Auta 3

Zygzak McQueen – był najszybszym kierowcą wyścigowym. Razem ze swoim mentorem, wójtem Hudsonem odzyskał dawną formę oraz śmigał jak szalony. Ale czas jest bardzo bezwzględnym draniem i nawet najbardziej zaprawieni w boju muszą zacząć przegrywać. Pojawiają się młodzi, ambitni, bezczelni oraz wspierani przez nowoczesną technologię zawodnicy. Tacy jak Jackson Sztorm, co nie odpuszczają. Przed rozpoczęciem nowego sezonu stary mistrz decyduje się na mniej konwencjonalne metody treningu, w czym ma pomóc nowa trenerka. Oraz nowy sponsor, ale droga do tego celu nie jest prosta.

auta3-1

Seria „Auta” uważana jest za jedne ze słabszych filmów w dorobku Pixara. Ile jednak studiów chciałoby mieć takie słabe filmy w swoim CV. Problem jest pewna nierówność tej serii. Pierwsza część to nauka pokory jaką dostaje nasz bohater trafiając do małego miasteczka. Było troszkę sentymentalnie, ciepło, z trzymającym za gardło finałem. Dwójka poszła w stronę szpiegowskiej intrygi, spychając Zygzaka na dalszy plan, zamieniając go ze Złomkiem. I to była prawdziwa wtopa. Teraz niejako wracamy do korzeni, czyli na tor, gdzie czuć palącą gumę, adrenalinę oraz rywalizację. A w to wszystko wraca Zygzak – już niemłody, zaś jego obecne treningi przestają działać. No i pojawia się pytanie: powalczyć jeszcze ostatni raz czy przejść na emeryturę, zostając marką do sprzedaży rzeczy? Oto jest dylemat i twórcom udaje się to bardzo przekonująco przedstawić. Jednocześnie cały czas zachowują balans między dramatem a humorem, przez co seans nie jest zbyt mroczny dla dzieci.

auta3-3

Inną niespodzianką od twórców są spore odniesienia do pierwszej części. I nie chodzi tutaj o wspomnienia związane z postacią wójta Hudsona oraz jego przeszłości. Tutaj zaczynamy poznawać więcej, a to z powodu odwiedzenia dawnego ucznia. Jednak prawdziwym paliwem filmu, poza nostalgiczno-sentymentalną otoczką jest relacja między Zygzakiem a trenerką Cruz Ramirez. Zderzenie mentalności tej dwójki nakręca ten film, przez co można się zastanawiać kto kogo tu uczy. Wtedy zaczynamy iść w stronę kina sportowego spod znaku „Rocky’ego”. I role zaczynają się odwracać, pokazując, że nie potrzebne jest wsparcie technologiczne do osiągania zwycięstw. Ale o tym przekonacie się sami.

auta3-2

Trzecia część „Aut” wygląda ślicznie. I nie chodzi tylko o przepiękne krajobrazy pustyni czy zmiennych pór roku. Także samochody prezentują się bardzo szczegółowo, tak jak wszelkiego rodzaju pyły, kurze, dymy. Montaż przypomina klasyczne filmy sportowe (sceny treningów są świetne czy pomiaru na plaży), zaś finałowy wyścig trzyma w napięciu i zaskakuje niespodziewaną woltą. Ten moment zmienia cały film i czyni go bardziej angażującym. Więcej wam nie zdradzę, bo trzeba się samemu przekonać.

auta3-4

Nie mogę też nie wspomnieć o polskiej wersji językowej, która brzmi po prostu świetnie. Stara ekipa z Piotrem Adamczykiem na czele trzyma bardzo wysoki poziom. Nie mogę nie wspomnieć o zmianie głosu Złomka. Zmarłego Witolda Pyrkosza zastąpił Marian Opania, dając sobie radę z tym brzemieniem. Pojawia się masa nowych postaci, z których największą uwagę skupiają dwie. Pierwszą jest Cruz, która początkowo wydaje się irytująca. Jednak z czasem ta naładowana energią persona pokaże swoje skryte oblicze oraz niespełnione ambicje, stając się kimś więcej niż pomagierem, a głos Wiktorii Wolańskiej bardzo dobrze oddaje jej emocje. No i jeszcze jest nowy mentor, czyli Szpachel z szorstkim głosem Zdzisława Wardejna, będącym reprezentantem starej szkoły. I jeszcze jeden szczególik: wszelkie napisy (reklamy, tytuły artykułów) zostały opatrzone polskimi napisami, co jest rzadkością w filmach.

Trzecie „Auta” to najlepsza część niezbyt lubianej serii. I wygląda na to, że ostatnia. Jest troszkę nostalgiczna i fabuła idzie w znajomym kierunku, ale nie można odmówić jej serca oraz zaangażowania. Godne zakończenie całej historii McQueena.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Toy Story 4

Ile to już czasu minęło odkąd Chudy, Buzz i spółka trafili do domu Bonnie? 9 lat i wydawało by się, że już więcej z tej opowieści już nie da się wycisnąć. Że to już jest koniec i nie ma powodu wracać do świata zabawek, co ożywają, gdy nie ma ludzi. Pixar posiada pewną moc robienia sequeli, które rzadko są do bani (może poza „Autami 2”), chociaż obawa przed rozczarowaniem była spora.

Tym razem jednak Chudy, dla którego dobro dziecka jest najważniejszą wartością i sensem jego egzystencji, przez nową właścicielkę został odstawiony na boczny tor. Bonnie woli bawić się innymi zabawkami jak Jessie czy Rexem. Sytuacja zmienia się, kiedy dziewczynka idzie pierwszy raz do „zerówki”. Chudemu udaje się pomóc dziewczynce, wchodząc sposobem do plecaka. Efektem jego działań jest stworzenie przez nią zabawki ze śmieci nazwanej Sztućkiem. Nowa zabawka ma jednak poważny problem z zaadaptowaniem się i desperacko zmierza ku koszowi na śmieci. Nawet podczas tygodniowej wycieczki do lunaparku, co doprowadza do wypadnięcia Sztućka z auta. W ślad za nim rusza Chudy, a podróż będzie dla obydwu ważnym doświadczeniem.

toy story4-1

Debiutujący reżyser Josh Cooley musiał czuć wielką presję w trakcie prac nad tym filmem. Filmem, który w momencie ogłoszenia został uznany za zbędny i niepotrzebny. Każda z poprzednich części zachowywała balans między refleksją a rozpędzoną akcją. Tutaj w sumie też jest podobnie, ale czy dzisiaj dzieciaki w ogóle chciałyby się bawić zabawkami? Kiedy mają w zasięgu komputery czy telefony z Internetem? W tym świecie tych gadżetów nie ma, jednak nie jest to aż tak dużym problemem. Bo i twórcy stawiają tutaj sobie inne pytanie: co to znaczy być zabawką i czy może jest alternatywa od roli sprawiania dziecku radości. To ostatnie pokazuje nie widziana w poprzedniej części pasterka Boo, która jest kompletnie nie do poznania. Żadna tam delikatna dama w opałach, ale twarda, niezależna i waleczna babka. Inną skrajnością jest Sztuciek – nie znający swojego miejsca na ziemi ani swojego zadania. Przypomina świeżo narodzone dziecko, które zaczyna poznawać świat i jest początkowo irytujący, nawet wygląda groteskowo. No i jeszcze jest antagonistka, choć czy aby to jest właściwe określenie? GabiGabi to zabawka po przejściach, niekochana i z uszkodzonym sprzętem wydającym jej głos. Jednak w przeciwieństwem do złola z „trójki” nie jest rozgoryczona ani demonicznie zła. I to jest świetnie napisana oraz zarysowana postać, wnosząca wiele świeżego do serii.

toy story4-3

Niemniej historia wzrusza i potrafi rozbawić, ostatecznie zamykając historię Chudego. Sceny akcji nadal są bardzo pomysłowo zrealizowane oraz świetnie zmontowane (próba odbicia Sztućka czy finał przed karuzelą), bardzo pewnie budując napięcie. Nie brakuje nawet momentów pasujących do horroru (pierwszy spacer GabiGabi), a wszystko bardzo pięknie zrealizowane. W paru momentach (sceny z kotem czy pierwsza scena w deszczu) animacja wydaje się wręcz fotorealistyczna. W sensie wygląd kropel czy sylwetka oraz sierść kota. Nie wiem, co tym razem będą w stanie wymyślić ludzie z Pixara, ale to bardzo wysoko zawieszona poprzeczka.

toy story4-2

Jeżeli mam się jednak do czegoś przyczepić, to do niezbyt dużej obecności postaci z poprzednich historii. W szczególności chodzi mi o Buzza, mocno zepchniętego na dalszy plan, przez co w drugim akcie nie ma za wiele do roboty. Reszta starej paczki pełni tutaj także role epizodyczne, w zasadzie robiąc tylko za tło. To jednak nie przeszkadza aż tak bardzo, zaś finał po prostu wzrusza. Warto też wspomnieć o polskim dubbingu, który brzmi bardzo dobrze, a starzy znajomi z Robertem Czebotarem i Łukaszem Nowockim na czele wykonała fantastyczną robotę. Z nowych postaci najbardziej wybija się Gabi Gabi, której głosu użyczyła Julia Kamińska, pokazując bardzo złożony charakter tej pozornie złej postaci oraz drobny komediowy duet Kwaku/Bunio w wykonaniu 2/3 dawnego kabaretu Limo.

toy story4-4

Miałem pewne wątpliwości i obawy, ale ostatecznie ten epilog (bo tak należy traktować czwórkę) nadal dostarcza masę emocji, a poruszający finał zostanie w głowie na długo. Czy chciałbym powstania kolejnej części? Raczej nie, choć po Pixarze można spodziewać się wszystkiego.

8/10

Radosław Ostrowski

Historia małżeńska

Charlie i Nicole – wydaje się to wręcz para idealna. Żyją ze sobą już 10 lat, mają syna i pracują w teatrze. On jako reżyser, ona jako aktorka. Ich spektakle spotykają się z bardzo dobrym odbiorem. Już pierwsze sceny, gdy słyszymy jak o sobie opowiadają zwiastują bardzo udaną relację. Tylko, że parę minut później okazuje się, iż było to zadanie od mediatora. A nasi bohaterowie decydują się na rozwód. Ale jak to rozwód? Jedną z przyczyn jest propozycja zagrania w serialu, jaką dostała Nicole. Wymagałoby to jednak opuszczenia Nowego Jorku i przeprowadzki do LA, na co Charlie się nie zgadza.

historia malzenska1

Przyznam się, że nigdy nie miałem styczności z kinem Noah Baumbacha. Jednak po tym filmie widać, że dla niego liczą się relacje między bohaterami oraz bardzo kameralna forma. „Historia małżeńska” wydaje się być filmem jaki już widzieliśmy. Bo ile było historii o rozwodach? I w niemal każdym mamy pokazany rozwód jako pole bitwy, gdzie do osiągnięcia swoich celów sięga się po wszystkie chwyty. Zwłaszcza kiedy do gry wchodzą prawnicy. Tutaj pokazani niemal jak hieny, dla których nie liczy się najszybsze załatwienie sprawy, tylko wydojenie swojego klienta. To jednak jest pokazane niejako przy okazji, bo scen sądowych jest tu niewiele. Bardziej skupiają się na tym, jak oboje próbują sobie z tym poradzić. Ale uważniej się zaczynamy im przyglądać i dostrzegać, że choć się świetnie uzupełniają, nie są tacy doskonali jak na początku. Przez te rysy stają się bardziej ludzcy, a seans staje się trudniejszy. Dlaczego? Bo reżyser lubi jego i ją, unikając czarno-białego podziału oraz jednoznacznego wskazywania, że on/ona jest tą gorszą połową.

historia malzenska2

Sam scenariusz wydaje się nie być prowadzoną ciągiem narracją, lecz skupieniem się to na nim, to na niej. Z tego powodu troszkę od tego filmu się odbijałem, choć rozumiem ten zabieg. Nie brakuje tutaj absolutnie znakomitych momentów jak scena kłótni, gdzie dochodzi do hekatomby, pierwszej rozmowy Nicole z prawniczką czy wręczenia prawniczego pozwu. W tych momentach reżyser okazuje się wnikliwym obserwatorem, potrafiącym czasem ubarwić sytuację humorem. Nie można mu jednak zarzucić manipulacji ani fałszu w tym, co prezentuje. Nie mniej nie zaangażowało mnie to tak jak bardzo. Czy to dlatego, że jestem za młody i nie przeżyłem niczego takiego? A może po prostu liczyłem na więcej? Nie umiem odpowiedzieć, ale parę razy odbijałem się, by znowu wrócić.

historia malzenska3

Jednak prawdziwym paliwem napędowym jest absolutnie świetny duet Scarlett Johansson/Adam Driver. Ona – pozornie opanowana, wręcz aż za bardzo zaangażowana w życie rodzinne, tak naprawdę czuje się zagubiona, a jej potrzeby wydają się stłumione. A on bardziej się skupia na swojej pracy, jest wręcz egoistą i przestaje ją rozumieć. Aktorska para tworzy tutaj bardzo zniuansowane portrety, przez co bardzo łatwo ich polubić. Jednak film kradnie Laura Dern. Nora, prawniczka Nicole jest ostrą zawodniczką, gotową wyciągnąć każde brudy do wygrania walki. A jej monolog z Matką Boską – perełka.

„Historia małżeńska” to jedna z ciekawszych produkcji Netflixa, jednocześnie zachęta do bliższego poznania dorobku Baumbacha. Wnikliwa obserwacja, pełna słodko-gorzkich momentów, świetnego aktorstwa oraz bardzo krytycznego spojrzenia na środowisko prawników.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Przebudzenia

Rok 1969, Bronx. Tutaj znajduje się szpital, gdzie pacjentami są chronicznie chorzy pacjenci zwani tutaj warzywkami. Dawno stracili kontakt z otoczeniem, nie reagują na bodźce, można rzec – wegetują. Ale pojawia się nowy lekarz – dr Malcolm Sayer, neurolog bardziej skupiający się na pracy naukowej niż pracy z pacjentami. Odkrywa, że kilkoro z pacjentów miało zdiagnozowane w dzieciństwie zapalenie opon mózgowych, przypominające objawy Parkinsona. Lekarz decyduje się na eksperymentalną terapię za pomocą nowego leku zwanego L-dopa, wykorzystując jednego pacjenta – Leonarda Lowe’a jako królika doświadczalnego.

przebudzenia2

Nakręcony w 1990 roku film Penny Marshall wydaje się na pierwszy rzut oka produkcją, która najwyżej mogłaby trafić do telewizyjnego cyklu „Okruchy życia”. To bardzo skromne kino, pozbawione (od strony formalnej) jakiś wodotrysków, ale angażujące emocjonalnie. I tutaj dochodzi do zderzenia dwóch światów: lat 60., czyli bardziej współczesnego bohaterów oraz tych ludzi, którzy zachorowali jako dzieci i zapadli się jak kamień w latach 20. i 30. Tylko, czy powrót do tego świata po tak długiej przerwie nie wywoła psychicznego szoku. Reżyserka zaczyna też pokazywać więź jaka się tworzy w relacji między Sayerem a Lowe’m – ta przyjaźń staje się impulsem do postawienia pytania, kto tu tak naprawdę śpi. I nie chodzi tu tylko o fizyczny sen, ale ten bardziej mentalny. Wszystko jest tutaj zgrabnie zbalansowane między dramatem a humorem, czyniąc ten seans bardzo pokrzepiającym doświadczeniem.

przebudzenia1

Ale pojawia się jeszcze jedno pytanie, związane z tym, jak doszło do tego „przebudzenia” i dlaczego choroba nawróciła, mimo używania leku. Mimo lat, to pytanie pozostaje nadal bez odpowiedzi. Jest tutaj kilka naprawdę poruszających scen („przebudzeni” na dyskotece, pierwszy spacer Leonarda z Sayerem, recytowany wiersz Rilkego), które pozostaną ze mną na dłużej. Może nawet na zawsze. Każdy z wątków, nawet jeśli wydaje się lekko zarysowane (jak relacja między Leonardem z dziewczyną, która przychodzi odwiedzać swojego ojca).

przebudzenia3

Ale to wszystko trzyma na swoich barkach dwie znakomite kreacje. Bardzo pozytywnie zaskakuje Robin Williams w roli bardzo empatycznego, choć pozornie nieporadnego lekarza. Z każdą sceną coraz bardziej zaczyna nabierać pewności siebie, próbuje dotrzeć do każdego z pacjentów, bo mu na nich zależy. Widać to w jego oczach, pewnych drobnych nieporadnościach, ale to bardzo sympatyczna postać, którą każdy pacjent chciałby poznać. Ale tak naprawdę tutaj błyszczy Robert De Niro w roli Lowe’a. Aktor znakomicie prezentuje swoją postać człowieka, który na nowo odkrywa świat, chcący czerpać z niego garściami. Jednak największe wrażenie robią sceny, gdzie widać nawrót choroby – nerwowe tiki, problemy z poruszaniem, porozumiewaniem się. Bardzo łatwo było tą rolę przeszarżować, ale to wszystko zostaje utrzymane w rysach, bez popadania w karykaturę. Absolutnie totalna rola, bez cienia fałszu. Także pozostali aktorzy w rolach „przebudzonych” pacjentów wypadają bardzo dobrze, chociaż bardzo krótko ich poznajemy, zaś drobne epizody Maxa von Sydowa (dr Ingram, który pierwszy badał pacjentów) czy Petera Stormare’a (chemik) dodają smaczku.

Jeśli jeszcze nie widzieliście „Przebudzeń”, to zobaczcie je koniecznie. O takich filmach zwykło się mawiać jako „małe wielkie kino”. Niby niepozorne, delikatne i może wydawać się bardzo drobna, jednak potrafi zaangażować, jest bardzo głęboko humanistyczny w duchu. Krzepiące, kapitalne kino, który wydaje się być ponadczasowe.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Randy Newman – Seabiscuit

Seabiscuit

Dawno, dawno temu, kiedy w Stanach Zjednoczonych był kryzys gospodarczy porównywalny do obecnego, Amerykanie potrzebowali wsparcia i bohaterów, dzięki którym ta sytuacja byłaby do zniesienia. Kimś takim stali się sportowcy, których osiągnięcia zajmowały w gazetach tyle samo miejsca, co prezydent Roosevelt. W 1938 roku taki bohaterami stali się – Charles Howard, Toma Smitha i Johnny Pollarda oraz koń wyścigowy Seabiscuit. W 2003 roku powstał o nich film, nakręcony przez Gary’ego Rossa. Film zebrał świetne recenzje, ale tylko w USA, bo w Europie zarzucano melodramatyzm, patos i ocieranie się o banały. A jak w tym wszystkim radzi sobie muzyka?

Cóż, filmu nie widziałem, ale to nie powinno być problemem. Wydana przez Universal płyta z 2003 roku zawiera ponad 45-minutowy materiał autorstwa Randy’ego Newmana. Kompozytor kojarzony jest głównie z animacjami. Jednak nie był to żaden problem. I w sporej części opiera się na dwóch rzeczach: podniosłości (zwanej też patosem) oraz kałbojstwem, reprezentowanym przez gitarę akustyczną (m.in. „Wedding” czy „Campfire”). Ale po kolei.

r_newmanCałość brzmi bardzo oszczędnie, wręcz stonowanie, grany przez mały zespół (poza smyczkami, które mogą świadczyć o większej ilości), który brzmi trochę kameralnie, ale jednocześnie dość pogodnie. Już „Main Title” to zapowiada – delikatny klarnet, podniosła trąbka i smyczki, a pod koniec pojawia się gitara akustyczna. Tu już pojawia się dość spokojny temat przewodni naszego bohatera (najlepsza aranżacja w krótki, pianistycznym „Seabiscuit” oraz orkiestrowym „Tanforan”, które w połowie idzie w jazz). Trochę szybsze jest „Idea”, która przypomina stylem Thomasa Newmana (plumkające smyczki, klarnety i flety), zaś elementy americany nie wywołują rozdrażnienia czy irytacji („The Crash”), ale nie zaskakują niczym. Trudno jednak odmówić kompozytorowi chwytliwości oraz wpadających w ucho melodii.

Pewnym elementem zaskoczenia jest „Call Me Red”, którego początek jest podniosły i spokojny, by w połowie przyśpieszyć i pójść w stronę country (gitara i skrzypce po prosu szaleją), które będzie się co jakiś czas dawało znać – od połowy płyty. Jedynym śpiewanym utworem zaś jest tutaj „La Tequilera” idące w stronę mocno meksykańskich brzmień – z obowiązkową trąbką i gitarą, choć i smyczki dają o sobie znać. I to jeszcze naprawdę ładnie zaśpiewane przez Mariachi Reynas De Los Angelesa. A elementy country jeszcze przewijają się w „Marcela/Aqua Caliente” (piękne i delikatne solo gitarowe, które pod koniec staje się gwałtowniejsze) , krótkim „Campfire” i „Pumpkin”.

Jeśli zaś chodzi o muzykę akcji, to tutaj jest zaskakująco przyjemna i bardziej przystępna niż choćby w „Toy Story”. To słychać już w „Red’s First Win”, który zaczyna się dość spokojnie (smyczki, fortepian), ale w ostatnich półtorej minuty smyczki zaczynają grać nerwowo, swoje daje trąbka, która się zapętla oraz marszowa perkusja. W podobnym tonie jest grany „Infield Folks” (marszowa perkusja i nerwowe dęciaki), ale potem stający się skocznym country (gitary i trąbki), „The Derby” (podniosła trąbka i nerwowe smyczki oraz dęciaki, która w połowie eksploduje idąc w mocne uderzenia trąbek oraz werbli) czy „Night Ride/Accident” (zwiewny i skoczny początek, druga połowa z mocno ciągnącymi się skrzypcami jak z horroru). Tutaj Newman ma wiele do pokazania i wychodzi mu to więcej niż przyzwoicie.

I tak mija jakoś te 45 minut niezauważenie. Nie wiem jak sprawdza się w filmie ta muzyka, jednak Newman Randy pokazuje tutaj inne oblicze niż z animacji, co mu zdecydowanie służy. Ścieżka z „Seabiscuita” jest na pewno ciekawą i nie pozbawioną lekkości kompozycją. Może i bywa patetyczna, ale nie jest w żaden sposób nieznośna czy niestrawna. Naprawdę dobra robota i tyle.

7/10

Radosław Ostrowski


Randy Newman – Toy Story

Toy_Story

Dawno, dawno temu powstało studio Pixar założone przez Steve’a Jobsa. Ekipa z Emeryville postawiła sobie za cel realizację filmów animowanych. I zaczęli z wysokiego C, bo nie można inaczej nazwać „Toy Story” – pierwsza animacja w całości zrobiona komputerowo, a jednocześnie poza nowatorską realizacją jest to bardzo poruszająca historia, którą mimo upływu lat ogląda się znakomicie.

r_newmanA za realizację ścieżki dźwiękowej twórcy zatrudnili wokalistę i pianistę jazzowego – Randy’ego Newmana. Wtedy produkcje Disneya zgarniały wszelkie nagrody za najlepszą muzykę i piosenkę (prace Alana Menkena do „Pięknej i bestii” czy Hansa Zimmera z „Króla Lwa”, który były bardzo oryginalne) i przy nich praca Newmana wydaje się dość zachowawcza i asekurancka. Sprawdza się ona w filmie (dobrze współgra z tym, co się dzieje na ekranie), jednak poza nim w dużej części to underscore, który budowany jest na zasadzie gwałtownych wybuchów dęciaków, nerwowego tempa smyczków, marszowej perkusji i wyciszenia. Tak brzmi „Mutants” czy „Woody and Buzz”. Z początku płyty wybija się temat Buzza – podniosłe dęciaki żywcem wzięte z jakiegoś SF czy złego chłopca Sida (ponury marsz). Cała reszta jest dość mocno chaotyczna, choć aranżacje zasługują na uznanie. Ale sama melodyka utrzymana w stylistyce animacji z lat 50. i 60. w obecnych czasach jest mocno archaiczna i ciężko strawna. Poza tym tematyka jest praktycznie żadna, a i poszczególne melodie niespecjalnie zapadają w pamięć.

Ale jest jedna rzecz, która trzyma tą ścieżkę w pamięci. Newman także napisał trzy piosenki, które pojawiają się na samym początku płyty i są najmocniejszym punktem tej ścieżki, wszystkie wykonywane przez kompozytora. Nominowana do Oscara „You’ve Got a Friend in Me” to lekkie, swingujące granie z eleganckim fortepianem i dęciakami, a jednocześnie wizytówka serii (piosenka pojawia się też w wersji country zaśpiewana razem z Lylem Lovetem, równie udana, kończąca album i film). „Strange Things” jest żywsze w stylistyce popu z lat 70-tych (świetne klawisze i gitara) z bardziej ironicznym tekstem, a ostatnia jest podniosła i patetyczna „I Will Go Sailing No More” (smyczki), a głos Newmana zgrabnie łączy się z utworami, które są świetnie zgrane z filmem, gdzie komentują wydarzenia z ekranu.

I jak tu ocenić ścieżkę Newmana? Piosenki są fantastyczne, underscore miejscami trudny w przebiciu, montaż solidny, ale to nie jest najlepsza praca Randy’ego. Solidne rzemiosło i tyle.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Randy Newman – Monsters University

MUcover-final2

Moda na sequele i prequele dosięga wszystkich. Nawet do legendarnego Pixara, ale ich jedynym udanym sequelem była druga i trzecia część „Toy Story”. Ale próbowali dalej robiąc niezłe „Auta 2”, a teraz pojawia się prequel „Potworów i spółki” – zaskakująco udany i pokazujący pobyt Sully’ego i Mike’a na uniwersytecie. I tak jak 12 lat temu, tak i teraz za muzykę odpowiada Randy Newman.

r_newmanKompozytor od tego czasu tworzył muzykę głównie do animacji (poza „Niepokonanym Seabiscuitem”), jednak pojawiał się coraz rzadziej. I gdyby nie Pixar, prawdopodobnie przeszedłby na emeryturę. Tym razem album z muzyką jest odrobinkę krótszy od „Potworów” (o kilka minut, ale jednak). A jej największą siłą jest bazowanie na nostalgii. Zapomnijcie o jazzującej muzyce z pierwszej części, Newman odcina się od niej, choć pewne jazzowe fragmenciki się pojawiają. Jednak najważniejsza jest tutaj muzyka w stylu americany, czyli podniosło i z patosem, lekkim, sugerowanym przez trąbkę oraz marszowe werble, które pojawiają się już w otwierającym całość „Main Title”. Zaś za nostalgię odpowiada nowy temat Mike’a, z eleganckim klarnetem, delikatnymi smyczkami i fortepianem. Jednak w połowie pojawia się typowo newmanowski underscore (gwałtowny, głośny i szybki). Potem pojawiają się bardzo liryczne wejścia skrzypiec („First Day at MU”, gdzie przewija się instrumentalna, podniosła wersja hymnu uczelni) oraz trąbki. Nie brakuje też elementów nerwowego napięcia (temat pani dziekan „Dean Hardscrabble”, które miejscami idzie w stronę horroru – powolne i „grube” smyczki) czy mocnej akcji („Scare Pig” z szalejącymi dęciakami oraz… gitarą elektryczną czy „Stinging Glow Under”, które po mrocznym początku nabiera szalonego tempa), ale jej tutaj jest zbyt mało.

Jeszcze z masy tematów, które technicznie trzymają poziom i słucha się tego naprawdę dobrze, wyróżnia się marszowe „Rise and Shine”, towarzyszące w scenie treningu, jednak całość wydaje się mocno amerykańska i poza filmem sprawia wrażenie solidnego, ale dość zachowawczego score’u. Kompozytor nie radzi też sobie z liryką, która jest bardzo nijaka (proste „Goodbye” zagrane na smyczkach) albo dość średnim underscorze idącym w stronę straszenia („Human World” czy „The Big Scare”).

A mimo dość krótkiego czasu trwania czułem się lekko znużony, więc poza filmem muzyka sprawdza się nieźle. Słuchać, ale tylko po obejrzeniu filmu.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Randy Newman – Monsters, Inc.

Monsters_Inc.

Kiedy w 2002 roku przyznawano Oscary za najlepszą piosenkę roku 2001, poczułem się trochę rozczarowany. Mając do wyboru m.in. przepiękne „May It Be” Enyi czy delikatny walczyk „Until” Stinga, gremium zdecydowało się wyróżnić chwytliwą i jazzową, ale jednak prostą piosenkę Randy’ego Newmana „If I Didn’t Have You” z animacji „Potwory i spółka”. Sam kompozytor nie uważał tej piosenki za swoje najlepsze dzieło, ale sam Newman jest postacią dość znaną w środowisku muzycznym jako wokalista, autor tekstów i kompozytor wcześniej zaczynał jako piosenkarz. W końcu postanowiło go zatrudnić kino jako kompozytora. Najbardziej znanym na polu filmowym dokonaniem jest kolaboracja ze studiem Pixar. Przyjrzyjmy się więc pana Newmana do „Potworów i spółki”.

r_newmanAlbum z soundtrackiem wydany przez Disneya trwa ponad godzinę i zaczyna się od wspomnianej piosenki, wykonanej przez użyczających głosów głównym bohaterom Johna Goodmana i Billy’ego Crystala (panowie radzą sobie bardzo dobrze). Zaś mamy typowe dla tego kompozytora brzmienia jazzowe, które nadają też ścieżce odrobinę wyjątkowości i lekkości jak w „Monsters, Inc.” z popisami solo puzonu i saksofonu (ten utwór równie dobrze mógłby zjawić się u Woody’ego Allena). Eleganckie brzmienie przewija się dalej (swingujace „Walk to Work”, gdzie orkiestra robi tutaj za tło, ustępując pola dęciakom), choć czasem pojawiają się ilustracyjne fragmenty nadające miejscami mrocznego charakteru („School” z ciągnącymi się smyczkami czy podniosłe „Enter the Heores” z marszową perkusją), jednak przez połowę albumu dominuje jazz.

Ale wszystko się zmienia po utworze 10, czyli „Boo’s Adventures in Monsterland”, który idzie w stronę suspensu. Dęciaki staja się bardziej podniosłe, smyczki ciągna się albo grają dość gwałtownie, czasem urozmaicane przez różne dzwonki czy flety. A w następnym utworze objawia się temat samej Boo („Boo Is Tired” w formie kołysanki), jednak underscore staje się gwałtowniejszy, zaś jazzowe brzmienie robi tutaj za tło i pojawia się coraz rzadziej. Na szczęście jednak poszczególne ścieżki trwają dość krótko, nie przekraczając 3 minut, co pozwala przebrnąć przez te fragmenty z marszową perkusją oraz szybką grą dęciaków. Na tym polu muzyka niczym nie zaskakuje i brzmi trochę na zasadzie autopilota. Za to na tym polu mocno się wybija „Ride on the Doors”, gdzie jazzowa aranżacja przeplata się z orkiestrowym underscorem i robi to tak sprawnie, że słucha się tego z niekłamaną frajdą.

Newman niczym nie zaskoczył w swojej muzyce. „Monsters Inc.” To kolejny przykład solidnego rzemiosła, które w filmie wypada naprawdę dobrze. Na albumie poza obiecującym jazzowym początkiem, nie ma tu zbyt wiele ciekawego. Jednak zaskakująco dobrze się tego słucha. Tyle i aż tyle.

7/10

Radosław Ostrowski

Uniwersytet Potworny

Odkąd Mike Wazowski był dzieckiem, marzył o tym, żeby zostać straszakiem. Dlatego już jako młody chłopak wstąpił na Uniwersytet Potworny, gdzie nie jest do końca traktowany poważnie, choć ostro zakuwa. Wtedy poznaje Jamesa Sullivana, którego ojciec był legendą wśród straszaków. Obaj, by wygrać Strachaton (turniej straszenia), wstępują do bractwa Obciach Kappa (najgorsi w całym kampusie).

uniwersytet1

Jak z opisu wynika, film jest prequelem „Potworów i spółki” i pokazuje studenckie lata Sullivana i Wazowskiego, których różni wszystko, a wiadomo jak się to kończy – przyjaźnią. Jednak po drodze panowie będą musieli się nauczyć gry zespołowej oraz jak wykorzystać swoje dość nietypowe atuty. Jest jak w komedii typu „Zemsta frajerów” czy innych uniwersyteckich fabuł. Schematyczne jak diabli, jednak twórcy zrobili wszystko, żebyśmy się na tym dobrze bawili. Sceny treningu bractwa, pomysłowe konkurencje (m.in. dojście do flagi, by nie schwytała was bibliotekarka – taka ośmiornica), parę zabawnych dialogów oraz odniesień do kina (m.in. „Carrie” De Palmy) powodują, że seans jest sympatyczny, choć do takich tytułów jak „Toy Story” czy „WALL-E”. Zaś przesłanie o akceptacji swoich ograniczeń, jest trafne i powinno dotrzeć do każdego.

uniwersytet2

I tak jak w poprzedniej części, tak i tutaj polski dubbing nie nawala. Skoro wracają starzy znajomy, to także ich głosy (znowu nakręca tutaj duet Sanakiewicz/Paszkowski). Tutaj jednak różnią się. Mike jest kujonem, który głową próbuje wygrać, zaś Sully jest przekonany o sile swojego nazwiska i uważa, że nie musi niczego udowadniać. Z nowych postaci zdecydowanie należy wyróżnić członków bractwa Obciach Kappa z Sylwestrem Maciejewskim (szef Don Carlton) i Arturem Barcisiem (Ciappo) na czele. Nie wspominając o Danucie Stence (dziekan Skolopendra – mieszanka skorpiona z nietoperzem), która nawet w krótkich momentach budzi respekt.

O animacji nie mówię, bo to Pixar i poniżej pewnego poziomu nie schodzą. Jednak jest to zaledwie przyzwoita bajka, co w przypadku tej wytwórni może być potraktowane jako rozczarowanie. Niemniej wyszedł z tego udany prequel.

7/10

Radosław Ostrowski

Potwory i spółka

Nie wiem czy wiecie, ale istnieje inny świat, gdzie zamieszkują go potwory pracujące dla filmy „Monsters, Inc.”. Ich zadaniem jest straszenie dzieci, bo dzięki temu otrzymują energię, niezbędna do przetrwania. A najlepszym straszakiem jest James P. Sullivan, któremu pomaga Mike Wazowski. Jednak pewnej nocy, przypadkowo do świata potworów trafia dziewczynka. James próbując zaprowadzić dziewczynkę z powrotem, trafia na spisek.

potwory1

Wiadomo, że jak coś kręci Pixar to „nie ma lipy”. Wszystko zaczęło się od „Toy Story”, zaś „Potwory i spółka” tylko to potwierdziły, że studio z Emeryville osiągnęło naprawdę wysoki pułap. Z jednej strony sam poziom animacji jest naprawdę imponujący i zachwyca detalami oraz takimi drobiazgami jak włosy na futrze Jamesa, cienie czy wygląd potworów, a każdy z nich jest wyjątkowy (w tym czasie tylko oni mogli podjąć rywalizację ze „Shrekiem” na tym polu). Mimo tego bardzo łatwo dostosować go do świata znanego nam – pracy w firmie, romanse biurowe czy niewypełnianie raportów, a całość okraszona jest naprawdę sporą ilością humoru (głównie sytuacyjnego i na tym polu przegrywa ze „Shrekiem”). Ale i tak powstała poruszająca opowieść o przyjaźni, co i tak jest wartością samą w sobie. Bez moralizowania czy patosu, za to z sympatią, emocjami oraz nieskrępowaną wyobraźnią. W dodatku całość okraszono naprawdę elegancką muzyką Randy’ego Newmana oraz dobrymi dialogami.

potwory2

Za to jednak wartością dodaną jest dubbing. W Polsce realizacją zajęło się studio Start International Polska, zaś reżyserią zajęła się Joanna Wizmur. I muszę przyznać, że wypadło to naprawdę dobrze, zaś tłumaczenie Bartosza Wierzbięty trzyma fason. A jeśli chodzi o aktorów, trudno się do kogokolwiek przyczepić. Najbardziej tutaj błyszczy duet Paweł Sanakiewicz (James Sullivan)/Wojciech Paszkowski (rozgadany Mike Wazowski), który nakręca się i na zasadzie kontrastów dosłownie iskrzy między nimi. Zaś ich przyjaźń jest pokazana naprawdę subtelnie. Poza nimi koniecznie trzeba wspomnieć Sławomira Packa (antypatyczny Randall), Aleksandra Bednarza (dyrektor Moczyknur) czy uroczą Małgorzatę Kożuchowską (sekretarka Celinka). Ale w pamięci pozostają też drobne epizody Agnieszki Kunikowskiej (instruktorka straszenia) czy jak zawsze wpadającego w ucho Jarosława Boberka (Fąflak, pomocnik Randalla).

potwory3

Co ja wam będę mówił, „Potwory” to znakomita animacja, gdzie wszystko od scenariusza i fabuły po animację i humor jest dopięte do najdrobniejszego detalu. Powinna spodobać się głównie dzieciom, ale i dorośli też znajdą coś dla siebie.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

PS. W trakcie napisów końcowych pojawiają się różne wpadki oraz dodatkowe scenki, które powinny też rozśmieszyć.