonego tak naprawdę przez swoją żonę Clovis – równie zasługuje na uznanie, podobnie podchodzący bardzo rozsądnie do sprawy posterunkowy Slide (Michael Slide), który wpadł jak śliwka w kompot. Jednak najmocniej na drugim planie wypada Ben Johnson jako zdroworozsądkowy kapitan policji Tanner, który chce pójść im na rękę, ale ostatecznie decyduje się na ryzykowne posunięcie.

sugarland3

Spielberg zrobił film minimalnie gorszy od swojego debiutu, miejscami (środek trochę przynudza, a zachowanie policji miejscami może wydawać się nie do końca zrozumiałe), ale to i tak kawał świetnego kina. Dopiero następny film przyniósł Spielbergowi rozgłos, ale to temat na inną opowieść.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kto ją zabił?

Szkoła to bardzo nieprzyjemne miejsce. Wie o tym każdy, kto w niej chodził. A najbardziej widać to w liceum. W jednej z takich szkół chodzi Brendan – okularnik, trzymającym się z daleka wyrzutek. Jedyną osoba, z którą trzyma w miarę dobry kontakt jest jego była dziewczyna Emily. Jednego dnia, dzwoni do niego prosząc go o pomoc. Następnego dnia Brendan znajduje ją martwą w kanale. Próbuje na własną rękę wyjaśnić jej śmierć, prosząc o pomoc nerda zwanego Mózgiem.

Brick1

O tym, że Rian Johnson jest bardzo interesującym reżyserem, wie każdy kto oglądał „Loopera” albo „Breaking Bad”. Jednak w swoim debiucie już pokazał na co go stać. Sam film to bardzo dowcipna i pomysłowa zabawa konwencją czarnego kryminału, który przeniesiono w realia… licealnej szkoły. Widać to zarówno w dialogach czy budowaniu postaci oraz intrygi, ale także miejscami w realizacji, choć jest ona dość eksperymentalna. Kamera bywa trochę wykrzywiona, zdjęcia nieostre, ale kilka ujęć jest świetnie zrobionych (głównie bójki, ale tez ucieczka Brendana przed nożownikiem). W dodatku wszystko jest bardzo pomysłowo zmontowane (konfrontacja dwóch wrogów przerwana przez nalot policji, którego… nie widać czy przeplatające się retrospekcje), klimat coraz bardziej robi się gęsty, a napięcie jest coraz mocniej odczuwalne. Można się przyczepić, że finał nie robi tak mocnego wrażenia, że początek trochę niemrawy, jednak z każdą minutą coraz bardziej się rozkręca.

Brick2

Pod względem obsady, jest to naprawdę bardzo interesująca propozycja. O tym, że Joseph Grdon-Levitt jest piekielnie utalentowanym aktorem, wiedziałem od dłuższego czasu. „Kto ją zabił?” tylko potwierdza swoją predyspozycję. To taki odpowiednik prywatnego detektywa z czarnego kryminału – wyalienowany, sprytny i cyniczny mądrala, który zna reguły i jest naszym przewodnikiem po tym świecie. Wie kto co i z kim, choć sam nie jest w stanie zrobić wiele. Poza nim warto wyróżnić z obsady trzech facetów. Pierwszy to grany przez Matta O’Leary Mózgu – ksywa mówi sama za siebie, jest bardzo inteligentnym facetem, mającym dobre uszy i kontakty (taki informator). Drugim jest naprawdę dobry Noah Fleiss, czyli osiłek Tug, który jest lekko narwany, ale wie tak naprawdę więcej niż mówi. I w końcu trzeci gracz, czyli owiany legendą Szpila. Lukas Haas wcielający się w tą postać sprawia wrażenie demonicznego (czarno ubrany, z laską), ale jednocześnie groteskowego ważniaka. Jeśli chodzi o panie, tutaj wyróżnia się jedna osoba, ale tylko nieźle grająca. Mowa o Norze Zehether, która jako Laura miała być taką femme fatale i to widać przede wszystkim w noszonych przez nią ciuchach.

Brick3

„Kto ją zabił?” jest bardzo pomysłowym kryminałem, ale nie pozbawionym wad. Po pierwsze, mocna inspiracja Chandlerem, czyli intryga prowadzona na granicy prawdopodobieństwa, co nie zawsze wydaje się logiczne. Po drugie, czasami zdarza się przynudzać i tempo jest dość powolne. Ale poza tym jest to naprawdę ciekawe i pomysłowy eksperyment, który może być satyrą na młodzież albo wariacją na kino noir. W każdym przypadku jest to interesująca propozycja.

Brick4

8/10

Radosław Ostrowski


Więzy krwi

Nowy Jork, rok 1974. W mieście żyje dwóch braci. Frank jest policjantem, który próbuje wrócić do swojej byłej dziewczyny, związanej z cynglem mafii. Chris wychodzi z więzienia po odsiadce i próbuje poukładać swoje życie, a jego była żona pracuje jako prostytutka i narkomanka. Frank próbuje pomóc bratu i załatwia mu pracę jako mechanik, gdzie poznaje tam Natalie, z którą wiążę pewną przyszłość. Ale zerwanie z przeszłością łatwe nie będzie, a więzy krwi braci będą wystawione na ciężką próbę.

wiezy_krwi1

Tradycja kryminału jest znana w wielu krajach od dawna. Amerykanie też byli mistrzami w swoim gatunku, zwłaszcza w latach 70. I to tej estetyki próbuje wrócić francuski aktor i reżyser Guillaume Canet, dla którego jest to pierwsza amerykańska produkcja. I jest to przede wszystkim bardzo kameralne i stonowane kino. Sama intryga kryminalna jest w zasadzie prowadzona przy okazji, stoi gdzieś w tle, a najważniejsze są relacje międzyludzkie – zawsze skomplikowane i pogmatwane, będące źródłem różnych spięć, konfliktów i moralnych dylematów. Te kameralne sceny, gdzie wnikliwie obserwuje ludzi są właśnie najciekawsze, aczkolwiek sceny akcji są naprawdę dobrze poprowadzone i pokazane, każdy szczegół jest istotny, realia lat 70. zachowane (kostiumy, samochody, muzyka), tempo jest bardzo spokojne, ale pnie brakuje tutaj emocji. Wszystko to przypomina stylem jednego amerykańskiego reżysera – Jamesa Greya, który też się skupiał na ludziach. Ale to spokojne tempo jest rekompensowane przez naprawdę mocnym finałem, jednak więcej nie powiem więcej.

wiezy_krwi2

A jeśli chodzi o obsadę, to jest ona naprawdę gwiazdorska i w dodatku naprawdę bardzo dobrze poprowadzone. Świetnie sobie radzą Clive Owen i Billy Crudup, czyli dwaj bracia będący po obu stronach barykady, którzy czasami potrafią powiedzieć więcej niż to robią. Widać, że jeden dla drugiego zrobiłby wszystko, choć dzieli ich naprawdę wszystko. Widać to w każdym geście i spojrzeniu, wręcz namacalne. Panie także odgrywają tutaj istotne role – czasami potrafią być ostre i bezwzględne (Monica, czyli Marion Cotillard – walczące o swoją godność, świadoma swojej wartości), inne są zmęczone życiem (taka jest Vanessa Zoe Saldany), po przejściach, szukające normalności (zaskakująca Mila Kunis). Poza nimi jeszcze na drugim planie jest niezawodny James Caan (ojciec braci), który dominuje każdą scenę.

wiezy_krwi3

Może nie jest to film, będący na takim gangsterskim poziomie jak „Życie Carlita” czy „Donnie Brasco”, może nie jest on efekciarską rozwałką, ale ogląda się to naprawdę dobrze, a każdy detal jest istotny i rozkręca się z każdą minutą. Porządna robota i czekamy na więcej.

7/10

Radosław Ostrowski

Samotne serca

Wiele razy przekonywałem się, że prawdziwe historie są idealnym materiałem dla kina czy literatury, co pokazują nie tylko biografie, ale też takie tytuły jak „Prosta historia” czy „Informator”. Tym razem dostajemy historię dwojga morderców, którzy działają jako „zabójcy samotnych serc” – Raya Fernandeza i Marthę Beck, którzy obrabowali i zamordowali kilkanaście kobiet. Pewnie zabiliby jeszcze więcej osób, gdyby nie determinacja prowadzącego śledztwo Elmera Robinsona i partnerującego mu Charlesa Hildebrandta.

samotne_serca1

Ta historię postanowił opowiedzieć syn jednego z policjantów, Todd Robinson. Zawsze w tego typu sprawie jest ryzyko, że osobisty charakter może nie tylko wypaczyć, ale i wynudzić. Prawdą jest, że reżyser skupia się na swoim ojcu, który prowadził śledztwo ze sporą determinacją po samobójstwie swojej żony, na szczęście to nie odbija się na samej historii, która jest poprowadzona naprawdę przyzwoicie. Powoli obserwujemy przypadkową znajomość Raya i Marthy, ich pierwszą zbrodnię i następne (skupiono się na kilku przypadkach) oraz mozolnie prowadzone policyjne śledztwo. Trudno odmówić stylu oraz inspiracji kinem noir (klimatyczne zdjęcia, utrzymane zarówno w czerni jak i sepijnej żółci, jazzowa muzyka oraz fryzury i kostiumy), co na pewno jest zaletą. Wielu może zniechęcić mozolne tempo dochodzenia oraz brak szybkiej akcji, ale umówmy się: to nie ma zawodów w strzelanie, a psychologia bohaterów jest równie istotna jak morderstwa (krótkie, ale gwałtowne) i w paru miejscach napięcie sięga wysoko (zatrzymanie bohaterów przez patrol). Nasuwają się pewne skojarzenia z „Bonnie i Clyde”, ale Martha i Ray nie są tacy sympatyczni jak bohaterowie filmu Arthura Penna. Oboje są bezwzględni, ale ich relacja jest bardziej toksyczna i oparta bardziej na zastraszaniu.

samotne_serca2

To wszystko byłoby zaledwie przyzwoitym filmidłem, gdyby nie dobrze grający aktorzy. Dość oszczędny w ekspresji John Travolta świetnie sobie radzi w roli samotnego i trochę podniszczonego przez życie detektywa Robinsona, który jak znajdzie trop to nie odpuszcza. Tak samo James Gandolfini (Hildebrandt, który jest też narratorem całej historii), choć on jest bardziej pogodny i przyziemny. Obaj panowie zaskakująco dobrze się uzupełniają. Druga para jest tutaj Martha i Ray (apetyczna Salma Hayek i czarujący Jared Leto) – ona zazdrosna i porywcza, on uległy wobec niej i bezradny. Są niebezpieczni i bardzo bezwzględni. Poza tymi dwoma parami warto wyróżnić dwie panie: Laurę Dern (Rene – koleżanka z pracy Robinsona, chcąca się z nim związać) i Dagmara Domińczyk (Delphine – jedna z ofiar).

Nie można odmówić Robinsowi solidnego rzemiosła, bo tym w zasadzie jest ten film. Solidną robotą z mocnym aktorstwem oraz stylizacją kina noir. Trochę lepszą od „Czarnej Dalii” De Palmy, jednak do najlepszych filmów z tego gatunku sporo brakuje.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Person of Interest – seria 2

Druga seria zaczyna się dokładnie w tym samym miejscu, co finał pierwszej. Finch zostaje uprowadzony przez hakerkę Root, która chce zdobyć dostęp do Maszyny, by ją wyzwolić, a Reese otrzymał kolejny numer i tym razem sam musi zająć się sprawą, przy okazji odnaleźć swojego przyjaciela. Ale to akurat będzie najmniejszy problem, bo wiele osób chce mieć kontrolę nad Maszyną.

person_of_interest_23

Jonathan Nolan nadal robi to, co w poprzedniej serii – nadal jest proceduralny charakter, czyli wyskakuje numer (nie wiadomo czy właściciel jest sprawcą czy ofiarą), obserwacja, mylenie tropów, dużo akcji i odrobina humoru. Sprawy nadal pozostają ciekawe, jednak pojawia się kilka istotnych wolt jak dalsze śledztwo FBI nad „mężczyzną w garniturze” (Reese zostaje aresztowany i potem wbrew swojej woli wykorzystany do działań dawnej partnerki z CIA), działalność osłabionego HR (skorumpowani gliniarze) czy walka w wpływy między Ruskimi a przebywającym w więzieniu Eliasem. Jakby tego było mało, pojawia się nowy wróg – tajna organizacja Decima, która chce kontrolować Maszynę, używając do tego wirusa. To wszystko znowu trzyma techniczny poziom, okraszony jest masą retrospektyw, które rzucają wiele na przeszłość Fincha (wyjaśnia się jego kalectwo) czy detektywa Fusco. Ogląda się to z dużym zainteresowaniem, mimo iż wydaje się to schematyczne. Ale zdarzają się pewne złamania schematu, np. kiedy poznajemy akcje z perspektywy nowej postaci – agentki Shaw, która przymusowo zostaje przeznaczona do likwidacji czy nerwowy finał, podczas którego Maszyna staje się świadoma. Nie ma tu miejsca na nudę, zagadki są bardzo fajnie poprowadzone, a drobne elementy futurystyczne nie wywołują żadnego zgrzytu.

person_of_interest_21

Jeśli chodzi o aktorstwo, to duet Caviezel/Emerson nadal trzyma formę i świetnie się nawzajem uzupełniają – siła i spryt zmieszane z inteligencją. Także pojawiający się na drugim planie pomocnicy, czyli detektywi Carter i Fusco (Taraji P. Henson i Kevin Chapman) nadają na tych samych falach odkąd wiedzą, że pracują dla tych samych ludzi, choć nad tym drugim wiszą czarne chmury i jego przeszłość zaczyna prześladować (na razie ma spokój, ale na jak długo). Z nowych postaci zdecydowanie warto zwrócić uwagę na Samanthę Shaw (Sarah Shani), która chyba dołączy do Reesa oraz Fincha – twarda kobieta sprawnie obsługująca giwerami, będzie na pewno dobrze działać z Reesem. Coraz więcej się tez dowiadujemy o Root (Amy Acker) oraz jej fascynacji komputerami. Ta lekko psychopatyczna kobieta jeszcze odegra swoja rolę, co pokazuje finał.

Coraz bardziej „Person of Interest” się rozkręca, serwując rozrywkę na najwyższym poziomie, wiele razy skręcając ze schematu i maksymalnie wciągając. Gotowi by obejrzeć trzecią (na razie ostatnią) serię? Bo ja tak.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Klute

Zaginął biznesmen Tom Grunemann. Policja i FBI bezskutecznie próbuje ustalić co się stało z mężczyzną, a jedyną poszlaką jest nieprzyzwoity list napisany przez niego do pewnej call-girl z Nowego Jorku, jednak nie udaje się zdobyć informacji od dziewczyny. Pół roku później, rodzina zaginionego prosi o pomoc przyjaciela – prywatnego detektywa Johna Klute’a.

klute1

Pierwszy głośny film w dorobku Alana J. Pakuli, który otwierał tzw. „trylogię paranoiczną” (następne części to „Syndykat zbrodni” i „Wszyscy ludzie prezydenta”), gdzie paranoja jest tematem wiodącym. Pozornie prosta sprawa (rozwiązanie intrygi pojawia się w zasadzie w połowie filmu, ale o tym wiemy tylko my, widzowie), oczywista wolta zaginięcia staje się pretekstem do przyjrzenia się paranoi pewnej kobiety. I to właśnie ona jest w stanie przykuć uwagę w momencie, gdy znamy sprawcę. Jednak Pakula potrafi zbudować atmosferę osaczenia i klaustrofobii, w czym pomagają mu znakomite zdjęcia zmarłego dzisiaj (tj. 19 maja) Gordona Willisa – utopione wręcz w mroku (pościg Klute’a za podglądaczem z dachu czy finałowa konfrontacja w opuszczonej fabryce) albo stawiające nas w pozycji podglądacza (gdy widzimy zza okna czy z góry, ale gdy widzimy twarze, to można poczuć się dziwnie). Przy okazji jest to tez zderzenie dwóch światów: liberalnego i konserwatywnego, które potrafią jednak znaleźć wspólny język.

klute2

Siła napędową tego filmu jest tak naprawdę fenomenalna Jane Fonda – słusznie nagrodzona Oscarem. Bree wydaje się być wyrachowaną i zimną panną na telefon, która za pieniądze zrobi to, co chcesz. Ale po ta maska kryje się samotna, mająca paranoję na punkcie obserwacji kobieta, silnie trzymająca się potrzebie kontroli nad swoimi poczynaniami. Ale powoli odkrywa swoje kolejne maski – marzenia o aktorstwie, wizyty u psychiatry – ona wszędzie udaje, ale przez poznanie detektywa powoli zaczyna czuć się kobieco, nabiera różnych barw. I to wszystko jest rozegrane bez poczucia fałszu. Wydaje się, że grający tytułową postać Donald Sutherland nie ma tu nic do gadania. Klute wydaje się podręcznikowym detektywem, jeśli chodzi o strój i pozornie jest takim typowym nikim. Może i tak jest, ale jego chłodne oblicze oraz małomówność są naprawdę mocnym atutem. Czasami idzie okrężną drogą, ale jest konsekwentny i nie daje sobie w kasze dmuchać. Nie skrytykuje, jest cierpliwy, wręcz opiekuńczy. Od razu iskrzy między ta dwójką i oboje się świetnie uzupełniają. Warto tez zwrócić uwagę na kreację Roya Scheidera (alfons Frankie) i Charliego Cioffi (Peter Clark, wynajmujący Klute’a), którzy tworzą bardzo mocne tło.

klute3

„Klute” ma jedną poważną wadę: prostą intrygę kryminalną, ale relacja między Bree i Klutem tak rozkręca ten film, że wszystko inne staje się mało ważne. Z całej trylogii, dla mnie najlepsza część.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Droga przez piekło

Bobby Cooper to facet, który ma dużego pecha. Jest winien kupę szmalu pewnemu gangsterowi i jedzie mu ja oddać do Las Vegas. Jednak w trakcie jazdy nawala samochód, przez co trafia na Zadupie, które tutaj nazywa się Superior, gdzie zostaje okradziony z forsy. Wtedy przychodzi mu z pomocą szef agencji nieruchomości, niejaki Jake McKenna, który proponuje mu zabicie swojej żony – bardzo atrakcyjnej i młodej Grace.

drogapieklo1

Pozornie historia opowiadana przez Olivera Stone’a wydaje się bardzo prosta i mało złożona. Ale dla naszego bohatera dzień w miasteczku będzie po prostu piekłem i łańcuchem nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności oraz złego pecha, który nie chce opuścić Bobby’ego. W dodatku jest upał, dookoła pustynia, sępy, węże i tym podobne stworzenia. A kiedy wydaje się, że jest wyjście, okazuje się dla bohatera pułapką spowodowaną przez parę pokręconych postaci. Stone to wszystko opowiada w swoim stylu, trochę niespiesznie, ale stosując naprawdę rwany montaż, przebitki, ujęcia kręcone z różnych perspektyw, co tylko tworzy wrażenie kompletnego odrealnienia, sennego koszmaru w czym pomaga lekko westernowa muzyka Ennio Morricone i wplecione w całość piosenki. A poza tym prawie wszystko, co w czarnym kryminalne: zmęczony twardziel, femme fatale, skomplikowana intryga, nieufność i zbrodnia.Do tego jeszcze dość ciekawie zbudowane tło i kilka postaci, które przewijają się przez ekran (m.in. ślepy Indianin, szeryf miasteczka czy zakochany chłopak, który jest lekko narwany). O dziwo ta pokręcona mikstura, naprawdę działa, choć wielu może ona znudzić i zniechęcić.

drogapieklo2

Na szczęście Stone poza dobrymi dialogami oraz paroma woltami, dodaje naprawdę gwiazdorską obsadę. Na pierwszym planie mamy trójkąt, który rozkręca cała imprezę i tworzy wielkie szoł. Po pierwsze – Sean Penn, czyli zblazowany i mocno zmęczony Bobby Cooper, który chce jak najszybciej wyrwać się z miasteczka. Bardzo nieufny, cyniczny facet z wyrokiem na karku, coraz bardziej wpada w ciąg zdarzeń jak śliwka w kompot (napad na sklep, gdzie nabój ze strzelby „niszczy” jego forsę czy bilet zeżarty przez zazdrosnego Toby’ego). Kiedy pozornie wydaje się wychodzić na prostą, to finał jego losów jest mocno rozczarowujący. Ale mimo to jest świetny. Po drugie – Nick Nolte, niezawodny jak zawsze. Tutaj mocno wykreowany na czarny charakter, ale nigdy nie popada w przerysowanie czy groteskę. Zawsze jest przy ziemi, kocha i nienawidzi swoją żonę. I wreszcie wierzchołek, czyli apetyczna Jennifer Lopez. Kobieta apetyczna, bardzo delikatna, ale także podstępna i świadoma swoich atutów. Dodatkowo jeszcze mamy drobne epizody m.in. Billy’ego Boba Thorntona (mechanik Darrell), Joaquina Phoenixa (narwany Toby N. Tucker) i Jona Voighta (ślepy Indianin).

drogapieklo3

Stone może niczym nie powalił czy zaskoczył, ale „Drogę przez piekło” ogląda się naprawdę dobrze. Świetnie zagrane, dobrze poprowadzone, z miejscami naprawdę mocno nierealnym klimatem. Czemu film przepadł? To dobre pytanie.

7/10

Radosław Ostrowski

Windą na szafot

Julien Tavernier jest byłym komandosem, który pracuje w firmie niejakiego Carala, prowadzącego pewne szemrane interesy. Mężczyzna postanawia zabić swojego szefa, ale nie z powodu prowadzonych przez niego interesów, tylko dlatego, że jest kochankiem jego żony. Plan się udaje, jednak Julien zostawia jeden obciążający dowód i wraca do biura i… zostaje zatrzaśnięty w windzie, co wywoła lawinę poważnych wydarzeń.

winda1

Debiut Louisa Malle’a był zapowiedzią nurtu filmowego zwanego francuska Nową Falą. Intryga jest dość prosta, ale tak naprawdę rozbite jest to na trzy wątki: Julien utknięty w windzie, próbujący bezustannie wyrwać się z klatki, jego kochanki poszukującej go po mieście oraz dwójki młodych – Louisa i jego dziewczyny kwiaciarki Veronique, którzy kradną auto Taverniera, jadą przed siebie i popełniają podwójne morderstwo. Tempo jest powolne i spokojne, przez co działało na mnie dość usypiająco. Jedynie wątek dwojga małolatów, którzy wpadają w poważne tarapaty potrafił przykuć uwagę na dłużej. Ani klaustrofobiczna winda, ani śledztwo policji czy poszukiwania przez kochankę swojego faceta przez nocny Paryż, mimo niezłych zdjęć i świetnej muzyki Milesa Davisa, która tworzy klimat nie byłem w stanie przekonać się do tego filmu. W dodatku przeszkadzało mi trochę aktorstwo, zwłaszcza Jeanne Moreau, która wydawała się dość sztuczna i teatralna (może poza finałem).

winda2

Dziś ten film bardziej można traktować jako kawałek historii kina europejskiego, który ma swoje drobne momenty (brawurowa jazda młodych autem przez autostradę), ale po latach tylko częściowo się broni.

6/10

Radosław Ostrowski