Kartky & Emes Milligan – Nowe kino

https%3A%2F%2Fimages.genius.com%2F7ba52ed09384cfdb07e0039558129392.600x600x1

Co by się stało, gdy dwóch młodych wilczków postanowiło połączyć siły? Tak się stało dwa lata temu, gdy dwóch zdolnych raperów z QueQuality – Kartky oraz Emes Milligan zaczęli tworzyć wspólny materiał. Obaj byli po debiutach, skupiając uwagę fanów rapu, mieli bardzo podobną wrażliwość i styl, więc pytanie czy był sens tego połączenia?

O dziwo tak, bo chemia między ziomkami jest bardzo silna, zaś produkcja lawirująca między lightowym bitem, a ciepłymi dźwiękami rozkręca się z każdym utworem. Kawałek tytułowy zaczyna cała imprezę i buja to bardzo przyjemnie, w czym pomagają cykacze oraz wysamplowane wokale, a panowie rzucają skojarzeniami jak szaleni. Pewną zmianę serwuje melancholijny „C2C” (obowiązkowy fortepian), gdzie Emes zaczyna podśpiewywać i radzi sobie nieźle. Dodatkowo między zwrotkami są wplecione fragmenty relacji z walki, podkręcając klimat oraz nawijki dotyczące walki ze wszystkim. Bardziej staroszkolne jest „Zamknij oczy” z mocną perkusją, delikatnymi wokalizami i rozmarzoną elektroniką w tle (końcowe „Polej, przechyl, powtórz” zostanie w pamięci na długo). Potrzebujecie jakiegoś imprezowego hitu? „Need Ya” nagrane z Sarcastem spełni wasze oczekiwania. Szybki, dynamiczny rytm, pełen elektronicznych pasaży oraz przyspieszonym flow obydwu panów, daje prawdziwego kopniaka i wybija się najbardziej. Dziwaczny wydaje się minimalistyczny „Labirynt”, okraszony pulsującymi, ambientowymi dźwiękami czy wręcz atakujący perkusjami „Szelest”, gdzie w tle mamy przyjemną wokalizę, by zaatakować mrocznym „Miastem ślepców”, walącym cięższym klimatem.

Wolne tempo oraz ascetyczna aranżacja „Role Models” może wielu zmęczyć, ale szybka nawijka daje mięsa w tym utworze. Podobnie jak przyspieszony i agresywniejszy „Holy Water” oraz utrzymujący tempo „Nie wiń mnie”. Melancholijne tempo oraz klimat dominuje „Tak blisko”.

Pierwsza co uderza przy przesłuchaniu „Nowego kina” to spójność pod względem klimatu, jak i tematyki, czyli relacji damsko-męskich. Ale nie z perspektywy hustlera czy prawdziwego skurwysyna w mieście, lecz bardziej lirycznie, delikatnie, czasami wręcz intymnie, co nie jest tutaj zbyt częste. Nie brakuje i odniesień do filmów (tytuł zobowiązuje), a pozorna monotonia kryje w sobie więcej dobra niż można to sobie wyobrazić. W to kino warto zainwestować.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Rasmentalism – Tango

RASMETNALISM-TANGO-1000x1000-560x560

Duet Ras i Ment mocno wybił się na polskiej scenie hip-hopowej. Rasmentalism szedł swoją drogą, przez co zdobył masę wielbicieli (album „Za młodzi na Heroda”), ale też niektóre zabiegi (eksperymentalny „1985”) doprowadziły do podziałów oraz ostrych dyskusji. Szóste dzieło, czyli „Tango” wydaje się iść w kierunku uproszczenia brzmienia oraz powrotu do chwytliwych dźwięków. Tylko czy panowie nie poszli ze skrajności w skrajność?

Początek, czyli „Niebo” brzmi jak dawne numery duetu, czyli mieszankę zapętlonych wokaliz z funkowym bitem oraz surową perkusją (nawet cykającą w przesterowany sposób), tworzą bardzo bujającą mieszankę. Niczym na „Wyszli coś zjeść”, a nóżka chce tańczyć. Podobnie jest w minimalistycznym „Tranquilo”, któremu bliżej do Flirtini ze swoim śpiewanym refrenem oraz chilloutowym klimatem, a także płynący „Fast Food”, gdzie nieźle śpiewa Rosalie. i całkiem zgrabnie wjeżdża Taco Hemingway. Także utwór tytułowy wpisuje się w nowe, bardziej popowe wcielenie, z płynącymi cudeńkami elektronicznymi w tle. „Moment” też buja, a śpiewany refren Otsochodzi wpada bardzo w ucho. Nawet drobiazgi w rodzaju Hammonda („Kilka dni”) Ale najbardziej zapada w pamięć „Duch”, gdzie Rasa wsparli Sokół z Oskarem, tworząc mocarny kawałek. Troszkę zdziwił mnie „Tryb samolotowy”, gdzie wchodzi Vito brzmiący bardziej jakby z jakiejś ludowej formacji niż rapu, co wybiło mnie z rytmu oraz… uśpiło.

Uderza wręcz popowy sznyt tego albumu, co może wprawić wiele osób w konsternację, jednak coraz bardziej zaskakuje to nowe oblicze duetu. Ment nadal tworzy niesamowite bity, tym razem zanurzone w elektronice, zaś tekstowo dominują tutaj relacje damsko-męskie, ale nie brakuje trafnych strzałów oraz zgrabnych porównań. Nie mniej dla mnie problemem jest to, ze nie zostaje to w głowie na długo, co jest dużym zaskoczeniem in minus. Sam Ras jest w niezłej formie i przyjemnie się słucha tej nawijki, ale „Tango” wydaje się być najsłabszym albumem Rasmentalismu. Jest, jakby to ująć, jednorazowym materiałem – posłuchasz raz, może kiedyś drugi i trzeci, ale w pamięci nie zostanie zbyt wiele. Szkoda.

6/10

Radosław Ostrowski

Fisz Emade Tworzywo – Numer 1

20180301031556_FET_numer_1_standard_(002)

Fisz i Emade, czyli bracia Waglewscy to jedni z bardziej rozpoznawalnych polskich duetów na scenie hip-hopowej. Chociaż ostatnie lata to bardziej skręt ku muzyce alternatywnej (zaskakująco udany), tym razem postanowili przypomnieć swoje poprzednie dokonania. “Numer 1” to – niestety, albo stety – składanka zawierająca przeboje duetu znanego jako Tworzywo Sztuczne lub Fisz Emade Tworzywo z lat 2000-2011.

Wszystko zaczęło się od surowego, jazzującego “Polepionego” oraz utrzymanego w podobnym tonie “Huraganu”, który jest bardziej minimalistyczny (mimo dźwięków szklanek oraz nalewanego piwa). “Tajemnica” ma w sobie więcej z r’n’b, tak samo jak oparty na fletach oraz klawesynie “30 cm”. Pewną zmianę serwują “Sznurowadla”, gdzie ładnie gra gitara elektryczna oraz drobna elektronika w tle, ale prawdziwa wolta nastała wraz z “Tysiąc pięćset sto gwiazd”. Tutaj elektroniczna fascynacja wystrzeliwuje od tłustszych bitów przez perkusję aż po “przemielony”, miejscami zakrzyczany głos Fisza. Nawet mocniejsze riffy się odzywają, co jest zaskoczeniem. “Deszcz w butach” kontynuuje tą ścieżkę, ale nawet tło jest mocno podrasowane, wręcz oniryczne. Wypadkową obydwu stylów są chwytliwy “Imitacje”, prowadzone przez gitarowy sampel. Powrót do surowego brzmienia serwuje “Jesteście gotowi”, a takżz bazujące na perkusji soczyste “Serce” z bardzo mocnymi panczami.

I kolejna wolta, czyli bardzo delikatne, wręcz rozmarzone “Nie bo nie” z funkową gitarą oraz ciepłymi klawiszami. Tak jak bardzo dynamiczna oraz bogata (dziwnie) aranżacyjnie “Szef kuchni”, którego nie powstydziłby się sam OSTR. Z kolei “Heavi Metal” to niejako powrót do początków, gdzie mamy surową perkusję oraz powrót do podkładów na funkowych kawałkach z lat 70. (gitara, flety, wokale), kontynuowany przez szybki “666” oraz w bardziej rockowej “Najpiękniejszej kobiecie w mieście”. Nawet “Wiosna 86”, choć wydaje się minimalistyczna, ma w sobie dużo energii, rozkręcającej się z każdą sekundą. Jedynym zgrzytem są utwory ze “Zwierza bez nogi”, ponieważ sprawiają wrażenia przeładowanych dźwiękami (utwór tytułowy oraz reagge’owe “Tak to robimy”).

Żeby nie było, że mamy tylko stary stuff dostajemy dwa premierowe kawałki, przypominające stylistyką poprzednie dokonania: oszczędny “Zwykły” oraz bardziej taneczny “Kanterstrajk”. Tekstowo, a także technicznie Fisz potrafi rzucać kwiecistymi metaforami, dowcipnymi frazami czy braggowaniem, z koniecznym wspomnieniem tego, co Emade robi na perkusji. Słucha się tego fantastycznie i jeśli ktoś chciałby zapoznać się z dorobkiem braci Waglewskich, “Numer 1” będzie idealnym wstępem.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Bonson – Postanawia umrzeć

cd_bonson_postanawia_umrzec_1

Znany i lubiany Bonson coraz bardziej przebija się do świadomości rap-gry. Ale tym razem postanowił zdecydować się na dramatyczny krok. Okładka wyglądająca niczym nagrobek, data urodzin i śmierci, litery takie jak na grobie. No i tytuł “Bonson postanawia umrzeć”. Co się stało? Dlaczego? A może to jest jednak żart?

Tym razem za bity i podkłady odpowiada KPSN. Jest mrocznie, bardzo ponuro i nieprzyjemnie (tytuł zobowiązuje), ale nie brakuje bardziej melodyjnych fragmentów. Sam początek jest bardzo nieprzyjemny, a Bonson chwyt za gardło historią swoich początków oraz przedstawia siebie jako troszkę zmęczonego i pustego w środku, robiącego dobrą minę do złej gry (“z szafki biorąc uśmiech numer 3”), zaś podkład staje się coraz mocniejszy, by uderzyć słowami “nagle postanowiłem umrzeć”. Kolejny utwory to droga ku coraz bardziej postępujemy upadkowi oraz mroczna wyprawa po najciemniejszej stronie człowieka. “Pozory” potrafią zwieść początkiem z ciepłymi klawiszami, gdzie nasz gospodarz opowiada o tym, że jest już dobrze, jak odmieniło się jego życie. Ale to wszystko okazuje się pułapką, zaczynającą się wysamplowaną, “brudną” gitarą, by dokonać oskarżenia, pokazać prawdziwe oblicze, a i bit jest bardziej bezwzględny (wypalenie, powrót do dragów, relacje na portalach społecznościowych). Także surowo-melancholijne “Razy” walą razami zadanymi przez perkusją, gdzie zaczynamy poznawać demony przeszłości: alkohol, “odziedziczony” po ojcu i narkotyki, powoli wsiąkające do życia Bonsona. Linia “W dół” niby wydaje się taka bardzo taneczna, ale to kolejna zmyłka. Tutaj mamy trójkąt emocjonalny: on-ona (z głosem Marysi Starosty)-gorzała, a finał nie może być zbyt dobry. Podobnym tropem idzie “Martwy król”, gdzie dalej widzimy te demony oraz początki drogi artystycznej, gdzie nie brakuje wnikliwej obserwacji. Pojawia się pewna refleksja (“Border”, gdzie dochodzi do pewnego rozszczepienia bohatera czy oniryczny “To tylko wstyd”, ale też bardzo mroczne, zapętlone gitarą “Moi idole nie żyją” ze wspominaniem klubem 27 oraz świetnie śpiewającym Cywinskym), nawet okraszona trapowym podkładem (“Rano”) czy bardzo wnikliwe, niemal rockowe “Chcesz mnie poznać” (tutaj szaleje Roma), ale pozostaje po ostatnim utworze pytanie: co dalej? Zwłaszcza, że ostatnim utworem jest “W dół”, gdzie tym razem słyszymy Justynę Kuśmierczyk (jej słowa są zmienione).

Sam Bonson jest bardzo, wręcz brutalnie szczery, nie pozwalając sobie na jakiekolwiek słodzenie. Nie jest to w zadnym przypadku ekshibicjonizm,ale bardzo inteligentnie poprowadzona wiwisekcja, pełna wyrazistych fraz, które zostaną w pamięci na długo. Technicznie jest bardzo mocny, silny emocjonalnie, zawsze trafiający w punkt, nawet goście są świetni (poza Justyną Kuśmierczyk, mocno odstającą od reszty), dopełniając wizji gospodarza. I pozostaje mieć nadzieję, że “Postanawia umrzeć” nie będzie ostatnim dokonaniem rapera.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Pokahontaz – REset

pokahontaz-reset-okladka

Rakim i Fokus jako Pokahontaz zaskakująco dobrze trzymają fason, zachowując dobrą formę oraz grono fanów. Po trzech latach postanowili znów dać o sobie znać, tym razem wspierani przez legendarny producencki duet White House, którzy kasowali swoimi bitami na albumach z serii “Kodex”. Czyli będzie bardzo oldskulowo, ale czy należy to traktować jako wadę?

Samplowane podkłady, mocne uderzenia perkusji, czyli witamy w latach 90. A to zapowiada już świetne, bardzo agresywne z “Z buta w drzwi”, okraszone lekko “egzotycznymi” klawiszami oraz dęciakami. Bas z samplami zgrabnie się uzupełniają w melodyjnym, wręcz skocznym “Nowym rozdziale” i “B.O.” (refren, gdzie panowie skaczą), skreczowanym “Stawiam dziś” (z zapętlonym wstępem) czy funkowym “Nigdy stop”. Ale panowie parę razy zaskakują: zmieniający podkład i tempo “Me nastawienie”, naznaczone odrobinę symfonicznym patosem “Kalendarze” z mocnym, śpiewanym refrenem Tymka (zwrotka też mu zacnie wyszła). Zaskoczeniem jest tutaj “Mętlik”, gdzie czuć ducha dawnego, elektroniczno-futurystycznego Pokahontaz a w “Zerwanych ze smyczy” widać, co grupa potrafi nawet na pozornie ogranym brzmieniu. Swoje robi też pozornie wolny, lekko jazzowy numer “Krzyżówka”, gdzie panowie przerzucają się dwuzwrotkami, bardzo mroczny “Niflheim”, jakby żywcem wzięty z pierwszych “Kodexów” oraz naszpikowany energią “Czarne lustereczka”, gdzie panowie dość mocno atakują współczesny świat cyfrowy (wsparci przez Bob One’a, kradnącego kawałek), by w finale doszło nie potężnego połączenia sił, czyli “404” zagrany z Kalibrem 44. Efekt jest potężny.

Jak sobie radzą panowie? Fokus potwierdza swój techniczny warsztat (pędzący w “Z buta w drzwi” oraz “Czarnych lustereczkach”) oraz siłę panczlajnów, ale Rahim też potrafi parę razy zaskoczyć (“404”, pełen hasztagów “Kalendarze” czy “Me nastawienie”). I “Reset” nie jest w żadnym wypadku archaicznym reliktem przeszłości. To raczej nostalgiczny powrót do przeszłości, ale niepozbawiony dawnego stylu Pokahontaz. Żaden skok na kasę czy droga na łatwiznę. Czy to jest zapowiedź nowego etapu, czy jednorazowy wyskok – czas pokażę. A “Reset” jest pozytywnym impulsem po troszkę przekombinowanym “Reversalu”.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Quebonafide – Egzotyka

2509_quebonafide_egzotyka_front_cover_queshop

To miał być najambitniejszy album rap sceny roku 2017. Pochodzący z Ciechanowa raper tym razem postanowił zrealizować wydawnictwo, będące zapisem jego podróży po świecie. Każdy utwór to inny kraj, inny klimat, praca trwała dwa lata (były problem z wizą do USA) I to miało być bardzo epickie doświadczenie. Czy warto było czekać na “Egzotykę”?

Początek to prawdziwy bangier od Sherlocka w stylu techno, czyli “Oh My Budda”, gdzie wpleciono jeden z hiciorów lat 80. – “One Night in Bangkok” Murraya Heada mieszając z agresywnymi bitami oraz “orientalnymi” wstawkami. Bardziej refleksyjny i poważniejszy jest meksykański “quebahombre”, przepełniony gitarami. A potem wchodzi niemal oniryczny “Szejk”, gdzie elektronika jest bardziej gęsta niż jakakolwiek zupa, a dodatkowo jeszcze słyszymy jakieś wplecione teksty z pracy nad teledyskiem (chyba). Mantryczna wstawka “Bollywood” wprawia w konsternacje, tak samo jak łagodne dźwięki fortepianu oraz gościnne wejście Czesława Mozila. I ten koktajl tworzy bardzo melancholijny klimat. Bardziej pogodne oraz energetyczne jest brazylijska “Luis Nadario de Lima”, gdzie w tle jest wrzawa niczym ze stadionu. Oniryczny wstęp okazuje się zmyłką do bangerowego “Madagaskaru”, tak samo jak oparta na perkusjonaliach “Changa”, gdzie czuć ducha Afryki (ryk lwa, wokalizy brzmiące niczym odgłosy szamanów). Bardziej szpanerski oraz pełen elektroniczno-perkusyjnych zabarwień ma “C’est la vie”, a “Zorza” porusza bardziej melancholijnymi dźwiękami smyczków i fortepianu. Równie smutne są “Między słowami”, zanurzone ambientem oraz drobnymi wejściami “japońskości”, pokazując samotność. A niewypałem jest dla mnie “Arabska noc”, ale nie z powodu bitu, lecz udziału Wac Toji oraz Solara, rekompensowane chwytliwym refrenem. Podróż do USA ma posmak klasycznego stylu, serwowanego przez The Returnes w “To nie jest hip-hop” z KRS-Onem na gościnnym wejściu w świetnej dyspozycji, a wszystko kończy wręcz transowy “Odyseusz”, będący podsumowaniem całej ekspedycji.

Quebo jest w cholernie dobrej formie wokalnej, nie boi się przyspieszyć czy walić hasztagami, ale też przybliżyć ten świat: biedę, nędzę, beznadzieję, samotność czy hedonizm. Wielu będzie się czepiać, ze raper korzysta z typowych skojarzeń związanych z każdym krajem (aikido, bumerang, Bollywood, kartele), ale robi to w bardzo niewymuszony sposób i tak inteligentnie, że nie można tego odbierać jako wady, nawet gdy pozornie smęci. Tak złożonego projektu jak “Egzotyka” nie spotkacie zbyt długo w muzyce.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Paulina Przybysz – Chodź tu

paulina-przybysz-chodz-tu-cover

Pamiętacie taki zespół Sistars? Siotry Przbyszy miały wtedy prawdziwą siłę rażenia, chociaż obecnie mówi się o idącej rockową ścieżką Natalii. Druga siostra, pozostała wierna “czarnym” brzmieniom spod znaku r’n’b oraz rapu. Teraz postanowiła przypomnieć o sobie na trzecim solowym albumie. Podszedlem i…

Poczułem się lekko zaskoczony, gdyż całość leci mieszanką elektronicznych bitów z samplami i/lub instrumentami. Tykająca “Saliva” z harfą oraz basem zapowiada nieuniknione, tworzy poczucie uciekającego czasu. Oszczędna, ale pełna retro-elektroniki “Papadamy” potrafi pobujać, choć organy w połowie utworu połączone z melorecytującą Kasią Nosowską tworzy petardę. Mieszankę jazzowo-orientalno-soulową tworzy “Buy Me a Song” z bardzo delikatnym wokalem w zwrotkach oraz przyspieszonym tempem po minucie (te solo smyczków w tle!!), by wskoczyć do minimalistycznych “Dzielnych kobiet”, okraszonych wręcz orientalnymi wstawkami w podśpiewywanym refrenie. Podobnie, choć łagodniej buzuje “Drewno” z bardzo fajnie grającą perkusją, wybrany na singla klasyczny “Pirx” z nawijanym finałem czy lekko “japoński” w brzmieniu “Kumoi”. Takie egzotyczne naleciałości przewijają się także w zabarwionym jazzem “No Entrance”, a “System” uderza swoim futurystycznym tłem.

Paulina wokalnie tutaj lawiruje między delikatnym śpiewem, a rapowaniem oraz między językami polskim i angielskim. Ale ku mojemu zdumieniu robi to tak płynnie, że nie jestem w stanie wyjść ze zdumienia. Tak samo lawiruje między tematami (rodzina, kobiecość, codzienność), przez co jest absolutnie nieobliczalnie, a muzyka daje jej dużo pola do popisów. Podejdziecie i zechcecie posłuchać?

8/10

Radosław Ostrowski

ZZ Ward – The Storm

The_Storm_ZZ_Ward_Album_Cover_2017

Jedyne skojarzenie jakie mam z ZZ w muzyce, to legendarny ZZ Top. Ale pojawił się ktoś, kto również ma ZZ w nazwie i chce dołączyć do grona wielkich świata nut. To amerykańska wokalistka bluesowa Zsuzsanna Eva Ward, bardziej znana jako ZZ Ward. Glośniej się o niej zrobiło, gdy nagrała piosenkę do trzeciej części “Aut”, ale czy cała “The Storm” jest równie interesująca?

Powiedzmy, że sklejka blues rocka (nawet łagodnego) z popem i rapem to rzadka mieszanka. Początek to skoczny “Ghost” z oszczędną aranżacją (gitary, “klaskana” perkusja, wokalizy w tle), któremu bliżej do popowych gwiazdek, ale słucha się tego bezboleśnie. Troszkę lepiej jest w “Cannonball” nie tylko za sprawą silniejszej obecności gitar oraz harmonijki (i tu czuć bluesa), a udział niejakiego Fantastic Negrito wnosi ten utwór na wyższy poziom, czego nie są w stanie zepsuć “bitowa” perkusja. Dalej jest różnie, choć bardziej lightowo: szybsza “Help Me Mama”, oparta na pianinie piosenka tytułowa, pstrykane “Domino” nasycone elektroniką, smyczkami I fortepianem, próbujący łączy gitary z tłustym bitem “Let It Burn” czy przemielone dźwięki w “She Ain’t Me”. Czyli wszystko to, czego się obawiałem najbardziej.

Najlepsze wrażenie zrobiły na mnie dwa utwory: delikatna balladka “If U Stayed” oraz troszkę mocniejszy i dynamiczny “Ride”, gdzie udzielił się także Gary Clark Jr. Nawet wokal samej Ward nie wybija się specjalnie ze stanów średnich, ale nie czuć różnicy między nią a choćby taką Keshą. “The Storm” to niestety stracony czas I typowa produkcja taśmowa.

5/10

Radosław Ostrowski

Pjus – SłowoWtóry

słowowtory

Pamiętacie taki skład 2cztery7? Jego trzeci członek Pjus tym razem zrealizował kolejną solową płytę. Ale jeśli myślicie, że będzie tak jak zawsze w tego typu projektach, to się myślicie? Pjus po przeszczepie implantów uszu postanowił zrobić bity i napisać teksty, ale to zaproszeni goście je wykonują. U nas nie jest to spotykana praktyka, co jeszcze bardziej intryguje. Jakie powstały połączenia?

Początek to wręcz bombastyczne, ale bardzo klasyczne w formie “Callarm” pełne skreczy, mocnych riffów gitarowych oraz uderzeń dęciaków na początku. Jazzowe wstawki są mocno obecne w ironicznym “Z tłustymi i w tłuszczy”, by wejść w mroczno-minimalistyczne “Złowo” zabarwione niemal etnicznie brzmiącym refrenem od Rosalie. Równie odrealniony jest pełen elektroniki oraz mocnej perkusji “Coffee Paste” oraz idący ku ciepłym dźwiękom “Niewielka Warszawska”, płynnie bujająca tak, jakbyśmy cofnęli się do West Coast lat 90. Wszystko się zmienia w niemal mechanicznym, pełnym gitar “Nasztukawszy”, gdzie wokalnie udziela się… Tymon Tymański ze swoim niemal obojętnym głosem. By nie zanudzić, “Na rogu świata” pędzi na złamanie karku, mieszając staroszkolny sposób z mocnymi oraz gęstymi perkusjami z przestrzennymi klawiszami oraz ciepłymi klawiszami w tle oraz bardziej minimalistyczny “Lakokalips”, gdzie – niestety – refren śpiewany na autotunie przez niejakiego Głośnego, brzmi paskudnie i jest najpoważniejszą wadą całej płyty. Powrót do bardziej dynamicznego, wręcz łamanego popisu serwuje śpiewane “Poloveanie”, skręcający we współczesny pop, zrobiony jednak ze smakiem. A Martina M. wykonująca ten utwór mocno zapada w pamięć. Tak samo jak minimalistyczno-cykająco-jazzowy (ach ten saksofon) “Promyzeusz” czy pełne wręcz kosmicznie smielonych dźwiękow “Odpyski”.

Ilość gości robi tutaj imponujące wrażenie. Są zarówno weterani pokroju Vienia, Pelsona,  Włodiego czy Tego Typu Mesa, młodych bezczelnych robiących od lat zamieszanie pokroju Sariusa, Kuby Knapa, Spinache’a czy Rasa, jak też osoby spoza środowiska hip-hopu (Tymon Tymański, Kortez). I ci wszyscy goście wykonali fantastyczną robotę, nadając swoim flow prawdziwego kopa oraz zgrywając się w pełni z bitami. Do tego inteligentne teksty o kulturze, hazardzie, kopiowaniu czy… nadwadze.

Pjus dokonuje prawdziwego popisu muzyczno-tekstowego, co mogło się wydawać dziwacznym pomysłem. W naszym kraju przyjęło się, że raperzy sami sobie piszą teksty, a nie ykonują czyjąś robotę, bo inaczej nie będą autentyczni. Ale jak widać paru osobom to kompletnie nie przeszkadzało, dopełniając te wariackie, inteligentne teksty z kapitalnymi bitami. “SłowoWtóry” to jedyne w swoim rodzaju doświadczenie dla fanów rapu.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Różni wykonawcy – nowOsiecka

nowosiecka-b-iext49353366

Agnieszka Osiecka zawsze była inspiracją i źródłem, z którego dorobku wielu artystów czerpało, czerpie i będzie czerpać dalej. Dowodem na to jest wydawnictwo „nowOsiecka”, w którym wykonawcy szeroko pojętej muzyki alternatywnej postanowili zmierzyć się z jej wieloma niezapomnianymi tekstami. Po raz pierwszy te utwory wybrzmiały podczas koncertu poświęconego twórczości Osieckiej w katowickim NOSPR w listopadzie 2016 roku.

I rzeczywiście skład wykonawców jest imponujący: Natalia Grosiak (Mikromusic), Misia Furtak, Brodka, The Dumplings, Krzysztof Zalewski, Łona i Webber. To nie wszyscy, ale już to robi wielkie wrażenie. Zaczyna pani Grosiak wspierana przez melancholijne smyczki, ze swoim bardzo charakterystycznym głosem chwyta za serce w „W dziką jabłoń Cię zaklęłam”. Po minucie utworu nagle wchodzi perkusja oraz gitara elektryczna, smyki zaczynają plumkać, zmienia się tempo, by pod koniec wszystko wraca do normy. Mroczniej, co jest spowodowane dźwiękami organów i ostrych dźwięków perkusyjno-gitarowo-dęty, jest w „Kto tam u Ciebie jest?”, wykonywanym przez Brodkę. Wokalistka dźwiga ten utwór, pozornie beznamiętnym głosem, chociaż nie mogłem pozbyć się wrażenia, że Nosowska wypadła lepiej w tym utworze. Czesław Śpiewa podszedł ambitnie i połączył pięć krótkich opowieści w jedną ośmiominutową kompilację, mieszającą akordeonowe popisy z elektroniką, perkusją oraz swoim zaśpiewem, ciągle zmieniając klimat, tempo i rytm. Psychodelia gwarantowana (jedyny utwór w wersji koncertowej). Niespodzianką był dla mnie przygnębiający, polany smyczkami, trąbką i elektroniczną perkusją „Ja nie chcę spać” w wykonaniu… Piotra Roguckiego.

Bardziej tanecznie próbuje zagrać Misia Furtak, podparta przez bas i perkusję w „Zabaw się w mój świat”, jednak nadal zachowana zostaje melancholijna aura, co jest też spowodowane barwą głosu Misii. I wtedy pojawia się drugi (po Mozilu) strzał w postaci onirycznego „Ach nie mnie jednej”, pachnącego elektroniką lat 80. od The Dumplings (Justyna Święs czaruje swoim delikatnym, ale niepozbawionej dużego ładunku emocjonalnego – posłuchajcie refrenu), idealnie pasując do słodko-gorzkiego spojrzenia na miłość. Ale kiedy kończy się utwór, pojawia się rozczarowanie w postaci „Chwalmy Pana”, czyli psychodeliczno-jazzowa aranżacja wiernie (nawet za bardzo) trzymająca się oryginału. Nawet głos Krzysztofa Zalewskiego wydaje się troszkę zachowawczy. Szaleństwo wraca z raperem LUC-iem, który tym razem próbuje śpiewać i rapować (na szczęście, nie jednocześnie). „Rajski deser” brzmi wyjątkowo apetycznie, mieszając bity ze smyczkami (pod koniec), co fanów rapera raczej nie zaskoczy. Bardziej elegancko, bo z fortepianem wchodzi Mela Koteluk w ładnej wersji „W naszym domu nie ma drzwi”, a zaskoczeniem jest tutaj wejście… thereminu. Niby drobiazg, a zmienia wszystko. Podobnie jak gitarowa wersja „Urody”, dodająca odrobiny mroku. Riffami czaruje Raphael Rogiński, a głosem – Natalia Przybysz, co też jest mocnym strzałem, dodając odrobinę lekkości.

Co mamy pod koniec wędrówki? Instrumentalny, funkowo-jazzową wersję „Wymyśliłem Ciebie” od Przemek Borowiecki nO Band (też dość wierny oryginałowi, choć ma klasę), oparty na klasycznych Hammondach „Karnawał raz w życiu” w big-beatowej wersji od Joanny Ewy Zawłockiej, która całkiem nieźle się bawi. Jednak końcówka to zdecydowanie popis Łony, dokonującego własnej wersji „Na zakręcie”, traktując oryginał jako punkt wyjścia do własnego tekstu. Profanacja? Absolutnie nie, gdyż raper sprytnie ogrywa tekst (zachowany zostaje refren), a w połączeniu z minimalistycznymi bitami Webbera „Ostatnia prosta” jest najlepszym kawałkiem na płycie. A o „Polonezie” DJ-a Feel-xa oraz Gutka wolę się nie wypowiadać.

Jak odebrać tą kompilację? Nie brakuje ambicji i kilku pomysłów na spore dzieło, ale brakowało większego naznaczenia utworów swoim piętnem. I nie chodzi tylko o glos czy sposób ekspresji, lecz własny styl tak jak zrobili The Dumplings, Natalia Przybysz z Rogińskim czy Czesław Śpiewa. Troszkę mi tego zabrakło, chociaż nie mogę odmówić pozostałym wykonawców podjęcia wyzwania i wyjścia z tego obronną ręką.

7/10

Radosław Ostrowski