Gdy spotkaliśmy się pierwszy raz

Punkt wyjścia wydaje się bardzo prosty: jest Halloween roku 2014. Impreza jak impreza, jest muzyka, przebrania, alkohol, ludzie się poznają i czasami wychodzi z tego coś więcej. Jednym z takich gości jest Noah – niedoszły korposzczurek, pianista grający w knajpie. Właśnie na tej imprezie poznaje Avery, którą uznaje za dziewczynę swoich marzeń i cudownie spędzają noc. Ale trzy lata później dziewczyna zaręcza się z niejakim Ethanem, co u chłopaka – traktowanego jak przyjaciel – wywołuje silny ból. Wydaje się, że tak już zostanie na zawsze, ale czasami los potrafi zaskoczyć. A wszystko dzięki budce do robienia zdjęć, gdzie Noah wrzuca monetę i po dwóch „błyskach” budzi się… trzy lata i dzień wcześniej, czyli przed imprezą. Daje mu to sporą szansę za zmianę wydarzeń, których konsekwencje odczuje za trzy lata.

gdy ja zobaczylem1

Na pierwszy rzut oka to banalna komedia romantyczna z motywem podróży w czasie. Dodatkowo główną rolę gra wywołujący głównie irytację Adam Divine, z którym nie miałem wcześniej do czynienia. Sam punkt wyjścia, czyli wariacja na temat „Dnia świstaka” oraz podróży w czasie sama w sobie jest interesująca. I choć wydaje się to wszystko brzmieć dziwnie znajomo, sam efekt okazuje się całkiem znośny. Wynikać to może z faktu, że reżyser tak kombinuje, by klasyczne motywy z gatunku (frajer zakochany w superlasce, muzyka jazzowa, wehikuł czasu, impreza), ale także próbuje unikać typowych szablonów w rodzaju pogoni za miłością czy wygraną protagonisty. Mimo repetycji paru scen, nie czułem zbyt wielkiego znużenia. Choć jest kilku głupawych scen i banalnych gagów (Noah próbujący grać na fortepianie w jednej z wersji wydarzeń czy wspólny bieg), to udaje jest kilka zabawnych sytuacji oraz miejscami troszkę gorzka refleksja.

gdy ja zobaczylem2

Samo zakończenie filmu przypomniało mi sytuację związaną z postacią Jacka Skeletona z „Miasteczka Halloween”. I tak jak Jack chciał zostać św. Mikołajem, co zakończyło się katastrofalnie, tak samo Noah za wszelką cenę chce zdobyć dziewczynę. Nawet kiedy mu się udaje (przy okazji mając wypasiony dom oraz kupę forsy jako vice prezes), to jednak efekt jest bardzo rozczarowujący. Mając pozornie szczęśliwy związek, sukces okazuje się pozorny. Nie czuć tak naprawdę tej chemii, która wydawała się być na pierwszej randce, zaś ona czuje się nieszczęśliwa w związku z korposzczurem. Wnioski i przesłanie wydają się jasne, że nie wszystko, co wydaje nam się źródłem szczęścia, ma cokolwiek ze szczęściem wspólnego. A szczęście może być bliżej niż nam się to wydaje.

gdy ja zobaczylem3

Zagrane jest to naprawdę nieźle, mimo niezbyt dobrego scenariusza. Pozytywnie zaskoczył mnie Adam Divine jako mocno zafiksowany Noah, który nawet granie mimiką wykonuje bardzo porządnie. Budzi sympatię od początku, nawet kiedy zmienia swój charakter, licząc na zwiększenie szans. Drugi plan ewidentnie kradnie Shelley Henning jako fotografka Carrie, która jest bardziej do rany przyłóż niż się wydaje na pierwszy rzut oka oraz Andrew Bachelor w roli przyjaciela Maxa. Zaś obiekt obsesji naszego bohatera i jej partner (Alexandra Daddario & Robbie Amell) nie mają tu zbyt wiele do roboty, stając się tylko tłem dla wydarzeń.

No i mam pewien z tym filmem. „Gdy spotkaliśmy się…” ma obiecujący punkt wyjścia, sympatycznych aktorów oraz troszkę łopatą wrzucony morał. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że był tutaj potencjał na coś bardziej ciekawszego i szalonego. A tak wyszedł średniaczek.

5/10

Radosław Ostrowski

Nie ma drugiej takiej

Umieranie jest jedną z najtrudniejszych rzeczy, z jaką człowiek nie potrafi się pogodzić. Zwłaszcza, jeśli dotyczy ona osoby nam najbliższej. Taki jest przypadek Abbie oraz Sama. On jest nauczycielem fizyki, ona wydaje książki dla dzieci i organizuje spotkania z autorami. Są narzeczonymi i powoli przygotowują się do ślubu. Ale wtedy u niej pojawia się Pan Rak i to najgorszy z możliwych, bo w ostatnim stadium. Obojgu ciężko jest się z tym pogodzić, lecz kobieta próbuje znaleźć swojemu mężczyźnie… partnerkę.

nie ma drugiej takiej1

O tym filmie Netflixa mało kto mówił, nawet kiedy wyszedł. Ale muszę przyznać, że punkt wyjścia dzieła Stephanie Laing dawał troszkę inne spojrzenie na powolne przygotowanie się do opuszczenia świata. Reżyserka (dość sprawnie) balansuje między momentami dramatycznymi a jednocześnie wpuszcza troszkę komediowego powietrza. W efekcie powstaje film bardzo naznaczony melancholijnym klimatem, zdominowanym przez smutek. Nie żal, depresję, lecz smutek. I nawet momenty pozornie poważne (wizyty w grupie wsparcia, gdzie jego członkowie… szydełkują czy chemioterapii) są rozładowywane humorem oraz barwnymi postaciami. Nawet jeśli nie są one zbyt wyraziście zarysowane i mają po kilka minut do dyspozycji. I mimo poczucia absurdalności całej sytuacji, byłem w stanie zrozumieć kobietę oraz jej decyzje.  Dlaczego szuka mu dziewczyny na Tinderze, kupuje pierścionek, a nawet umawia na randkę. Tylko, że to nie może zakończyć się sukcesem. Nie tylko dlatego, że on ją bardzo kocha i chce ją wspierać w walce do końca. Lecz także dlatego, iż jakakolwiek forma kontroli nad rzeczami, na które nie mamy wpływu jest z góry skazana na przegraną.

nie ma drugiej takiej2

I powoli zaczynamy obserwować moment, kiedy Abbie (cudowna Gugu Mbatha-Raw) powoli zaczyna dochodzi do tych wniosków. Po części pomaga jej w tym relacja z poznanym na grupie wsparcia Myron (zaskakująco ciepły Christopher Walken). Ten starszy pan towarzyszy kobiecie przy jej wariackich eskapadach, mimo bardzo sceptycznego stosunku do tych akcji. Jednak mimo choroby stara się cieszyć drobnymi przyjemnościami do samego końca. I to ta relacja była dla mnie o wiele ciekawsza niż między kobietą a Samem (solidny Michael Huisman), pełną tarć, prób ponownego złapania języka oraz odnalezienia się na nowo. Tutaj było dla mnie troszkę przewidywalne i nie byłem w stanie wejść.

nie ma drugiej takiej3

To jest naprawdę niezły kawałek kina niezależnego, pokazujący inne oblicze na dość ograny temat. Nawet jeśli nie angażuje tak bardzo jak mógłby, ma w sobie wiele ciepła i serca, by nie przejść obojętnie wobec niego.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Do wszystkich chłopców, których kochałam

Z Netflixem to bywa różnie, bo ich biblioteka jest niczym pudełko czekoladek. Nigdy nie wiadomo, na co można trafić. Przynajmniej tak twierdził pewien klasyk. I choć ten streamingowy gigant działa od kilku lat, pojawiło się parę wartych uwagi tytułów (głównie seriale) oraz kilka filmów mający potencjał zapisać się złotymi zgłoskami. Jest też taki młodzieżowy romans, który wśród swoich odbiorców wywołał ogromny ferment.

do wszystkich chlopakow1-1

Sam punkt filmu opartego na powieści Jenny Han wydaje się bardzo prosty. Bohaterką (i narratorką) jest 16-letnia Lara Jean Covey, która – no cóż – to taka klasyczna szara myszka, żyjąca w swoim świecie. Jest średnią siostrą z rodzeństwa, bo starsza wyrusza na studia, a młodsza jeszcze chodzi do podstawówki, zaś całym rodzeństwem zajmuje się ojciec-ginekolog. Nastolatka ma pewien problem z wyrażaniem swoich uczuć i emocji, zwłaszcza dla przedstawicieli płci brzydszej. By sobie z tym poradzić, nasza romantyczka pisze do nich listy, nie wysyłając ich. Wszystko byłoby cacy, gdyby nie to, iż ta ukryta korespondencja… znika bez śladu. I to wywołuje poważne komplikacje, doprowadzając do perturbacji w życiu uczuciowym. Żeby uniknąć potencjalnych ataków, dziewczyna decyduje się na oszustwo w postaci udawania bycia w związku. Wspólnikiem w zbrodni staje się bardzo popularny sportowiec Peter Kavinsky, którego rzuciła dziewczyna i w ten sposób widzi szansę na odzyskanie jej. Plany jednak mają to do siebie, że lubią się komplikować.

do wszystkich chlopakow1-2

„Do wszystkich chłopców…” idzie torami oraz schematami bardzo znajomymi. Już sam początek wydaje się kiczowaty jak z jakiegoś romansidła, jednak zostaje to przełamane (okazuje się, że nasza bohaterka czytała książkę i zostało to zwizualizowane). Udaje się reżyserce bardzo balansować między poważnymi „dramatami” wieku nastoletniego i przełamuje to humorystycznym akcentem. Zaskoczeń nie ma, bo i przeszkody są znajome (była dziewczyna o imieniu Gen, trzymanie wszystkiego w tajemnicy, chłopak siostry – jeden z adresatów), jak i przebieg historii jest dość oczywisty.

do wszystkich chlopakow1-3

Więc jak wzbudzić sympatię podczas seansu? Nakreślić bohaterów, których da się polubić i zbudować wiarygodne relacje między nimi. Widać tutaj silną więź Lary z siostrami, choć ta najstarsza znika dość szybko. Taki jest też ojciec, który próbuje sobie radzić z wychowaniem córek i czasem potrafi strzelić gafę (scena rozmowy z Larą w samochodzie przed wyjazdem). Dla mnie jednak film kradła najmłodsza siostra, zdolna do złośliwego komentarza. Także sama relacja między wycofaną Larą a pewnym siebie Peterem ma w sobie wiele uroku, zaś zderzenie tych charakterów daje kilka zabawnych dialogów. I wizualnie wygląda to po prostu ładnie, z ciepłymi, lekko pastelowymi kolorami jest bardzo przyjemne dla oka.

Zagrane jest to porządnie, bez poczucia żenady i irytacji, a mało znani aktorzy mają szansę na wykazanie się. Trudno tu kogokolwiek wyróżnić, a każda z postaci ma swoje pięć minut. A jak sam film? To niezłe kino, które będzie idealnie pasować do swoich adresatów. Choć okres nastolatkiem mam już dawno za sobą, to całkiem przyjemnie spędziłem czas przy tym tytule.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Tuca i Bertie

Ptaszyskowo to typowe miasto gdzieś w USA, gdzie żyją głównie antropomorfizowane ptaki. Wśród tych mieszkańców są dwie kumpele, które znają się od kilku lat i mają po 30 lat. Tukanica Tuca jest bardzo imprezową dziewczyną, która od niedawna rzuciła alkohol, nie ma pracy, chłopaka, męża, z rodziną kontaktów nie utrzymuje. Bertie jest drozdem, pracuje w korporacji jako informatyk, a jej pasją jest robienie deserów i innych smakołyków. Mieszkały panie razem sześć lat, ale Bertie znalazła sobie chłopaka o zacnym imieniu Ćwiek i tukan musi się wyprowadzić.

tuca i bertie1

Kolejna animacja od Netflixa skierowana dla dorosłego widza. „Tuca i Bertie” jest stworzona przez Lisę Hanewalt, czyli rysowniczkę kultowego „BoJacka Horsemana”. Wizualnie to nowe dziełko jest dość blisko opowieści o człowieku z końską twarzą, ale inaczej rozkłada akcenty. Tutaj serialowi (niestety, skasowanemu po pierwszej serii) bliżej jest do klasycznego sitcomu, gdzie każdy odcinek stanowi osobną, niekoniecznie powiązaną ze sobą historię. Każda z naszych ptaszyc próbuje rozwiązać swoje problemy i zmierzyć ze swoimi demonami, których jest tu sporo. Trudna przyjaźń, seksizm, samotność, relacje damsko-męskie, odpowiedzialność, podążanie za pasją  – dzieje się tutaj bardzo dużo, chociaż każdy odcinek trwa niecałe pół godziny. Jednocześnie cała tematyka podana jest w bardzo komediowym sosie. Nie oznacza to jednak, że nie ma momentów poważnych czy poruszających. Dla mnie taką sceną było wyznanie Bertie z przedostatniego odcinka, gdzie opowiada o tym, dlaczego rzuciła pływanie. To bardzo mocny moment, dodatkowo cała retrospekcja towarzysząca tej scenie pokazana jest w zupełnie innym stylu.

tuca i bertie2

Właśnie. Twórcy mieszają tutaj różne style animacji, co bardzo uatrakcyjnia seans, nie wprowadzając chaosu i zamieszania. To wszystko jeszcze bardziej podkreśla charaktery naszych pokręconych przyjaciółek. Zwłaszcza w scenach wszelkich retrospekcji dodaje jeszcze bardziej do tego absurdalnego homoru. Dowcip tutaj jest oparty m.in. na wpleceniu napisów w trakcie dialogów (świetny moment kiedy podczas jakiegoś kawału pojawia się… tytuł sitcomu oraz pora jego nadawania!!!) czy pojawiających się znikąd wstawek musicalowych (śpiewająca Bertie). Wszystko tutaj oparte jest na absurdzie i zderzeniu charakterów. Bo jak traktować sytuację, kiedy Tuca kupuje sobie… jaguara czy wizytę Tuki u lekarza z gadającym ultrasonografem. To jeszcze bardziej podkręca ten zakręcony, kolorowy świat, dodając lekkości całego przedsięwzięcia.

tuca i bertie3

Ale to wszystko nie zadziałałoby, gdyby nie kapitalny dubbing. Absolutnie tutaj błyszczy skontrastowany duet Tiffany Haddish/Ali Wong w rolach głównych. To one dodają tego charakteru, jaki potrzebują te postaci: nakręcona, wygadana i głównie wyluzowana Tuca oraz wycofana, spokojna, ciepła Bertie. Dla mnie najlepsze momenty były związane z przełamaniem ich charakterów (zakochana Tuca na randce jest bardzo niepewna i przerażona czy jak Bertie puszczają nerwy) czy kiedy wspierają siebie nawzajem. Chemia między tymi dziewczynami jest bardzo naturalna, wiarygodna do samego końca. Trzecim do pary jest Ćwiek z głosem Stevena Yeuna, próbującego zachować spokój i zadowolić swoją kobietę. Ma swoje momenty komediowe jak kiedy ma sztywną pozę oraz puszczają mu nerwy, co też pozwala mu zabłysnąć.

tuca i bertie4

Żałuję, że Netflix skasował ten serial po raptem 10 odcinkach, bo „Tuca i Bertie” miała potencjał na bardzo rozluźniającą, sympatyczną rozrywkę z bohaterkami, których nie da się nie polubić. Bardzo przyjemnie spędzony czas i chciałoby się zostać w Ptaszyskowie na dłużej.

8/10

Radosław Ostrowski

Historia małżeńska

Charlie i Nicole – wydaje się to wręcz para idealna. Żyją ze sobą już 10 lat, mają syna i pracują w teatrze. On jako reżyser, ona jako aktorka. Ich spektakle spotykają się z bardzo dobrym odbiorem. Już pierwsze sceny, gdy słyszymy jak o sobie opowiadają zwiastują bardzo udaną relację. Tylko, że parę minut później okazuje się, iż było to zadanie od mediatora. A nasi bohaterowie decydują się na rozwód. Ale jak to rozwód? Jedną z przyczyn jest propozycja zagrania w serialu, jaką dostała Nicole. Wymagałoby to jednak opuszczenia Nowego Jorku i przeprowadzki do LA, na co Charlie się nie zgadza.

historia malzenska1

Przyznam się, że nigdy nie miałem styczności z kinem Noah Baumbacha. Jednak po tym filmie widać, że dla niego liczą się relacje między bohaterami oraz bardzo kameralna forma. „Historia małżeńska” wydaje się być filmem jaki już widzieliśmy. Bo ile było historii o rozwodach? I w niemal każdym mamy pokazany rozwód jako pole bitwy, gdzie do osiągnięcia swoich celów sięga się po wszystkie chwyty. Zwłaszcza kiedy do gry wchodzą prawnicy. Tutaj pokazani niemal jak hieny, dla których nie liczy się najszybsze załatwienie sprawy, tylko wydojenie swojego klienta. To jednak jest pokazane niejako przy okazji, bo scen sądowych jest tu niewiele. Bardziej skupiają się na tym, jak oboje próbują sobie z tym poradzić. Ale uważniej się zaczynamy im przyglądać i dostrzegać, że choć się świetnie uzupełniają, nie są tacy doskonali jak na początku. Przez te rysy stają się bardziej ludzcy, a seans staje się trudniejszy. Dlaczego? Bo reżyser lubi jego i ją, unikając czarno-białego podziału oraz jednoznacznego wskazywania, że on/ona jest tą gorszą połową.

historia malzenska2

Sam scenariusz wydaje się nie być prowadzoną ciągiem narracją, lecz skupieniem się to na nim, to na niej. Z tego powodu troszkę od tego filmu się odbijałem, choć rozumiem ten zabieg. Nie brakuje tutaj absolutnie znakomitych momentów jak scena kłótni, gdzie dochodzi do hekatomby, pierwszej rozmowy Nicole z prawniczką czy wręczenia prawniczego pozwu. W tych momentach reżyser okazuje się wnikliwym obserwatorem, potrafiącym czasem ubarwić sytuację humorem. Nie można mu jednak zarzucić manipulacji ani fałszu w tym, co prezentuje. Nie mniej nie zaangażowało mnie to tak jak bardzo. Czy to dlatego, że jestem za młody i nie przeżyłem niczego takiego? A może po prostu liczyłem na więcej? Nie umiem odpowiedzieć, ale parę razy odbijałem się, by znowu wrócić.

historia malzenska3

Jednak prawdziwym paliwem napędowym jest absolutnie świetny duet Scarlett Johansson/Adam Driver. Ona – pozornie opanowana, wręcz aż za bardzo zaangażowana w życie rodzinne, tak naprawdę czuje się zagubiona, a jej potrzeby wydają się stłumione. A on bardziej się skupia na swojej pracy, jest wręcz egoistą i przestaje ją rozumieć. Aktorska para tworzy tutaj bardzo zniuansowane portrety, przez co bardzo łatwo ich polubić. Jednak film kradnie Laura Dern. Nora, prawniczka Nicole jest ostrą zawodniczką, gotową wyciągnąć każde brudy do wygrania walki. A jej monolog z Matką Boską – perełka.

„Historia małżeńska” to jedna z ciekawszych produkcji Netflixa, jednocześnie zachęta do bliższego poznania dorobku Baumbacha. Wnikliwa obserwacja, pełna słodko-gorzkich momentów, świetnego aktorstwa oraz bardzo krytycznego spojrzenia na środowisko prawników.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Dwóch papieży

Dziwne są czasy, kiedy na świecie dwóch papieży jest, z czego jeden jest na emeryturze. Jak do tego doszło? Wszystko się zaczęło w 2005 roku, kiedy to głową Kościoła katolickiego został kardynał Ratzinger, który przyjął imię Benedykt XVI. Papież kontynuuje drogę poprzednika, czyli konserwatyzmu. Wówczas jeden z kardynałów, Jorge Bergoglio decyduje się o przejściu na emeryturę. By jednak tego dokonać, potrzebuje zgody papieża.

dwoch papiezy1

Znowu udany film od Netflixa? To już robi się naprawdę dziwne. Reżyser Fernando Meirelles robi bardzo skromny spektakl, który równie dobrze mógłby zostać pokazany w teatrze. I jest to zderzenie dwóch wizji Kościoła: bardziej dogmatycznego, mocno osadzonego w tradycji kontra liberalny, bardzo otwarty na świat oraz jego problemy. Jednak zanim dochodzi do spotkania, pojawia się absolutnie świetna scena konklawe, gdzie wybrano Ratzingera z wręcz fenomenalnym montażem (bardzo szybkie cięcia z dźwiękowym rytmem) czy przygotowania do tego wydarzenia, wyglądające niczym relacja z telewizji. Dość nietypowa praca kamery oraz pozornie chaotyczny montaż mogą wydawać się dezorientujące, ale w tym szaleństwie jest metoda. Rozedrgania, przebitki na twarze pokazują jak wiele emocji znajduje się w tych (pozornie) spokojnych i opanowanych ludziach. Ludziach, który pełnią ważne funkcje w poważnej instytucji, którzy mają różne przekonania oraz życiorysy.

dwoch papiezy2

Wszystko to zostało okraszone świetnymi, niepozbawionymi humoru dialogami oraz scenami. Bo jak wymazać scenę próby wspólnego tanga, oglądania finału Mundialu czy gry Benedykta na fortepianie. W takich momentach widać ich z mniej majestatycznej perspektywy, co czyni całość lżejszą. Nie oznacza to jednak, że to całe spięcie jest pozbawione stawki. Z każdą sceną obydwu papieży poznajemy coraz bliżej, choć wydaje mi się, że twórców bardziej interesuje przyszły papież Franciszek oraz jego mroczny okres lat 70-tych, gdy poszedł na współpracę z wojskową juntą. Ubrane jest to w formę retrospekcji, co troszkę zaburza rytm filmu, ale próbuje też zrozumieć tego człowieka oraz dlaczego zrobił tak, a nie inaczej. Szkoda, że nie zrobiono tego samego w przypadku Ratzingera (nazywanego przez znienawidzonych przeciwników „nazistą”), ale pewnie rozcieńczyłoby to całość.

dwoch papiezy3

Bo tak naprawdę liczy się tutaj rozmowa oraz spojrzenia na wiarę, instytucję, kwestie tradycji czy bardzo kontrowersyjnych problemów. Wyciek tajnych dokumentów, brak kontroli nad Bankiem Watykańskim czy duchownych-pedofili. Jak do tego podejść i co zrobić. Reżyser pokazuje te perspektywy i zderza je, ale chyba bardziej przychyla się ku Franciszkowi, nie czyniąc z Benedykta tego złego czy gorszego.

To wszystko nie zadziałałoby, gdyby nie fenomenalni aktorzy. Anthony Hopkins i Jonathan Pryce wyglądają niemal jak klony postaci, które grają (czyli Benedykta oraz Franciszka), ale nie tylko na tym polega ich siła. Każde spojrzenie, gest oraz sam głos potrafi zahipnotyzować, pokazując dwie kompletnie różne twarze. Benedykt jest intelektualistą i samotnikiem, zaś Bergoglio to człowiek bardziej otwarty, bliżej ludzi oraz ich problemów. Jednak obaj przez ten kontrast świetnie się uzupełniają, tworząc jeden z najciekawszych duetów ostatnich lat.

„Dwóch papieży” to wielki powrót Fernando Meirellesa do formy oraz kolejny przykład wysokiej jakości Netflixa. Bardzo kameralne, wręcz subtelne, a jednocześnie angażujące, trzymające w napięciu oraz refleksyjne. A przecież jest to tylko rozmowa, prawda?

8/10

Radosław Ostrowski

Zgubiłam swoje ciało

Sam początek filmu jest mocno dezorientujący. Najpierw widzimy muchę, a obok wiele krwi i jakiś leżący chłopak. Cięcie. Potem słyszymy jak ktoś próbuje się z czegoś wyrwać nie wiadomo skąd. Kiedy dostajemy obraz okazuje się, że tym czymś jest… zawinięta w folię ludzka ręka. Czyja ręka? Co ona tam robi? Do kogo ona należy? I jak została ona rozdzielona od reszty ciała?

zgubilam swoje cialo1

Już sam początek tej francuskiej animacji stawia pytania oraz intryguje. Reżyser Jeremy Clapin stosuje tutaj dwutorową narrację, gdzie od razu zaczynamy poznawać dwójkę naszych bohaterów, czyli rękę oraz jej właściciela. A jest nim młody chłopak, który po śmierci rodziców trafia do dalszej rodziny i nie może znaleźć sobie miejsca. Marzenia o karierze muzyka czy astronauty zastępuje dowożenie pizzy. Ale nie jest on w tym dobry. Jednak jedna rozmowa zmienia jego życie, zaś pewien pociągający głos (i jego właścicielka) mogą być początkiem czegoś więcej.

zgubilam swoje cialo3

Historia jest prosta jak konstrukcja cepa, ale sposób jej opowiadania czyni ją niezwykłym doświadczeniem. Przeplatana narracja oraz droga jaką przeżywa dłoń fascynuje, choć początkowo może wywoływać dezorientację. Same przeszkody są pomysłowo pokazane: od ucieczki z lodówki przez walkę z gołębiem na dachu czy szczurami w metrze. Pomaga w tym fakt, że niektóre sceny są pokazywane niejako z perspektywy dłoni oraz serwując masę zbliżeń. Nie brakuje też momentów niemal surrealistycznych (sen o rodzicach, próba przejścia na drugą stronę ulicy) czy bardzo subtelnego humoru (pierwsza rozmowa z Gabriellą przez domofon), dodają uroku do tej pokręconej opowieści.

zgubilam swoje cialo2

Jeszcze bardziej zaskakuje niemal klasyczna forma animacji, bez metod stosowanych przez Disneya, Pixara czy innych gigantów zza Wielkiej Wody. Prosta kreska, wyglądająca jak ręcznie rysowana jest dość umowna. Z drugiej strony przy zbliżeniach widać sporo detali, szczególnie przy wyglądzie zwierząt. Wydaje się bardzo proste, ale zgrabnie uzupełnia się z samą opowieścią, pełną nostalgii oraz melancholijnego klimatu. Jedyne, co wywołuje we mnie niedosyt to zakończenie. Nie chodzi nawet o to, że nie ma (klasycznie rozumianego) happy endu, jednak rozminęło się ono z moimi oczekiwaniami.

Nie zmienia to jednak faktu, że „Zgubiłam swoje ciało” to jednak z ciekawszych rzeczy dostępnych na Netflixie. Prosta w treści, ale oryginalna w formie animacja posiadający tzw. french touch.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Nazywam się Dolemite

Ruby Ray Moore – słyszeliście o tym skurwielu? Bo ja nie, ale w Stanach to jedna z najważniejszych postaci dla czarnoskórej społeczności. Wokalista, stand-uper, tancerz, a nawet jasnowidz. Ten facet próbował wszystkiego, by osiągnąć sukces, tylko że teraz pracuje w sklepie płytowym jako sprzedawca. A przecież miało być inaczej, były plany, sława, chwała i kasa. Powoli jednak zaczyna przebijać się, dzięki inspirowaniu się dialogami meneli, tworząc nową postać o ksywie Dolemite. I to jest początek, ale Moore’owi ciągle mało, więc planuje zrobić… film o Dolemacie, nie mając o tym zielonego pojęcia.

dolemite1

Filmy Netflixa zazwyczaj są śmieciowym gniotem, który ma zapchać miejsce w ich bibliotece. Ale zdarzają się ciekawsze rzeczy, tylko ciężko je wyłuskać. Taki jest właśnie film Craiga Brewera, oparty na prawdziwej historii Moore’a. Od razu miałem skojarzenia z „Ed Woodem”, gdzie też mamy człowieka próbującego odnieść sukces, tylko za grosz nie mającego talentu. Moore ma o tyle problem, że nie potrafi odnaleźć się w realiach lat 70., próbując znaleźć swoją widownię. Jednak nie można facetowi odnaleźć pasji, umiejętności obserwacji i chęci dostarczania rozrywki, nawet opartej na wulgarności, chamstwie oraz prostych przyjemnościach. Jakby myśląc, że jak coś było dobre dawno, to będzie dobre zawsze. O dziwo, to zaczyna działać, zaś Moore coraz bardziej ryzykuje dla większego przebicia. Reżyser bardzo lubi tego bohatera i pokazuje go z sympatią, nawet w chwilach zwątpienia.

dolemite2

Bo Moore’a znienawidzić się nie da, a swoją energią i pasją jest w stanie zarazić innych, co widać w scenach przygotowania występu w domu (by następnie go nagrać na płytę) czy podczas kręcenia filmu. Niby takich historii było wiele i wiemy, co się wydarzy, ale to wszystko angażuje oraz bawi do końca. Czuć ten klimat lat 70., zarówno w bardzo bogatej scenografii, jak i rewelacyjnych kostiumach czy bardzo funkowej w duchu muzyce a’la Isaac Hayes czy Lalo Schifrin. Wszystko to wydaje się tak naturalne, jakbyśmy dokładnie byli w tym okresie. No i jeszcze te zdjęcia, z mocnymi kolorami. Realizacyjnie to wielka frajda.

dolemite3

Prawdziwym skarbem oraz sercem tego filmu jest wracający po przerwie Eddie Murphy, który jest tutaj prawdziwą petardą. Aktor w roli Moore’a absolutnie błyszczy, przypominając swoje największe występy w swojej karierze. Ta energia, pasja oraz szczerość biją z ekranu, nieważne czy występuje przed mikrofonem w klubie, występuje w filmie czy walczy o realizację swoich projektów przed szychami. Murphy’emu towarzyszy galeria świetnych postaci drugoplanowych jak wokalista Ben Taylor (świetny Craig Robinson), ambitny scenarzysta Jerry Jones (dość zaskakujący Michael-Keegan Key) czy dostająca szansę na swoje 5 minut Lady Reed (fantastyczna Da’Vine Joy Randolph). Ale dla mnie największą niespodziankę zrobił Wesley Snipes jako D’Urville Martin, który ma duże ego oraz wywyższa się z całej ekipy. Kradnie szoł swoim głosem i pokazuje, że jeszcze nie powiedział ostatniego słowa.

„Nazywam się Dolemite” to dla mnie przede wszystkim aktorskie zmartwychwstanie Eddie’ego Murphy, który pokazuje dawny pazur oraz energię z czasów świetności. A i sam film to biografia zrobiona z jajem, pasją oraz klimatem lat 70. O takiego Netflixa nic nie robiłem.

8/10

Radosław Ostrowski

Świąteczny kalendarz

Bohaterką tego dzieła jest niejaka Abby – dziewczyna zajmująca się fotografowaniem, czego nie bardzo popiera jej rodzina. Bardziej traktują jej pracę (może oprócz dziadka) jako hobby niż źródło utrzymania z powodu niezbyt wysokich zarobków. Nie jest zbyt zadowolona i chce się bardzo rozwijać, a w okolicy pojawia się dawny znajomy, Josh. Wszelkie jej zmiany zaczynają się od chwili, gdy dostaje od dziadka staroświecki kalendarz adwentowy. Ten każdej nocy otwiera drzwiczki z zabawkami.

swiateczny kalendarz1

Chyba na jakiś czas sobie odpuszczę filmy „kristmasowe”, przynajmniej te od Netflixa. Dlaczego? Bo wydają się pozbawione własnego charakteru, wtórne i jakieś takie wysilone. Nie inaczej jest ze „Świątecznym kalendarzem” od Bradleya Walsha. Sama historia okraszona jest pewnymi magicznymi momentami, gdzie jest niemal zbiegów okoliczności jak podczas sceny z butami czy pewną laską. Ale taka masa wydarzeń zaczyna się przewijać zbyt często (cała akcja ze zdjęciami dla pani burmistrz), czyniąc całą historię mniej ciekawą, strasznie przewidywalną i strasznie nudną. Pozornie jest zabawna, ale ja nie śmiałem się w ogóle. Oczywiście, jest biało od śniegu, w tle grają dzwoneczki oraz kolędy, a także lekko popowe kawałki w tym tonie. Pojawia się nawet potencjalny kandydat na męża, jednak w połowie zostaje to urwane nagle oraz dość bzdurną kłótnią. Ale to wszystko wydaje się bardzo sztuczne, mechaniczne oraz pozbawione jakiegoś głębszego zaangażowania. Z obowiązkowym finałem i wyznaniem miłości na koniec.

swiateczny kalendarz2

O aktorstwie nie bardzo chce się wypowiadać, bo nie zapada za bardzo w pamięć. I nawet nie chodzi o to, że nie ma znajomych twarzy, ale te postacie sprawiają wrażenie wziętych z kartonu. Żadna z nich nie jest pogłębiona, zaś postaci pobocznych jest wręcz za dużo (koledzy pomagający Abby w świątecznej pracy, siostra organizująca licytację charytatywną czy przystojny lekarz Ty). Można byłoby się paru pozbyć i nie byłoby zbyt wielu różnic.

„Kalendarz” jest kolejnym netflixowym filmem, który po obejrzeniu kompletnie nie zapada w pamięć. Nuda, szablonowość, nijakość oraz ogólny brak charakteru, przez co całość nie wyróżnia się z tłumu. Szkoda.

4/10

Radosław Ostrowski

Klaus

Poznajcie Jespera. Chłopak jest synem dyrektora Królewskiej Szkoły Listonoszy, który zwyczajnie robi wszystko, by wylecieć i wrócić do swojego wygodnego życia. Ojciec jednak stawia mu ultimatum, by zmienil się: mianuje go listonoszem i wysyła na prawdziwy wygwizdów zwany Smeerinsburgiem. Ma z niego zostać wysłane 6 tysięcy listów albo zostanie wydziedziczony. Wydaje się sprawą łatwą, prawda? Nic z tego, bo w miasteczku są dwa rody, które nawzajem się nienawidzą, wykorzystując wszelkie możliwe narzędzia: widły, harpuny, włócznie itp. Zadanie wydaje się niemożliwe, ale wszystko zmienia pewien przypadek.

klaus1

Mało miałem styczności z animacjami Netflixa, ale kiedyś musi być ten pierwszy raz. „Klaus” to produkcja hiszpańska od Sergio Pablosa, czyli scenarzysty „Jak ukraść księżyc” i rysownika związanego kiedyś z Disneyem oraz Blue Sky. Sama historia jest wariacją genezy św. Mikołaja oraz idei związanej z prezentami. I jest to prosta historia zderzenia cynicznego listonosza z bezwzględnym miasteczkiem, gdzie wrogość i niechęć są na porządku. Poza Jesperem są tutaj dwie istotne postacie: miejscowa nauczycielka (szkoła przerobiona na sklep z rybami) Alva, która pragnie wyrwać się stąd oraz mieszkający poza miastem drwal Klaus. I ta relacja między tymi bohaterami staje się intrygującym spoiwem dla całego filmu. Intryga idzie w łatwym do przewidzenia kierunku, ale sama droga wciąga jak zaspy nogi. Nie brakuje tutaj humoru (pierwsze spotkanie z mieszkańcami czy próba schwytania reniferów), który dodaje lekkości i pokazuje jak jeden gest może doprowadzić do zmiany mentalności. Co równie ważne, nie jest to ani naiwne, ani wyłożone w sposób łopatologiczny.

klaus2

Jeszcze większe wrażenie zrobiła na mnie sama animacja. Sprawia wrażenie rysowanej ręcznie, choć jedynym elementem trójwymiarowym były budynki, zaś same postacie były dwuwymiarowe, ale bardzo szczegółowe. To bardzo pomaga w budowaniu klimatu, tak samo jak wręcz epicka muzyka czy gra światłem czy wykonane wnętrza (szkoła na początku bardziej by pasowała do świata Tima Burtona), a nawet momenty zmiennego nastroju (pierwsza prezentacja Klausa, skupiona na detalach i ostrych przedmiotach przypominała troszkę horror). Jednocześnie twórcy cały czas balansują między humorem (dostarczanie prezentów), dramatem (powolna przemiana Jaspera) a akcją (finałowy pościg za saniami). Nie brakuje też momentów wzruszenia, a wszystko jest takie ciepłe, że już może stać się gościem wigilijnych seansów.

klaus3

„Klaus” ujmuje i chwyta za serducho już od pierwszych minut, co osiągają tylko nieliczni. Ciepły, mądry, a jednocześnie wierzący w dobrą stronę ludzi. Takie filmy na Święta są idealne. I nie tylko na ten okres.

8/10

Radosław Ostrowski