Rellik

Londyńska policja prowadzi śledztwo w sprawie seryjnego mordercy, który swoim ofiarom oblewa twarz kwasem. Dochodzeniem kieruje Gabriel Markham, działający także z powodów osobistych: sam został oblany kwasem przez sprawcę. Ale cała historię poznajemy w momencie, kiedy policja znajduje podejrzanego – to chory psychicznie Steven Mills. Jednak podczas obławy mężczyzna zostaje śmiertelnie postrzelony. Detektyw jednak ma wątpliwości, czy mężczyzna był winny tych zbrodni.

rellik1

Kryminał od BBC, a dokładnie od braci Williams, czyli twórców „Missing”. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że idzie to znajomym kierunkiem. Klasyczne elementy są tutaj na miejscu: detektyw z przeszłością, brudny i lepki Londyn, masa tropów oraz poszlak, tajemnice do odkrycia. Jednak jest tutaj jeden trick, który wyróżnia ten tytuł z grona innych: kolejność. Albowiem całą historię poznajemy od końca i w kluczowym momencie akcja zostaje „puszczona” od tyłu, by cofnąć się o kilka godzin. Zostaje to nam podane o ile nas cofnęło, co zmusza do większego skupienia w trakcie seansu. Jeśli jednak sądzicie, że od razu dowiecie się kto zabił i dlaczego, to… nie. Tak dobrze nie ma, a pomysł wzięty z „Memento” tutaj sprawdza się świetnie i nie jest tylko techniczną sztuczką. A wiele scen w ten sposób nabiera nowego kontekstu (scena oddania kluczy czy znalezienie świni w mieszkaniu), jeszcze bardziej podkręcając napięcie.

rellik2

Normalna narracja wraca dopiero w ostatnim odcinku, choć też bywa przełamywana najistotniejszą retrospekcją. Dopiero wtedy wszystko zaczyna nabierać sensu, poznając motywację zbrodniarza. Osoby, którą widzieliśmy cały czas, nawet nie będąc w pełni świadomym. A co najbardziej mnie zaskoczyło, że dałem się podejść i wpadłem w tą pułapką, jaką twórcy przewidzieli. Jedynie same ostatnie sceny zawiodły mnie troszkę, ale to tyle w kwestii scenariusza.

Realizacyjnie jest tutaj po prostu solidnie, troszkę w dokumentalnym stylu. Kolory są przytłumione, jest wiele zbliżeń na twarze, co jeszcze bardziej buduje klimat. Tak samo jak miejscami świdrująca uszy muzyka elektroniczno-ambientowa. Tutaj wszystkie klocki są odpowiednio poukładane, trzymając solidny standard brytyjskiej telewizji.

rellik3

Równie świetne jest aktorstwo, gdzie twórcy postawili na mniej znane twarze zamiast wielkich gwiazd. Absolutnie tutaj błyszczy duet głównych bohaterów, czyli Richard Dormen oraz zjawiskowa Jodi Balfour. Ten pierwszy to glina z tajemnicą oraz życiem prywatnym w stanie niemal rozsypki. Atak kwasem jeszcze bardziej potęguje jego obsesję na punkcie mordercy i bardzo szorstki charakter. Bywa trochę cyniczny, ma pociąg do innych kobiet, nie będąc przystojniakiem. Bardzo ciężko polubić tego gościa, mimo że wydaje się – przynajmniej w teorii – tym dobrym. Z kolei Balfour (komisarz Shepard) pozornie wydaje się drobniutka, ale bardzo świadoma swojej atrakcyjności. Pozornie wydaje się nieciekawą postacią, ale z odcinka na odcinek nabiera coraz więcej kolorów, a między nią a Markhamen i czuć silną chemię między tą dwójką. Z drugiego planu najbardziej wybija się Paterson Joseph w roli bardzo uważnego psychiatry dr Isaaca Taylora oraz kapitalna Rosalind Eleazar jako podejrzana Christine Levison, kreując bardzo złożoną postać psychopatki.

rellik4

Czy poza intrygującym konceptem „Rellik” ma coś do zaoferowania? Forma wielu może początkowo zmęczyć, jednak dalej już lepiej. Świetne aktorstwo, bardzo wciągająca intryga oraz wiarygodne portrety psychologiczne postaci – to najmocniejsze punkty. Troszkę niedoceniony, ale warty uwagi miniserial.

7,5/10

Radosław Ostrowski

The Pale Horse

Mark Easterbrook jest zwykłym sprzedawcą antyków, który mieszka w Londynie lat 60. Ma piękną żonę, ale ginie w dość absurdalnym wypadku. Rok później mężczyzna żyje już z nową żoną i wszystko wydaje się toczyć swoim spokojnym tempem. Nie licząc kochanki pracującej w nocnym klubie, ale kiedy po jednej ze schadzek umiera, problem rozwiązuje się sam. To jednak nie jest najgorsze, bo przy innej denatce znaleziona zostaje lista. A on jest na niej wpisany, nie wiadomo dlaczego i kim jest cała reszta osób. Potem okazuje się, że osoby z listy zmarły. Niby z przyczyn naturalnych.

the pale horse1

BBC od lat bierze na warsztat w formie miniserialu powieści Agathy Christie. W tym roku padło na „Tajemnicę bladego konia” i nie jest to w formie jeden do jeden, co wielu fanów powieści zdenerwuje. Sama intryga jest ciekawa, bo w tle mamy tajemnicze miejsce „Pod Bladym Koniem” w małej wsi. Tam są trzy kobiety, co przepowiadają przyszłość i nie tylko. Pomagają rozwiązywać problemy z żywymi za pomocą magii. A przynajmniej taka jest fama i oglądając miałem pewne skojarzenia z… „Psem Baskerville’ów”, gdzie też pojawiały się – a przynajmniej zapowiadano – elementy nadprzyrodzone. Czyżbyśmy mieli do czynienia z morderstwami, naturalnymi zgonami czy jednak czarami. Kryminał to czy horror?

the pale horse2

Bo „The Pale Horse” ma miejscami bardzo niepokojące momenty, związane z sennymi koszmarami Marka. Niby akcja jest prowadzona powoli, lecz podskórnie czuć atmosferę niepokoju. Atmosfera wydaje się wręcz fatalistyczna, bez możliwości odwrotu. Sama obecność trzech pań już działało na moją wyobraźnię, zaś sceny festynu miały w sobie coś bardzo dziwacznego. I to bardzo skłania do myślenia, zaś budowana tajemnica zaczyna psuć życie naszego bohatera. Jest to budowane konsekwentnie, powoli odkrywając kolejne elementy układanki. Aż do samego finału, gdzie mam pewien problem. Z jednej strony wyjaśnienie jest bardzo zaskakujące i pokazuje, że jeszcze można wprowadzić widza w pole, z drugiej wydaje się dość dziwne oraz podane w sposób nieprzekonujący. Jakby tego było mało, ostatnie sceny wywołały we mnie konsternację. Ten artykuł prasowy stawia jeszcze więcej pytań, niemal podważając wszystko. Czy to co widzieliśmy, naprawdę miało miejsce czy to był wytwór zwichrowanego umysłu? Na to odpowiedzi nie dostaniecie i to mi troszkę psuje wrażenia.

the pale horse3

Technicznie trudno się do czegoś przyczepić, bo jest to bardzo porządnie wykonane. Scenografia oraz kostiumy budują realia lat 60., w tle gra bardzo niepokojąca muzyka, zaś mroczne zdjęcia koszmarów sennych wywołują skręt ku horrorowi. Widać telewizyjny budżet oraz kameralność całej historii (niemal wręcz teatralna), niemniej nie traktowałbym tego jako wady.

the pale horse4

Aktorsko jest tutaj bardzo solidnie, a z tego grona najbardziej wybijają się trzy role: Mark, pan Osborne oraz inspektor Lejuine. Pierwszego gra absolutnie świetny Rufus Sewell, który często jest obsadzany w rolach czarnych charakterów, co może wydawać się spoilerem. Jego Mark to postać naznaczona mrokiem, niepozbawiona ciętego humoru, próbująca wyjaśnić swoją tajemnicę. Intryguje i jest w stanie przekonać do siebie. Osborne w wykonaniu Bertiego Carvela początkowo sprawia wrażenie wystraszonego paranoika, człowieka bardzo wierzącego i przezornego. Zwraca na siebie uwagę nerwowymi ruchami i głosem, ale to wobec niego związana jest ważna wolta. No i Sean Pertwee jako prowadzący dochodzenie inspektor – dociekliwy, uważny, nie odpuszczający żadnego tropu. Klasyczny gliniarz w starym stylu. Warto też wspomnieć Kayę Scodelario jako drugą żonę Marka, Hermię. I nie chodzi tylko o urodę, ale ma też kilka mocnych scen (niszczenie garnituru).

„The Pale Horse” ze wszystkich ostatnich adaptacji Christie dla BBC wydaje się solidnym dziełem. Ma swój własny klimat, potrafi zaintrygować, ale nie do końca potrafi mnie przekonać do siebie. Być może te zmiany wobec materiału źródłowego były zbyt odległe, zaś zakończenie pozostaje dla mnie niejasną zagadką. Niemniej dla aktorstwa jak najbardziej warto.

7/10

Radosław Ostrowski

Dżentelmeni

Mickey Pearson to jest prawdziwy dżentelman z krwi i kości, choć pochodzi z USA. Jednak to w Wielkiej Brytanii działa jako biznesmen, wspierający różne fundacje oraz działalność charytatywną. Prawdziwym bogactwem naszego Jankesa jest Królowa Marysieńka, którą sprzedaje w ilościach hurtowych. Ale problem w tym, że Mickey już chciałby się wycofać i sprzedać swój złoty interes. Kiedy znalazł się kupiec i oferta wydała się być zaklepana, nagle wszystko zaczęło się sypać. Ktoś się włamał do jednej z plantacji, pojawia się kolejny chętny do kupna, a jakby tego było mało, okazję w tym widzi pewien dziennikarz zajmujący się odnajdywaniem brudów.

dżentelmeni1

Guy Ritchie po flircie z Hollywoodem (głównie przynoszącym komercyjne rozczarowanie) postanowił wrócić na stare śmieci. W tym przypadku oznacza to londyński półświatek, gdzie nie brakuje wyrazistych bohaterów. Niby są to dżentelmeni i potrafią się elegancko wysłowić, a nawet zapraszani są na imprezy organizowane przez wyższe sfery. Ale kiedy mowa o interesach, to wszystkie chwyty są dozwolone, a zobowiązania przestają mieć znaczenie. Wszyscy zachowują się jak rekiny na zapach krwi. Przewodnikiem po tym bezwzględnym świecie jest niejaki Fletcher – dziennikarz śledczy, który zostaje zatrudniony przez wydawcę tabloidu do śledzenia oraz znalezienia brudów na Pearsona. Pismak jest też wielkim pasjonata kina i całą opowieść ubrał w formę scenariusza. Dlatego wiele rzeczy zostaje podkoloryzowanych, by zdynamizować akcję, a to pozwala reżyserowi na robienie najlepszych rzeczy: zabawę formą, chronologią oraz wodzeniu za nos.

dżentelmeni2

Ritchie serwuje całość dialogami bardzo w jego stylu i niepozbawionym bardzo smolistego poczucia humoru. Obrywa się tu wszystkim: mniejszością etnicznym („Chińczycy aktualizują się szybciej niż jebane iPhony”), raperom, próżniaczej arystokracji, młodzieży czy dziennikarzom, próbującym wejść do high-life’u. Każdy z nich jest przekonany o swoim sprycie, chce wykorzystać okazję na wzbogaceniu się i myśli, że jest nietykalny. Ale wielu się pomyli w tym temacie. Może i reżyser nie szaleje tak bardzo jak w „Królu Arturze”, ale i tak ma kilka szalonych pomysłów jak napad na plantację marihuany w formie… hip-hopowego teledysku czy użycia piosenek (grane na żywych instrumentach „Shimmy Shimmy Ya”). A finał był dla mnie bardzo satysfakcjonujący.

dżentelmeni3

Jedyne do czego mógłbym się przyczepić, ale to już tak na siłę, to dość wolne tempo oraz (celowo) chaotyczny początek. Z czasem to wszystko zaczyna łapać swój rytm, a nadmiar postaci tylko na początku wywołuje dezorientację. I dla mnie troszkę narracja oraz kilka scen przypominały mi troszkę zapomniany klasyk brytyjskiego kina gangsterskiego, czyli „Długi Wielki Piątek”. Od razu ostrzegam: nie jest to plagiat.

dżentelmeni4

A aktorsko to jest prawdziwa znakomitość jaką można się po Ritchiem spodziewać. Do wielkiej formy wraca Matthew McConaughey jako Mickey Pearson. Niby spokojny, opanowany pan w średnim wieku z umysłem szachisty. Ale kiedy ktoś mu nadepnie na odcisk, budzi się w nim bestia i nie boi się brudzić rąk. To z jakim spokojem oraz elegancją zapodaje dialogi czyni tą postać elektryzująca. Równie wyborny jest Charlie Hunnam jako prawa ręka mafioza, Raymond. Jemu to Fletcher opowiada swoją historię, zaś aktor tworzy swoją najlepszą kreację w swojej karierze. Bardzo ostry, bezwzględny, choć też opanowany gangster z głęboką wiarą oraz wstrętem do narkomanów. Ale tak naprawdę film kradną dwie rewelacyjne kreacje. Po pierwsze, Colin Farrell w drobnej rólce Trenera, potwierdzający swój wielki talent komediowy (scena w restauracji). Po drugie, Hugh Grant jako Fletcher, który jest wypadkową śliskiego cwaniaka, elokwentnego detektywa i pasjonującego gawędziarza. Ten facet ostatnimi laty pokazuje, że ma o wiele szerszy wachlarz umiejętności niż nam się to wydawało.

Jeśli ktoś się obawiał, że Guy Ritchie ostatnio miał stępione pazurki i nie mógł w pełni zaprezentować swoich umiejętności, „Gentlemeni” rozwieją je od pierwszych minut. Gangsterski klimat okraszony brytyjskim poczuciem humoru, galerią wyrazistych postaci oraz pomysłowo poprowadzoną intrygą. Wielki powrót na stare śmieci. Pytanie tylko na jak długo?

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Czarny Mercedes

Rok 1942, okupowana przez Niemców Warszawa. Tutaj zostaje zamordowana żona pewnego znanego i cenionego adwokata, Karola Holzera. Nic nie zostało skradzione, a potencjalny świadek/sprawca, czyli gosposia znika bez śladu. Śledztwo prowadzi oficer granatowej policji, nadkomisarz Rafał Król, który jest także członkiem AK. Nieoczekiwanie do sprawy włącza się radca kryminalny Enrst Kluge, a dochodzenie prowadzi do dość niebezpiecznych torów. Przynajmniej tak założyli sobie twórcy.

czarny mercedes1

Janusz Majewski to jeden z weteranów kina, który także posiada talent literacki. „Czarny Mercedes” to adaptacja jego własnej powieści kryminalnej, bardzo ciepło odebranej przez czytelników. Przeniesienie tego dzieła na ekran kinowy wydawało się kwestią czasu. Sama koncepcja była bardzo interesująca: morderstwo w czasach okupacji dawało spore pole do popisu. Bo czego tu nie ma: ukrywanie Żydów, znajdujące się w getcie ekskluzywne lokale dla bogaczy, ukrywający swój homoseksualizm oficer SS, konspiracja, tłumione namiętności oraz ukrywane tajemnice. Problem jednak w tym, że reżyserowi – w co bardzo ciężko mi było uwierzyć – nie udaje się ani zaangażować, ani wciągnąć w swoją opowieść. Wątki są bardzo szybko urywane i wraca się do nich w sposób absolutnie chaotyczny (kwestia chłopaka ofiary, który próbuje do niej dotrzeć i próbuje na własną rękę dopaść sprawcę czy nielegalna działalność mecenasa) albo prowadzą donikąd (wizyta w Cafe Muza). To drugie jeszcze samo w sobie nie jest złe, bo niejako o to w kryminale chodzi. Jednak pojawia się tutaj kilka scen, które sprawiają wrażenie zapychaczy (Aneta stojąca nago przed lustrem, relacja Maxa z przyjacielem Egonem czy wątek konspiracji) i można było z nich spokojnie zrezygnować.

czarny mercedes2

Jeszcze większym problemem była realizacja, która jest bardzo nierówna. Z jednej strony starano się zachować klimat lat 40., co widać w scenografii (szyldy na sklepach) czy kostiumach. Z drugiej większości akcji toczy się w przyciemnionych pokojach, gdzie widać głównie twarze oraz sylwetki postaci. Przez co całość sprawia wrażenie produkcji telewizyjnej i z o wiele mniejszym budżetem niż jest naprawdę. O napięciu też można w sumie zapomnieć, bo historia jest bardzo przewidywalna i szybko odkryłem kto stoi za tym wszystkim. Te niby momenty montażowych cięć przed istotnym wydarzeniem wcale nie pomagają tego zatuszować.

czarny mercedes3

Aktorsko też nie za bardzo jest pole do popisu, bo postacie nie są zbyt dobrze zarysowane, brzmią sztucznie i sprawiają wrażenie kukiełek pozbawionych jakiegokolwiek charakteru. Choć aktorzy starają się jak mogą, rzadko komu udaje się wypaść wiarygodnie. Z całej obsady najlepiej wypada drobny epizod Andrzeja Seweryna w roli hrabiego-erotomana. Postać ta dodaje odrobinę humoru i jest najbardziej kolorowa w tym całym towarzystwie. Solidnie jeszcze prezentuje się Andrzej Zieliński w roli Króla – ma w sobie coś, co pasowałoby do roli klasycznego, doświadczonego detektywa. Za to Bogusław Linda jako jego niemiecki kolega z pracy wypada dość dziwacznie. I nie chodzi o małą obecność na ekranie, ale podczas jego dialogów w języku niemieckim słychać, że mówi nie swoim głosem. Ta podmiana wypada sztucznie i przyprawia o wielki ból uszu. Jeszcze można zawiesić oko na Marii Dęskiej (Krystyna/Aneta), która jest magnetyzująca, ale to za mało.

czarny mercedes4

Niestety, ale Majewski przenosząc na ekran swoją powieść rozczarował okrutne. Tak barwny i bogaty świat nie udało się ożywić na taśmie, zaś intryga kompletnie nie angażuje oraz pozbawiona jest napięcia. Jeśli chcecie wejść w ten świat, zdecydowanie lepiej zostać z powieścią.

4/10

Radosław Ostrowski

Bosch – seria 3

Miałem dość długą przerwę związaną z oglądaniem „Boscha”. I kiedy wydawało się, że nasz glina z LA ma odrobinę świętego spokoju, bardziej nie można się mylić. Mężczyzna sam zajmuje się nastoletnią córką i jedną z obsesji pokonaną (sprawa zabójstwa jego matki), ale to jedyny problem. Zostaje zamordowany mężczyzna podejrzany o zabójstwo dwóch kobiet, których detektywowi nie udało się rozwiązać. Jakby tego było mało, detektyw przygotowuje się do sądowej sprawy reżysera filmowego oskarżonego o morderstwo kobiety oraz razem z Jerrym Edgarem prowadzą sprawę zabójstwa bezdomnego. Jak się okazuje, to były wojskowy.

bosch3-1

Jeden z flagowych seriali Amazon Prime Video nadal trzyma się dobrze, chociaż jest to niemal klasyczny procedural. Z tą różnicą, że fabuła skupia się na jednym dochodzeniu, czasami wprowadzając poboczne wątki dla ubarwienia. Tytuł, tak jak poprzednia seria, nie jest skupiony tylko na jednym wątku, co zdecydowanie uatrakcyjnia oglądanie serialu. Nawet jeśli takich historii widzieliśmy już wiele: mylenie tropów, coraz bardziej nawarstwiające się problemy, wątki obyczajowe zmieszane ze śledztwami, polityczno-sądowe gry. Innymi słowy: nic nowego w Los Angeles. Ale miasto nie jest tutaj – co jest bardzo konsekwentne – pokazane w sposób pocztówkowy. Bywamy na ulicy, barach, schroniskach dla młodzieży czy posterunku. No i dość poważnie przygląda się niedoskonałości wymiaru sprawiedliwości, gdzie prawda nie ma znaczenia dla jego reprezentantów. Kiedy ważniejsza od prawdy jest statystyka i kalkulacja, mająca pomoc w wyborach na prokuratora czy w karierze. Kontrastem dla tej postawy jest Bosch, choć trzeba przyznać, że coraz bardziej granica odcieni szarości prawa zaczyna się przesuwać. Czyżby nasz bohater zaczął stawać się bandytą z tą różnicą, że nosi mundur? Zakończenie nie daje jednoznacznej odpowiedzi, przez co nie mogę doczekać się kolejnej serii.

bosch3-2

Realizacyjnie „Bosch” przypomina bardziej klasyczne kryminały czy policyjne dramaty sprzed kilkunastu lat. Klisz tutaj nie brakuje (detektyw z przeszłością, komediowy duet Baryła/Krata, umiarkowanie pobłażliwy szef), jednak nie działają na niekorzyść, co jest bardzo sporym zaskoczeniem. Same śledztwa też potrafią wciągnąć, zwłaszcza zabójstwo Gunna, które ma drugie dno. Nie brakuje paru zaskoczeń i wolt, ale dochodzą też konflikty między policjantami (zwłaszcza Boscha z prowadzącym sprawę Gunna Robertsonem), co jeszcze bardziej buduje suspens. Jedynym problemem był dla mnie wątek p.o. szefa Irvinga i politycznej walki o urząd komendanta policji, który mnie akurat nie zaangażował. Sprawiał wrażenie dość oderwanego od reszty (oprócz tajemniczego zabójcy z Koreatown, którego nie udaje się schwytać), mimo udziału niezawodnego Lance’a Reddicka. Jeszcze bardziej zaskoczył mnie fakt, że pewna sprawa dla Harry’ego wraca i tylko pozornie wydawała się zamknięta. Jestem strasznie ciekawy, jak zostanie to rozwiązane.

bosch3-3

Aktorsko nadal całość w ryzach trzyma Titus Welliver, ożywiając bardzo schematyczną postać detektywa z mroczną przeszłością, nieidącego na kompromisy twardziela.  Starzy znajomi nadal prezentują się świetnie (ze wskazaniem na Jamiego Hectora oraz duetu Evans/Cummins), jednak to nowe postacie dodają sporo od siebie. Najbardziej wybija się Paul Calderon jako doświadczony detektyw Santiago „Jimmy” Robertson, który ma zatarg z Boschem i początkowo podejrzewa go o udział w morderstwie Gunna. Dobrze też wypada John Ales (reżyser Andrew Holland), tworząc dość ekscentrycznego łotra, korzystającego z usług śliskiego adwokata (cudny Spencer Garrett) oraz śliskiego ex-gliniarza (zaskakujący Arnold Vosloo), choć pojawia się bardzo rzadko.

bosch3-4

Jeśli szukacie klasycznego w stylu serialu kryminalnego, to „Bosch” jest absolutnie pozycją obowiązkową. Ma świetny klimat, wyrazistych bohaterów oraz na tyle interesującą intrygę, że można serię obejrzeć w jeden/dwa dni. Dobrze, że do tej serii wróciłem, bo tego mi brakowało.

8/10

Radosław Ostrowski

Joker

Jeden z najbardziej ikonicznych łotrów w historii komiksu. Na ekranie pojawiał się wielokrotnie, a dla każdego aktora była to szansa na wykazanie się, którą wykorzystywali (Jack Nicholson, Heath Ledger, Mark Hamill). Albo i nie (Jared Leto). Kiedy pojawiły się wieści, że nowego Jokera zagra Joaquin Phoenix, ekscytacja była wielka. Nawet reżyser Todd Phillips nie budził zbyt wielkich obaw. Ale tym razem miało być zupełnie inaczej.

joker1

Jest rok 1981, Gotham City. Wielka metropolia dusi się we własnych śmieciach i brudzie, a bezrobocie osiąga niebezpiecznie wysoki poziom. Jednym z ludzi próbujących się utrzymać jest Arthur Fleck. Pracuje jako błazen. Mieszka razem z matką, która coraz bardziej zaczyna żyć swoim życiem. Nikt go nie traktuje poważnie, otoczenie traktuje go jak dziwaka i parę razy bywa pobity. Kobieta kiedyś pracowała u Thomasa Wayne’a, który obecnie kandyduje na urząd burmistrza, zaś sam Fleck marzy o karierze komika. Jednak życie Flecka coraz bardziej zaczyna go dobijać, w czym nie pomaga mu gwałtowny śmiech, na którym nie ma kontroli. Najpierw zostaje zwolniony, a następnie zaatakowany w metrze, co kończy się śmiercią agresorów.

joker2

Reżyser ubiera cała opowieść w konwencję psychologicznego dramatu, więc fani herosów w lateksach, spuszczający sobie nawzajem łomot będą zdziwieni i rozczarowani. „Joker” skupia się na postaci Flecka oraz jego powolnej drodze ku szaleństwu. Jest poważnie, ale nie w stylu Zacka Snydera. Bliżej jest do mrocznych dramatów Martina Scorsese pokroju „Taksówkarza” czy „Króla dowcipu”. Tutaj nasza wiedza na temat głównego protagonisty zostaje poddana weryfikacji. Bo czy to, co naprawdę widzimy jest naprawdę, czy to tylko wytwór jego wyobraźni (jego dzieciństwo i przeszłość). A i sama rzeczywistość jest nieprzyjazna, brudna, lepka wręcz. Tutaj ludzie są źli, podli i okrutni (może nawet za bardzo), a do popadnięcia w gniew, szał, obłęd wystarczy tak niewiele.

joker3

Philips potrafi wręcz przerazić odkrywając kolejne elementy układanki, zaś wiele scen (m.in. Fleck w szalecie, wizyta w Arkham, pierwsze zabójstwo czy zamieszki) trzyma za gardło. Napięcie niczym w rasowym thrillerze potrafią spotęgowane wyprane od kolorów, znakomite zdjęcia oraz wrzynająca się w uszy muzyka. A sam finał potrafi przerazić i w każdej chwili może wydarzyć się naprawdę. Jedynym poważnym problemem dla mnie było troszkę nadmierne wykorzystywanie przez reżysera łopaty. Pewne rzeczy są zbyt często powtarzane, jakbyśmy nie do końca zrozumieli za pierwszym razem.

joker4

Jednak najmocniejszą kartą w talii reżysera jest Joaquin Phoenix. Jego Fleck magnetyzuje niemal od samego początku. Niemal rozedrgane ruchy nóg, pozorne opanowanie i spokój w głosie pokazują, że coś się tutaj kiełkuje. I jego przemiana z zagubionego, delikatnego człowieka w coraz bardziej obłąkanego, niebezpiecznego psychopatę robi piorunujące wrażenie. O ile na początku Fleck budzi współczucie i jego go zwyczajnie żal, to jako Joker budził we mnie tylko lęk oraz przerażenie. Ale najbardziej zadziwia fakt, że to on staje się symbolem ludzi wykluczonych, odrzuconych przez społeczeństwo i czujących się jako ci gorsi. Brzmi to jak żart, tylko że jakoś nikt się z niego nie śmieje. Reszta obsady robi tutaj tak naprawdę za tło, ale cieszy mnie dobra forma Roberta De Niro (prowadzący show Murray Franklin) oraz Frances Conroy (Matka Flecka), tworząc bardzo wyraziste kreacje.

„Joker” pokazuje troszkę inne oblicze kino superbohaterskiego, próbujące bardziej skupić się na psychologicznym portrecie niż na bijatyce i sianiu rozpierduchy. I to pokazuje jak bardzo w temacie superherosów i superłotrów jeszcze można pokazać. Mroczny, brudny, przerażający, niezapomniany.

8/10

Radosław Ostrowski

Osierocony Brooklyn

Takich ludzi jak Lionel Essrog raczej mija się na ulicy. Nawet jak się przystanie, jedyne słowo mogące go opisać to: dziwak. Zdarza mu się, że nagle plecie coś bez sensu, wykonuje absurdalne zachowania (dając ognia, podpala zapałkę po to… żeby ją zgasić, bo nie wydała odpowiedniego dźwięku) i nie wiadomo w zasadzie, czego się można spodziewać. Tego nie wie nawet on sam, bo jego głowa to jeden wielki bajzel zwany zespołem Tourette’a. Niemniej znalazł się ktoś, kto potrafił wykorzystać najmocniejsze atuty (świetna pamięć). Był to Frank Minna – prywatny detektyw, który przygarnął Lionela oraz jego kumpli z sierocińca. Spoko gość, ale wdepnął w paskudną sprawę i ktoś go sprzątnął. Ale kto i dlaczego chciałby to zrobić? Essrog podejmuje się na własną rękę wybadać sprawę.

Czarny kryminał to gatunek kina, który swoje najlepsze lata wydaje się mieć za sobą. Czasy panów z kapeluszami w prochowcach, palących papierosa oraz odkrywających brudne tajemnice miasta już mamy za sobą. Pojawiają się pewne próby przebicia jak „Nice Guys” Shane’a Blacka (ok, to są lata 70., ale podobny vibe) czy wykorzystujące elementy tego gatunku eksperymenty pokroju „Brick”, ale klasyczne noir skończyło się wraz z „Tajemnicami Los Angeles”. Czyli od 1997 roku. Nie zraziło to jednak Edwarda Nortona, który podjął się reżyserskiej próby i przeniesienia na ekran powieści Jonathan Lethama z 1999 roku. Przeniósł jej akcję z lat 90. do 50., a reszta krąży wokół klasycznych elementów tego gatunku. Miasto skrywające bezwzględne tajemnice i brudy – jest. Kobieta, skrywająca pewną tajemnicę – zgadza się. Korupcja na szczytach władzy – pasuje. Rasistowskie uprzedzenia – nie zawsze są standardem, ale tu są. Innymi słowy, to klasyczna kryminalna opowieść retro.

osierocony brooklyn1

A w tym przypadku jest to broń obosieczna. Reżyserowi udaje się zachować klimat realiów epoki. Kostiumy, dekoracje, rekwizyty, samochody – tutaj się wszystko zgadza i nie ma miejsca na pomyłki. Równie świetne są bardzo stylowe zdjęcia Dicka Pope’a (zwłaszcza ujęcia nocne to prawdziwe złoto) oraz jazzowo-psychodeliczna muzyka Daniela Pembertona. Jest parę podnoszących napięcie scen jak znakomity początek czy bardzo dramatyczny pościg nocny do mieszkania albo momenty, gdy Essrog próbuje sobie przypomnieć pewne słowa, zdarzenia, sytuacje. Wtedy widać jak ten zwichrowany umysł funkcjonuje, co już czyni całość odrobinę interesującą.

osierocony brooklyn2

Problemem jednak jest sama historia i intryga. Nawet nie chodzi o to, że film jest bardzo długi (niecałe dwie i pół godziny), ale to wszystko wydawało mi się dziwnie znajome. Aż za bardzo, przez co wiele razy od seansu się odbijałem niczym piłeczka ping-pongowa. Chwila ekscytacji, by przez chwilę odczuć znużenie, kolejna ekscytacja i znużenie. Tak przez cały film, a kilka niekonwencjonalnych tricków (sceny pobicia, gdy widzimy akcję z oczu bohatera czy moment niejako „przejęcia” rekwizytów mentora przez Lionela) nie zawsze rekompensowało seans.

osierocony brooklyn3

Sytuację ratuje za to znakomita kreacja Edwarda Nortona, który (w przeciwieństwie do reżysera… Edwarda Nortona) jest bardzo zdyscyplinowany i magnetyzuje do samego końca. Essrog początkowo sprawia wrażenie dziwaka niż klasycznego detektywa-twardziela/cwaniaka z kina noir, co czyni go obiektem drwin i staje się lekceważony przez wrogów. Tylko, że pod tą kopułą pracuje bardzo zaawansowany komputer, który czasami lubi się psuć. Zderzenie niemal fotograficznej pamięci z powtarzającymi się manieryzmami („If”), tikami oraz dość niepozorną sylwetką tworzy niesamowitą mieszankę niewinności ze sprytem, determinacją i odwagą. Na drugim planie absolutnie błyszczy Alec Baldwin w roli śliskiego, bezwzględnego polityka Mosesa Randolpha, który dla władzy zrobi wszystko. Nawet unowocześni miasto, co jest jego wielką obsesją. Warto też wspomnieć o trzymającym jak zawsze poziom Willem Dafoe (Paul) i Bobbym Cannavale (Tony), a także odzyskujący chęć do grania Bruce Willis (detektyw Frank Minna).

osierocony brooklyn4

„Osierocony Brooklyn” dla fanów kina noir będzie niczym prezent pod choinką. Trudno odmówić Nortonowi zaangażowania oraz pasji, jednak film nie porywa tak bardzo jak mógłby być. Brakuje jakiegoś mocniejszego kopa i… świeżości, co zaskoczyło mnie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Żmijowisko

Tytułowe Żmijowisko to ośrodek agroturystyczny gdzieś na mazurskiej głuszy. Las, jezioro, ognisko – innymi słowy oaza spokoju. Ale to właśnie tutaj doszło do tragedii. Zaginęła 15-letnia Ada, córka Arka i Kamili, którzy spędzali tam wypoczynek razem ze znajomymi matki dziewczyny z czasów studiów. Mimo intensywnych poszukiwań, Ady nie udaje się znaleźć. Rok później ojciec wraca na miejsce zbrodni, by dotrzeć do prawdy.

zmijowisko1

Łukasz Palkowski wręcz zaczyna taśmowo robić seriale dla telewizji. Po „Belfrze”, „Pułapce” i „Chyłce” tym razem zmierzył się z powieścią Wojciecha Chmielarza. Książki oczywiście nie czytałem, więc nie mogę jej w żaden sposób porównać. Niemniej jest wiele znajomych motywów dla historii opartych na tajemnicy: mroczna okolica, bardzo dziany biznesmen, rodzinne niesnaski, nieprzyjemna przeszłość, tajemnice i kłamstwa. A w to wszystko zostaje wciągnięty zwykły, szary człowiek ze zniszczoną reputacją. Reżyser jednak decyduje się na zabawę chronologią, stosując aż trzy linie czasowe: chwile do dnia zaginięcia, rok po całej sytuacji oraz czas pomiędzy. Wszystko to zaznaczone innymi kolorami, przez co nie ma szansy na dezorientację ani zagubienie. I ta przeplatanka jest czymś bardzo odświeżającym, zaś osadzenie całości na Mazurach budziło klimat kryminałów… skandynawskich.

zmijowisko2

Niemniej muszę przyznać, że „Żmijowisko” bardzo mnie rozczarowało. O ile klimat potrafi uwieść, zdjęcia odpowiednio eksplorują tamtejszą faunę, to jednak problem mam z samą konstrukcją opowieści. Sama kryminalna intryga z czasem zaczyna schodzi na bardzo daleki plan, a najważniejsze zaczynają być dwa wątki. Pierwszy dotyczy fascynacji syna właścicieli ośrodka z nową koleżanką ze szkoły. Sabina ma w sobie dużo mroku, jest zafascynowana zbrodnią, a relacja staje się coraz bardziej toksyczna, niepokojąca i budząca grozę. Natomiast drugi wątek dotyczy coraz bardziej psującego się związku Arka i Kamili, który są ze sobą z powodu… nieplanowanej ciąży. Więcej jest tutaj kłótni, ciętych i ostrych słów, których kumulacją jest incydent na ognisku.  Te momenty odpowiednio podkręcają całą atmosferę, gdzie można ją kroić nożem.

zmijowisko3

Muszę też przyznać, że reżyser wie jak mylić tropy oraz potrafi zaciekawić, mimo dość nierównego środka serialu. Niemniej muszę przyznać, że bardzo zaskoczył mnie finał oraz rozwiązanie całej intrygi, którego się nie spodziewałem. Nie zdradzę wam o co chodzi, ale byłem w bardzo wielkim szoku i zostałem wpuszczony w maliny. To jest dla mnie największy atut, który jest w stanie zrekompensować słabsze momenty.

Aktorsko jest tutaj bardzo porządnie i jest kilka niespodzianek. Zaskakuje tutaj Paweł Domagała, który próbuje mocno zerwać z emploi charakterystycznego aktora z komedii romantycznych. Tutaj wciela się w bardzo wycofanego everymena, zderzonego z bardzo niezrozumiałą tajemnicą, pełen frustracji oraz lęków. To mocna i nietypowa kreacja, pokazująca dość spory potencjał tego aktora, zwłaszcza w momentach utraty temperamentu, kłótni czy oskarżeń. Dlatego tak dobrze wypada w duecie zarówno z Agnieszką Żulewską (Kamila), jak i debiutującą Daviną Reeves-Ciarą (Adaoma), choć ta druga pełni rolę partnera w śledztwie. Dla mnie jednak najlepiej z obsady wypada Cezary Pazura w roli biznesmena Rybaka oraz Kamila Urzędowska jako jego córka, Sabina. Pierwszy jest odpowiednio twardym biznesmenem, bezwzględnie dążącym do realizacji swoich celów, zaś druga jest coraz bardziej niepokojącym materiałem na manipulującą socjopatkę, zafascynowaną przemocą, krwią oraz zabijaniem. Bardzo niepokojący duet, choć nie mają ze sobą wiele scen. Z drugiego planu warto wspomnieć mocną rolę Piotra Stramowskiego (bardzo śliski Robert) oraz Wojciecha Zielińskiego (Krzysztof Trypa).

zmijowisko4

Nie wiem co tu się wydarzyło, ale „Żmijowisko” pokazuje pewne drobne wypalenie Palkowskiego. Punkt wyjścia brzmi bardzo znajomo, intryga miejscami rozłazi się, a aktorstwo i klimat nie zawsze są w stanie przyciągnąć wszystkich do samego końca. To się jeszcze dobrze ogląda, ale na miejscu reżysera uważniej dobierałbym materiał do pracy.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Na noże

Witajcie w rezydencji Harlana Trombeya – bardzo poczytnego i popularnego pisarza kryminałów. Rezydencja jest tak duża, że oprócz niego mieszka dość spora rodzinka. Jego najstarsza córka z mężem zajmują się handlem nieruchomościami (i mają syna-playboya), średnia jest influencerką oraz ma sieć kosmetyków i samotnie wychowuje córkę, zaś najmłodszy syn prowadzi wydawnictwo publikujące powieści Harlana. A że nasz autor ma 85 lat, zajmuje się nim wynajęta pielęgniarka Marta. Żyją sobie w spokoju i dostatku, aż do dnia po urodzinach, kiedy patriarcha zostaje znaleziony martwy. Z poderżniętym gardłem. Policja zaczyna prowadzić śledztwo i uznaje całą sprawę za samobójstwo. Ale jest ktoś, kto ma wątpliwości i niejako zostaje włączony do sprawy – prywatny detektyw Benoit Blanc.

na noze2

Rian Johnson jest reżyserem, który ostatnimi czasy nie miał zbyt dobrych opinii. Ósma część „Gwiezdnych wojen” w jego wykonaniu bardzo mocno podzieliła wszystkich i jego kolejny film był traktowany z wątpliwościami oraz obawami. Jednak „Na noże” to jest zupełnie inna para kaloszy – bardzo precyzyjnie wykonany i poprowadzony. Punkt wyjścia brzmi jak klasyczna kryminalna opowieść pióra Agathy Christie czy Arthura Conan Doyle’a. Zamknięta przestrzeń (niemal), bardzo duży krąg podejrzanych, gdzie każdy ma motyw oraz dość ekscentryczny śledczy, próbujący dotrzeć do prawdy. Ale jakimś dziwnym cudem ta archaiczna konstrukcja nie pachnie naftaliną, bo reżyser bawi się cała konwencją, gdzie nawet ograne elementy (wykorzystane retrospekcje, tajemniczy szantaż czy finałowe rozwiązanie pełne retrospekcji) są po prostu świeże i angażujące.

Brzmi jak setka innych tego typu kryminałów? Być może, ale reżyser z jednej strony bardzo precyzyjnie prowadzi całą intrygę i parę razy mnie podpuścił. Chociażby na samym początku, gdzie poznajemy jak doszło do śmierci. A przynajmniej tak nam się wydaje i w tym momencie suspens powinien spaść na łeb, na szyję. Jednak tak się nie dzieje, bo Johnsonowi udaje się zaangażować w całą narrację, gdzie ciągle dochodziło do przerzutek, zaskoczeń i wolt. Czegoś, co wydawało mi się nieosiągalne w tym gatunku.

na noze1

Ale jednocześnie Johnson portretuje cała tą relację rodzinną. Tylko, że ta cała familia w jakimś sensie funkcjonuje dzięki Harlanowi i jego majątkowi. Nie są oni w stanie funkcjonować samodzielnie, próbując niejako wykorzystać finanse i położyć na nim swoje ręce. Niby są kochającą rodziną, gdzie każdy z członków ma różną filozofię, poglądy, ale tak są egoistycznymi pijawkami. Istotami, którzy nie osiągnęli niczego swoimi rękoma, ale uważają swój status społeczny za coś, co im się należy. Dlatego się wywyższają, uważają za ważniejszych i gardzą resztą społeczeństwa. Kontrastem dla nich jest bardzo prostoduszna, pełna empatii oraz dobra pielęgniarka. Sprawia ona wrażenie obcego ciała tak nie pasująca do reszty otoczenia i to, że udaje się zachować ten charakter, budzi mój podziw. Zaś rozwiązanie naprawdę mnie zaskoczyło i usatysfakcjonowało.

na noze3

Udało się reżyserowi zebrać imponującą, wręcz gwiazdorską obsadę, gdzie każdy dostaje swoje pięć minut. I nie ważne, czy mówimy o Jamie Lee Curtis (Linda), Donie Johnsonie (Richard) czy Michaelu Shannonie (Walter). Ale dla mnie całość skradły trzy fenomenalne kreacje: Daniela Craiga, Any de Armas oraz Chrisa Evansa. Pierwszy w roli Blanca kompletnie zaskakuje i nie chodzi tylko o akcent. Ta postać niemal żywcem przypomina troszkę klasycznych detektywów z kryminałów Agathy Christie: bardzo wycofany, ekscentryczny, a jednocześnie bardzo skupiony i uważnie przyglądający się wszystkim. Dawno nie widziałem Craiga, który bawiłby się swoją rolą i magnetyzował samą obecnością. Drugą niespodzianką jest Evans, będący czarną owcą w rodzinie, który ma wszystko i wszystkich gdzieś, oprócz siebie i odnoszący się do reszty z ironią, złośliwością, cynizmem. Mówi na głos to, co reszta po cichu. Ale cichą bohaterką jest pielęgniarka grana przez Anę de Armas, a wielkim zdziwieniem było to, że tak naprawdę to ona jest główną bohaterką. To niejako jej oczami obserwujemy niemal cała historię i jako jedyna (może oprócz Blanca) wydaje się pozytywną postacią w tym całym stadzie sępów, egoistów oraz chciwych. Nawet jeśli musi lawirować między wieloma trudnościami i ma dość specyficzną cechę, dodającą wiele uroku.

na noze4

Powiem krótko: „Na noże” to jeden z najlepszych filmów tego roku, gdzie Johnson pokazuje swój wszechstronny warsztat. Inteligentnie napisany, z wnikliwym spojrzeniem na ograne schematy, fenomenalnie zagrany oraz wręcz precyzyjnie wykonany (zwłaszcza pod względem montażu, skupienia na detalach). Nieprawdopodobne, kompletne dzieło, do którego jeszcze wrócę nie raz.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

As w potrzasku

Chuck Tatum to dziennikarz z wielkiego miasta, który nigdzie nie może się utrzymać na stałe. A to artykuł doprowadził do procesu o zniesławienie, a to romans z żoną wydawcy, a to lubił troszkę za bardzo wypić. Teraz trafia do Alboquerque w Nowym Meksyku, gdzie nie ma tutaj zbyt wiele do roboty, a rzeczywistość jest bardzo nudna. Poza tym jeszcze na świecie nie było Waltera White’a ani Saula Goodmana, by o nich napisać. 😉 Próbuje znaleźć wielkie temat, dzięki któremu może wrócić do gry, lecz nie dzieje się nic. Kiedy ma wyruszyć poza miasto, by opisać polowanie na grzechotniki obserwuje pozornie prosta sytuację. Na stacji benzynowej modli się kobieta, do pobliskiego rezerwatu przybywa policja, a po drodze reporter razem z oddelegowanym Herbiem podwożą kobietę. Okazuje się, że w leżącej na terenie Indian kopalni jest uwięziony mężczyzna, który kradł tamtejsze garnki i inne artefakty. Dla Tatuma jest to okazja, której tak długo szukał.

as w potrzasku1

Z dzisiejszej perspektywy film Billy’ego Wildera wydaje się dość anachroniczny, bo media dzisiaj działają inaczej. Wszystko byłoby relacjonowane przez smartfony, a nasz uwięziony pewnie pisałbym bloga przez komórkę albo laptop. Jednak w roku 1951 rzeczywistość była zupełnie inna. Wszystko pisano na maszynie, wysyłano telegramem, a popularne była prasa, radio i telewizja. W tamtych czasach dziennikarze byli raczej idealizowani, traktowani jako posłannicy prawdy, którzy mają pokazywać świat takim jaki jest. Ale Wilder staje się bardzo demaskatorski i piętnuje hipokryzję mediów. Tatum dla odzyskania swojej pozycji jest w stanie posunąć się do wszystkiego. Pokazuje sposoby manipulacji, kiedy owija wokół palca szeryfa, szefa ekipy, a nawet żonę uwięzionego. Kusi ich sławą, zbudowaniem reputacji oraz możliwości osiągnięcia kariery. Chce opóźnienia misji ratunkowej, byleby tylko przyciągnąć uwagę ludzi. W końcu nic tak nie angażuje niż tragedia jednego człowieka.

as w potrzasku2

I właśnie ta bezwzględność w dążeniu do tematu, który może być opowiadany przez kilka dni, nadal potrafi przerazić. Ostatni taki atak na media był obecny w „Wolnym strzelcu” Dana Gilroya, jednak tutaj wpływ działań bohatera jest ogromny. Do małego miasteczka zaczynają przyjeżdżać tłumy, zjazd prowadzony przez żonę uwięzionego staje się bardzo dochodowy, a góra staje się atrakcją turystyczną. I oczywiście zjeżdżają się przedstawiciele mediów, co nakręcą całą sytuację. Przypomina to żerowanie na tragedii, która może się skończyć tylko w jeden sposób. I to gorzkie spojrzenie na świat mediów nadal pozostaje aktualne, okraszone mocnymi dialogami, niepozbawionymi ciętego poczucia humoru. Wilder absolutnie tutaj błyszczy i angażuje do samego finału.

as w potrzasku3

Do tego mamy fantastycznego Kirka Douglasa w roli głównej. Tatum w jego wykonaniu to cyniczny karierowicz, skupiony na sobie oraz temacie, dążąc do jego wyeksplorowania za wszelką cenę. Jedynie w momentach, gdy jest sam z uwięzionym Leo pozwala sobie na bycie szczerym oraz zaangażowanym. Ale mimo dokonywanych kantów i oszustw, potrafi zaintrygować, a nawet wzbudzić sympatię, co nie było takie łatwe. Równie świetna jest Jan Sterling, czyli żona uwięzionego Leo Manosy. Kobieta miastowa, uwięziona w małym miasteczku, też pragnąca się stamtąd wyrwać, nawet za cenę swojego małżeństwa. I jest niemal tak samo cyniczna jak Tatum, zmuszona do grania zrozpaczonej, wyczekującej na męża. Jest jeszcze Robert Arthur w roli Herbie’ego – idealistycznego, małomiasteczkowego dziennikarza, który zaczyna uczyć się sztuczek Tatuma. Ale co z nim się stanie dalej, pozostaje kwestią otwartą.

Zderzenie „wielkomiejskiego”, zgniłego dziennikarstwa z małomiasteczkowym etosem, trzymającym się starych sposobów. „As w potrzasku” to bardzo gorzkie spojrzenie na tą profesję, co w czasach Złotej Ery Hollywood jest bardzo zaskakujące i nadal aktualne. Wilder piętnuje, choć nie pokazuje palcem wprost, porażając wnikliwym spojrzeniem na bezwzględność ludzkiej natury.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski