Zielona granica

Chyba od czasu „Kleru” nie było filmu, który na naszym podwórku tak polaryzował, że swoje zdanie zaczęli wypowiadać ludzie najmniej kompetentni – politycy. Ostre i bardzo agresywne opinie wobec nowego filmu Agnieszki Holland padły jeszcze zanim tytuł trafił do kin, więc nie mieli jakiejkolwiek szansy (poza międzynarodowymi festiwalami). Co ewidentnie pokazuje jak gówno warte są ich słowa. A propos rzekomego spotu MSWiA przed seansem, to oglądałem film w kinie Helios, którzy stwierdzili (razem z siecią Multikino oraz Nowe Horyzonty), że urzędnicy mogą sobie ten materiał wsadzić i za ch***a go pokażą.

A o czym opowiada sama „Zielona granica”? O pograniczu polsko-białoruskim, gdzie Łukaszenka „podrzuca” imigrantów między innymi z pogrążonej wojną Syrii najpierw do swojego kraju, by potem podesłać pod granicę z Polską. Dlaczego? By sparaliżować Unię Europejską i zalać nią uchodźcami, których nikt nie chce przyjąć. Więc kiedy oni trafiają do naszego kraju (a to było ze 2-3 lata temu, gdy zaatakował… wirus nieznanego pochodzenia z Chin) Straż Graniczna wysyła z powrotem na Białoruś. I tak trwa ten pograniczny ping-pong do momentu, gdy uda się wymknąć pilnującym oraz się przedrzeć. Albo umrzeć od pałek, psów i kopniaków pograniczników z obu stron.

To jest jedna z części składowych tej historii, gdzie ważną rolę odgrywają jeszcze dwie postacie. Niedawno mieszkająca w okolicy psycholożka Julia (Maja Ostaszewska) oraz nowy pogranicznik Jan (Tomasz Włosok). Oboje z różnych środowisk – ona bardziej doświadczona i owdowiała, on wyczekujący dziecka i świeżo wysłany na teren. Jest jeszcze w tym miksie grupa wolontariuszy zwana Granicą, którzy pomagają tym, co się przedarli przez granicę i ukrywają w lesie (czyli strefie zamkniętej).

Holland prowadzi te różne nitki fabularne, by pokazać bezradność, obojętność i brak odpowiedzialności osób u władzy. I w to wszystko zostają wrzuceni ludzie oszukani, wiedzeni snami o lepszy życiu w bardziej „pokojowej” Europie, która ich nie chce i ma ich głęboko w dupie (pamiętacie, co się działo na włoskiej Lampeduzie?). Ale z drugiej strony są pewne oddolne inicjatywy jak Granica, którzy pomóc i upubliczniać wszystkie podłości robione przez Straż Graniczną. A ci goście nie są zbyt dobrze sportretowani, choć najbardziej pogłębionym reprezentantem jest Jan. W dość (niestety) rzadkich scenach widać jak czuje się z tym niewygodnie i jakie wywołuje to frustracje. Wszystko w czarno-białych zdjęciach, które tylko podkreślają beznadzieję tej sytuacji.

Jednak mam problem z tą polifoniczną narracją, bo przeskoki między wątkami wywoływały dezorientację. Z tego powodu nie wszystko ma aż taką siłę rażenia jak mogłoby być, bo zbyt często mamy tu syntezę oraz spore przeskoki. Co powoduje, że pewne wątki poboczne (pacjent Bogdan, pogranicznicy) wydają się zapychaczami. Problemem może też być walenie wprost pewnych kwestii o charakterze społeczno-politycznym, ale dla mnie ta „toporność” działa. Bo są takie sytuacje, gdzie trzeba coś powiedzieć otwartym tekstem i to mi nie przeszkadzało. W przeciwieństwie do bardzo monotonnej muzyki, która w zasadzie jest tym samym smęceniem wiolonczeli.

A także jest to bardzo dobrze zagrane. W uchodźców wcielają się mniej znane twarze i bardzo dobrze, bo to kompletnie nie rozprasza, choć na mnie największe wrażenie zrobił Mohamad Al Rashi (dziadek) oraz Jawal Altawir (Bashir). Z naszego podwórka kolejny raz błyszczy Maja Ostaszewska, tworząc mieszankę spokoju, empatii oraz determinacji. Spokojna Julia zaczyna powoli zmieniać się w aktywistkę, co jest zasługą poznanych ludzi z Granicy (mocna Monika Frajczyk, solidny Piotr Stramowski i kradnąca ekran Jaśmina Polak) oraz obserwowanych wydarzeń. Po drugiej stronie jest także świetny Tomasz Włosok, choć chciałbym więcej czasu spędzić z tą postacią i mocniej pokazać jego doświadczenia z pracy. Nie brakuje znajomych twarzy w drobnych epizodach (Maciej Stuhr, Agata Kulesza, Magdalena Popławska, Sandra Korzeniak), a te są w najgorszym wypadku przyzwoite.

Od razu to powiem: „Zielona granica” to najlepszy film Agnieszki Holland nakręcony w tej dekadzie. Mocne, walące między oczy i pokazujące różne oblicza ludzi – od tych bardziej empatycznych po najpodlejsze instynkty oraz wszystko pomiędzy. I jeszcze jest epilog, który jest takim ironicznym komentarzem do całej sytuacji, ale o tym się przekonacie sami. Kino powstałe z wściekłości i poczucia bezsilności, które ma dotrzeć do sumień ludzi u władzy. Tylko czy kogoś z nich to obejdzie? Chciałbym powiedzieć, że tak. Bardzo chciałbym powiedzieć, że tak.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Solid Gold

O głośnej sprawie Amber Gold chyba każdy słyszał. Parabank, który okazał się wielką finansową piramidą, doprowadzając do utraty i defraudacji setek milionów złotych. Jak się okazało, prezes banku Marcin Plichta działał pod parasolem lokalnych polityków oraz służb specjalnych przez co ta instytucja funkcjonowała kilka lat. Aż dziwne, że dopiero teraz powstał film inspirowany tą historią, jednak by go zrealizować reżyser Jacek Bromski wziął pieniądze od TVP. Ta liczyła chyba na bardziej wyrazisty przekaz polityczny, lecz nie dostawszy go wywołała zamieszanie na poprzednim Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych. Film najpierw został wycofany, TVP zażądało zwrotu pieniędzy, zaś Bromski postanowił całość przemontować i dodać ponad 30 minut nowego materiału. Co wyszło z tego zamieszania?

Bohaterka filmu jest Kaja Miller – młoda policjantka, która podczas akcji schwytania bandyty zostaje porwana i zgwałcona. Udaje jej się jednak uciec, zabijając wszystkich, co ją przetrzymywali, lecz odchodzi z policji. Tak samo jak jej szef, Nowacki. Po ośmiu latach jednak Trójmiasto znowu wzywa ich oboje. Wszystko z powodu tytułowego Solid Gold – banku obiecującego duże zyski, lecz Komisja Nadzoru Finansowego ma wobec niego wątpliwości. Jego prezesem jest Kawecki, tajemniczy biznesmen z niejasną przeszłością. Nowacki dołącza do CBŚ i ściąga Kaję, samotnie wychowującą córkę. Sprawa nabiera rozpędu, kiedy zostaje zamordowany właściciel knajpy Sommelier. Facet był słupem, a szefem naprawdę jest jeden z ludzi Kaweckiego.

Jacek Bromski i kino sensacyjne to połączenie, które raczej zawodziło niż dawało wiele satysfakcji. Niby próbowano opisać rzeczywistość z dużymi aferami, intrygami pokazującymi powiązania policji, gangsterów, polityki, biznesu i służb specjalnych, jednak brakowało napięcia oraz było strasznie nudno. „Solid Gold” podąża tą samą ścieżką, choć początek obiecuje coś innego. Ostatecznie wracamy na stare śmieci oraz klimat z lat 90. Skorumpowani politycy, policjanci, współpraca mafii z biznesem i służbami specjalnymi PRL-u, które – mimo zmiany ustroju oraz wielu członków będących już w zaawansowanym wieku – nadal mają wpływ na obecną rzeczywistość.

Sama intryga zaczyna coraz bardziej się rozwadniać, a zamiast śledztwa skupiamy się na wielu wątkach pobocznych (zabójstwa wspólników Kaweckiego, odkrywanie wtyki, przez co napięcie słabnie. Postać Miller (porządna Marta Nieradkiewicz) zostaje zepchnięta na dalszy plan, stając się tylko pionkiem w walce miedzy Nowackim a Kaweckim. Pierwszy dalej walczy o sprawiedliwość, choć nie zawsze pozwalają mu politycy. Drugi chce zerwać z przeszłością i zacząć życie człowieka interesu, ale pojawiają się komplikacje. Problemem jest zbyt wiele postaci, jeszcze bardziej spowalniając całą historię i nie dodając zbyt wiele do historii: właściciel knajpy, prawa ręka Kaweckiego, pomocnik Nowackiego, generał Wilkosz i jego pomocnik, pewnie dłużnik, jego zona, komendant policji. Czasami gubiłem się w tym wszystkim, a kilka pozornych zaskoczeń nie działało (tożsamość zabójcy dla mnie była łatwa do odczytania).

Aktorsko jest tutaj strasznie nierówno, bo najlepiej działa tutaj duet antagonistów. Wyprany, zmęczony i zdeterminowany Janusz Gajos jako gliniarz kontra elegancko ubrany, próbujący działać sprytem Andrzej Seweryn. Obaj panowie są fantastyczni, przyciągając uwagę do samego końca. Jeśli chodzi o drugi plan to jest bajzel. Najlepiej wypada Olgierd Łukaszewicz w roli opanowanego, działającego w cieniu generała Wilkosza oraz w drobnym epizodzie Krzysztof Stroiński (Kaziak). Reszta jest albo przeciętna (Stramowski, Leonenko i – ku mojemu zdumieniu – Kościukiewicz) albo niewykorzystana (Czarnik, Hycnar, Żmijewski), co wprawiło mnie w konsternację.

Dziury, nuda, przeciętność. Ten film jest gorszy od „Anatomii zła”, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że Bromski powinien sobie odpuścić kręcenie kina sensacyjnego. Bo z filmu na film wychodzi mu coraz gorzej. Takiego marnotrawstwa tematu nie widziałem od dawna, a szum wokół niego jest niezrozumiały dla mnie.

5/10

Radosław Ostrowski

Sługi wojny

Pamiętacie taki film „Sługi boże”? Mariusz Gawryś wraca do tworzenia kryminału w swoim rodzinnym Wrocławiu, skupiając się na innej parze policjantów. Chociaż szefa mają tego samego, czyli inspektora Konarskiego. Parka to komisarz Samborski oraz aspirant Zadara, zaś śledztwo dotyczy morderstwa profesora medycyny. Denat zajmował się przeszczepami i był twarzą fundacji zajmującej się transplantologią. I jak to w tego typu sprawach, jest kilkoro podejrzanych, zaś liczba trupów rośnie wprost proporcjonalnie do poszlak.

slugi boze1

Reżyser, niestety, nie wyciągnął wniosków z poprzedniego filmu i powtarza sporo błędów. Przede wszystkim historia nie angażuje, opierając się na masie klisz. Gliniarz z problemami, koleżanka będąca jego kochanką i mająca kontakty z hakerami, wspierający, choć szorstki szef, podejrzany biznesmen ze szpiegowską przeszłością, twardy sprzymierzeniec na emeryturze itd. Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że wątków jest tu ponapychane i starczyłoby na kilka filmów. Działania tajnych służb, niekontrolowany zakup próbek DNA z wymazów, korupcja i przekręty na szczytach władzy, pobieranie próbek z armii. Dzieje się dużo i nie dzieje się nic, bo reżyser ze scenarzystą nie potrafią zbudować napięcia, postacie są papierowe. Fabularnie jest też sporo dziur i przeskoków przez co ciężko się śledzi całość. Szczególnie wobec postaci killerki, której motywacja oraz mocodawcy pozostają tajemnicą czy znajomości Zadary z hakerami. Nawet dialogi, choć niepozbawione humoru, są pozbawione polotu. Zdjęcia są niezłe, a nocne kadry wyglądają ładnie, zaś kilka scen akcji jest sprawnie zrobionych jak ucieczka przez dach czy finałowa pogoń wśród kontenerów. Nawet te momenty bardziej dynamiczne nie są w stanie tego uratować.

slugi boze2

Z takim materiałem aktorzy robią co mogą, ale nie mają zbyt wiele do roboty. Nieźle wypada duet protagonistów, czyli twardy niczym Roman Bratny Piotr Stramowski oraz Maria Kania. Wtopą jest zabójczyni w wykonaniu Karoliny Czarneckiej, której głos jest tak sztywny oraz sztuczny, że zwyczajnie boli. Najlepiej z całej ekipy wypada Paweł Królikowski jako emerytowany pułkownik Dolecki. Każde jego wejście dodaje zarówno lekkości, jak i brawury, dzięki czemu film zaczyna nabierać rumieńców. Szkoda tylko, że trzeba czekać na niego ostatnie pół godziny.

slugi boze3

Nie wiem, czy będzie trzecia część „Sług”, ale lepiej pozwolić tej serii umrzeć. Albo zmienić reżysera i scenarzysty, by bardziej dopieścili swoje dzieło, nie popadając w miałkość oraz nudę.

4/10

Radosław Ostrowski

Żmijowisko

Tytułowe Żmijowisko to ośrodek agroturystyczny gdzieś na mazurskiej głuszy. Las, jezioro, ognisko – innymi słowy oaza spokoju. Ale to właśnie tutaj doszło do tragedii. Zaginęła 15-letnia Ada, córka Arka i Kamili, którzy spędzali tam wypoczynek razem ze znajomymi matki dziewczyny z czasów studiów. Mimo intensywnych poszukiwań, Ady nie udaje się znaleźć. Rok później ojciec wraca na miejsce zbrodni, by dotrzeć do prawdy.

zmijowisko1

Łukasz Palkowski wręcz zaczyna taśmowo robić seriale dla telewizji. Po „Belfrze”, „Pułapce” i „Chyłce” tym razem zmierzył się z powieścią Wojciecha Chmielarza. Książki oczywiście nie czytałem, więc nie mogę jej w żaden sposób porównać. Niemniej jest wiele znajomych motywów dla historii opartych na tajemnicy: mroczna okolica, bardzo dziany biznesmen, rodzinne niesnaski, nieprzyjemna przeszłość, tajemnice i kłamstwa. A w to wszystko zostaje wciągnięty zwykły, szary człowiek ze zniszczoną reputacją. Reżyser jednak decyduje się na zabawę chronologią, stosując aż trzy linie czasowe: chwile do dnia zaginięcia, rok po całej sytuacji oraz czas pomiędzy. Wszystko to zaznaczone innymi kolorami, przez co nie ma szansy na dezorientację ani zagubienie. I ta przeplatanka jest czymś bardzo odświeżającym, zaś osadzenie całości na Mazurach budziło klimat kryminałów… skandynawskich.

zmijowisko2

Niemniej muszę przyznać, że „Żmijowisko” bardzo mnie rozczarowało. O ile klimat potrafi uwieść, zdjęcia odpowiednio eksplorują tamtejszą faunę, to jednak problem mam z samą konstrukcją opowieści. Sama kryminalna intryga z czasem zaczyna schodzi na bardzo daleki plan, a najważniejsze zaczynają być dwa wątki. Pierwszy dotyczy fascynacji syna właścicieli ośrodka z nową koleżanką ze szkoły. Sabina ma w sobie dużo mroku, jest zafascynowana zbrodnią, a relacja staje się coraz bardziej toksyczna, niepokojąca i budząca grozę. Natomiast drugi wątek dotyczy coraz bardziej psującego się związku Arka i Kamili, który są ze sobą z powodu… nieplanowanej ciąży. Więcej jest tutaj kłótni, ciętych i ostrych słów, których kumulacją jest incydent na ognisku.  Te momenty odpowiednio podkręcają całą atmosferę, gdzie można ją kroić nożem.

zmijowisko3

Muszę też przyznać, że reżyser wie jak mylić tropy oraz potrafi zaciekawić, mimo dość nierównego środka serialu. Niemniej muszę przyznać, że bardzo zaskoczył mnie finał oraz rozwiązanie całej intrygi, którego się nie spodziewałem. Nie zdradzę wam o co chodzi, ale byłem w bardzo wielkim szoku i zostałem wpuszczony w maliny. To jest dla mnie największy atut, który jest w stanie zrekompensować słabsze momenty.

Aktorsko jest tutaj bardzo porządnie i jest kilka niespodzianek. Zaskakuje tutaj Paweł Domagała, który próbuje mocno zerwać z emploi charakterystycznego aktora z komedii romantycznych. Tutaj wciela się w bardzo wycofanego everymena, zderzonego z bardzo niezrozumiałą tajemnicą, pełen frustracji oraz lęków. To mocna i nietypowa kreacja, pokazująca dość spory potencjał tego aktora, zwłaszcza w momentach utraty temperamentu, kłótni czy oskarżeń. Dlatego tak dobrze wypada w duecie zarówno z Agnieszką Żulewską (Kamila), jak i debiutującą Daviną Reeves-Ciarą (Adaoma), choć ta druga pełni rolę partnera w śledztwie. Dla mnie jednak najlepiej z obsady wypada Cezary Pazura w roli biznesmena Rybaka oraz Kamila Urzędowska jako jego córka, Sabina. Pierwszy jest odpowiednio twardym biznesmenem, bezwzględnie dążącym do realizacji swoich celów, zaś druga jest coraz bardziej niepokojącym materiałem na manipulującą socjopatkę, zafascynowaną przemocą, krwią oraz zabijaniem. Bardzo niepokojący duet, choć nie mają ze sobą wiele scen. Z drugiego planu warto wspomnieć mocną rolę Piotra Stramowskiego (bardzo śliski Robert) oraz Wojciecha Zielińskiego (Krzysztof Trypa).

zmijowisko4

Nie wiem co tu się wydarzyło, ale „Żmijowisko” pokazuje pewne drobne wypalenie Palkowskiego. Punkt wyjścia brzmi bardzo znajomo, intryga miejscami rozłazi się, a aktorstwo i klimat nie zawsze są w stanie przyciągnąć wszystkich do samego końca. To się jeszcze dobrze ogląda, ale na miejscu reżysera uważniej dobierałbym materiał do pracy.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Fighter (2019)

Coś ostatnio filmów o sportach walki w Polsce przybyło. A nawet doszło do tego, że z jednego pomysłu powstały dwa różne filmy. Taki jest przypadek „Underdoga” (całkiem przyzwoitego) oraz „Fightera”, gdzie szkielet fabularny jest zbyt podobny, by to zignorować. Ale czy Konrad Maximillian daje radę lepiej od Macieja Kawulskiego?

Bohaterem jest niejaki Tomasz Janicki – bardzo narwany zawodnik MMA, który podczas walki został zdyskwalifikowany. Jego kolejny pojedynek miał być z pięściarzem Markiem „Pretty Boy” Chmielowskim, który chce spróbować swoich sił w MMA. Ale nasz heros decyduje się odpuścić i trafia do rodzinnych stron w jakimś wygwizdowie. Tam pracuje przy wyrębie lasu, zaszywa się i stara raczej unikać kłopotów. Ale wszystko się zmienia, kiedy drobnym cwaniaczkom okrada z białego proszku. Zaczynają się kłopoty, co musi się skończyć ustawieniem walki.

fighter1

„Fighter” miał strasznie pod górkę. Pierwotnie miał się nazywać „Klatka” i opowiadać o walkach MMA, ale w trakcie prac wycofał się producent oraz mający grać jedną z głównych ról Eryk Lubos. To jednak reżysera nie zniechęciło, zdecydował się zmodyfikować scenariusz i doprowadzić sprawę do końca. Za taką postawę należy się szacunek, jednak efekt końcowy jest… strasznie rozczarowujący. Niby jest tutaj parę wątków, mających doprowadzić do całej akcji, ale to wszystko jest strasznie chaotyczne, dziurawe i pozbawione ciągu przyczynowo-skutkowego. Przemyt narkotyków, lokalna mafia, nielegalne walki przy ognisku, żona odchodząca od naszego protagonisty do rywala. No i jest jeszcze potencjalna nowa partnerka, której brat jest zamieszany w przemyt. Same w sobie mają spory potencjał, tylko że historia opowiedziana jest w sposób bardzo płytki, wręcz skokowy.

fighter2

Najgorsze jest to, że wiele rzeczy istotnych zostaje albo opowiedzianych za pomocą krótkiego dialogu (wszelkie sceny z talk-show), albo rozgrywanych jest poza kadrem (kwestia znalezionych narkotyków). I z tego powodu nie mogłem się skupić ani zorientować w którym momencie się znajdowałem, zaś wątki są tutaj klejone na ślinę. Doprowadza to do kompletnego braku zaangażowania, emocji ani wiarygodności. Są też treningi do walki oraz sama potyczka, która jest niechlujnie zmontowana, chaotyczna, jakby miały one maskować brak umiejętności aktorów. Boli to strasznie i kompletnie zniechęca.

fighter3

Nie chce mi się już więcej opowiadać o „Fighterze”, bo tak naprawdę nie ma specjalnie o czym. Film bardzo przypomina mocno poobijanego pięściarza, który wiele przeszedł, jest strasznie poturbowany i ledwo może chodzić. Czy ja muszę mówić coś więcej?

3/10

Radosław Ostrowski

Chyłka – Zaginięcie

Mecenas Joanna Chyłka jest jednym z najbardziej cenionych adwokatów warszawskiej kancelarii Żelazny/McKay. Ostra, szorstka i zawsze wygrywająca każdą sprawę. Ale najbliższe dni mocno wywrócą jej życie do góry nogami. Po pierwsze, zostaje patronem aplikanta Kordiana Oryńskiego, a po drugie dzwoni z prośbą o pomoc dawna znajoma Angelika Szlezyngier. Kobieta razem z mężem są podejrzewani w sprawie zaginięcia swojej córki, a śledztwo coraz bardziej skupia się na nich.

chylka1-1

TVN zdecydował się przenieść na ekran cykl powieści Remigiusza Mroza o mecenas Chyłki. Jednak dlaczego zaczęli od drugiego tomu? Pozostaje to zagadką, niemniej „Zaginięcie” lawiruje między kryminalną intrygą a dramatem sądowym. Bo choć mamy tutaj dochodzenie, nasi bohaterowie nie uczestniczą w nim bezpośrednio. W końcu obrońcy mają przede wszystkim bronić swoich klientów, a nie bawić się w detektywa oraz dotrzeć do prawdy. Być może dlatego mamy tutaj sporo scen w sądzie, gdzie każdy dowód, każda poszlaka jest rozpatrywana ze wszelkich możliwych perspektyw. A czy prawda jest tak naprawdę ważna, istotna czy liczy się tylko wygrana za wszelką cenę? Te pytania będą krążyć w trakcie oglądania, a sprawa zaczyna mieć drugie dno.

chylka1-2

Reżyser Łukasz Palkowski ma wprawę w prowadzeniu kryminalnych opowieści (kto oglądał pierwszy sezon „Belfra”, ten wie) i tutaj tylko to potwierdza. „Zaginięcie” jest pozornie spokojnie poprowadzone i bez jakichś formalnych fajerwerków. Pozornie stonowany kolorystycznie, gdzie mamy zderzenie sterylnych budynków Warszawy z Augustowem i okolicami – niepozbawione brudu, szarzyzny oraz będąca bardziej przyziemna. I pojawiają się zakręty, cliffhangery, kolejne wolty zmuszające do weryfikacji tego, co już wiemy o bronionych klientach. Kto tu tak naprawdę kłamie, manipuluje i komu możemy zaufać? Tajemnica tutaj naprawdę wciąga, tylko szkoda, że ostatni odcinek troszkę wykłada wszystko kawę na ławę (w jednym monologu, ale za to z retrospekcjami) i jednocześnie jest podbudowa pod drugą serię.

chylka1-3

Na mnie największe wrażenie robiły utarczki w sądzie oraz relacja między Chyłką a Oryńskim. Dialogi nie są pozbawione ciętych ripost, bluzgów oraz wszystkich meandrów prawniczych. Pozornie jeszcze mamy parę pobocznych wątków, jednak nie psują one dobrego wrażenia i nie ma ich tutaj aż tak wiele, by stanowiło obciążenie. Cała historia o dziwo ma ręce i nogi, intryga nie wydaje się naciągana czy absurdalna, zaś bohaterowie potrafią zaciekawić.

chylka1-5

Aktorsko serial całkowicie dominuje Magdalena Cielecka, wracająca do wielkiej formy. Aktorka miała dość trudną rolę prawniczki, z ciętymi ripostami, bardzo niedostępną, kompetentną i nie bojącą się stosować nieczystych zagrywek. Bywa cyniczna i nieufna wobec klientów, a jednocześnie walczy jak lwica. Choć nie przyzna się do tego wprost. Zderzona zostaje z idealistycznym oraz zaczynającym swoją karierę Ordyńskiego, który dostaje ksywę „Zordon” i aparycję Filipa Pławiaka. Aktor radzi sobie dobrze, ma wiele uroku i tworzy dość zgrany duet. Najtrudniejsze zadanie mieli wcielający się w role podejrzanych Katarzyna Warnke i Michał Żurawski. Ona sprawia wrażenie dziwnie spokojnej, a on jest bardzo wyciszony, wręcz przybity, zaś oboje skrywają wiele tajemnic. Z drugiego planu warto wyróżnić Mirosława Haniszewskiego (sprytny, choć lekko „dresiarski” cwaniak Wito), Piotra Głowackiego (prokurator Aronowicz z włosami a’la Jezus) oraz Piotra Żurawskiego (informatyk Kormak).

chylka1-4

Powiem szczerze, że „Zaginięcie” jest bardzo sprawnie wykonanym serialem kryminalnym. Historia wciąga, dialogi są mocne (chociaż za dużo klną), zaś prawnicze meandry potrafią zaangażować. I jestem strasznie ciekawy, co będzie dalej z mecenas Chyłką oraz nową, bardziej skomplikowaną sprawą. A że druga seria już w piątek, to zgadnijcie, co będę robił.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Odnajdę cię

Justa jest policjantką, samotnie wychowującą córkę i w trakcie separacji. Obecnie próbuje zorganizować obławę nad mordercą, który zabija swoich dawnych kolegów z wojska. Jednak akcja kończy się fiaskiem, bo sprawcą okazuje się barman oraz dawny znajomy ze szkoły. Udaje mu się zbiec, a Justa zostaje przymusowo skierowana na urlop. Zamiast jednak ogarnąć sprawy rodzinne, próbuje na własną rękę odnaleźć zbiega. Ten decyduje się porwać córkę policjantki, w zamian za ostatniego żywego członka ekipy.

odnajde_cie1

Dokumentalistka Beata Dzianowicz postanowiła spróbować swoich sił w pełnometrażowej fabule, będąca kryminałem. Sam punkt wyjścia może wydaje się ograny, ale można było z tego wycisnąć naprawdę dużo. Bo co może zrobić stróż prawa, kiedy zostaje postawiony pod ścianą? Gdy osoba najważniejsza w jej życiu zostaje zakładnikiem? Do tego w tle mamy jakąś niejasną kwestię związaną z przeszłością naszego złego – jakaś sprawa z próbą zrobienia jakiejś lewej forsy. Problem w tym, że cała ta intryga wydaje się nie tyle dziurawa, co zwyczajnie i brutalnie skrócona. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że ponad 80 minut to troszkę za mało. Reżyserka próbuje skondensować tyle wydarzeń, że żaden z wątków nie wybrzmiewa do końca. Ani życie prywatne Justy, jej walka o życie córki (a także z jej mężem o opiekę nad dzieckiem), ani samo dochodzenie zwyczajnie nie angażuje. Klisza kliszą pogania – porwanie córki, wszelkie próby kontaktu z przełożonymi (nagłe SMS-y), szef pozbawiony jednak wpływu na wydarzenia. No i jeszcze kilka zaskakujących popisów w postaci przyklejenia komórki taśmą klejącą do auta czy rozmowy z porwaną, gdzie sprawca nie reaguje na próby wyciągnięcia informacji.

odnajde_cie2

Nie tyle chodzi tutaj o brak logiki, bo opowieść jako tako jeszcze się trzyma kupy. Ale napięcia czy poczucia gry o wysoką stawkę po prostu nie czuć. I nie pomagają ani paradokumentalne zdjęcia Jacka Petryckiego, ani całkiem niezła muzyka. Dialogi miejscami nie są słyszalne, montaż bywa dość chaotyczny (finałowa konfrontacja to porażka), ale to ogląda się nawet nieźle.

Aktorsko też za bardzo szału nie ma. Ani Piotr Stramowski (sierżant Szutra), ani Michał Żurawski (Daro, szef Justy) zwyczajnie nie mają zbyt wiele do roboty. Dostali postacie pozbawione charakteru, wręcz szablonowe. Nawet Dariusz Chojnacki („Bacia”) nie przekonał mnie w roli czarnego charakteru. Jedynym mocnym punktem jest mało ograna Ewa Kaim w roli Justy. Bardzo szorstka, twardsza niż czołg policjantka, pełna ambicji oraz determinacji do pracy, a jednocześnie bardzo pragnąca dobra swojej córki. Ta postać z każdą sekundą zaczyna zyskiwać i staje się bardziej zniuansowana niż na pierwszy rzut oka. Ona trzyma ten film na swoich barkach, co budzi podziw.

odnajde_cie3

Powiem to wprost: „Odnajdę cię” nie jest udanym debiutem pani Dzianowicz. Za dużo tu klisz, za mało emocji, napięcia oraz zaangażowania. Niemniej nie jest to kompletny gniot, bo początek bywa niezły, a Kaim ma tyle charyzmy, że chce się ją oglądać. Mam nadzieję, że kolejne filmy reżyserki będą o wiele lepsze.

5/10 

Radosław Ostrowski

Po prostu przyjaźń

Wyjaśnijmy sobie od razu jedną rzecz – „Po prostu przyjaźń” to dramat z drobnymi elementami humorystycznymi skupionym na kilku postaciach. Takim głównym motorem są losy paczki przyjaciół i ich wykładowcy z liceum, którzy co roku wyjeżdżają w góry: Julia, Kamil, Grzegorz, Marian i Jadźka. Każde z nich musi się zmierzyć z własnymi problemami oraz kwestiami przyjaźni. Czym ona jest? Czy należy w jej imię oszukiwać, ukrywać czy może należy być bezwzględnie szczerym?

po_prostu_przyjazn1

I tutaj zaczynają się przeskoki także na inne postacie, które będą zmuszone podjąć trudne decyzje. Ukrywanie choroby, wybór sąsiada na dawcę spermy, pomoc koleżance w dorwaniu… guzika znanego celebryty czy duża wygrana w totolotku. Więc jest w czym wybierać, tylko że ten nadmiar postaci i wątków może wprawić w konsternację, bo nie wszystko zostało wygrane do końca, przeskakując z postaci na postać (jak w „Listach do M.”). Ale może po kolei.

po_prostu_przyjazn2

Reżyser nie próbuje na siłę rozśmieszyć, a reklamowanie tej produkcji jako komedii romantycznej to strzał w stopę. Owszem, są piosenki w tle (ale bardzo malutko) i muzyka taka bardziej poważna, a całość próbuje być taka bardziej poważna i dramatyczna, co jest pewnym zaskoczeniem. Bo szczerze spodziewałem się przesłodzonej, lukrowanej smakiem TVN-u z gwiazdkami tej stacji (to akurat jest odczuwalne), z humorem dość niskich lotów opartych na prostych gagach czy słabych dialogach. Tutaj na szczęście tak nie jest, a większy nacisk na dramat (wątek Julii czy Kamila i Grzegorza) daje emocjonalnego kopa. A jeśli chcecie się pośmiać, to najlepiej sprawdza się wątek związany z panem Szymonem i Antkiem (powoli rodząca się przyjaźń spowodowana pewnym wypadkiem) oraz Ivanki, szukającej dawcy nasienia.

po_prostu_przyjazn3

Dla mnie problemem jest przede wszystkim brak głębszego portretu postaci, przez co nie zawsze było łatwo się z nimi zidentyfikować. Ja rozumiem, że to bardziej lżejsze kino, ale pewne tło by się przydało. Drugim mocnym minusem jest bardzo otwarte zakończenie, które zamyka wątki dopiero w napisach końcowych. Czuć tutaj fundamenty pod drugą część (nie obraziłbym się, gdyby powstała).

po_prostu_przyjazn4

Mocnym punktem bywa (nie zawsze) obsada, chociaż nie wszystkie postacie są w pełni wykorzystane (dotyczy to głównie Przemysława Bluszcza i Grzegorza Damięckiego). A co najważniejsze, wszyscy grają raczej serio, bez puszczania okiem czy wygłupiania się, co wcale nie jest takie proste i łatwo przedobrzyć (niestety, tak robi Maciej Zakościelny i wypada słabo). Czysto komediowe oblicze prezentuje rozbrajająco zabawny Bartłomiej Topa (nadopiekuńczy, lecz odpowiedzialny Patryk) oraz Krzysztof Stelmaszczyk (Szymon), których obecność czasami rozsadzić ekran, wygrywając swoje wątki bez fałszu. A klasę kolejny raz potwierdza Agnieszka Więdłocha, bardzo delikatnie prowadząc swoją postać, bez popadania w (nad)ekspresję oraz bardziej wyluzowany Marcin Perchuć (Marian).

po_prostu_przyjazn5

„Po prostu przyjaźń” nie jest taką stricte komedią, do jakich w ostatnich latach przyzwyczajało nas polskie kino. To bardziej słodko-gorzka opowieść o sile przyjaźni i tym jak jest ważna dla wszystkich, chociaż parę razy balans między humorem a powagą bywa naruszony. Niemniej efekt jest zaskakująco przyzwoity i nie miałbym nic przeciwko sequelowi.

6/10

Radosław Ostrowski

Pitbull: Niebezpieczne kobiety

Nie oczekiwałem zbyt wiele po „Niebezpiecznych kobietach”, bo Patryk Vega zmienił PitBull od realistycznego, brudnego kina policyjnego w komiksową, krwawą i przerysowaną rąbankę. Nie inaczej jest tutaj, ale tym razem nasi starzy znajomi (Majami, Gebels) są zepchnięci na dalszy plan, ustępując miejsca nowym bohaterom. A właściwie bohaterkom.

pitbull_31

Cała historia skupiona jest na mafii paliwowej i wyłudzeniu VAT-u, a głównym antagonistą jest członek gangu motocyklowego „Cukier”. Mężczyzna ma dziecko, a jego żona „Drabina” przebywa w więzieniu za zabójstwo matki (oczywiście, była niewinna). Dodatkowo idzie na układ z oficerem wywiadu skarbowego, powiązanego z mafią paliwową. Poza nimi jest jeszcze „Zuza”, która po rozstaniu z mężczyzną, postanawia zostać policjantką.

pitbull_32

Inny słowy, treściowo nadal rządzi chaos, czyli wątki są przedstawione bez ładu i składu, próbując złączyć się w jedną całość. Niemieccy bikerzy, mafia paliwowa, słupy, drobne interwencje, pytony, Strachu (tylko pod koniec), policjantki z problemami (nie wybrzmiewającymi i nie wykorzystującymi w pełni swój potencjał). Dalej mamy wiązankę bluzgów, sztywne aktorstwo statystów, pełne dukania oraz dużo, bardzo dużo krwi. Nie mogę odnieść wrażenia, że parę postaci (Majami i Olkę) można było spokojnie wyrzucić, bo nie wnoszą niczego nowego. Nawet humor wydaje się słabszy i bardziej prymitywny.

pitbull_33

Ale paradoksalnie Vega potrafi to zrobić w taki sposób, by skupić uwagę. Nadal wrażenie robią ujęcia miasta z góry czy świetnie sfilmowana scena obławy, gdzie Majami w pojedynkę kasuje kolejnych oprychów. Wszystko jednak psują dialogi, brzmiący zbyt mechanicznie, czasami bardziej bohaterowie mówią tak urzędowym językiem, że brzmi to po prostu sztucznie. Do tego jeszcze zakończenie, które pozostaje otwarte i nie zamyka wielu wątków. Dzieją się czasami rzeczy absurdalnie (wszystko związane z pytonem czy przypadkowe spotkanie Zuzy z Cukrem zakończone randką), gdzie należy się zastanowić nad psychologią i nie brakuje niemal przerysowanych sytuacji (Cukier rządzący w więzieniu), co wywołuje pewien dysonans.

pitbull_34

Jak wspominałem, Majami i Gebels (Stramowski i Grabowski) robią tylko za tło i wsparcie, ale ich obecność jest zawsze plusem. Z nowych postaci najważniejsze są trzy: Cukier, Drabina i Zuza. Pierwszego gra Sebastian Fabijański, który troszkę przypomina wcześniejszą rolę z „Belfra”, ale to mi nie przeszkadzało. Z jednej strony twardy zawodnik, nie bojący się użyć piły mechanicznej do zrobienia porządku i nie patyczkuje się (chociaż wygląda jakby był jedną nogą w grobie), ale z kobietami bywa bardziej wrażliwy, cytuje Schopenhauera i bierze leki (bo ma – i to śmieszne – cukrzycę). Kompletnym zaskoczeniem była dla mnie Alicja Bachleda-Curuś wcielająca się w Drabinę. Kobieta ta jest bardzo twarda i reagująca mocno na złe traktowanie dziecka, ale jednocześnie jest bardzo rozedrgana i czuć w niej niepokój. Wszystko to zostało pokazane świetnie. Złego słowa też nie powiem o Joannie Kulig, czyli zaczynającej swoją przygodę z policją Zuzę. Dziewczyna powoli zaczyna zmieniać swoje podejście do pracy, spowodowane przez zarówno relację z Cukrem, jak i wsparcie mentorskie Gebelsa. Warto też wspomnieć o śliskim i skupionym na sobie oficerze wywiadu skarbowego, czyli wracającym do początków swojej kariery Artura Żmijewskiego.

pitbull_35

„Niebezpieczne kobiety” w zasadzie utrzymują poziom poprzednika, czyli jest to kino dresiarskie, próbujące pokazywać prawdziwe oblicze brudnego świata półświatka oraz policjantów, walczących z nimi. Nadal niby jest poważnie, ale niepoważnie, komiksowo, wręcz karykaturalnie i prymitywnie. Jako guilty pleasure sprawdziłoby się idealne. Dobrze, że następną część robi Władysław Pasikowski.

5/10

Radosław Ostrowski

W spirali

Są czasami takie filmy, po których obejrzeniu bywa zdumiony i zaskoczony. Nie jest to jednak zaskoczenie pozytywne, ale drapanie się w głowie oraz poczucie konsternacji, niezrozumienia, dziwnej zagadki oraz jednego „ale o co chodzi”. Tak miałem przy „Hardkor Disko”, a teraz to odczucie wróciło przy filmie „W spirali”.

w_spirali1

Produkcja Konrada Aksinowicza opowiada o dwójce bohaterów: Krzysztofie i Agnieszce. On jest aktorem, któremu zdarzało się robić skok w bok, ona jest producentką filmową. Ich związek zaczyna się mocno sypać i by posklejać pęknięte kawałki, decydują się wyruszyć do domu w lesie gdzieś na obrzeżach miasta. Ale po drodze pojawia się tajemniczy Tamir, który chce pomóc bohaterom. Jak? Poza rozmową, ma pewne zioła, mogące pomóc wejść do wnętrza siebie.

w_spirali2

Brzmi ciekawie? Otóż takie nie jest, bo sama historia pełna jest dialogów, nie będących rozmowami, lecz fragmentami czegoś szerszego. Można odnieść wrażenie, że nasza para zna się na tyle dobrze, iż nie potrzebują mówić wiele. Tylko, że ten dramat bohaterów pozornie rozedrganych, w połowie filmu zaczyna się rozsypywać i niespecjalnie obchodzi. Owszem, film budzi skojarzenia z „Nożem w wodzie” (para + ten trzeci) czy „Piknikiem pod Wiszącą Skałą” (pięknie sfotografowana Kotlina Kłodzka), jednak to nie wystarcza. Kiedy nasi bohaterowie są na haju, wtedy montażysta zaczyna szaleć i robi się ciekawie: przeskoki i szybkie cięcia, zniekształcony dźwięk, bełkotliwe słowa. Nawet retrospekcje, pokazujące przyczyny tego stanu i repetycja pewnych scen, okazują się tylko pustą wydmuszką, a mistyczna otoczka jest tak bełkotliwa i niestrawna, ze nawet aparycja Tamira (jedyna intrygująca postać) nie jest w stanie tego uratować. No i jeszcze to zakończenie, które niby daje otwartą furtkę, lecz rozwiązanie tego konfliktu wydało mi się śmieszne.

w_spirali3

Aktorsko jest tak sobie. Nie czuć mocno chemii między Kasią Warnkę i Piotrem Stramowskim, brakuje im charakteru, charyzmy, a ich konflikt wydaje się kompletnie nieangażujący. Tajemniczy Tamir Halperin jako bohater posiadający połączenie z przyrodą jest w stanie skupić uwagę. Jest w nim coś, co intryguje.

w_spirali4

„W spirali” jest dla mnie terapeutycznym bełkotem, mającym na celu… no właśnie, nie wiem po co. Ładnie to wygląda, zmontowane są bardzo ciekawie, jednak to troszkę za mało, by zawrócić sobie głowę. Wpadnięcie w spiralę nudy gwarantowane.

4/10

Radosław Ostrowski