Diabły

Chyba nikt się nie spodziewał, że po 55 latach do kin wrócą uważane za kontrowersyjne i skandalizujące „Diabły” Kena Russella. Film wywołał tak wściekłe reakcje, że wiele scen zostało wycięte przez brytyjską cenzurę i finansujące studio Warner Bros. jeszcze przed premierą. Przez lata reżyser był absolutnie przekonany, że wycięte sceny przepadły i nie było szans na przywrócenie ich. Dopiero pod koniec lat 90. dzięki działaniom archiwistów oraz największa fana „Diabłów” krytyka Marka Kermode’a udało się przywrócić wycięte niecałe 10 minut. Wersja reżyserska powstała w roku 2004, jednak przez długie lata studio nie chciało jej dystrybuować. Dopiero po 22 latach powstaje niezależny oddział Warnera – Clockwork podjął się nie tylko wznowienia do kin, lecz także odrestaurowania w formie 4K.

A o co tak naprawdę ten cały szum i zamieszanie? Całość oparta jest na książce non-fiction Aldousa Huxleya oraz sztuce teatralnej Johna Whitinga skupia się na głośnych „opętaniach” w żeńskim klasztorze sióstr urszulanek we francuskim Loudon. A był to Rok Pański 1634 kiedy krajem rządził król Ludwik XIII (Graham Armitage) oraz pierwszy minister kardynał Richelieu (Christopher Logue), a Francja nie dawno przeżywała bunty protestantów (czyli hugenotów). Miastem, gdzie zamieszkują w harmonii katolicy i protestanci, kieruje po śmierci burmistrza lokalny proboszcz Urbain Grandier (Oliver Reed), nie chcący się podporządkować władzy centralnej. Pretekstem do upadku duchownego jest histeryczne zachowanie matki Joanny od Aniołów (Vanessa Redgrave), przeoryszy zakonu, czującą bardzo silne pożądanie do księdza.

I już od pierwszych scen czuć, że reżyser nie będzie się tu bawił w subtelności. Nawet nie chodzi tu o rzucane bluźnierstwa słowne, nagość czy brutalnie pokazywane tortury. O nie, nie. Russell bardziej jest zainteresowany nieświętym sojuszem tronu z ołtarzem (jak mówi Richelieu: „żeby państwo i Kościół były jednym”), wykorzystującym religijne instytucje do prywatnych czy politycznych celów. Jednak twórcy nie robią z Grandiera świętego męczennika. W interpretacji Olivera Reeda duchowny jest z jednej strony charyzmatycznym mówcą, pełniącym rolę ludowego trybuna i wolnomyślicielem. Ale z drugiej to pies na baby, nie podchodzący zbyt poważnie do celibatu, pozbawiony złudzeń i wiary. Chodząca sprzeczność, której daleko do świętego, ale sługusem diaboła to nie jest. Niemniej to go jednak nie ocali. Najbardziej szokujące sceny związane są z całą szopką, którą nazwano egzorcyzmami. Russell pokazuje w tych momentach tą diaboliczną manipulację, by zebrać dowody przeciwko duchownemu. Od stosowania lewatywy z wody święconej przez zastraszanie (scena, gdy związane zakonnice pod groźbą śmierci zmuszone), tortury w celu wymuszenia zeznań czy absolutnie waląca w mordę scena, gdzie zakonnice (niektóre rozebrane) przechodzą ekstazę z… ukrzyżowanym Chrystusem. Dorzućmy do tego oniryczne wizje matki Joanny, przesiąknięte erotyzmem i bluźnierstwem, gdzie Jezus ma twarz Grandiera; przyspieszony proces (bardzo przypominający procesy polityczne w krajach totalitarnych) oraz spalenie na stosie. Tych obrazów nie da się wymazać z pamięci.

A technicznie „Diabły” są cholernie nowoczesne i to zaskoczyło mnie najbardziej. Bardzo dynamiczna praca kamery, mocno awangardowa muzyka, która podkręca coraz bardziej narastający obłęd i szaleństwo czy świetne wykorzystanie montażu równoległego. Jednak na mnie największe wrażenie robi scenografia w wykonaniu przyszłego reżysera Dereka Jarmana. Jest ona jednocześnie bardzo minimalistyczna, wręcz brutalistyczna (białe mury otaczającej twierdzy, cele klasztorne czy sala sądowa), ale przez to bardzo monumentalna (archiwum kardynała Richelieu, mocno przypominające jakiś urząd niczym z Kafki).

Zaś wszystko trzymają na barkach absolutnie kapitalne role Olivera Reeda i Vanessy Redgrave. O pierwszym już mówiłem, więc skupmy się na Redgrave. Jej przeorysza z garbem i wielkimi oczami to ofiara tłumionych popędów seksualnych, zazdrości, mieszając cynizm, władzę oraz pożądanie. Bardzo silne emocje przekazywane przez nią w bardzo delikatnym głosem, tworząc elektryzującą dychotomię. Na drugim kompletnie błyszczy przerażający Michael Gothard w roli egzorcysty/łowcy czarownic Barre, który w swoim żarze oraz determinacji w celu „złamania” ludzi może wydawać się przerysowany, wręcz karykaturalny. A przez to jest bardziej diaboliczny. Tak samo jak świetny Dudley Sutton (działający z ramienia Richelieu baron de Laubardemont), mocny Murray Melvin (ksiądz Mignon z wyłupiastymi oczami) oraz Gemma Jones (Madeleine, „żona” Grandiera).

Czy będzie przesadą, jeśli nazwę „Diabły” Kena Russella jednym z najlepszych filmów tego roku? Obok nowej wersji „Killa Billa” to zdecydowanie najlepsze wznowienie roku 2026. Brutalna historia władzy, obłudy, pożądania oraz politycznego prania mózgu, która początkowo może wydawać się przejaskrawioną satyrą, jednak po ostatnich scenach pozostaje tylko groza, szok i wstrząs. Przynajmniej u mnie.

9,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Polowanie

Kiedy pod koniec lat 60. i 70. powstało wiele westernów, mocno inspirujących się dokonaniami z Włoch. I nie chodzi tylko o filmy Sama Peckinpaha, lecz mniejsze, czasem zapomniane tytuły. Takim jest właśnie „Polowanie” z 1971 roku – jeden z najbardziej przygnębiających i mroczniejszych opowieści z Dzikiego Zachodu.

Tytułowe polowanie nie dotyczy jednak jakiejś zwierzyny, lecz gangu wyjętych spod prawa pod wodzą Franka Caldera (Oliver Reed). Zadarli oni z bardzo zamożnym ranczerem, Brandtem Rugerem (Gene Hackman). Co mu takiego zrobili? Napadli na niego? Zabrali część jego bydła? Gorzej, porwali jego żonę (Candice Bergen), biorąc ją za nauczycielkę. Dlaczego? Bo szef gangu chce… nauczyć się czytać. Jakkolwiek brzmi to idiotycznie, jednak najgorsze dopiero przed nami. Ruger jest brutalem, traktujący swoją żonę jak własność. Do tego jeszcze jest uzbrojony w karabin z lunetą, dający zasięg do kilkuset metrów. Więc razem z przyjaciółmi, co polują na zwierzynę, wyrusza dorwać gang.

Dla reżysera Dona Medforda to był jeden z trzech kinowych filmów zrobionych w jego karierze. Ale „Polowanie” to jeden z krwawszych, wręcz szorstkich opowieści, pozbawionych oczywistego podziału na dobro i zło. Tutaj ranczer jest przemocowcem, traktujący swoją żonę niemal jak rekwizyt, bandzior okazuje się o wiele bardziej sympatyczny niż się wydaje. Więc nic dziwnego, że kobieta o wiele bardziej woli być z tym złym. Choć początkowo wydaje się to nie iść w tą stronę. Jednak im dalej w las, film wydaje się skręcać w niemal thrillerowe, wręcz slasherowe miejsca. Bo atak może pójść z każdej strony dzięki tej broni z dalekim zasięgiem i buduje napięcie. Wszystko z ładnymi krajobrazami (całość kręcona w Hiszpanii) oraz świetną muzyką Riza Ortolaniego (nawet jeśli troszkę przypominała dokonania Ennio Morricone).

O dziwo całość nie wygląda tak tanio, jak mogłoby się wydawać. Lokacje są różnorodne – od kanionów przez las i meksykańskie domy aż po pustynię – nawet jeśli są opustoszałe. Nawet mamy pociąg, więc budżet był. Ale najbardziej elektryzujące jest aktorstwo. Gene Hackman sprawdza się jako szorstki twardziel, napędzany przez upokorzenie i żądzę zemsty. Z kolei Oliver Reed może wygląda dziwnie z wąsem, ale jest bardzo przekonujący w roli niby bandyty. Pozornie opanowany i bardziej szczery niż się wydaje. Pozornie najmniej do roboty ma Candice Bergen, która wygląda przepięknie (w tym samym roku pojawiła się w „Porozmawiajmy o kobietach”) i może wydawać się damą w opresji. Na drugim planie jest masa charakterystycznych twarzy jak L.Q. Jones, Mitchell Ryan czy Simon Oakland.

Kolejna zapomniana produkcja z początku lat 70-tych, o wiele surowsza, brutalna niczym u Peckinpaha. Zaś zakończenie jest tak mocne, że aż przytłaczające. Ostatnia scena zostanie z wami na długo.

7/10

Radosław Ostrowski