Mark Knopfler – Down the Road Wherever

MarkKnopflerDownTheRoadWherever

Tego brytyjskiego gitarzysty przedstawiać nie trzeba. Frontman legendarnego Dire Straits nikomu niczego nie musi udowadniać czy nagrywać pod wpływem zakładu, długów czy innych tego typu rzeczy.regularnie co trzy lata serwuje nowy materiał w duchu folkowo-bluesowym. Jeśli ktoś spodziewał się zmian przy “Down the Road Whenever”, to musiał się przeliczyć.

Producencko Marka wsparł kumpel z macierzystej formacji, czyli klawiszowiec Guy Fletcher. Utwory są długie (ponad 5 minut), zaś całość trwa ponad godzinę (troszkę mocno). I w zasadzie jest bardzo spokojnie, wręcz jesienno-zimowo, gdzie gitarka gra bardzo delikatnie. Nie oznacza to, że nie potrafi przyłożyć jak perkusja w pozornie sielskim „Trapper Man”, dodając jeszcze fajny chórek czy fortepian z Hammondem. Najbardziej mnie jednak chwycił „Back on the Dance Floor”, który brzmieniowo troszkę przypominał najlepsze lata Carlosa Santany (nawet gitara troszkę „santanowa”), okraszone Hammondem z lat 70. oraz śpiewającą w chórku Imeldę May. Prawda jest taka, że dominują tutaj spokojniejsze utwory pokroju „Nobody’s Child”, idący ku bluesowi bujający „Just a Boy Away from Home” z dęciakami. Jest nawet jazzowy „When You Leave”, gdzie więcej do powiedzenia mają trąbka z fortepianem oraz folkowy „Drovers’ Road” z duetem gitarowo-skrzypcowym. Nie oznacza to, że gospodarz nie próbuje pobujać, co pokazuje singlowy ”Good on You Son”, gdzie wbija się partia saksofonu czy okraszony Hammondem „Nobody Does That”.

Choć niektóre instrumenty wybijają się na drugim planie, to jednak sama gitara mistrza pojawia się bardzo krótko i rzadko pozwala sobie na szaleństwo. Do tego same utwory trwają ponad 5 minut, co może odstraszyć i same kompozycje delikatnie mówiąc, nie urywają tyłka. Maestro nie wymyśla prochu od nowa, potrafi zbudować klimatyczne piosenki, a i sam głos ma masę uroku (melancholijny, jazzowy „Slow Lerner”). Niemniej czułem lekkie zmęczenie i znużenie, czego się absolutne nie spodziewałem. Tak jak zaskoczyło mnie tyle piosenek okraszonych dęciakami (lekko wakacyjny „Heavy Up”).

Nie zrozumcie mnie źle – Knopfler nie schodzi tutaj poniżej swojego przyzwoitego poziomu, serwując kolejną, solidną płytę. Fanom pewnie tyle do szczęście wystarczy, ale pozostałych raczej nie porwie, choć jest parę zgrabnych numerów.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Zucchero – Black Cat

Zucchero_-_Black_Cat

Jeden z najbardziej znanych wokalistów z Włoch sławę osiągnął dzięki duetowi „Sensa una donna” nagranym z Paulem Yougiem na początku lat 90. Potem jeszcze była „Baila” na początku nowego tysiąclecia, jednak potem Zucchero poza macierzystymi Włochami nie osiągnął takiego rozgłosu. Włoch sobie jednak z tego nic nie robi i w tym roku wydał nowy materiał.

Od strony produkcyjnej za „Black Cat” odpowiadają T-Bone Burnett (współpraca m.in. z Eltonem Johnem), Don Was (m.in. Bob Dylan, Bob Seger, The Rolling Stones) i Brendan O’Brien (m.in. Pearl Jam). I wyszła z tego ciekawa mieszanka klasycznego bluesa z nowoczesnym sznytem. I czuć to już w singlowym opeerze „Partigiano Reggiano”, gdzie do delikatnej elektroniki wchodzi szybki fortepian, wspierany w refrenie przez dęciaki oraz żeński chórek. A dalej jeszcze ciekawiej – nie brakuje weselnych organów (początek „13 Buone Ragioni”, który potem jest skoczny i miesza plastik z żywym instrumentarium), zadziorniejszej gitary elektrycznej (ostre „Ti Voglio Sposare”, gdzie klawisze nawet brzmią ostro), jak i bardziej lirycznego oblicza (elektroniczno-smyczkowe „Streets of Surrender”, gdzie artystę wspiera swoją gitarą sam Mark Knopfler – jest jeszcze włoska wersja tego utworu, ale chyba wolę anglojęzyczną) czy skręty w country (wspierany przez Aviciego – ten fortepian fantastyczny – w mrocznym „Ten More Days”).

„Black Cat” jest bardzo różnorodne, w producenci tak czarują, że Cukiereczek jest słodki, ale nie przesłodzony. Bogactwo dźwięków tworzone przez instrumenty (gitara, perkusja, klawisze, klaskanie) robi niesamowite wrażenie, a wszystko jest przebojowe i strasznie lekkie. Miałem wrażenie przepychu w bluesisku „Hey Lord” z wplecionym chórem gospel, które było zbyt patetyczne, a najciekawiej było w gitarowych „Turn The World Down” czy wyciszonej „Terra Incognita”, nie będącej w zadnym wypadku zapełniaczem.

Włoski wokalista jak zawsze śpiewa mieszanką języka włoskiego i angielskiego, jednak nie poczułem tutaj żadnego chaosu, ale takiej energii w nim mogłoby pozazdrościć wielu młodzieniaszków. Trudno powiedzieć, czy to będzie kolejny album, co namiesza w radiu. Nie zmienia faktu, że Zucchero wydał solidny, dobry materiał.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Mark Knopfler – Tracker

Tracker

To nazwisko fani rocka znają bardzo dobrze. Frontman legendarnego zespołu Dire Straits, od dłuższego czasu działa solo. Po dwupłytowym „Privateering” postanowił sobie przypomnieć. Miał trzy lata, wziął gitarę do ręki, wyprodukował całość i mamy „Tracker”.

Zaczyna się dość powoli – jazzowa perkusja, Hammond i… skrzypce z fletem. „Laughs And Jokes And Drinks And Smokes” potrafi wprawić w refleksyjny nastrój, jednak krótkie riffy Knopflera powodują, że kompozycja nie doprowadza do depresji. A dalej będzie tutaj dominował spokój – Knopfler nikomu nic nie musi udowadniać, nie kosi riffami jak inni rockowi gitarzyści czy metalowcy. Zwłaszcza, że dalej mamy  fortepian, saksofon („River Towns”), akordeon („Mighty Man”, które budzi skojarzenia z „Brothers in Arms”) czy klaskanie („Broken Bones”). Klimat jest na „Trackerze” pierwszorzędny (troszkę dynamiczniejszy jest singlowy „Beryl”), ale wielu może to wynurzyć i zniechęcić. Album bardziej pasuje na jesienną pogodę, gdy szaro i buro, a chciałoby się coś posłuchać spokojnego.

Mark Knopfler na „Trackerze” udowadnia, że nie musi niczego udowadniać – folk, blues i country znowu zostały zmieszane. Sam głos też jest bardziej głęboki, spokojny, bez szaleństwa. To bardziej refleksyjny materiał pozwalający na rozmyślenia oraz stawiający na klimat. Fani będą wniebowzięci, cała reszta nie. Ja jestem na tak, ale nie czuje się zmiażdżony.

7/10

Radosław Ostrowski

Narzeczona dla księcia

Do chorego wnuczka przybywa dziadek, który czyta mu książkę, która była przekazywana z pokolenia na pokolenie. Choć wnuczek bardziej woli gry komputerowe, dziadek bardzo go namawia, serwując masę atrakcji. O czym jest ta opowieść? Dawno temu, było sobie dwoje ludzi – oboje z nizin społecznych. Ona zwała się Buttercup i lubiła rozkazywać parobkowi, czyli Westleyowi. Kiedy uświadamia sobie, ze go kocha, młodzian wyrusza w wędrówkę, ale zostaje zabity przez pirata Robertsa. Dziewczyna z rozpaczy decyduje się zostać narzeczoną księcia Humpertinga i wtedy odkrywa, że…

narzeczona1

Więcej wam nie zdradzę, bo sama historia jest jednym z najmocniejszych atutów filmu Roba Reinera. Pozornie mamy typowa produkcje fantasy z lat 80-tych, gdzie mamy piękne plenery, imponującą scenografią (ogniste piaski nadal robią wrażenie), w dodatku okraszoną naprawdę nastrojową muzyką Marka Knopflera. Jednocześnie reżyser mocno trzyma się konwencji kina przygodowego/fantasy, a z drugiej całość wyśmiewa tworząc świetny pastisz tego gatunku. Obśmiana jest cała konwencja, gdzie nie brakuje odrobiny czarów (największym jest jednak miłość), pojedynków na śmierć i życie (starcie Inigo Montoyi z piratem Robertsem), gdzie choreografia i powaga miesza się z humorem (panowie nawzajem chwalą się swoimi umiejętnościami), a czasami humor mocno idzie w stronę absurdu (wizyta u Cudotwórcy Maxa). Cała ta kombinacja i postmodernistyczna zabawa może (i powinna) budzić skojarzenia ze „Shrekiem”, gdzie w podobny sposób konstruowano całą zabawę.

narzeczona2

Jednak ta cała zabawa konwencją nie udałaby się, gdyby nie świetny scenariusz napisany przez Williama Goldmana (który był też autorem literackiego pierwowzoru), okraszony błyskotliwymi dialogami oraz bardzo pewna ręka reżysera. Dodatkowo aktorzy wspierają reżysera w tej walce. Tutaj pierwsze skrzypce trzyma Cary Elwes, czyli Westley – czarujący i urodziwy mężczyzna, który okazuje się być dzielnym wojownikiem. Patrzenie na pojedynki z tym aktorem to po prostu poezja. Tak samo można powiedzieć o stawiającej swoje pierwsze kroki Robin Wright (jeszcze nie Penn) w roli tytułowej. Piękna, trochę naiwna, ale posiadająca pewien urok. Za to drugi plan jest przepełniony wyrazistymi postaciami, które nawet mając kilka minut zapadają w pamięć. Tak można powiedzieć o mocno ucharakteryzowanym Billym Crystalu (Cudotwórca Max), Melu Smithie (albinos, sługa hrabiego Rugena) czy Wallace Shawnie (przebiegły Vizzini). Ale i tak wybija się z tego grona świetny Mandy Patinkin w ikonicznej już roli Inigo Montoyi – hiszpańskiego mistrza szpady, który poprzysiągł zemstę zabójcy swojego ojca. No i obowiązkowo jeszcze trzeba wspomnieć o Peterze Falku i Fredzie Savage’u, czyli dziadka z wnukiem.

narzeczona3

Pastisz Reinera zadziałał mocno, tworząc jeden z pamiętnych filmów mojego dzieciństwa. I mimo upływu lat, „Narzeczona” pozostaje świetną rozrywką zarówno dla młodego jak i troszkę starszego kinomana. A to jak widać potrafi niewielu.

8/10

Radosław Ostrowski

Eric Clapton & Friends – The Breeze: An Appreciation of JJ Cale

The_Breeze

Clapton to muzyk, który nikomu już nie musi niczego udowadniać, a płyty nagrywa dlatego, że chce. Tym razem postanowił oddać swojemu zmarłemu mentorowi, na którego utworach się wychowywał i coverował, czyli zmarłym w zeszłym roku JJ Cale’u. Pomógł mu w tym producent Simon Climie oraz zaproszeni goście.

Efekt? Jest to oldskulowy rock’n’roll z domieszką bluesa. Może i te piosenki są dość krótkie (rzadko które przekraczają 2-3 minuty), ale słucha się ich z niekłamaną frajdą. Czasami tempo nie jest zbyt zabójcze („Rock and Roll Records” czy „Someday” z nietypowo brzmiącą perkusją oraz Hammondami), ale nadrabiają to grą gitarową Claptona, dobrymi wokalami oraz niezłymi aranżacjami. Poza gitarą Claptona, wyróżniają się głównie organy Hammonda (żwawe „Cajun Moon”), ale nie brakuje tutaj utworów z pazurem i ikrą jak „I Got the Same Od Blues” czy „I’ll Be There (If You Ever Want Me)”. Ale w sporej części jest to bardzo spokojne, stonowanie granie, które dla wielu może wydać się monotonne. Mnie to jednak nie przeszkadza, a odsłuch jest naprawdę przyjemny.

Wspomniałem o gościach i Clapton nie pożałował, ściągając do współpracy swoich młodszych kolegów jak Mark Knopfler („Train to Nowhere”), Tom Petty („Rock and Roll Records”) czy John Mayer („Magnolia”). Trzeba przyznać, że panowie radzą sobie dzielnie i są po prostu świetni. Nawet Willie Nelson nie wywoływał irytacji.

Refleksyjne teksty razem ze spokojniejszymi rytmami tworzą naprawdę ciekawą mieszankę, która budzi respekt. Nawet jeśli zachwyca pojedynczymi piosenkami, to reszta jest naprawdę solidna.

7/10

Radosław Ostrowski

Mark Knopfler – Wag the Dog

Wag_The_Dog

Polityka zawsze interesowała kino, zwłaszcza amerykańskie i to w różnych konwencjach. Jedną z ciekawszych satyr lat 90. był film „Fakty i akty”. Historia agenta CIA, który razem z producentem filmowym próbują odciągnąć uwagę od afery rozporkowej prezydenta, wymyślają fikcyjna wojnę, nadal rozśmiesza, co jest zasługą zgrabnego scenariusza oraz mocnych ról Roberta De Niro i Dustina Hoffmana. Swoje także zrobiła muzyka, choć mało kto zwracał na nią uwagę.

Jej autorem był Mark Knopfler, zaś album wydany przez Vertigo zawiera niecałe pół godziny materiału. Poza tym mocno powiększył się zespół, który towarzyszył kompozytorowi przy pracy m.in. pianista Jim Cox i gitarzysta Richard Bennett) i wyszła z tego dość ciekawa praca.

knopflerAlbum zaczyna się od piosenki „Wag the Dog”. Potem mamy już tylko instrumentalny score. Na początek „Working On It” – skoczna melodia z popisowymi solówkami gitary, wspieranej przez „płynące” klawisze oraz gitarę akustyczną. W znacznie lżejszym tonie jest utrzymane w stylistyce folkowej „In the Heartland” z banjo w roli głównej. I tak lekko, z przymrużeniem oka idziemy do samego końca jak w idącej ku patosowi „An American Hero” (delikatna gitara, marszowa perkusja).

Ponieważ w filmie fikcyjna wojna miała toczyć się z Albanią, nie mogło zabraknąć utworów o zabarwieniu bardziej idącym ku wschodowi (czytaj: Rosji). To już zaczyna się przejawiać w krótkim „Just Instinct” z akordeonem oraz gitarą akustyczną, mocno zabarwioną „rosyjskością”, które z każdą sekundą przyśpiesza. Podobne tempo ma „Drooling National”, tylko w wersji bardziej amerykańskiej. Równie gitarowo jest w „Stretching Out”, z mocniejszymi gitarami i Hammondami w tle oraz kończąca całość „We’re Going to War” zabarwione marszową perkusją.

W zasadzie można się przyczepić do tego, że jest tej muzyki bardzo mało (pojawia się ona w istotnych momentach). Poza tym trudno ją skojarzyć z filmem, jednak poza nim słucha się jej naprawdę dobrze. Muszę jednak przyznać, że wcześniejsze prace Knopflera zrobiły na mnie większe wrażenie.

6,5/10

Radosław Ostrowski


Mark Knopfler – Last Exit to Brooklyn

Last_Exit_To_Brooklyn

Mark Knopfler nie zwalniał tempa i dalej zajmował się działalnością jako kompozytor muzyki filmowej. Zaś kolejnym filmem w jego dorobku stał się „Piekielny Brooklyn” Uli Edela z 1989 roku. Jest to kryminalna opowieść pokazująca mroczną stronę miasta. Więc i sama muzyka nie mogła być przyjemna.

Wydana przez Vertigo płyta zawiera 41 minut muzyki (9 utworów), zaś Knopfler w ogóle nie udziela się na płycie. Zamiast niego słychać przede wszystkim klawisze Guya Fletchera – stałego współpracownika. Dominują tutaj przede wszystkim jazzowe brzmienia (imitacje trąbek i wibrafonu, a także saksofon), ale jest przede wszystkim mroczniej i bardziej dramatycznie niż poprzednio, tworząc bardziej niepokojący klimat. I słychać to już na samym początku.

knopflerJeszcze „Last Exit in Brooklyn” brzmi pogodniej (delikatne, liryczne smyczki podpierane wibrafonem i harfą), ale druga połowa bardziej jazzująca idzie w stronę underscore’u (trąbki i fortepian). „Victims” już jest bardziej elegijne i smutniejsze (brylują znowu skrzypce), zaś „Think Fast” to już underscore’owe granie w starym, jazzowym stylu (wibrafon, bębenki i nerwowa perkusja), która brzmi naprawdę nieźle.

Pewna zmianą jest tutaj bardzo liryczny temat „A Love Idea” z pięknymi skrzypcami (prawdziwymi). Zaś „Tralala” to już skoczniejsze, mocno jazzujący kawałek, gdzie popisują się dęciaki oraz fortepian. Ale to tylko krótka chwila przed oddechem, bo dalej mamy nie tylko najdłuższe utwory, ale też najbardziej nieprzyjemne. „Riot” zaczyna się od mocnych uderzeń bębnów, do których potem dołączają trąbki i smyczki tworząc nerwową atmosferę, pełną niepokoju (gwałtowne wejścia trąbek). Równie nerwowo jest w bardziej stonowanym „The Reckoning”, gdzie pod koniec dochodzą organy czy w krótkim „As Low As it Gets”. Zaś na sam koniec dostajemy „Finale/Last Exit to Brooklyn”. Najpierw słyszymy skrzypce solo – smutniejsze i bardziej „bolesne”, przeplatane z tematem otwierającym album.

Miejscami jest to dźwiękowa tapeta, jednak o dziwo muzyka poza filmem prezentuje się naprawdę dobrze i zasługuje na uznanie. Knopfler pokazuje, że ma talent to tworzenia odpowiedniego klimatu, zaś nawet muzyka akcji prezentuje się całkiem nieźle. Kolejna udana praca tego kompozytora.

7,5/10

Radosław Ostrowski


Mark Knopfler – The Princess Bride

Princess_Bride

Dawno, dawno temu (w latach 80.) eksplodowała moda na kino fantasy. „Conan Barbarzyńca”, „Legenda”, „Zaklęta w sokoła”, „Willow” – te filmy stały się klasyka kina, które wróciło ze zdwojona siłą dzięki „Władcy Pierścieni”. Do tego grona zalicza się też „Narzeczona dla księcia” – pastisz gatunku wykonany przez Roba Reinera w 1987 roku. Niby jest to kolejna opowieść o młodym chłopaku Wesleyu zakochanym w księżniczce Buttercup. Po drodze intrygi, pojedynki, masa humoru – prawie jak w „Shreku”, tylko wcześniej. Jednak nie będę opowiadał o filmie (znakomitym zresztą), ale o warstwie muzycznej, która też jest godna uwagi.

knopflerReżyser stwierdził, że tylko jeden człowiek będzie w stanie podkreślić zarówno romantyczną, jak i zabawną warstwę filmu – Mark Knopfler. Gitarzysta przyjął wyzwanie i razem z klawiszowcem Garym Fletcherem stworzyli muzykę do filmu, choć fantasy kojarzy się z większym budżetem oraz bardziej epicką muzyką. Knopfler stawia tutaj na lirykę oraz średniowieczne brzmienia (skoczny „Florin Dance” z klaskaniem oraz pomysłowa elektronika imitującą flety, tamburyn i inne średniowieczne instrumenty czy krótki „The Morning Ride” ze smyczkami i drewnianymi dęciakami). Siła jednak tej ścieżki jest liryczny temat grany na gitarę i pojawia się on w „Once Upon a Time… Storybook Love” – piękna, ale jednocześnie prosta rzecz, która pojawia się parę razy, z wieńczącą całość piosenką „Storybook Love” w wykonaniu Willy’ego DeVille’a (piosenka nominowana do Oscara), zaś wokal naprawdę silny jest.

Drugi przewijający się temat dotyczy dwóch kumpli – szermierza Inigo Montoyi i osiłka Fezzika. „The Friends Song” zaczyna się dość spokojnie, gdzie słyszymy plumkająca gitarę i skrzypce, a potem dołączają smyczki i flet (oczywiście elektroniczny). Cała reszta to muzyka akcji, która tutaj budowana jest na szybkich brzmieniach smyczków (”Revenge”), elektronicznych niepokojących dźwiękach („The Cliffs of Insanity”) czy trąbkach („The Swordfight”). Niemniej brzmi to naprawdę zjdliwie, choć w filmie wypada najlepiej.

Wielu może zaskoczyć to dość oszczędne (jeśli chodzi o instrumentarium) brzmienie, ale Knopfler trzyma rękę na pulsie i tworzy naprawdę dobrą muzykę, w paru miejscach pełne magii i liryzmu, czyli najmocniejszych punktów, zaś samo wydanie jest naprawdę solidne i nie zawiera całej muzyki, tylko najważniejsze motywy, a czas (niecałe 40 minut) mija naprawdę szybko. Porządna robota, która broni się mimo czasu.

7/10

Radosław Ostrowski


Mark Knopfler – Cal

From_the_Film_Cal

Tytułowy Cal jest młodym Irlandczykiem, który za dnia pracuje w rzeźni, a w nocy dokonuje ataków terrorystycznych. I obie czynności robi wspólnie z ojcem. Ale podczas jednej akcji nie wszystko poszło jak spłatka i chłopak chce się wycofać. I wtedy pojawia się w jego życiu starsza kobieta, z którą nawiązuje romans. Tak można w skrócie opisać fabułe filmu Pata O’Connora na podstawie powieści Bernarda MacLaverty’ego. Sam film pozostał zapomniany i mało kto o nim słyszał. Nawet jeśli ktoś wspominał ten tytuł, to głównie dzięki muzyce Marka Knopflera.

Brytyjczyk został drugi raz zatrudniony przez producenta Davida Puttmana, z którym współpracował przy swoim debiucie kompozytorskim – „Biznesmenie i gwiazdach”. I tak jak wtedy, Knopfler stawia przede wszystkim na folkowe granie i elementy muzyki celtyckiej. Stąd obecność fletów i dud, które pojawiają się już w „Irish Boy”. Równie spokojny jest „The Road” z delikatnymi klawiszami oraz gitarową solówka Knopflera. Za to liryczny charakter zawiera „Irish Love”, z elegancką gitarą elektryczną. Nawet w krótkich utworach jak „Waiting for Her” czy „A Secret Place/Where Will You Go”, gdzie gitara gra dość delikatnie, brzmią bardziej melancholijnie i lirycznie niż mrocznie i underscore’owo. Mocno irlandzki jest też „Father and Son”, gdzie uiellan pipes oraz delikatne klawisze na początku, a potem dołącza cały zespół. Po tym są jeszcze skoczne „Potato Picking”.

Ale nie brakuje tutaj grania underscore’owego, choć nie jest to stricte kino akcji. Już pewien niepokój słychać w „In a Secret Place”, gdzie gitara jest „przerywana” przez ponurą elektronikę. Atmosfera ta jest podtrzymywana przez „Fear and hatred”, gdzie pojawia się po raz pierwszy gitara elektryczna, swoje robią klawisze oraz pojawiająca się co jakiś czas perkusja, która pod koniec wali i robi się bardzo nerwowo. Zaś całość kończy bardziej melancholijne „Love and Guilt” z fletem oraz klawiszami i najdłuższe w albumie „The Long Road” – bardziej pogodna melodia na gitarę, do której dołączają flety i klawisze.

Knopfler po raz kolejny pokazał, że jego solowe dokonania (tutaj kompozytorskie) są naprawdę interesujące i potrafią przykuć uwagę. Co prawda i tak na razie najlepszym dokonaniem pozostaje „Local Hero”, ale „Cal” dzięki „irlandzkiemu” zabarwieniu potrafi zapaść w pamięć. Solidna robota.

7/10

Mark Knopfler – Comfort and Joy

Comfort_And_Joy

Współpraca Marka Knopflera z reżyserem Billem Forsythem tak bardzo się spodobała, że reżyser zaprosił muzyka do ponownej kolaboracji. Film „Komfort i radość” to już zapomniana historia młodego DJa, który wplątany zostaje w wojnę między dwiema rodzinami produkującymi lody. Jednak nie jest to stricte muzyka filmowa.

knopflerBo tak naprawdę Knopfler napisał raptem trzy utwory specjalnie dla filmu. Cała reszta (album wydany przez Vertigo zawiera 18 utworów) to piosenki, częściowo nagrane z Dire Straits. I jest to delikatne rockowe granie, które miejscami polane jest country („Camerado” ze skrzypcami i steel guitar), czasami skręca w bluesa („Badges, Posters, Steakers, T-S” z rytmicznym kontrabasem i fortepianem), mocniejszych uderzen (początek „What’s the Matter Baby” z silniejszą perkusją i klawiszami). Zaś sama gitara Knopflera jest naprawdę cudna, gra lekko i przyjemnie, co pokazuje choćby w instrumentalnym „Atlantis” czy „Crazy Train”. Piosenki po prostu wpadają w ucho i tworzą dość intrygującą mieszankę.

Jednak najbardziej interesujące i najważniejsze dla nas są trzy ostatnie utwory, czyli kompozycje napisane specjalnie do filmu. A tą zaczyna „A Fistful of Ice Cream” – bardzo delikatnie grające klawisze oraz gitara z mandolina tworzą bardzo specyficzny „włoski” klimat. Liryczniej brzmi „Comfort”, co jest zasługą saksofonu Chrisa White’a – mocnego i bardzo poruszającego. A całość kończy szybki „Joy” z bluesowym kontrabasem, pięknym saksofonem współgrającym z gitarą elektryczną. I z każdą sekunda przyśpiesza. Piękna nuta.

Ta dziwaczna mieszanka poza filmem brzmi bardzo dobrze i mogłaby się znaleźć na solowym albumie Knopflera bez problemów. Bardzo przyjemna i ładna muzyka – tyle.

7,5/10

Radosław Ostrowski