Teściowie 3

Chyba nawet sam dramaturg Marek Modzelewski nie spodziewał się, że jego teatralny „Wstyd” i jego kinowa adaptacja w postaci „Teściów” wywoła taki ferment. Lekko satyryczne zderzenia mentalności „Warszawki” z Podlasiem na ślubie ich dzieci potrafi rozbawić, ale też ostro potraktować hipokryzję i puste przywiązanie do tradycji. Sukces był tak duży, że powstała kontynuacja, jednak zmiana reżysera mocno odbiła się na jakości. Jednak przy części trzeciej wraca reżyser Jakub Michalczuk i forma też jakby jest lepsza.

W „trójce” już tym razem ślubu nie będzie, bo już był. Do tego jeszcze panna młoda już zaciążyła i razem z mężem mieszkają w Niemczech. Ale teraz wracają młodzi, rodzice panny młodej – Wanda z Tadeuszem (Iza Kuna i Adam Woronowicz) oraz matka pana młodego, Małgorzata (Maja Ostaszewska). Już z mężem nie są razem, więc kobieta przyszła razem z przyjaciółką, Grażynka (Magdalena Popławska). Ku jej zaskoczeniu pojawia się także jej dawny partner, Andrzej (Marcin Dorociński) z Australii. Razem z… synem. Po co spotyka się cała rodzinka? Na urodzinach najmłodszego członka rodziny oraz… jego chrzcinach. A to staje się dla Małgorzaty prawdziwą iskrą w prochu.

Reżyser wraca do zderzenia dwóch przeciwstawnych światów, gdzie baty są serwowane obydwu stronom. I już od samego początku, gdzie mamy podobne długie ujęcie prowadzące na naszych gospodarzy przez kuchnię, czuć pewną świeżość. Znowu wracamy do tradycji i skrytych pozorów skonfrontowanych z tak szerokim otwarciem się na świat (wiedza o chorobach psychicznych oraz przyczynach, wiara w różne talizmany), że doprowadza to do totalnych idiotyzmów. Te spięcia (zwłaszcza wobec pań) mają w sobie tą znaną ostrość poprzedników. Ale jest w tym wszystkim zaskakująco sporo bardziej refleksyjnej nuty. Szczególnie widać to w wątku Andrzeja, który zaczyna (przynajmniej takie sprawia wrażenie) dojrzewać do ogarnięcia się. Jeszcze jest tu zamknięty w sobie Tadeusz, odkrywający paskudną tajemnicę Wandy, z którą będzie musiał się zmierzyć. W ogóle ostatnie 30 minut to najintensywniejsza farsa, jaką widziałem od dawien dawna, z masą przewrotek i zakrętów oraz bardzo satysfakcjonującego zakończenia.

A wszystko jest absolutnie rewelacyjnie zagrane. Ostaszewską z Kuną drą łacha tak mocno, że się już bardziej nie da, wycofany Woronowicz nadal budzi mnóstwo sympatii, zaś wracający Dorociński ma w sobie masę uroku. Wspólne sceny obu panów wywołują wiele śmiechu, także doprowadzając do najbardziej widowiskowej sceny filmu. Do tego miksu jeszcze wrzuceni zostają bardzo energiczny Wojciech Mecwaldowski (właściciel knajpy Marek Vajs) oraz niezawodna Magdalena Popławska (neurotyczna Grażyna), dodający sporo świeżej energii.

Trzecie spotkanie z „Teściami” jest powrotem do dobrej dyspozycji, choć muszę przyznać, że jest bardziej refleksyjna i skupiona na postaciach niż humorze. Nadal jest to inteligentna rozrywka, zrobiona z dużym wyczuciem, masą energii oraz cudownym aktorstwem. W zasadzie domyka całą serię, aczkolwiek nie miałbym nic przeciw kolejnej części.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Zielona granica

Chyba od czasu „Kleru” nie było filmu, który na naszym podwórku tak polaryzował, że swoje zdanie zaczęli wypowiadać ludzie najmniej kompetentni – politycy. Ostre i bardzo agresywne opinie wobec nowego filmu Agnieszki Holland padły jeszcze zanim tytuł trafił do kin, więc nie mieli jakiejkolwiek szansy (poza międzynarodowymi festiwalami). Co ewidentnie pokazuje jak gówno warte są ich słowa. A propos rzekomego spotu MSWiA przed seansem, to oglądałem film w kinie Helios, którzy stwierdzili (razem z siecią Multikino oraz Nowe Horyzonty), że urzędnicy mogą sobie ten materiał wsadzić i za ch***a go pokażą.

A o czym opowiada sama „Zielona granica”? O pograniczu polsko-białoruskim, gdzie Łukaszenka „podrzuca” imigrantów między innymi z pogrążonej wojną Syrii najpierw do swojego kraju, by potem podesłać pod granicę z Polską. Dlaczego? By sparaliżować Unię Europejską i zalać nią uchodźcami, których nikt nie chce przyjąć. Więc kiedy oni trafiają do naszego kraju (a to było ze 2-3 lata temu, gdy zaatakował… wirus nieznanego pochodzenia z Chin) Straż Graniczna wysyła z powrotem na Białoruś. I tak trwa ten pograniczny ping-pong do momentu, gdy uda się wymknąć pilnującym oraz się przedrzeć. Albo umrzeć od pałek, psów i kopniaków pograniczników z obu stron.

To jest jedna z części składowych tej historii, gdzie ważną rolę odgrywają jeszcze dwie postacie. Niedawno mieszkająca w okolicy psycholożka Julia (Maja Ostaszewska) oraz nowy pogranicznik Jan (Tomasz Włosok). Oboje z różnych środowisk – ona bardziej doświadczona i owdowiała, on wyczekujący dziecka i świeżo wysłany na teren. Jest jeszcze w tym miksie grupa wolontariuszy zwana Granicą, którzy pomagają tym, co się przedarli przez granicę i ukrywają w lesie (czyli strefie zamkniętej).

Holland prowadzi te różne nitki fabularne, by pokazać bezradność, obojętność i brak odpowiedzialności osób u władzy. I w to wszystko zostają wrzuceni ludzie oszukani, wiedzeni snami o lepszy życiu w bardziej „pokojowej” Europie, która ich nie chce i ma ich głęboko w dupie (pamiętacie, co się działo na włoskiej Lampeduzie?). Ale z drugiej strony są pewne oddolne inicjatywy jak Granica, którzy pomóc i upubliczniać wszystkie podłości robione przez Straż Graniczną. A ci goście nie są zbyt dobrze sportretowani, choć najbardziej pogłębionym reprezentantem jest Jan. W dość (niestety) rzadkich scenach widać jak czuje się z tym niewygodnie i jakie wywołuje to frustracje. Wszystko w czarno-białych zdjęciach, które tylko podkreślają beznadzieję tej sytuacji.

Jednak mam problem z tą polifoniczną narracją, bo przeskoki między wątkami wywoływały dezorientację. Z tego powodu nie wszystko ma aż taką siłę rażenia jak mogłoby być, bo zbyt często mamy tu syntezę oraz spore przeskoki. Co powoduje, że pewne wątki poboczne (pacjent Bogdan, pogranicznicy) wydają się zapychaczami. Problemem może też być walenie wprost pewnych kwestii o charakterze społeczno-politycznym, ale dla mnie ta „toporność” działa. Bo są takie sytuacje, gdzie trzeba coś powiedzieć otwartym tekstem i to mi nie przeszkadzało. W przeciwieństwie do bardzo monotonnej muzyki, która w zasadzie jest tym samym smęceniem wiolonczeli.

A także jest to bardzo dobrze zagrane. W uchodźców wcielają się mniej znane twarze i bardzo dobrze, bo to kompletnie nie rozprasza, choć na mnie największe wrażenie zrobił Mohamad Al Rashi (dziadek) oraz Jawal Altawir (Bashir). Z naszego podwórka kolejny raz błyszczy Maja Ostaszewska, tworząc mieszankę spokoju, empatii oraz determinacji. Spokojna Julia zaczyna powoli zmieniać się w aktywistkę, co jest zasługą poznanych ludzi z Granicy (mocna Monika Frajczyk, solidny Piotr Stramowski i kradnąca ekran Jaśmina Polak) oraz obserwowanych wydarzeń. Po drugiej stronie jest także świetny Tomasz Włosok, choć chciałbym więcej czasu spędzić z tą postacią i mocniej pokazać jego doświadczenia z pracy. Nie brakuje znajomych twarzy w drobnych epizodach (Maciej Stuhr, Agata Kulesza, Magdalena Popławska, Sandra Korzeniak), a te są w najgorszym wypadku przyzwoite.

Od razu to powiem: „Zielona granica” to najlepszy film Agnieszki Holland nakręcony w tej dekadzie. Mocne, walące między oczy i pokazujące różne oblicza ludzi – od tych bardziej empatycznych po najpodlejsze instynkty oraz wszystko pomiędzy. I jeszcze jest epilog, który jest takim ironicznym komentarzem do całej sytuacji, ale o tym się przekonacie sami. Kino powstałe z wściekłości i poczucia bezsilności, które ma dotrzeć do sumień ludzi u władzy. Tylko czy kogoś z nich to obejdzie? Chciałbym powiedzieć, że tak. Bardzo chciałbym powiedzieć, że tak.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Pakt – seria 2

Po wydarzenia z pierwszej serii Piotr Grodecki (Marcin Dorociński) przeniósł się do Katowic i redakcji „Tygodnika”. Nie oznacza jednak, że zrezygnował z opisywania afer oraz polityki. Tym razem trafia na seksaferę związaną z ministrem gospodarki Janiakiem, jednak ofiara – asystentka polityka, Natalia (Magdalena Berus) – boi się o tym mówić. Ale dziennikarzowi udaje się przekonać ją i to doprowadza do destabilizacji rządu. W konsekwencji zostają rozpisane przyspieszone wybory. Cztery miesiące później w kopalni „Brygida” dochodzi do wybuchu i ginie 36 górników. Prezydent miasta Bytomia Anna Wagner (Magdalena Popławska) oskarża premiera o odpowiedzialność za katastrofę i ignorowanie sygnałów. Kobieta dołącza do stworzonej przez Dariusza Skalskiego (Adam Woronowicz) partii Odnowa.

Niby wszystko wydaje się nie mieć zbyt wiele ze sobą wspólnego, ALE… Grodecki w tajemnicy spotyka się z Wagner. I to jest pierwszy łącznik, a drugim jest otrzymana wiadomość z anonimowego źródła. Z tego wynika, że cała seksafera oraz dymisja Janiaka była ukartowana. Kto zmanipulował dziennikarza i jakie jest tu drugie dno? Grodecki próbuje dociec.

Drugi sezon tym razem zrealizowany został przez reżysera Leszka Dawida i tym razem jest to historia oryginalna, nie podparta na licencji. Tutaj już bardziej skupiamy się na politycznych gierkach, podchodach, kantach oraz wszelkich innych nieczystych zagrywkach. Wszystko w jednym celu i jednym celu wszystko: władzy. Dla niej można posunąć się do wszystkiego, nawet do morderstwa. I tak jak poprzednio mamy kolejną intrygę, która jest odkrywana powoli, po drodze serwując wiele trupów, tajemnic i zmiennych. Znowu mamy spisek ludzi na styku polityki, biznesu i służb specjalnych, jednak tutaj bardziej czuć klimat… „House of Cards”. Przesadzam? Troszeczkę, bo jednak nasz bohater bardziej przypomina superherosa, co niemal z każdej sytuacji wychodzi za pomocą sprytu lub szczęścia. No i świat brudnej, nieczystej polityki, gdzie trzeba szybko się uczyć jak przetrwać i walczyć. Tylko czy walka o władzę za wszelką cenę jest jedynym sposobem?

Nadal zachowany jest taki szaro-bure kadry z paroma nieostrymi ujęciami oraz pulsującą, elektroniczno-ambientową muzyką. Zdarzają się pewne problemy z uchwyceniem dialogów, lecz nie tak częste jak w poprzedniku. O wiele bardziej za to wypada montaż. I nie chodzi tylko o sceny dialogów czy rozmów, ale choćby użycie montażu równoległego, szybkich cięć, pokazywania (na ekranie, który nie jest monitorem) redagowanego tekstu czy szybkich zbitek z fragmentami rozmów dziennikarzy, zdjęć, tekstów. To o wiele urozmaicało seans.

Mieszanka starych znajomych z nowymi postaciami jest wręcz piorunująca. Dorociński nadal trzyma fason, ale to wyga i trudno mu nie kibicować. Tak samo solidnie się prezentuje Witold Dębicki (Andrzej Bitner), Mariusz Bonaszewski (premier Kostrzewa) czy świetny Adam Woronowicz (Dariusz Skalski). Ten drugi zostaje pogłębiony jako pozornie opanowany i spokojny, ale też doświadczony weteran zagrywek politycznych.

Najjaśniejszym nowym punktem obsady – przynajmniej dla mnie – była rewelacyjna Magdalena Popławska jako Anna Wagner. Lokalna polityk, której bliżej jest do idealistki z zasadami i zostaje zderzona z brutalnymi, bezwzględnymi zagrywkami, próbując zachować twarz. A nie jest to łatwe zadanie, gdy odkrywa kolejne brudy oraz jak głęboko sięga cały układ. Równie mocna jest Kinga Preis, czyli przełożona Piotra, Olga oraz Roman Gancarczyk w roli tajemniczego oficera ABW. Pojawiają się kolejne znajome twarze o różnym stopniu znaczenia, ze szczególnym wskazaniem na Łukasza Simlata (Sebastian Malik), Zbigniewa Zamachowskiego (Roman Hanus) i Borysa Szyca (właściciel Tygodnika, Łukasz Seidler).

Drugi sezon „Paktu” trzyma poziom poprzednika, a w paru miejscach wręcz przebija. Ciągle mroczna, brudna, lepka i nieprzyjemna kombinacja powiązań polityki, mediów, biznesu oraz służb specjalnych. Trzymająca w napięciu, z mocnymi dialogami i wyrazistymi postaciami. Ale trzeciej serii już nie dostaliśmy, co wynika z braku furtki na ciąg dalszy. Może to i lepiej.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Obietnica

Na hasło współczesny polski film o nastolatkach czuję pewien rodzaj dreszczy na granicy z obrzydzeniem. Bo zazwyczaj takie próby kończyły się niewypałem lub rozczarowaniem (może z wyjątkiem „Sali samobójców”): sztuczne dialogi, bardzo drewniane aktorstwo, niewiarygodne postacie i/lub pewne oderwanie od rzeczywistości. Dlatego z pewnymi obawami podchodziłem do „Obietnicy” z 2014 roku, choć pewną nadzieję dawał Magnus von Horn jako współscenarzysta. Ale jak śpiewał Kazik: „nadzieja jest matką głupich i swoich dzieci nie lubi”.

obietnica1

Cała historia pokazana jest z perspektywy Lili (debiutująca Eliza Rycembel) – dziewczyny, którą wychowuje matka i jej chłopak, bo ojciec mieszka w Danii z nową rodziną. Kiedy ją poznajemy, rozmawia ze swoim chłopakiem (także debiutant Mateusz Więcławek), gdzie zarzuca mu niewierność. Dochodzi do kłótni, gdzie podczas wymiany zdań (w formie tekstowej) dziewczyna rzuca: Jeśli mnie kochasz, masz 24 godziny, żeby się jej pozbyć. Jeśli czujecie, że coś wisi w powietrzu, dochodzi do wybuchu.

obietnica2

Sam pomysł jest interesujący, dając szansę na poznanie umysłu tej dziewczyny. Z jednej strony wydaje się być zagubiona i niestablina, z drugiej bardzo silna manipulantka, świadoma swojej siły wobec swojego chłopaka. Tylko dlaczego nie mogę pozbyć się wrażenia, że te dwie osobowości nie są w stanie połączyć się w jedną osobę, co widać w wielu przeszarżowanych scenach (przesłuchanie na posterunku). Ale to nie jest jedyny problem, bo po intrygującym początku „Obietnica” rozdrabnia się, zaś sama tragedia wywołuje jedynie obojętność. Jakby wiem, że chodziło o pokazanie jaki wpływ może mieć słowo rzucone w sieci, że brak silnego autorytetu może doprowadzić do zezwierzęcenia. Że młodzi ludzie trzymają swoich rodziców w niewiedzy na temat swojego życia to wręcz oczywisty fakt. Tylko, że te wnioski wykładane przez reżyserkę są zwyczajnie banalne i brakuje mocniejszego uderzenia jak w „Sali samobójców”. Skupienie się na Lili troszkę przypomina kino skandynawskie z kamerą miejscami wręcz przyklejoną do jej twarzy, co jest pewną zaletą.

obietnica3

Ale jest to broń obosieczna – przez to „Obietnica” jest filmem chłodnym, pozbawionym emocji i zaangażowania. Jestem pewien, że był to celowy zabieg, jednak poszło to o krok za daleko. Historia nie angażuje, zaś postacie – w tym nasza bohaterka – są ledwo zarysowane, nie mając zbyt wiele do pokazania czy zaoferowania (dotyczy to głównie rodziców chłopaka). Wyjątkiem od tej reguły są: pojawiający się z Danii ojciec (mocny Andrzej Chyra) oraz chłopak matki (solidny Dawid Ogrodnik), postawienie w kontraście do siebie. Pierwszy, nieobecny i wycofany, drugi bardziej otwarty, wyluzowany oraz odpowiedzialny. Ale nawet oni nie są w stanie podnieść tego filmu na wyższy poziom.

„Obietnica” daje intrygujący początek, by dalej zakończyć się tylko niespełnieniem. Ciekawy pomysł oraz skandynawski chłód zderzone zostały z nijakością scenariusza oraz nierównym aktorstwem. Kolejna próba pójścia w trendy opowieści o młodzieży.

5/10

Radosław Ostrowski

Prime Time

Sylwester roku 2000 to jedna z tych rzeczy, które pamiętam. Był to czas z jednej strony pewnej względnej stabilizacji po ustrojowej transformacji. Ale też było wiele obaw z nowym tysiącleciem: głównie z powodu wirusa mającego doprowadzić komputery do fiksacji. Nie o tym opowiada jednak reżyserski debiut Jakuba Piątka. Choć akcja toczy się w sylwestrowy wieczór, osadzona jest w budynku telewizji. Tam pojawia się młody chłopak z bronią w ręku, który bierze ochroniarza jako zakładnika. Następnie wbija do programu na żywo, gdzie prezenterka zostaje kolejną zakładniczką. Chłopak – imię Sebastian – chce jednego: wejść na wizję.

Kim on jest? Dlaczego to robi? Co chce powiedzieć? Czy zabije zakładników? A może zostanie zastrzelony? Do akcji wkraczają antyterroryści z dowódcą, dwoje negocjatorów oraz realizatorka telewizyjna. Mocno ograniczona przestrzeń, tykający czas i młody chłopak ze spluwą plus dwoje zakładników. To niebezpieczne równanie, gdzie jest co najmniej jedna niewiadoma. Ale czy aby na pewno? Reżyser zaczyna mocnym uderzeniem i nie cacka się. Na dzień dobry dochodzi do porwania, potem wkracza policja i zaczynają się schody. Dlaczego? Bo nasi policjanci troszkę zachowują się jakby pierwszy raz mieli do czynienia z taką sytuacją. Może to wynikać z faktu, że większość stróży prawa pilnuje imprez zorganizowanych tego dnia i mieli do dyspozycji tylko tą grupę ludzi.

I muszę przyznać, że przez sporą część filmu to działa. Potrafi trzymać w napięciu, co wynika także z błędów policji (przypadkowe zapalenie światła w reżyserce, demaskujące ich liczbę). Jednak w pewnym momencie ten suspens zaczyna siadać, a oczekiwanie na jakiekolwiek działanie nuży. Ale są pewne momenty potrafiące przebudzić jak rozmowa z ojcem czy przygotowania do wystąpienia. Piątek potrafi rzucić troszkę światła na Sebastiana (świetny Bartosz Bielenia), jednak jego motywacja nie zostaje podana wprost. Dla wielu może być to gigantyczna wada, bo przecież o to powinno chodzić w tej zabawie. Są pewne poszlaki, zaś pojawiające się fragmenty programów telewizyjnych (nie tylko fragmenty Sylwestrów, ale też rozmowy z młodymi ludźmi, manifestacje) mogą by kolejnym tropem. Pomagają one też w zbudowaniu nastroju końca wieku, bez wchodzenia w publicystyczne tony.

I jak to jest zagrane – każda z drugoplanowych postaci ma swoje pięć minut, wykorzystując je w pełni. Jeśli miałbym wskazać najbardziej zapadające role, wymieniłbym co najmniej trzy. Po pierwsze, prezenterka Mira w wykonaniu Magdaleny Popławskiej. Mam słabość do tej aktorki i ta rola to potwierdza, pokazując szerokie spektrum emocji: od opanowania do gniewu oraz powoli puszczających nerwów. Drugim cudem jest zawsze trzymający fason Dobromir Dymecki jako dowódca antyterrorystów, próbujący jak najszybciej rozwiązać problem. Trzecia to realizatorka Laura od Małgorzaty Hajewskiej-Krzysztofik – pozornie tylko tło, jednak nie dajcie się zwieść.

Debiut Piątka został wykupiony przez Netflixa i warto sprawdzić. Bardzo solidna produkcja, potwierdzająca, iż kino gatunkowe w naszym podwórku może być interesujące. Co jeszcze pokaże pan Piątek? Czekam z niecierpliwością.

7/10

Radosław Ostrowski

Interior

Filmowcy z naszego podwórka najchętniej obserwują młodych ludzi po 30-tce w kapitalistycznej Polsce. Oboje pochodzą z różnych światów, ale mają więcej wspólnego niż się wydaje. Maciej jest ze Śląska i pracował wykopując węgiel, jednak szef jest mu winien za nadgodzin. Kiedy próba odzyskania kasy kończy się niewypałem, kradnie szefowi jego auto. Z kolei Magda pracuje w urzędzie miasta nadzorując przygotowania do ważnej rocznicy. Jednak zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym zaczyna się wszystko sypać.

Marek Lechki stał się znany jako specjalista od obyczajowych dramatów i psychologicznych portretów młodych ludzi. Tak było z debiutanckim „Moim miastem” oraz „Erratum”. Po 10 latach od tego drugiego filmu powraca. Ale nie jestem przekonany do tego filmu. Nawet nie o to chodzi, że wraca do znajomych tematów. Bo to jest kolejny portret młodych ludzi zderzonych z brutalną rzeczywistością. Korupcja, nieuczciwość oraz bezsensowny upór – z tym mierzy się każde z nich, próbując się odnaleźć w tym całym bałaganie. Dla mnie jednak problem w tym, że scenariusz też jest jednym wielkim bajzlem. Każda z historii toczy się osobno, nie są ze sobą przeplatane i mają różny ciężar. Wszystko to zawiera tyle scen oraz próbuje zarysować tło swoich bohaterów, a także ich znajomych. One jednak wydają się tylko i wyłącznie zapychaczami przez co sens rozmywa się. Scena snu Maćka, o której wcześniej a potem zostaje zobrazowana czy jego rozmowa z dzieciakiem ukrywającym się w kościele – to wszystko wydaje się niepotrzebne. Tak samo jak scena uroczystości odbywająca się we mgle. Czyżby to miało symbolizować zagubienie naszego kraju? A może zagubienie reżysera w trakcie pisania scenariusza? Wszystko nagle się urywa i nawet scena spotkania naszych bohaterów wydaje się pozbawiona mocy, po prostu się dzieje.

Tak naprawdę nie chce mi się pisać o „Interiorze”, choć strasznie żal mi aktorów. Zarówno Piotr Żurawski, jak i Magdalena Popławska w rolach głównych robią, co mogą. Ale Marek Lechki swoim scenariuszem oraz reżyserią podcina im skrzydła, nie daje szansy na pokazanie czegoś więcej. Drugi plan, mimo znajomych twarzy (m.in. pozytywnie zaskakujący Tomasz Sapryk), w zasadzie rozmywa się. Wielka szkoda.

Tytuł sugeruje pokazanie wnętrza głównym bohaterom. Ale okazuje się ono wypchane czymś tak pustym, że po wyjęciu nie byłoby żadnej różnicy. Sztuczny, przeciętny snuj nie wiadomo dokąd zmierzający. 10 lat przerwy nie przysłużyło się reżyserowi, przez co stracił wiele sił.

5/10

Radosław Ostrowski

53 wojny

Czy można cierpieć na syndrom stresu bojowego bez stanięcia nogą na polu bitwy? Bez uczestnictwa w konflikcie zbrojnym? Odpowiedź na pytanie tylko teoretycznie wydaje się prosta. I nie brzmi ona nie. O tym właśnie opowiada debiutancki film „53 wojny”.

Cała fabuła skupia się na kobiecie o dość powszechnym imieniu Anna. Była fotografem oraz reporterem pracującym dla Gazety Wyborczej, gdzie poznała Witka. Mężczyzna jest korespondentem wojennym, który wyrusza gdzieś na kolejny konflikt. Jest rok 1992 i po jednej wojnie zaczynają pojawiać się kolejne. Po drodze rodzą się dzieci, wojny się kończą, a mężczyzna w domu pojawia się coraz rzadziej, rzadziej i rzadziej. I to zaczyna coraz bardziej oddziaływać na jej umysł, co kończy się trafieniem do oddziału psychiatrycznego. Diagnoza: syndrom stresu pourazowego.

53 wojny1

Od razu powiem to, żeby postawić sprawę jasno: to trudny, wymagający film skupiony na psychice głównej bohaterki. Trudno powiedzieć coś o fabule, bo jako takiej nie ma. Wszystko idzie niejako swoim rytmem: kolejne wyjazdy, kolejne wojny i kolejne czekanie. Na wiadomość, na śmierć, na cokolwiek. Wojna tutaj jest poznawana za pomocą opowieści męża, obrazków pokazywanych w telewizji. Jest brudna, brzydka i chropowata. Dla Witka jest narkotykiem, źródłem adrenaliny, a dla niej momentem grozy, źródłem strachu i niepewności.

53 wojny2

Reżyserka opowiada tą opowieść, próbując wejść w głowę Anki. I choć trudno się odnaleźć w fabule, pokazanie percepcji robi mocne wrażenie. Kamera niemal przyklejona jest do twarzy bohaterki, pokazując coraz bardziej narastający obłęd. Niemal ciągłe oglądanie telewizora, słyszenie różnych szumów, zniekształconych dźwięków, koszmarów, nawet majaków sennych. Ale im bardziej się to ogląda, tym bardziej film staje się męczący, trudny, wręcz depresyjny. Ciężko się to ogląda, a im bliżej końca, coraz większe są odloty (scena eksplozji).

53 wojny3

Najmocniejszym punktem całego tego filmu jest wielka kreacja Magdaleny Popławskiej. Aktorka wyciska maksimum z coraz bardziej popadającej w obłęd Anki. Jak z pełnej energii dziewczyny zmienia się w żywego trupa, pełnego nerwic, koszmarów oraz stanów nerwowych. Widać to zarówno w pustych oczach, niezadbanych włosach oraz niemal rozedrganym głosie. Bardzo łatwo było tą rolę przerysować, przeszarżować, ale na szczęście udaje się uniknąć wszelkich pułapek. Reszta obsady trzyma solidny poziom, choć stanowią tylko tło. Mamy Michała Żurawskiego (coraz bardziej nieobecny mąż), Krzysztofa Stroińskiego (operator Paweł) oraz Dorotę Kolak (matka Anki), będąc niejako wsparciem.

Bardzo trudny, wymagający, wręcz ciężki film. Poczucie coraz bardziej nasilającej się paranoi zaczyna męczyć, przez co można się mocno odbić. Ale kreacja Popławskiej jest tak magnetyzująca, że daje wiele satysfakcji.

6/10

Radosław Ostrowski

Podatek od miłości

Na hasło „polska komedia romantyczna” wiele osób reaguje alergią, agresją, strachem i wrogością. Nachalny product placement, bohaterowie wzięci z kosmosu (nie, że wyglądają jak Obcy czy inny Predator), zachowujący się w sposób co najmniej irracjonalny i mieszkający w mieszkaniach, na jakie ich zwyczajnie nie stać, pocztówkowo pokazany świat rodem z seriali TVN, niemal te same twarze non stop (Stramowski, Roznerski, Karolak, Adamczyk) oraz kompletny brak dobrych żartów. Jakim cudem takie filmy przyciągają ogromną widownię? Nie wiem. Szczerze mówiąc, spodziewałem się mniej więcej tego samego w przypadku „Podatku od miłości”, w czym utwierdziła mnie promocja. Dodatkowo całość wyprodukowało TVN, a przed kamerą stanął debiutujący reżyser Bartłomiej Ignaciuk. Idealny przepis na katastrofę, prawda?

podatek_od_milosci1

Punkt wyjścia jest dość prosty, czyli zderzenie dwójki kontrastowych bohaterów. Ona (Klara) jest sztywną, trzymającą się przepisów urzędniczką skarbową, mieszka z chłopakiem lubiącym bardziej zioło niż nią, z katolickim backgroundem oraz słoikowym rodowodem. On (Marian) nie jest młodzieniaszkiem, ale nadal ma w sobie masę uroku, utrzymuje się z… no właśnie, nie do końca wiadomo – coach, terapeuta czy męska dziwka. Już ich pierwsze spotkanie mocno elektryzowało, choć nie tak jak byśmy się spodziewali i już mieli się więcej nie zobaczyć, bo skończyło by się to wielką masakrą. Tylko, że Marian ma problemy ze skarbówką, a Klara ma zbadać całą sprawę.

podatek_od_milosci2

„Podatek” nie idzie do końca tropem klasycznego kom-romu, bo przez pierwszą połowę prowadzący jest wątek, powiedzmy, że kryminalny. Powoli zaczynamy poznawać bohaterów, którzy – w przeciwieństwie do swoich poprzedników – stąpają bardziej po ziemi i mają wiele problemów, pokazanych w sposób przekonujący. Ona nie chce mieć dzieci i skupia się na karierze, on z kolei próbuje pomóc swoim bliskim, pakując się w tarapaty. Momentami film potrafi poruszyć, nie brakuje miejscami ciętych, ironicznych dialogów (scena chrzcin) i przede wszystkim jest śmieszny: od slapstickowych gagów (bójka na imprezie) przez sytuacyjne scenki (obserwacja Mariana) i zderzenie charakterów. Jeśli w tle dodamy przyjemną, jazzową muzykę, płynny montaż, reżyser dostarcza wiele rozrywki. Jedyną rzeczą, do jakiej mógłbym się przyczepić jest zakończenie: niby zgodnie z konwencją, ale już za bardzo odlatuje i bazując na wielu zbiegach okoliczności. Na szczęście nie jest w stanie zniszczyć dobrego wrażenia.

podatek_od_milosci3

Jeszcze bardziej mnie zaskoczyła obsada. Fantastyczny jest Grzegorz Damięcki jako troszkę taki amant (uroku ma więcej niż Roznerski z Zakościelnym i Karolakiem razem wzięci), od razu budzący sympatię oraz mający spore pole do działania. Bywa czasem nieporadny (wspomniana bójka czy rozmowy z siostrzenicą), ale nigdy nie popada w przesadę czy przerysowanie. Jeszcze większym zaskoczeniem była Aleksandra Domańska – tutaj tworząc mieszankę uporu, sztywności, sarkazmu z wrażliwością i empatią. Idealna mieszanka, zachowująca wiarygodność aż do końca. Co najważniejsze, czuć chemię między tymi postaciami, podnosząc film na wyższy poziom. No i drugi plan ma tutaj co robić: od solidnej Romy Gąsiorowska (Agnieszka) przez dobrego Michała Czarneckiego (śliski szef Klary) po kradnącą film epizodzik Magdaleny Popławskiej oraz trzymającego fason Zbigniewa Zamachowskiego (sfrustrowany ojciec Klasy).

Powiem szczerze, że jestem bardzo pozytywnie zaskoczony tym debiutem. „Podatek od miłości” jest zabawny, ze zgrabnie poprowadzoną intrygą, sympatycznymi bohaterami oraz nie odlatuje (poza finałem) zbyt mocno od ziemi. To na pewno kino z Polski? Aż nie chce się wierzyć.

7/10

Radosław Ostrowski

Prosta historia o miłości

Mężczyzna. Kobieta. Przypadkowe spotkanie. Trochę kłamstw. Może zdrada. A na koniec parę łez. – taki wydaje się przepis na film o miłości. Problem w tym, że nie zawsze ta koncepcja działa i trzeba dorzucić coś ekstra, by przykuć uwagę, zaintrygować oraz wejść w to. Z tym zadaniem postanowił się zmierzyć Arkadiusz Jakubik w swoim fabularnym debiucie.

„Prosta historia o miłości” tylko z nazwy wydaje się prosta. Punktem wyjścia jest pociąg, ale nie jest to pociąg dwojga ludzi. Siedzi w nim para scenarzystów, kiedyś para nie tylko w pracy. W głowie zaczynają układać fabułę takiej miłosnej historii. I jak w każdej takiej historii musi pojawić się on oraz ona. Oraz pewien pociąg, zaś słowa naszych opowiadaczy zaczyna ożywać przed naszym ekranem. Najpierw w bardzo umownych dekoracjach, niczym z „Dogville”, by już wejść w prawdziwą rzeczywistość. Tylko, że to jest plan filmowy realizowany przez ambitnego reżysera Patryka Bergera, zaś główne role grają Marta i Aleks. Tylko, czy na pewno grają? A może jest coś więcej?

prosta_milosc2

Jakubik bawi się formą, konwencją, przez co może się to wydawać na początku dezorientujące. Innymi słowy jest to „film o filmie w ramach filmu”, bo jeszcze niektórzy bohaterowie (niczym w docu-dramie) wypowiadają się przed nami o pracy nad filmem. Prawie jak „Incepcja”, tylko że nakręcona przez Woody’ego Allena czy Richarda Linklatera. Czemu miłość pojawia się tak nagle, co nas przyciąga do innych ludzi, dlaczego uczucie zaczyna eksplodować i zgasnąć? Pewne dialogi zaczynają się powtarzać, w zupełnie innych scenach oraz kontekście. I nie chodzi o powtarzanie pewnej sceny przy toalecie, bo ciągle coś idzie nie tak, ale pewne dialogi z początku wracają pod koniec, opowiedziane zdarzenia. Życie i fikcja zaczynają iść ze sobą ręka w rękę, zmuszając do ciągłego myślenia, odkrywania kolejnych warstw.

prosta_milosc1

Wizualnie film wygląda jak kino niezależne (stonowana kolorystyka, naturalne światło), ale nie wywołuje to silnego bólu oczu. Również ładnie przygrywa muzyka w takim gitarowym stylu, dodając lekkości. Nie wspominając o łamaniu chronologii, rytmicznemu montażowi oraz dość zaskakującemu finałowi.

Jakubikowi udało się zebrać świetną obsadę, zaś sam reżyser, razem z Agnieszką Matysiak, pełnią rolę scenarzystów. Czuć miedzy nimi silną więź, ale też wiele bólu, pretensji oraz miejscami ciętego humoru. A jak sobie radzi nasza para główna? Bardzo pozytywnie zaskakuje Rafał Maćkowiak (Aleks), zgrabnie lawirując między pewnością siebie, „miękkim” charakterem a pewnym magnetyzmem. Równie znakomita jest Magdalena Popławska, kompletnie skupiając swoją uwagę i balansując między delikatnością, seksapilem, lekkością a strzelaniem fochów, poczuciem „duszności” w związku. Ale film kradnie Bartłomiej Topa jako reżyser – dość trudny w obyciu, z wręcz dyktatorskim stylem pracy. Przeraża, potrafi rozbawić, ale jednocześnie kryje się w nim coś jeszcze.

prosta_milosc3

„Prosta historia o miłości”, podobnie jak „Prosta historia o morderstwie” jest prosta tylko z nazwy, zaś Jakubik bardzo bawi się formą, konwencją, dodając wiele świeżości. Takiej dekonstrukcji relacji damsko-męskich nie widziałem od dawna i już tutaj widać duży talent Jakubika jako reżysera.

7/10 

Radosław Ostrowski

Reakcja łańcuchowa

Warszawa i troje bohaterów: Marta, jej chłopak Adam oraz przyjaciel Paweł. Cała trójka należy do tzw. pokolenia Czarnobyla, czyli rocznika 1986. Nasza para ma wkroczyć we wspólne życie, ale zaginięcie poprzedniej dziewczyny Adama, Kasi wywraca wszystko.

reakcja_lancuchowa1

Kinowy debiut Jakuba Pączka jest jednym z najdziwniejszych kuriozum, jakie widziałem ostatnio. Początek jest poszatkowany i mętny (wybuch atomowy nad Warszawą – że co?; budząca się kobieta, budzący się mężczyzna w więzieniu, jakaś głowa i masa dziennikarzy) i parę minut wywołuje dezorientację. A wtedy wracamy do początku, czyli rozmowy w Urzędzie Stanu Cywilnego oraz nocnego przyjęcia-niespodzianki. Ale im dalej w las, tym balansowanie między dramatem obyczajowo-psychologicznym a kryminałem doprowadza do stanu schizofrenicznego. Na ekranie mamy młodych ludzi ze swoimi wydumanymi problemami (praca w ocenianiu pornosów ze strony Piździelec.com – o ja pierdolę, prezentacja o Czarnobylu, próby wyjścia z cienia dyktatorskiej matki) i reżyser stawia tezę, że współczesne pokolenie 30-latków jest tak zjebane, bo pili płyn Lugola – wiecie, takie cudadło, by chronić przed promieniowaniem. Dodatkowo jeszcze mamy zaginiecie, a działania policji poznajemy z… dialogów postaci czy serwisu informacyjnego, zaś jego przebieg oraz rozwiązanie to coś tak nieprawdopodobnego i głupiego, że tylko k***a jasnowidz mógł to wymyślić.

reakcja_lancuchowa2

Dodatkowo jeszcze reżyser próbuje gmatwać intrygę, pokazując bohaterów jako młodych, cynicznych ludzi, którzy nie mają się przeciwko czemu zbuntować. Do tego jeszcze są pewne elementy oniryczne (sen z „tonącym” bohaterem), sporo golizny i seksu – bo nic tak nie pomaga skupić uwagę jak sceny rozbierane – ale to wszystko wydaje się ogromnym bałaganem z dialogami balansującymi między kuriozum a błyskotliwością. I nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać.

reakcja_lancuchowa3

Aktorzy też niespecjalnie mają co robić – albo prowadzą rozmowy o niczym, albo pokazują jak cierpią (ale tak w środku), albo uprawiają seks, albo toczą ważne dyskusje. I to jest tak cienkie jak barszcz. I co tu robi w tym składzie Magdalena Popławska (matka zaginionej), zepchnięta całkowicie na trzeci plan i Janusz Chabior (policjant)? Młodzi na pierwszym planie coś próbują, ale potrafią zwrócić swoją uwagę tylko wzrokowo jak Małgorzata Mikołaczyk (Marta) czy Wiktoria Stachowicz (Asia). Najbardziej w pamięć zapada Anna Radwan, czyli chłodna matka Adama – kobieta wyrachowana i skupiona na sobie oraz Bartosz Gelner (Paweł) z kilkoma „niezapomnianymi” dialogami.

Film, który miał zaskoczyć i trzymać w napięciu, ale tak naprawdę jest kolejnym przykładem filmu o niczym. Ani postacie nie interesują, ani historia jest nieciekawa, zaś Czarnobyl jako tło wydaje się zbędny oraz niepotrzebny. Nie wywołuje żadnej reakcji.

3/10

Radosław Ostrowski