Wszystko, co kocham

Czy w kraju naznaczonym tragediami oraz martyrologią tak wielką, że wszelkie słowa wydają się zbyteczne można nakręcić film o dawnych czasach bez popadania w przeszłość, bez wielkich słów czy tragedii? Co jakiś czas pojawiają się delikwenci podejmujący się tego wyzwania, jednak to bardzo rzadkie przypadki. Tak też było z pewnym niepozornym filmem z 2009 roku o młodych, wchodzących w życie dorosłe chłopakach.

Jest rok 1981, gdzieś koło Trójmiasta. Tam mieszka Janek, który z bratem oraz dwoma kumplami grają punk rocka. Kapela się zwie WCK (Wszystko, co kocham) i zdaje się, że chcą iść w tą stronę. Ojciec chłopaka służy w wojsku, a dokładnie w Marynarce Wojennej, co paru osobom może się nie podobać. Ale wkrótce życie chłopaka wywrócą dwie rzeczy. Pierwszą jest poznania dziewczyna Basia, której ojciec jest opozycjonistą. I co może coś z tego będzie. Ale kończy się lato, zaczyna zima, a wraz z nią przychodzi stan wojenny.

Jak widać, jest tutaj wszystko, co powinno się znaleźć w kinie inicjacyjnym czy opowieści o dojrzewaniu. Nawet o dojrzewaniu w czasach, kiedy Historia bez zgody, bez pytania i pozwolenia wchodzi z butami, destabilizując spokojne życie. Ale jeśli spodziewacie się widoku pałujących milicjantów, rzucających bluzgami na prawo i lewo czy ordynarnych wojskowych, działających za pomocą terroru oraz zastraszania, lepiej sobie ten film odpuśćcie. Borcuch Historię osadza gdzieś w tle, na pierwszy plan wpuszczając postacie oraz zwykłe, codzienne życie. Z bardzo przyziemnymi problemami i zdarzeniami. Pierwsza miłość, bunt oraz niezrozumienie tego pojebanego świata, odcinającego skrzydła. Tak nagle, niespodziewanie. Jak w tym wszystkim żyć, marzyć, zakochiwać się? To jest trudne, a każda decyzja (jak koncert w szkole na maturze) może mieć konsekwencje tak poważne, że nie da się tego przewidzieć. Choć cały ten świat może wydawać się sielankowy czy wręcz w pastelowych barwach (przepiękne zdjęcia), a nawet czuć pewien nostalgiczny klimat potęgowany przez muzykę,  to gdzieś między słowami czuć pewne zagrożenie, niepokój. Przeplatane to jest drobiazgami jak wspólne palenie, podglądanie sąsiadki, wspólne próby czy wizyta u dziadków. Dla innych może być to dziwne, bo o takich wydarzeniach powinno się mówić tylko z wysokiego C.

I jest to rewelacyjnie zagrane, co dodaje tej młodzieńczej energii oraz świeżości. Odkryciem byli rewelacyjni jako kumple Mateusz Kościukiewicz (Janek) oraz Jakub Gierszał (Kazik), a chemia między nimi wydaje się naturalna jak powietrze, którym się oddycha. Do spółki z nimi jeszcze wchodzi cudowna Olga Frycz (Basia), której nie da się zapomnieć. I nie mówię tu tylko o scenie na plaży. Stara gwardia też robi radzi świetnie, ze szczególnym wskazaniem na Andrzeja Chyrę jako ojca. I to ta relacja nabiera silnej dynamiki, zmieniając się diametralnie oraz dodając wiele ciężaru.

Wracając po latach, zaczynam bardziej doceniać szczerość i bezpretensjonalność dzieła Borcucha. Owszem, jak niemal każde wspomnienie po latach, bywa troszkę ugrzecznione, ale nie unika tła historycznego. Tylko, ze pozostaje ono tłem dodającym smaczku dla tej poruszającej historii, dotykającej uniwersalnych tematów i robiąc to bez napinania się. A to już jest coś.

8/10

Radosław Ostrowski

Co słonko widziało

Troje bohaterów, siedem dni i jedno miasto. Jesteśmy gdzieś na Śląsku, gdzie nasi bohaterowie walczą o swoje marzenia. Sebastian ma 12 lat i razem z ojcem sprzedają czosnek oraz żurek w butelkach. Matka chłopaka nie żyje, a podczas „rozmów” z nią przeszkadza drzewo zasłaniające widok na grób. Marta to 17-latka mieszkająca z matką oraz młodszym bratem. Ona ma świetny głos i chciałaby śpiewać na scenie zawodowej, a nie tylko w kościele czy małych scenach. Pojawia się okazja, ale by to zrobić musi wyjechać do Norwegii na festiwal wokalny. No i jest jeszcze Józef – mężczyzna w średnim wieku, mieszkający z żoną. Ona wskutek wypadku ma uszkodzone zęby, on został zwolniony z pracy w kopalni. Jego celem jest uszczęśliwienie żony, czyli proteza zębów.

Czyżbyśmy spodziewali się kolejnego smutnego filmu o życiu w smutnym jak pizda mieście? Michał Rosa wraca do korzeni z debiutu, czyli idzie na Śląsk. Ale jeśli spodziewacie się jakiegoś nowelowego kina, to reżyser nie rozbija historii, gdzie każda część jest skupiona na innej postaci. Ich wątki przeplatają się ze sobą, a nawet parokrotnie przecinają. Mimo tego każdy z bohaterów jest na tyle zarysowany, że ich los obchodzi. Nie wszystko jest powiedziane ani pokazane wprost, co zmusza do uważniejszego oglądania i intryguje. Widać ile ludzie balansujący na granicy ubóstwa są w stanie zrobić do realizacji swoich marzeń czy prostych potrzeb. Jak łatwo można im wiele obiecać, a potem niekoniecznie z tych obietnic się wywiązać. Nie brakuje kłamstw, oszustw, ale także pewnych małych rzeczy.

Jednak co najważniejsze Rosa nie przesadza w żadną ze stron. Ani nie pokazuje skrajnej patologii i wszystkiego w czarnych barwach, ani nie słodzi i wali prostymi rozwiązaniami czy szczęśliwym zakończeniem. Woli pozostawić cień nadziei, tak potrzebny naszym bohaterom. Że jeszcze los się odmieni, że nie wszystko stracone. Że jeszcze jest o co walczyć i ta nuta też wybrzmiewa w muzyce. Oraz w bardzo otwartym zakończeniu, które może wielu zirytować. Na mnie jednak działało jako pewna obietnica, choć nie rozstrzygająca niczego.

I jak to jest cudownie zagrane. Odkryciem filmu byli tutaj Damian Hryniewicz oraz Dominika Kluźniak, dla których były to pierwsze role. Oboje są bardzo przekonujący i nie widać w ich grze fałszu. Do tego jeszcze wchodzi Krzysztof Stroiński, zawsze trzymający wysoki poziom i potwierdzający swoją klasę. Bardzo skromny, zniuansowany i wyciszony, a jednocześnie mający wiele ciężaru. Także drugi plan tutaj nie zawodzi z Jadwigą Jankowską-Cieślak i zaskakującym Tomaszem Saprykiem na czele.

Niby mało znany, ale bardzo solidny film Michała Rosy, wchodzący na wyższy poziom niż zwykle. Idealnie balansujący między niepokojem a nadzieją, unikając popadania w skrajności. To nie jest łatwa sztuka, co pokazał też reżyser w swoim debiucie.

7/10

Radosław Ostrowski

Wspomnienie lata

Jesteśmy w jakimś małym miasteczku gdzieś w latach 70. podczas wakacji. Wszystko poznajemy z perspektywy 12-letniego Piotrka, który jest tutaj razem z matką. Ojciec przebywa poza krajem, pracując na utrzymanie. A wiadomo, co się dzieje podczas wakacji: pierwsza dziewczyna, pierwszy alkohol, ale też pewna tajemnica. Bo matka dość często wychodzi z domu i pewnej nocy chłopak idzie za nią.

wspomnienie lata2

Adam Guziński w 2006 roku debiutował jako reżyser „Chłopcem na galopującym koniu”, który kompletnie przeszedł bez echa. Dziesięć lat później wraca z tym filmem i powiem szczerze, że wziął mnie ten film z zaskoczenia. Chociaż nie powinien, bo niby takie historie widzieliśmy. Ale tutaj to działa na zasadzie bardzo silnego kontrastu. Mamy niby sielankową atmosferę, choć okres lat 70. nie jest tutaj mocno zaznaczony. Zdjęcia Adama Sikory wyglądają wręcz pocztówkowo, jakbyśmy cofnęli się do czasów, gdzie trawa była bardziej zielona, kłosy bardziej żółte, a woda bardziej niebieska. Wiecie o co mi chodzi? Gdy wszystko było proste, a liczyła się tylko frajda, zabawa i kumple. Ale cały trick polega na tym, że podskórnie między chłopcem a matką czuje się napięcie. Nie wszystko jest tutaj powiedziane wprost i niemal do samego końca pozostaje nieznane. Przynajmniej dla naszego bohatera, próbującego zrozumieć zachowanie dorosłych. Zupełnie jakby był traktowany niepoważnie, więc nie wszystko mu się mówi, a mnie – jako widzowi – niczego się nie pokazuje.

wspomnienie lata1

Ta strategia, gdzie mamy tak naprawdę ciąg powiązanych scenek i takie niedopowiedzenia powinny odrzucić, zniechęcić. W najgorszym wypadku zanudzić. A jednak ze sprawną reżyserską ręką Guzińskiego nie tylko to działa, ale też jest w stanie zaangażować i wciągnąć do bardzo mocnego finału. Finału sygnalizowanego na samym początku, choć ostatecznie idącym w innym kierunku. Ten kontrast między tym, co widzimy a tym, co dzieje się naprawdę wchodzi w głowę. Tak samo jak nie można zapomnieć fantastycznego Maksa Jastrzębskiego w roli głównej. Rzadko zdarzają się tak wyraziste role w tak młodym wieku, a tutaj bardzo drobnymi spojrzeniami buduje wyrazistą kreację. Tak samo warto wyróżnić Urszulę Grabowską w roli matki innej niż można się było spodziewać. Relacja między nimi jest tak delikatnie zarysowa, a jednocześnie tak fascynująca, że zostaje w pamięci.

wspomnienie lata3

Jakie jest to „Wspomnienie lata”? Słodko-gorzkie i bardzo nostalgiczne, ale ta nostalgia jest bardzo fałszywa. Guziński o tym brutalnie przypomina, wprowadzając wiele razy w pole.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Interior

Filmowcy z naszego podwórka najchętniej obserwują młodych ludzi po 30-tce w kapitalistycznej Polsce. Oboje pochodzą z różnych światów, ale mają więcej wspólnego niż się wydaje. Maciej jest ze Śląska i pracował wykopując węgiel, jednak szef jest mu winien za nadgodzin. Kiedy próba odzyskania kasy kończy się niewypałem, kradnie szefowi jego auto. Z kolei Magda pracuje w urzędzie miasta nadzorując przygotowania do ważnej rocznicy. Jednak zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym zaczyna się wszystko sypać.

Marek Lechki stał się znany jako specjalista od obyczajowych dramatów i psychologicznych portretów młodych ludzi. Tak było z debiutanckim „Moim miastem” oraz „Erratum”. Po 10 latach od tego drugiego filmu powraca. Ale nie jestem przekonany do tego filmu. Nawet nie o to chodzi, że wraca do znajomych tematów. Bo to jest kolejny portret młodych ludzi zderzonych z brutalną rzeczywistością. Korupcja, nieuczciwość oraz bezsensowny upór – z tym mierzy się każde z nich, próbując się odnaleźć w tym całym bałaganie. Dla mnie jednak problem w tym, że scenariusz też jest jednym wielkim bajzlem. Każda z historii toczy się osobno, nie są ze sobą przeplatane i mają różny ciężar. Wszystko to zawiera tyle scen oraz próbuje zarysować tło swoich bohaterów, a także ich znajomych. One jednak wydają się tylko i wyłącznie zapychaczami przez co sens rozmywa się. Scena snu Maćka, o której wcześniej a potem zostaje zobrazowana czy jego rozmowa z dzieciakiem ukrywającym się w kościele – to wszystko wydaje się niepotrzebne. Tak samo jak scena uroczystości odbywająca się we mgle. Czyżby to miało symbolizować zagubienie naszego kraju? A może zagubienie reżysera w trakcie pisania scenariusza? Wszystko nagle się urywa i nawet scena spotkania naszych bohaterów wydaje się pozbawiona mocy, po prostu się dzieje.

Tak naprawdę nie chce mi się pisać o „Interiorze”, choć strasznie żal mi aktorów. Zarówno Piotr Żurawski, jak i Magdalena Popławska w rolach głównych robią, co mogą. Ale Marek Lechki swoim scenariuszem oraz reżyserią podcina im skrzydła, nie daje szansy na pokazanie czegoś więcej. Drugi plan, mimo znajomych twarzy (m.in. pozytywnie zaskakujący Tomasz Sapryk), w zasadzie rozmywa się. Wielka szkoda.

Tytuł sugeruje pokazanie wnętrza głównym bohaterom. Ale okazuje się ono wypchane czymś tak pustym, że po wyjęciu nie byłoby żadnej różnicy. Sztuczny, przeciętny snuj nie wiadomo dokąd zmierzający. 10 lat przerwy nie przysłużyło się reżyserowi, przez co stracił wiele sił.

5/10

Radosław Ostrowski

Blizna

Pod miejscowością Olecko w miejscu wielkiego lasu zostanie zbudowany kombinat. Problem jednak w tym, że Rada Narodowa podjęła tą decyzję wbrew woli mieszkańców. Poza tym była lepsza lokalizacja do budowy, ale znajdująca się w innym województwie i nie dało rady tego załatwić. Zadanie nadzoru tej budowy dostaje dyrektor Stefan Bednarz ze Śląska.

blizna2

Pierwszy kinowy film Krzysztofa Kieślowskiego jest przykładem kina bardzo przyziemnego. Niby wydaje się na pierwszy rzut oka produkcyjniakiem o powstawaniu fabryki z perspektywy dyrektora. Czyli jest sporo spotkań, rozmów z pracownikami, przełożonymi i dziennikarzami. A w to wszystko zostaje wrzucony dyrektor spoza tej okolicy. Próbuje jakoś odnaleźć się w tym młynie, ale pojawiają się kolejne konflikty, spięcia oraz niezadowolenie. Bo ktoś z góry za ich plecami podjął decyzję o zniszczeniu ich domów i zburzył ich spokój. Sam dyrektor wydaje się być osobą, która nie boi się z nikim rozmawiać oraz dobrze żyć z każdym. jednak sytuacja zaczyna się zaogniać, a finał może być tylko jeden.

blizna1

Reżyser opowiada to wszystko w niemal dokumentalny sposób oraz bez fajerwerków. Wszystko niemal jest prowadzone dialogami i surowymi zdjęciami, a w tle przygrywa oszczędna, niepokojąca muzyka. Pozornie wydaje się to zbiorem luźno powiązanych scenek, które pozwalają bliżej poznać Bednarza (fantastyczny Franciszek Pieczka). Człowieka rozdartego, pełnego wątpliwości i starającego się postąpić dobrze. Ma niełatwe relacje z córką oraz żoną, która nie chciała z nim przybyć do Olecka. Jest pewna sprawa z przeszłości, która nad nim ciąży, a czasami bywa wręcz bezsilny wobec nacisków i presji zwierzchników.

blizna3

Oprócz niego bardzo blisko poznajemy dwie kluczowe postacie. Pierwszą jest jego asystent (zaskakujący Jerzy Stuhr), który jest wyjątkowo śliski, cyniczny oraz bardzo skupiony na karierze. Drugą jest dziennikarz-idealista (świetny Michał Tarkowski), który przygotowuje reportaż o Bednarzu. I wydaje się jedyną osobą z otoczenia, która próbuje go zrozumieć, bez atakowania czy zakładania z góry jakiejś tezy. One stanowią bardzo wyrazisty drugi plan i zmuszając do spojrzenia na mechanizmy decyzyjne tamtych czasów.

„Blizna” tak jak zrealizowany w tym samym roku telewizyjny „Spokój” jest bardzo stonowanym filmem w dorobku Kieślowskiego. Już tutaj czuć zadatki na uważnego obserwatora rzeczywistości, stawiającego ważne pytania o odpowiedzialność oraz co jest ważniejsze: dobrze żyć ze wszystkimi czy skupić się bardziej na sobie i rodzinie.

7/10

Radosław Ostrowski

Amator

Filip Mosz pracuje jako zaopatrzeniowiec w fabryce znajdującej się w podkrakowskiej miejscowości. Młody facet z żoną oczekująca dziecka prowadzi bardzo spokojne życie i wydaje się być zadowolony. Mężczyzna kupił małą kamerę, by móc filmować życie swojego dziecka. Ale wieść o kupnie sprzętu zwraca uwagę dyrektora fabryki, który czyni z Mosza filmowca. Powstaje klub filmowy, zaś pierwszym zadaniem jest nakręcenie filmu na temat jubileuszu fabryki.

amator1

Krzysztof Kieślowski kojarzony jest głównie z tym późnym okresem, gdy tworzył natchnione, metafizyczne kino. Troszkę w cieniu zostaje etap początków z lat 70. i połowę lat 80., gdzie wydawał się bardziej przyziemny. Taki też jest „Amator”, czyli historia człowieka zmieniającego się pod wpływem drobnego wydarzenia. Sam zakup kamery wydaje się drobnym, nieznaczącym epizodem. Powoli bohater niejako wbrew swojej woli staje się filmowcem. Początkowo jest stremowany, troszkę niepewny, mający wątpliwości. Z czasem jednak staje się uważnym obserwatorem rzeczywistości, którą pokazuje bez retuszu. Ale problem pojawia się w momencie, gdy odkrywa pewną gorzką refleksję. Że jego filmy wywołują poważne perturbacje, mogą nie tylko pomóc i poruszyć, ale też bardziej zaszkodzić. I ta świadomość jest wystawieniem rachunku, jaki musi zapłacić nasz domorosły reżyser, coraz bardziej zatracający się w swojej pasji. Stawiane pytania o cele oraz rolę artysty we współczesnym świecie, czynią „Amatora” filmem bardziej uniwersalnym od nurtu kina moralnego niepokoju.

amator2

Kieślowski pokazuje to wszystko w niemal dokumentalnym stylu. Z długimi ujęciami, bardzo rzadko wykorzystaną muzykę oraz pozornie nic nie znaczącymi scenkami. Wszystko toczy się powoli, spokojnie, bez fajerwerków. To wszystko służy, by pokazać jak zaczyna kształtować się artysta. Kiedy ten spokój oraz stabilizacja życiowa już nie wystarczą, co musi doprowadzić do perturbacji. I te emocje pokazuje absolutnie wybitny Jerzy Stuhr, który jest absolutnie bezbłędny. Bez niego ten film wydaje się pozbawiony swojej siły oraz mocy.

amator3

Dla mnie „Amator” to najlepszy film Kieślowskiego, który mimo lat zadaje bardzo aktualne pytania o kwestie moralne i etyczne. Pokazuje jak wielka jest odpowiedzialność przed artystą, który chce tworzyć w zgodzie z samym sobą. A nie jest to wcale takie proste, mimo zmiany systemu oraz braku cenzury.

8/10

Radosław Ostrowski

Córka trenera

Czy tenis do dobry sport do pokazywania na ekranie? Pozornie nie jest zbyt dynamiczny, choć odbijanie piłeczek można podrasować montażem. Ale w filmie sportowym tak naprawdę najważniejsze jest to, co się dzieje poza boiskiem/kortem/ringiem. I taki jest też najnowszy film Łukasza Grzegorzka. Bohaterami tutaj jest ojciec i córka. On jest zapalonym tenisistą, który chce zaszczepić swoją pasją córkę. Ona ma 17 lat i od lat razem z ojcem ruszają po małych turniejach w małych miasteczkach, miejscowościach. Ale do tej dwójki dołącza Igor – młody, uzdolniony chłopak.

corka trenera1

Sama historia wydaje się być bardzo prosta i zostajemy rzuceni w nią niejako z rozpędu. Grzegorzek bardziej niż na rozgrywkach czy scenach gry, próbuje skupić się na relacjach między postaciami. Na tych drobnych spojrzeniach, niewypowiedzianych słowach oraz gestach. Trudno mówić tutaj o nitce fabularnej, bo jest ona bardzo wątła. Ale nie o to tutaj chodzi. Cała ta sportowa sytuacja stawia pytania bardzo istotne: czy rodzic ma prawo próbować zaszczepić swoją własną pasję, by przejąć pałeczkę? Czy dziecko możne spełniać te pasje tylko po to, by uszczęśliwić swojego rodzica? A może powinno pójść swoją własną drogą? Te pytania przewijają się w tle i nie narzucają się w trakcie oglądania. Bo najważniejszy jest tutaj klimat. Z jednej strony bardzo wakacyjny, mamy pięknie filmowane lasy, jeziora oraz korty takie bardziej z małych miejscowości (Winbledon to to nie jest) i hoteliki jakby wzięte z PRL-u. Ale z drugiej mamy wszelkie sceny treningów oraz przygotowań wykorzystujące slow-motion oraz Paganiniego w tle. Takich metod nie powstydziłby się nawet Fletcher z „Whiplash” – ścisła dieta, sporo wymyślnych ćwiczeń. Ale nie ma tutaj demonizowania czy tworzenia jednowymiarowych postaci, reżyser jest na to za sprytny.

corka trenera2

Realizacyjnie „Córka trenera” przypomina filmy sundance’owe, gdzie humor i dramat przeplatają się ze sobą. kamera jest niemal skupiona na swoich bohaterach, a także na drobnych szczegółach. To wszystko wydaje się naprawdę przyziemne, utrzymane w ciepłych kolorach. Dialogi też wypadają bardzo dobrze, złego słowa nie mogę powiedzieć o dźwięku. Jednak najmocniejszą kartą w ręku reżysera pozostaje empatia wobec bohaterów. Bez osądzania, krytykowania czy walenia prosto w oczy.

corka trenera3

No i jeszcze jest fenomenalny Jacek Braciak w roli głównej. To na nim tak naprawdę skupia się cała opowieść, zaś aktor tworzy bardzo złożoną postać człowieka pełnego wielkiej pasji, ale jednocześnie surowego. Także wobec siebie samego (mocno „zużyta” łękotka), skrywając troszkę pewną wrażliwszą stronę. I to on powoli zaczyna dojrzewać oraz akceptować decyzję córki. Partnerująca aktorowi debiutantka Karolina Bruchnicka (debiutantka) tworzy świetną chemię z Braciakiem, przez co wierzy się im. Mam wrażenie, że jeszcze o niej usłyszymy. A poza nimi na drugim planie wybija się debiutujący Bartłomiej Kowalski (Igor) oraz magnetyzująca Agata Buzek (Kamila).

Powiem szczerze, że Grzegorzek coraz bardziej zaczyna zaznaczać swoją obecność w polskim kinie. Czuć tutaj ducha amerykańskiego kina niezależnego, zaś skupienie się na mniej znanych rejonach dodaje naturalności oraz świeżości. Do tego mamy Braciaka na pierwszym planie, co się nie zdarzyło nigdy przedtem. I to może być mocny haczyk.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Zabawa, zabawa

Były sobie trzy kobietki, które dzieli wszystko: wiek, pozycja społeczna, praca. Magda jest młodą dziewczyną, która łączy studia z pracą. Dorota to topowa pani prokurator, ma syna oraz męża polityka. Z kolei Teresa jest szanowany lekarzem dziecięcym. W końcu tytuł profesora zobowiązuje. A co wszystkie je łączy? Wszystkie od dłuższego czasu mają pewnego partnera, choć ma różne imiona: wino, szampan, wóda. W końcu dochodzi do momentu, kiedy musi zostać podjęta decyzja – dalej trwać w tym związku czy zerwać?

zabawa zabawa1

Mam bardzo silne wrażenie, że Kindze Dębskiej udał się tylko jeden film: „Moje córki krowy”. Następne próby opowieści o ludziach mierzących się z własnymi dramatami. Wydaje się, że „Zabawa, zabawa” jest kolejną próbą tego typu historii. Ale filmów o nałogowych alkoholikach było mnóstwo, zwłaszcza w naszym podwórku (filmografia Smarzowskiego pełna jest procentów). Ale kobieta pijąca? O tym jakoś się nie mówi, nie opowiada, nie pokazuje. Bo alkohol nie wybrzydza, nie osądza, nie krytykuje. Pociąga i przyciąga każdego bez wyjątku, a zanim się zorientujesz, nie możesz bez niego żyć. Reżyserka w jakimś sensie historie, które już znałem, słyszałem, oglądałem. Jak alkohol potrafi zadziałać w sposób destrukcyjny. Nie tylko wobec osoby pijącej, ale całego otoczenia. Bo im dłużej trwa ten taniec z butelką, tym coraz trudniej jest go przerwać. Każda wymówka wydaje się dobra, żeby dalej on trwał i trwał. Bo przecież nic się nie stało, bo ja nie piję (za dużo).

zabawa zabawa2

Ale to wszystko jakoś niespecjalnie angażuje. Same pierwsze sceny są mocnym uderzeniem i zapowiadają coś poważnego. Jednak sama konstrukcja jest problematyczna. Przeskoki z postaci na postać wybijały mnie z rytmu. Dębska pokazuje mikroscenki, ale bardziej skupia się na pokazywaniu skutków niż przyczyn. Nie ma odpowiedzi na pytanie dlaczego (może poza jednym zdaniem), co mnie troszkę zmartwiło. Nawet psychologia postaci wydaje się mocno uproszczona. Chciałoby się bliżej poznać każdą z tych bohaterek, co byłoby sporą wartością dodaną.

zabawa zabawa3

Jedynie broni się realizacja: długie ujęcia, płynny montaż oraz dość dołująca muzyka w tle. Ale tak naprawdę wszystko trzyma na barkach aktorskie trio. Wielką przyjemnością było dla mnie oglądanie Doroty Kolak (profesor Teresa), troszkę ironizującej Agaty Kuleszy (Dorota) oraz poruszającej Marii Dębskiej (Magda). I nawet najbardziej nie do końca trafne momenty nie wywołują fałszu. Ale postacie poboczne – poza granym przez Dorocińskiego męża pani prokurator – nie mają tutaj zbyt wiele do roboty. Są tylko pewnymi epizodami, pozbawionymi większego znaczenia, przez co troszkę szkoda aktorów. Nie można nie wspomnieć o rozładowujących napięcie duetu policjantów (Rafał Rutkowski i Sławomir).

„Zabawa, zabawa” to kolejny film Dębskiej, który jest lepiej zrealizowany, zagrany niż napisany. Strasznie przeszkadza szarpana narracja oraz słabnące zaangażowanie, a także poczucie zmarnowania potencjału na coś więcej. Czy jest szansa na zbliżenie się do poziomu „Dwóch córek krów”? Może następnym razem.

6/10

Radosław Ostrowski

Ogród rodzinny. Dezerter

Rok 1948, powoli w Czechosłowacji zaczynają instalować się komuniści. A jak radzą sobie bohaterowie „Ogrodu rodzinnego”? Odnalazł się w końcu zaginiony Otta, tylko że twarz ma dość zmasakrowaną i wraca do swojego salonu fryzjerskiego. Vilma z Jindrichem oczekują kolejnego dziecka, a mężczyzna pracujący w kontroli lotów ma problemy z powodu antykomunistycznego nastawienia. Jako taka trzyma się właściciel szklarni Milos, który dzięki wsparciu rodziny jest w stanie prowadzić swój interes. Kto jednak stanie się tytułowym dezerterem?

ogrod_rodzinny_21

Jan Hrebejk ze scenarzystą Petrem Jarchovskim wracają do naszej rodziny i tym razem przygląda się, jak poszczególni bohaterowie odnajdują się w nowej rzeczywistości. „Dezerter” stylistycznie kontynuuje ścieżkę obraną przez pierwszy film. Nadal wrażenie robi warstwa wizualna (salon i szklarnia wygląda świetnie), stylizowane zdjęcia oraz powolna, spokojna narracja. Ale coraz więcej tutaj widać mroku oraz wpływu polityki. Naklejane plakaty, namawiające do głosowania na komunistów, cieć będący komunistą (mocna scena, gdy Jindrich ostro wykłada mu swoje przekonania), zmiana władzy w salonie – tutaj widać, jak mechanizmy historii mają wpływ na naszych bohaterów. Jednak Hrebejk skupia się przede wszystkim na Otcie, który najciężej znosi wszelkie perturbacje, za które będzie musiał zapłacić. Więcej wam z fabuły nie zdradzę, ale będzie parę niespodzianek, nie zabraknie odrobiny humoru (wizyta radzieckich towarzyszy oraz psikus dokonany przez Karlika – śmiech i przerażenie idą tu ręka w rękę) oraz miejscami gorzkich obserwacji.

ogrod_rodzinny_22

Hrebejk tutaj zyskuje na polu obyczajowym, co najbardziej widać w rodzinie Jindricha. Żona wydaje się niby ugodowa, może bardziej dyplomatką, ale mężczyzna nie tylko może odpędzać swoją niezłomną postawą, która przynosi tylko więcej komplikacji. Ale jego podejście do córki jest dość oschłe, co może wynikać z długiej nieobecności, ale także z silnego pragnienia syna. Także podziały polityczne bywają mocne, co doprowadza do pewnej nieufności, nawet nienawiści (spięcie między Karelem a Jindrichem zakończone dość bolesną puentą). Nie mniej reżyser próbuje zrozumieć swoich bohaterów, nawet jeśli dokonują niezrozumiałych dla nas decyzji.

ogrod_rodzinny_23

Tak jak poprzednia część, to był popis Anny Geislerovej (tutaj też obecnej na drugim planie), tak ta należy w całości do Jiriego Machaczka. Aktor bardzo dobrze pokazuje zmieniający się charakter Otty – od bardzo serdecznego, niemal króla życia aż po niemal wrak człowieka, coraz bardziej pozbawionym ducha, charakteru, chęci do czegokolwiek. Pozostali aktorzy nadal prezentują się bardzo dobrze (szczególnie Martin Finger, David Novotny oraz Sabina Remundowa), podtrzymując poziom poprzednika.

„Dezerter” to zdecydowanie mocniejszy i poważniejszy film od poprzednika, gdzie Hrebejk wprowadza wiele mroku. Historia i polityka coraz mocniej wchodzą z butami, ale nadal reżyser troszkę wprowadza humoru. Niemniej wydźwięk całości jest bardzo dramatyczny, co potrafi parę razy uderzyć. Jaki będzie ciąg dalszy? Przekonamy się wkrótce.

8/10

Radosław Ostrowski

6 balonów

Wszystko skupia się w ciągu niemal jednego wieczora, gdzie ma dojść do przyjęcia-niespodzianki wobec chłopaka naszej bohaterki. Katie wydaje się być spokojną, poukładaną dziewuchę, tylko że jest jeden szkopuł: brat Seth, który jest narkomanem. Na odwyku był multum razy, a nawet opieka nad 2-letnią córką nie jest w stanie go zmienić. Dziewczyna próbuje zapisać brata na odwyk, co nie będzie takie łatwe.

6_balonw1

Netflix znowu próbuje opowiedzieć skromną historię na poważny temat. Wiecie, jak łatwym tematem wydaje się uzależnienie od narkotyków? Jak bardzo pociągającym dla filmowców? Mógłbym wymienić tutaj bardzo długą listę, więc co ciekawego w tej materii ma do zaoferowania „6 balonów”? Po pierwsze, skondensowanie całej opowieści do jednego zdarzenia oraz skupieniu się na jednym wątku, czyli bardzo toksycznej relacji rodzeństwa. Nie mamy tutaj pokazania przyczyny tej sytuacji, dlaczego brat zaczął ćpać i czemu próbuje podjąć się rolę bycia ojcem. Wszystko się skupia na próbie zapisania Setha na odwyku, a po drodze jeszcze odebranie tortu oraz pójście po towar (tytułowe sześć balonów). Sama historia jest dość krótka przez co nie ma mowy o przynudzaniu, a krótki czas pozwala na intensyfikację wydarzeń. Ale też bardzo widać, jak ta relacja działa destrukcyjnie na najbliższych. Może jest to pokazane dość nachalnie (czytany rozdział jakiegoś poradnika oraz „tonący” samochód), niemniej potrafi to zadziałać.

6_balonw2

Jednak „6 balonów” ma jedną, bardzo poważną wadę – nie opowiada niczego nowego w tym temacie. Wszystko to przypomina wyważanie otwartych drzwi, przez co nie byłem specjalnie zaangażowany w całą tą historię. Podejrzewałem, jak to się skończy, a seans był dla mnie zbyt nudny. Może, gdyby był dużo młodszy i zaczynałbym oglądanie filmów z narkotykowym nałogiem, pewnie zmiótłby mnie. Być może taki był zamysł, żeby trafić do młodego odbiorcy. I pewnie zrealizuje ten zamysł.

Z obsady najbardziej znany jest Dave Franco, który tutaj wciela się w uzależnionego Setha. Jest odpowiednio irytujący, żałosny, budzący współczucie. Całkiem nieźle za to wypada Abbi Jacobson w roli Katie i w zasadzie to ona dźwiga ten film na swoich barkach. I czuć tutaj chemię miedzy postaciami, choć Setha bardzo trudno polubić.

Innymi słowy jest to solidny film, tylko że nie ja jestem głównym celem dla twórców. Czy dotrze do młodych ludzi? Nie wiem, ale dla mnie to tylko powtórzenie znanych mi już prawd.

6/10

Radosław Ostrowski