Seven Seconds

Ile czasu potrzeba, by zdecydować o czyimś życiu lub śmierci? Ile sekund? Ile warte jest ludzkie życie? Wszystko zaczęło się tak niepozornie – mężczyzna szybko jechał samochodem podczas śnieżycy. Żona akurat była w szpitalu, a narodziny dziecka w drodze. Wtedy pada dźwięk, czyli w coś walnęło. Był to rower, na którym jeździł młody chłopak. Kierowca jednak nie wezwał policji, nie udzielił pomocy, tylko zadzwonił po przełożonego, szefa oddziału policji d/s walki z narkotykami, by ogarnąć sprawę. Ta decyzja okaże się bardzo brzemienna w skutkach, a zamieszki wiszą w powietrzu. Czy wspomniałem, że chłopak jest czarnoskóry, zaś kierowca jest młodym białasem?

Mini-serial Netflixa dotyka tematu ogranego wręcz do bólu, czyli rasizmu, uprzedzeń i nienawiści. Wpisane w konwencję kryminału oraz (pod koniec) dramatu sądowego, do tego oparty jest na… rosyjskim filmie “Major” Jurija Bykowa. Za serial odpowiada Veena Sud, czyli twórczyni oryginalnego (czytaj: skandynawskiego) “The Killing”, więc należało spodziewać się interesującego dzieła. Choć początkowo można odnieść wrażenie, że postaci jest aż za dużo. Gliniarz-idealista, zmuszony do działania wbrew swoim zasadom, jego ekipa ostrych zawodników pod wodzą sierżanta DiAngelo, prowadząca śledztwo prokuratorka z alkoholowymi ciągotami, głęboko religijni rodzice zamordowanego dziecka, policjant spoza otoczenia itd. Dużo jest elementów tej układanki, która na pierwszy rzut oka jest aż zbyt znajoma. Prowadzona niespiesznym tempem, w bardzo tradycyjny, pozbawiony efekciarstwa sposób, zabawy formą.

Twórcy na pierwszy plan (moim zdaniem) wrzucają rodzinę i to, jak próbuje sobie radzić z całą tragedią. Ojciec (rewelacyjny Russell Hornsby) wychowywał chłopaka twardą ręką, by chronić przed gangami, dragami oraz innymi rzeczami, które mogłyby go sprowadzić na złą drogę. Ale nigdy go tak naprawdę nie znał, nic o nim nie wiedział, zaś z kolejnymi faktami widać coraz większy ból oraz jak go odpychał od siebie. Z kolei matka (wybitna Regina King) dosłownie rozlatuje się na mniejsze kawałki, coraz bardziej napędzana przez coraz silniejszy gniew, nienawiść i żądzę zemsty. Jej gwałtowne wybuchy zostają w pamięci na długo, tak jak próba zdobycia broni oraz zabicia sprawcy. Absolutnie wielka kreacja, będąca niejako sercem tego serialu.

Po drugiej stronie mamy gliniarza-idealistę Jablonskiego (solidny Beau Knapp), który coraz bardziej brnie w ścieżkę zepsucia i nie radzi sobie z wyrzutami sumienia. Im bardziej zaczynamy pozbawać tą postać oraz jego tło, nie da się go jednoznacznie ocenić. Tak samo szefa ekipy, DiAngelo (fantastyczny David Lyons). Z jednej strony wydaje się brutalnym oraz bezwzględnym bandziorem, co nosi odznakę. Ale znowu trudno go traktować jednoznacznie negatywnie, co pokazuje jego relacja z Jablonskim (bardzo przypominającą ojciec-syn niż mentor-adept). Jest jeszcze pani procurator KJ Harper (solidna Clare-Hope Ashitey) z przeszłością tak mroczną, że jedynym wyjściem jest gorzała oraz pochodzący spoza miasta detektyw John “Ryba” Rinaldi (kradnący szoł Michael Mosley). Dynamika tego duetu, gdzie determinacja Ryby i sarkastyczne poczucie humoru połączone z desperacją, bezsilnością oraz brakiem złudzeń to kolejny interesujący wątek. Pozornie idący oczywistymi torami, jednak angażujący.

“Seven Seconds” pozornie idzie drogą znajomych klisz i tropów z innych kryminałów, jednak ciągle potrafi wykonać nieoczywistą woltę. Sud wsparta przez doświadczonych reżyserów filmowych (Gavin O’Connor, Jonathan Demme) oraz telewizyjnych (Ernest R. Dickinson, Cory Giedroyć) pokazuje świat bez pudru, w sposób zachowawczy, bez osądzania. To ostatnie potwierdza słodko-gorzki finał, gdzie prawda ostatecznie nie ma żadnego znaczenia w zderzeniu z systemem sprawiedliwości, bez satysfakcji dla żadnej ze stron.

8/10

Radosław Ostrowski

CODA

Coda – zakończenie utworu muzycznego, typowa dla dużych form muzycznych: fugi, formy sonatowej, także niektórych tańców. Choć film Sian Hader z muzyką ma wiele wspólnego, tytuł oznacza słyszące dziecko głuchych rodziców. Taka jest nastoletnia Ruby, której rodzina utrzymuje się z rybactwa i jako jedyna jest łącznikiem między rodzicami a światem zewnętrznym. I powiedzmy sobie, że z tego powodu ona sama niejako jest skazana na wieczne życie z rodziną w nadmorskim wygwizdowie. Nie brzmi to zbyt obiecująco, zwłaszcza że w szkole nie należy do zbyt lubianych osób.

W końcu dochodzi do kolizyjnego zderzenia. Ruby w ramach dodatkowych zajęć zapisuje się do… chóru szkolnego. Czy to tak na poważnie, czy trochę dla żartu? Pierwsza próba kończy się paniką i ucieczką, czego nikt się nie spodziewał. A zwłaszcza prowadzący chór Bernardo Vilalobos, jednak Ruby przychodzi do niego po zajęciach i ten dostrzega w niej spory potencjał. Problem jednak w tym, że rodzina ma problemy w pracy (kontrole statków, niskie ceny w licytacjach) i decydują się działać na własny rachunek. Bez niej nie dadzą sobie rady, co oznacza poważne spięcia.

Wydaje się, że wiemy w jakim kierunku pójdzie „CODA”, czyli słodko-gorzkiego dramatu o wyborze między dobrem rodziny a podążaniu swoją własną drogą. I poniekąd tak właśnie jest, zwłaszcza że reżyserka lubi troszkę przesłodzić, bo Ruby ma spory talent ni stąd ni zowąd (ok, zdarzają się samouki, ale tutaj nie byłem przekonany) i większość problemów rozwiązuje się dość szybko. Brakowało mi tutaj większego ciężaru, zaś zderzenie osób niesłyszących z resztą jest troszkę zbyt oczywisty. To, co jest największym plusem oraz sercem filmu jest rodzina Ruby. Relacje między nimi, spięcia (język migowy nigdy nie był taki intensywny) oraz próby radzenia sobie z rzeczywistością to najmocniejsze momenty. Nie pozbawione odrobiny humoru (pożycie łóżkowe rodziców czy wizyta u lekarza), ale też z paroma poruszającymi chwilami, bez serwowania emocjonalnego szantażu.

I to jak fantastycznie gra ta familia jest nieprawdopodobne: od bardzo wiarygodnej Emilii Jones przez wręcz nadekspresyjnego Troya Cotsura, który kradnie każdą scenę po mocną Marlee Matlin i Daniela Duranta. To wszystko działa na pełnych obrotach i angażuje. Z aktorów mówiących głosem – poza Jones – wyróżnia się Eugenio Derbez jako nauczyciel muzyki Villalobos. Dość ekscentryczny jegomość z niekonwencjonalnymi metodami pracy, budzący sporą sympatię oraz szacunek. Reszta postaci tak naprawdę jest i robi tylko za tło.

Ciężko jednoznacznie ocenić tegorocznego zwycięzcę Oscarów za najlepszy film. Z jednej strony to porządnie zrobione feel good movie, ale z drugiej jest to przewidywalne, schematyczne, trochę zrobione bez serca.

6,5/10

Radosław Ostrowski

West Side Story

Hasło remake u wielu osób działa niczym płachta na byka, zwłaszcza w przypadku filmów uznawanych za klasykę. Zupełnie jakby miało doprowadzić do zniszczenia/skasowania/wysłania w niebyt oryginalnego filmu. Ale tak się nie dzieje, jeszcze. Tak też będzie w przypadku nowej wersji musicalu „West Side Story”, którą postanowił przygotować sam Steven Spielberg. Reżyser, który tak naprawdę może zrobić wszystko i NIC poza własną kreatywnością go nie ogranicza. Nie znam poprzedniej wersji z 1961 roku, więc nie będę bawił się w porównania, tylko opowiem o nowej adaptacji.

west side story1

Sama historia to osadzona w Nowym Jorku lat 50. wariacja na temat „Romeo i Julii”, zaś zamiast rodów mamy dwa gangi – białych Amerykanów (Jets) oraz bardziej opalonych Portorykańczyków (Rekiny). Romeo ma na imię Tony (Ansel Elgort) i był współzałożycielem gangu. Ale odsiadka go zmieniła, teraz jest na zwolnieniu warunkowym, więc żadna rozróba nie wchodzi w grę. Julia z kolei ma inne, piękne imię Maria (debiutantka Rachel Zegler), jest siostrą szefa gangu Rekinów. Obie strony są w stanie gotowości do konfrontacji, zwłaszcza iż okolica przeznaczona jest do rozbiórki, a nienawiść działa niczym paliwo w silniku rakietowym. Jeszcze bardziej sytuacja się rozkręci, gdy dojdzie do spotkania naszej parki. Trzecia wojna światowa wisi w powietrzu.

west side story2

Brzmi to jak coś banalnie prostego i nieskomplikowanego do zrobienia? Ale Spielberg nigdy wcześniej nie kręcił musicalu, więc było to zadanie do wykonania. Sam film jest tak klasyczny w formie, jak tylko jest to możliwe. Sporo tańca na ulicach (i nie tylko), równie sporo śpiewu (nagle i znienacka), a w tle niemal non stop przygrywa nieśmiertelna muzyka Leonarda Bernsteina. Brzmi jak coś bardzo archaicznego i pachnącego naftaliną, prawda? Niby powinno, ale Spielberg chyba ma jakiś układ z diabłem. Jego „West Side Story” czaruje od początku swoją młodzieńczą energią, w czym pomaga zarówno scenariusz, jak i świetne zdjęcia Janusza Kamińskiego: od bardzo imponującego początku przez bardzo żywiołową scenę taneczną w szkolnej potańcówce czy sekwencję podczas sprzątania sklepu z odzieżą.

west side story4

Do tego świata wskoczyłem od razu, świadomy konwencji i to była dla mnie największa niespodzianka. Spielberg bardzo przypomina do czego może doprowadzić zaślepienie, nienawiść oraz duma rozumiana jako pogarda wobec innych. Przemoc nakręca przemoc, więc nie ma tutaj miejsca na jakąkolwiek nić porozumienia czy sympatii. Obie strony nie znoszą tylko policjantów, co nie rozwiązuje problemu. A wszystko kończy się w brutalny, krwawy sposób. Trudno oderwać od tego oczy, bo wszystko jest zrobione po prostu świetnie: od choreografii przez scenografię, kolorystykę po muzykę oraz piosenki. Dość istotnym detalem jest fakt, że część dialogów jest w języku hiszpańskim. Ale nie są one tłumaczone, co wywoła sporą konsternację. Ale pasuje do tego świata.

west side story3

Aktorsko w zasadzie jest więcej niż porządnie, chociaż jedna osoba odstaje. Jest nią Ansel Elgort jako Tony. Nie chodzi o to, że źle śpiewa czy brakuje mu uroku, ale jest bardzo wyciszony. Chyba nawet za bardzo, przez co brakuje mu troszkę charyzmy i wyrazistości. Niby rozumiem, że to postać odmieniona, unikająca siłowej konfrontacji (nawet postawiony pod ścianą), ale tej postaci brakuje jakiejś wyrazistości, wewnętrznej siły, bym mógł uwierzyć w niego. Pod tym względem lepiej wypadali szefowie gangów, grani przez Mike’a Feista oraz Davida Alvareza. O wiele lepiej wypada partnerująca Rachel Zegler, dzięki swojej naturalności, szczerości oraz silnej determinacji. Niemniej czuć chemię między tą dwójką, co jest sporą niespodzianką. Ale prawdziwym sercem oraz bombą jest Ariana DeBose jako charakterna, zadziorna Anita. Nie można od niej oderwać oczu, nie zachwycać się jej energicznymi tańcami oraz śpiewem. Zachwycająca kobieta i najbardziej wyrazista postać, także w dramatycznych momentach pod koniec. Prawdziwy szok.

west side story5

Tak dobrego filmu Spielberg nie nakręcił od czasu „Przygód Tintina”. Pełen pasji, miłości do gatunku, szczerości oraz zadziwiająco świeży. I to wszystko przez twórcę po 70., co nie jest częstym zjawiskiem. Ten film przywrócił mi nadzieję, że ten reżyser jeszcze jest w stanie zaskoczyć oraz pokazać dawno schowany pazur.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Przedszkolanka

Na pierwszy rzut oka Lisa Spinelli wydaje się być kobietą spełnioną. Mąż, dwoje dzieci w wieku licealnym, 20 lat pracy w przedszkolu – czy może czegoś brakować do szczęścia? Kobieta chodzi na zajęcia dla dorosłych z pisania wierszy, ale powiedzmy, że świat artystyczny jej dzieł nie będzie pamiętał. W końcu dochodzi do zaskakującego przełomu, a wszystko przez poznanego w szkole 5-letniego Jimmy’ego. Chłopak potrafi niczym z kapelusza rzucić kilka linijek, by potem o nich zapomnieć. Lisie udaje się zanotować wiersz i jest pod wielkim wrażeniem, dostrzegając geniusz młodego człowieka. Niespełniona artystka chce „pilnować” Jimmy’ego, by nie zmarnował swojego talentu, ale czy aby na pewno?

przedszkolanka1

Oparty na izraelskim dramacie film Sary Colangero to bardzo frapujący dramat. Jak tytuł wskazuje nie skupia się na uzdolnionym chłopaku, ale na jego nauczycielce. Kwestia talentu lub jego braku u bardzo młodego człowieka jest w zasadzie drugorzędna, jednak zmusza do postawienia sobie pytania. O to, co należy zrobić z talentem młodego człowieka – eksplorować i zostawić ku potomnych czy dać sobie z tym spokój oraz pozwolić dzieciakowi żyć swoim życiem? Dla Lisy ta relacja zaczyna zmieniać się w obsesję, chcąc niby zachować jego wiersze, lecz tak naprawdę wykorzystuje chłopca i relacja staje się bardzo niejednoznaczna. Czy ona naprawdę chce dla niego (i jego talentu) najlepsze, czy może tylko żeruje na nim i go wykorzystuje? Skrywając się za ciepłym głosem i serdecznością, w środku jest ciągle nasilające się poczucie niespełnienia, ciągłe niepogodzenie się ze swoimi ambicjami oraz brakiem talentu do pisania poezji.

przedszkolanka2

I te sprzeczne emocje bardzo delikatnie pokazuje znakomita Maggie Gyllenhaal, przez co trudno przewidzieć jej zachowanie. Do czego się ona posunie? Finał potrafi uderzyć z siłą huraganu, ale też parę drobnych scen z rodziną. Jedyną osobą wspierającą jej pasję jest kochający mąż oraz – po przesłaniu wierszy chłopaka – nauczyciel poezji o aparycji Gaela Garcii Bernala. Wydaje się być zachwycony „jej” talentem, zachęcając ją do dalszego tworzenia. A wiemy, co to oznacza – dalszą relację z chłopcem (cudowny Parker Jevak), będącą kluczem do całego filmu.

przedszkolanka3

Bez tego „Przedszkolanka” byłaby filmem zbyt dziwnym i niestrawnym. Choć toczy się powoli i bez fajerwerków, prowokuje do myślenia, a to już jest coś. Jeśli dodamy do tego zjawiskową Gyllenhaal, dostajemy naprawdę mocny dramat.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Długa noc

Czasami są takie noce, że zwyczajnie lepiej jest siedzieć na dupie w domu niż wyjść na miasto, bo można wpakować się w poważne tarapaty. Takie, które pozornie wydają się drobnostkami, szczególnie w wieku nastoletnim. Wtedy myślisz, że możesz wszystko robić bez konsekwencji i chroni cię parasol w postaci rodziców. Cokolwiek nie zrobisz, zawsze spadniesz na cztery łapy. Tak myślał sobie Nazir Khan – młody chłopak z pakistańskiej rodziny, co mieszkał w Nowym Jorku. By załapać się na szkolną imprezę, ukradł taksówkę ojca. Niewiele mu pomogło, bo zgubił się i jeszcze miał zapaloną lampkę, że jest w pracy. Tak pojawiła się ona – młoda, pociągająca, od której wzrok krąży cały czas. Podwózka, dom, zabawa nożem a’la „Nóż w wodzie”, narkotyki, w końcu dochodzi do zbliżenia – co może pójść nie tak? Po dragach nasz chłopak ma dziurę w pamięci, budzi się po paru godzinach w kuchni, chce wyjść, przebiega się w sypialni, a tam… dziewczyna leży martwa, jakby zaatakował ją rzeźnik. Naz próbuje zwiać, ale szczęście opuściło go dawno i podczas ucieczki zatrzymuje go policja… za skręcanie w miejscu niedozwolonym. Może się mu upiecze, ale wskutek okoliczności zostaje aresztowany i oskarżony o morderstwo.

dluga noc7

To się nazywa mieć przerąbane, bo wszystko wskazuje na niego. Szansa na wyjście z tej sytuacji wydaje się żadna i pewnie by taka była, gdyby nie John Stone. Kim jest ten facet, co chodzi w klapkach, a stopy wyglądają jak u trędowatego? Drobny adwokat, zajmujący się dilerami oraz prostytutkami, raczej idący na układ przed sądem. Przechodząc przez posterunek, widzi Naza i – ku zaskoczeniu wszystkich – decyduje się zostać jego prawnikiem. Ale czy on ma jakieś szanse z prokuratorem oraz policją, które są przekonane o jego winie?

dluga noc1

Powstały 5 lat temu miniserial HBO to wspólne dzieło scenarzystów Richarda Price’a oraz Stevena Zailliana, którzy wiele razy pokazywali swoje nieprzeciętne talenty. Pierwszy odpowiada za „Kolor pieniędzy” oraz „Okup”, drugi stworzył „Listę Schindlera” czy „American Gangster”, a także ten serial wyreżyserował. O mały włos, a ten serial nie powstał. Początkowo główną rolę, Johna Stone’a miał zagrać James Gandolfini, jednak aktor zmarł po nakręceniu pilota. Po jego śmierci stacja HBO zaczęła prowadzić rozmowy z Robertem De Niro, jednak te – z powodu napiętego grafika – zakończyły się niepowodzeniem. Ostatecznie wybrano Johna Turturro i udało się ruszyć z produkcją.

dluga noc2

Rozbita na 8 odcinków opowieść toczy się na wielu płaszczyznach, ale skupia się na w zasadzie trzech wątkach. Pierwszy dotyczy naszego oskarżonego (bardzo wyciszony Riz Ahmed), który zostaje przetrawiony przez system sprawiedliwości i trafia do aresztu. A wiadomo, więzienie nie jest przyjemnym miejscem dla „świeżaka”, co zostaje mocno i brutalnie przypomniane. Z drugiej strony mamy Stone’a – drobnego prawnika ze zdemolowanym życiem prywatnym oraz egzemą, z którą nie jest w stanie sobie poradzić (co serwuje odrobinę humoru). Cały czas próbowałem zrozumieć dlaczego decyduje się na obronę chłopaka, w zasadzie bez dużego doświadczenia przed sądem? Czy chce coś ugrać, coś udowodnić, choć nie wierzy w niewinność chłopaka? Tutaj musiałem się poważnie zastanowić, ale jedno nie ulega wątpliwości – facet zna bardzo reguły gry i potrafi skutecznie zdobyć informację oraz przygotować się do rozmów z potencjalnymi świadkami.

dluga noc4

No i jeszcze jest trzecia sprawa, czyli policyjne dochodzenie oraz przygotowanie do procesu ze strony prokuratury, a także zbierającej dowody policji. Tą ostatnią reprezentuje zbliżający się do emerytury detektyw Box (świetny Bill Camp), który pozornie wydaje się empatyczny, lecz tak naprawdę to „łagodna bestia” – wyciąga informacje wszelkimi dostępnymi sposobami. A co w kwestii dociekania do prawdy? A kogo ona obchodzi – leży gdzieś tam w różnych mrocznych zakamarkach i czeka aż ktoś do niej dotrze. Tylko co z nią wtedy zrobić?

dluga noc6

Twórcy pokazują jak system sprawiedliwości przypomina zespół naczyń połączonych, gdzie stróże prawa i adwokaci w zasadzie są sobie nawzajem potrzebni. Jedni wiedzą o drugich wiele, czasami idą na układy, a często tyle razy się spotykają przed sądem (i nie tylko), że znają kto jak działa oraz operuje. A czasami biurokracja oraz brak komunikacji potrafi zirytować, co pokazuje zachowanie policjantów wobec Naza, gdy trafia na komisariat bez zarzutów o morderstwo. Bardziej się tutaj liczy kto ma rację i jak można przekonać do niej przysięgłych. A już sceny więzienne, gdzie obowiązują troszkę inne reguły gry oraz hierarchia – potrafi uderzyć, mimo znajomości tematu. Historia wciąga, a początek jest wręcz rewelacyjny, ale potem coś się dziwnego zaczyna dziać.

dluga noc5

Pojawia się masa wątków pobocznych, które zaczynają narrację rozdrabniać i tylko część z nich ma jakiś większy wpływ jak wrogie nastawienie do muzułmanów czy próby dochodzenia do kolejny świadków sprawy. Inną kwestią są dla mnie sceny więzienne, znaczy, kwestia Naza w pierdlu. Facet nie próbuje sobie nawet przypomnieć, co się tamtej feralnej nocy wydarzyło i łatwo – dla mnie zbyt łatwo – adaptuje się do nowego otoczenia. Czy chodziło tutaj o pokazanie, że w pewnych okolicznościach siedzi w nas bestia, czekająca na swoje pięć minut chwały? Czy może o to, iż dla przetrwania zrobimy wszystko? To rozumiem, ale sposób pokazania nie przekonuje, chociaż sceny z „aniołem stróżem” o imieniu Freddy są świetne, co jest zasługą zarówno dialogów, jak i nieodżałowanego Michaela Kennetha Williamsa w tej roli.

dluga noc3

No i chyba największy problem, czyli rozwiązanie i finał, który jest nierozstrzygnięty. Jeśli liczycie na odpowiedź kto zabił?, przeliczyliście się. Bo odpowiedzi nie ma, aczkolwiek jest pewien bardzo obiecujący trop. Tylko kto będzie chciał robić drugi sezon po pięciu latach? No błagam. A wyrok sądowy – to jest dla mniej jakieś lenistwo scenarzystów oraz mało prawdopodobne rozstrzygnięcie. Dla mnie duże rozczarowanie.

Więc jak ocenić „Długą noc”? To na pewno solidny dramat kryminalno-sądowy, przywiązany do detali niczym w „The Wire”, chociaż nie jest aż tak złożony. W górę podnosi go fantastyczne aktorstwo, głównie rewelacyjnego Johna Turturro, ale ściąga go w dół zbyt duża ilość niewnoszących niczego do sprawy wątków pobocznych. Bilans ostatecznie wychodzi na plus, więc dajcie szansę i może coś wygracie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Jeden gniewny człowiek

Zaczyna się pozornie spokojnie. Widzimy dwóch konwojentów wjeżdżających do wozu z przewożoną kasą. Na drodze zostają zatrzymani przez wóz remontowy. Tylko, że robotnicy okazują się bandytami i atakują wóz. Włamują się, biorą łup i konwojentów za zakładników. Wszystko idzie gładko? Nie, padają strzały, giną konwojenci oraz jeden z cywilów. Drugi zostaje postrzelony. Parę miesięcy później do firmy konwojenckiej zgłasza się Patrick Hill – doświadczony Anglik i zostaje zatrudniony. Podczas ataku udaje mu się w pojedynkę zabić atakujący gang, co budzi uznanie kolegów. Ale też zmusza do zastanowienia kim, do cholery jest Hill zwany też H.?

jeden gniewny czlowiek1

Co może powstać z połączenia sił Guya Ritchie, Jasona Stathama oraz przerobionego scenariusza francuskiego thrillera? Jeśli spodziewacie się akcyjniaka, gdzie bohater grany przez Jasona Stathama robi to, co zawsze robi Jason Statham – czyli zabija wszystko i wszystkich, co mu staną na drodze… cóż… to nie jest ta bajka. Jeśli oczekujecie kolejnej gangsterskiej produkcji z piętrową intrygą, lekkim tonem oraz smolistym humorem, to też nie do końca. Jest dużo mroczniej i poważniej niż zwykle – w końcu jest to historia zemsty, chciwości oraz determinacji w dążeniu do celu. Więcej nie mogę powiedzieć, bo na tajemnicy budowana jest cała historia. Brudna i pokazująca bezwzględny świat, gdzie zaufanie i lojalność są towarem deficytowym. Zwłaszcza, kiedy w grę idzie duża kasa.

jeden gniewny czlowiek3

Reżyser nadal bawi się narracją – wspomnianą scenę napadu na konwój zobaczymy z kilku perspektyw, przez co poznamy wszystkich graczy. Odkryjemy historię pana Hilla (zaskakująco wyciszony i małomówny Jason Statham), a także ekipy atakującej na konwoje. Będzie parę montażowych przeplatanek, skoki w czasie i bardzo niewielka ilość smolistego poczucia humoru. Na początku będzie też parę seksistowsko-maczowskich tekstów, co budzi skojarzenie z kinem lat 90. (stare, złe/dobre czasy – zależy kogo się spyta). I mimo tych przeskoków co rozdział nie czułem się ani znużony, ani zdezorientowany. Na pewno w tym pomaga bardzo pewna ręka Ritchiego, jak i bardzo wyraziste postacie drugoplanowe (zagrane m.in. przez świetnego Holta McCallany’ego, zaskakującego Josha Hartnetta czy pasującego idealnie Scotta Eastwooda – wygląda tutaj niemal jak ojciec). Sama rozwałka pojawia się dopiero w trzecim akcie, gdzie Ritchie bardziej idzie w klimaty kina Michaela Manna.

jeden gniewny czlowiek2

Rzadko się udaje reżyserom z tak wyrazistym stylem wyjść ze strefy komfortu w taki sposób, by odnieść zwycięstwo. Za bardzo się przyzwyczailiśmy do stylu niektórych reżyserów, że chcielibyśmy takie wyraziste filmy powstawały częściej, a zanim się zorientujemy, pójdzie to w stronę autoparodii. „Jeden gniewny człowiek” może być początkiem nowego etapu, gdzie Guy Ritchie pokaże bardziej dojrzałe oblicze. Czy będzie to jednorazowy wyskok? Czas pokaże, na pewno jednak współpraca z Jasonem Stathamem rozkręci się.

8/10

Radosław Ostrowski

Jestem legendą

Rok 2009 miał być dla nas przełomowym. Naukowcy skonstruowali wirusa, który miał tylko jedno zadanie: usunąć raka. Poszło im tak świetnie, że po trzech latach przeżyło mniej niż 10% całej populacji, bo reszta albo zamieniła się w albinosowate zombiaki, albo karmę dla nich. Sam Nowy Jork bardziej przypomina miejską pustynię, a jedynym jej „ludzkim” mieszkańcem jest pułkownik Robert Neville – wojskowy wirusolog oraz jego suka Samantha (znaczy się pies). Mężczyzna pracuje nad antidotum, mogącym odwrócić efekt wirusa, dzięki odporności jego organizmu.

Reżyser Francis Lawrence obecnie jest znany dzięki serii „Igrzyska śmierci”, do której nakręcił 3 z 4 filmów. Po debiutanckim „Constantinie” reżyser postanowił sięgnąć po słynną powieść Richarda Mathiesona, przenoszoną do tej pory już trzykrotnie. Osadzona współcześnie opowieść można w zasadzie podzielić na dwie części. Pierwsza skupia się na Neville’u (zaskakująco wyciszony Will Smith) oraz jego rutynie. Rzadkim wychodzeniu na zewnątrz, gdzie rozmawia… z manekinami (początki szaleństwa?), poluje na zombiaki, by móc na nich badać antidotum, już działające na zwierzęta. W tych momentach dominują bardzo szerokie ujęcia, potęgujące samotność bohatera w opuszczonym mieście. Przynajmniej za dnia, bo te monstra są mocno wyczulone na światło słoneczne. Pojawia się kilka momentów budowania napięcia (poszukiwanie psa w magazynie czy moment schwytania zombie za pomocą pułapki) i działa to efektywnie.

Jeszcze bardziej zadziwia fakt, że – poza kawałkami Boba Marleya – muzyka pojawia się tutaj bardzo rzadko. W większości czasu dominuje tutaj cisza, samotność oraz Will Smith w towarzystwie komputerowo wykonanych monstrów. Trzyma się nadziei, że jeszcze są ocaleni. Druga połowa zaczyna się w momencie pojawia się kobiety, której towarzyszy chłopak (raczej nie syn). I tutaj mamy próbę interakcji między postaciami, a także zderzenia dwóch postaw: racjonalizmu z wiarą, nauki i religii. Wtedy akcja zaczyna przyspieszać, zaś klimat z pierwszej części zaczyna znikać, przez co przestałem się interesować kolejnymi scenami. Sytuację uratowało bardzo przewrotne zakończenie (oglądałem reżyserską wersję), gdzie bohater uświadamia sobie, że w oczach dominujących monstrów to on jest tak naprawdę tym złym.

Ale nawet to nie jest w stanie wyciągnąć „Jestem legendą” spoza stanu nieco powyżej średniej. Will Smith jest w stanie sam udźwignąć film, jednak reżyser doszedł do wniosku, że musi mu troszkę „pomóc”. Efekt wyszedł odwrotny od zamierzonego, ale wyszedł z tego niezły, usiłujący iść w innym kierunku niż inne tego typu produkcje.

6/10

Radosław Ostrowski

Django

O Django wszyscy usłyszeli w 2012 roku, kiedy opowiedział o nim Quentin Tarantino. Problem w tym, że to nie była pierwsza historia o kowboju obdarzonym tym imieniem. Wszystko zaczęło się w 1966 roku dzięki mistrzowi spaghetti westernu. Niestety, nie był nim Sergio Leone, lecz będący troszkę w jego cieniu Sergio Corbucci. O dziwo, mimo lat bardzo dobrze się trzyma. Ale zacznijmy od początku.

django(1966)1

Kiedy poznajemy tytułowego bohatera idzie pieszo, ciągnąc za sobą trumnę. Kim jest, co jest w trumnie, czym się zajmuje?  – sprawa nie jest jasna. Zbliżając się do miasteczka trafia na grupę Meksykanów chłostających kobietę obyczajów lekkich. Ci zostają zastrzeleni przez zbliżających się z drugiej strony żołnierzy Konfederacji. Noszą oni czerwone maski na twarzach, ale nie oszukujmy się – to członkowie Ku Klux Klanu. I też bardzo zależy, żeby kobietę odesłać do krainy wiecznych łowów. A samo miasteczko jest opustoszałe, brzydkie oraz ubłocone. Jakby nikt tutaj nie mieszkał, jednak znajduje się saloon połączony z burdelem. Wkrótce Django wplątuje się w konflikt między Jankesami a Meksykanami.

django(1966)3

Jeśli historia budzi wam skojarzenia ze “Strażą przyboczną” czy “Za garść dolarów”, jest to właściwy kierunek. Nie jest to jednak kalka jeden do jeden, ze zmienionym tłem oraz postaciami. “Django” jest o wiele brudniejszy i brutalniejszy od filmów Kurosawy oraz Leone, główny bohater ma głębszą motywację działań, a nad wszystkim unosi się klimat kina klasy B. Reżyser jednak jest na tyle sprytny, że potrafi wykorzystać swoje karty: cięte dialogi, oszczędną scenografię, krwawą przemoc oraz świetną muzykę z niezapomnianym tematem przewodnim. Akcja prowadzona jest bardzo pewnie, z nerwem oraz napięciem, zaś bójka w saloonie, gdzie część scen widzimy z oczu wygląda świetnie. Wydarzenia zmieniają się jak w kalejdoskopie i kiedy wydaje się, że znamy finał, zostajemy od razu sprowadzeni do parteru. Ten gorzki oraz brudny klimat towarzyszy aż do ostatecznej konfrontacji na cmentarzu.

django(1966)2

Zagrane jest to naprawdę nieźle, ale najbardziej wybija się Franco Nero w roli tytułowej. Bohater ten wygląda niczym tańszy Clint Eastwood oraz troszkę bardziej rozmowny (ale tylko troszkę), ale tak samo sprytny i obojętny wobec reszty otoczenia. Niemniej tkwi w nim coś więcej, choć nie pokazuje tego zbyt często. Właśnie ta kreacja podnosi całość na wyższy poziom, dając masę energii dla tego filmu. Przypominając przy okazji, że spaghetti western to nie tylko Sergio Leone.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Laleczka

Choć nie oglądałem wcześniej laleczki Chucky, sama postać była mi znana. Stworzona przez Dona Manciniego (ten cykl nadal jest tworzony) istota, czyli lalka z duszą seryjnego mordercy istnieje od końca lata 80., postanowiono stworzyć tą postać kompletnie od nowa i dostosować do czasów współczesnych. Jak sobie z tym poradził reżyser Lars Klevberg?

laleczka1

Sama historia jest prosta, a jej bohaterem jest Andy – chłopak niedosłyszący. Nie ma przyjaciół, mieszka z matką, jednocześnie niedawno się przeprowadzili do nowego lokum. I dlatego ma pewne problemy z adaptowaniem się w nowym otoczeniu. Matka pracuje w markecie przy punkcie obsługi klienta, gdzie są sprzedawane m.in. lalki Buddy, będące towarzyszami oraz najbliższymi przyjaciółmi rodziny. Kiedy jedna z uszkodzonych lalek trafia do zwrotu, kobieta zabiera ją do domu i daje ją synowi. Problem w tym, że lalka została uszkodzona, a wszelkie zabezpieczenia (przemoc, bluzgi) zostały poluzowane w fabryce w Wietnamie. A to oznacza jedno: będzie rzeź.

laleczka2

„Laleczka” (Chucky w tytule wyleciał) w zasadzie można określić mianem klasycznego slashera, okraszonego czarnym humorem. Tylko, że tutaj inaczej są rozkładane akcenty. Tutaj lalka nie jest opętana, tylko wadliwa. Dla niej znaczenie przyjaźni aż po grób ma charakter wręcz toksyczny. Przyjaźń aż po grób, bez dzielenia się z nikim innym, traktując każdego jak potencjalne zagrożenie. A że jeszcze ma dostęp do technologicznych cacek od swojej firmy (telefon, samochód, telewizor), czyni go bardziej przerażającego i niebezpiecznego. Dodajmy do tego głos Marka Hamilla jako Chucky’ego i będziemy mieli komplet. Sama opowieść nie jest skomplikowana, ale w tej prostocie jest tutaj siła.

Wizualnie przypomina troszkę filmy z lat 80., gdzie gra światłem oraz kolorami jest bardzo istotna. I nieważne, czy jesteśmy w mieszkaniu, na zewnątrz domu czy w zaciemnionym supermarkecie. Tutaj udaje się zbudować poczucie niepokoju i zagrożenia, zaś zgony są jednocześnie krwawe, brutalne oraz zabawne (akcja z dozorcą). Czuć tutaj troszkę inspirację „Stranger Things” (para dzieciaków, których poznaje Andy), a w tle gra muzyka oparta na syntezatorach.

laleczka3

Pod względem aktorskim jest tutaj naprawdę solidnie. Błyszczy Gabriel Bateman w roli Andy’ego, potwierdzając, że nie ma złych aktorów dziecięcych na terenie USA. i tworzy bardzo zgrabny duet z Aubrey Plazą, czyli matką. Ta relacja jest pokazana bardzo wiarygodnie, choć na początku miałem problem z uwierzeniem, że taka młoda dziewczyna może być matką. Humor wnosi tutaj Brian Tyree Henry w roli sąsiada-policjanta, a także dość pokręcony duet Kristin York/Ty Consiglio, czyli parka przyjaciół, pomagających później naszemu bohaterowi.

Nowa „Laleczka” wygląda jak jeden z bardziej wariackich odcinków „Czarnego lustra”, wzięty w sztafaż slasherowej rzezi z czarnym humorem. A jednocześnie nie obraża inteligencji widza, klisze gatunkowe traktuje mniej serio i jest zwyczajnie fajnym straszakiem. Czekam na ciąg dalszy, który zapewne nastąpi.

7/10

Radosław Ostrowski

Suspiria

Berlin, rok 1977. Nadal jest mur, który podzielił miasto, w tle są zamieszki wokół członków RAF-u i jest bardzo nieprzyjaźnie. Ale to właśnie tutaj znajduje się prestiżowa szkoła tańca prowadzona przez madame Markos. I to do niej trafia amerykańska uczennica – Suzie Bannion, pragnąca nauczyć się wiele. Już podczas próbnego tańca wywołuje wielkie wrażenie na madame Blank. Lecz w okolicy szkoły dochodzi do dziwnych sytuacji.

suspiria2

Powiem to od razu, żeby nie wywołać wątpliwości: nie oglądałem oryginalnego filmu Dario Argento, będącego bazą dla Luki Guadagnino. Ten filmowiec robi kino co najmniej intrygujące i ciekawe, więc czekałem co reżyser pokaże w zderzeniu z kinem grozy. Efekt jest, cóż, wywołuje we mnie mieszane uczucia. Punkt wyjścia pozostaje intrygujący, bo sama szkoła oraz jej mroczne tajemnice potrafią wywołać pewne poczucie niepokoju, niejasności. Problem w tym, że dialogi troszkę za szybko pozwalają się domyślić tego, iż ta placówka jest prowadzona przez kowen czarownic. Sam taniec jest czymś w rodzaju testu, rytuału mającego pewien bardzo ukryty cel, zaś sceny tańca mają w sobie coś tak magnetyzującego, że nie można od nich oderwać oczu (kapitalny taniec w dwóch pomieszczeniach czy publiczny występ w luźnym stroju). W tle gra bardzo enigmatyczna muzyka Thoma Yorke’a, zdjęcia mają w sobie coś nieopisanego, a sama choreografia jest obłędna. To w czym problem?

suspiria1

Reżyser postanowił pożenić gatunek z arthouse’owym sposobem realizacji. I nawet nie chodzi o to, że trwa on ponad 2,5 godziny, lecz z powodu pewnego braku umiaru. Twórca niemal wrzuca do wora wszelkie możliwe symbole, motywy oraz wątki do jednego wora. Czego tu nie ma – kobieca niezależność, poczucie winy, terroryzm, macierzyństwo, seksualność, okultyzm, psychiatria. Totalne pomieszanie z poplątaniem, przez co poczułem się mocno zdezorientowany. Owszem, może to dać szansę na dowolną interpretację wydarzeń na ekranie. Ale z drugiej strony ten chaos wydaje się pozbawiony jakiejkolwiek kontroli, zaś poczucie zagrożenia zaczyna z każdą minutą (gdzieś po godzinie) opadać i zanikać. O grozie przypomina się w groteskowym i krwawym finale, lecz wtedy jest już za późno. Cały czas miałem poczucie jak w przypadku „Mother!” Darrena Aronofsky’ego, który z każdą minutą coraz bardziej odlatywał w dziwacznym kierunku. Tylko, że tutaj nadal nie jestem pewny, co chciał osiągnąć Guadagnino.

suspiria3

Aktorsko, mimo znany twarzy (m.in. Mii Goth czy Chloe Grace Moretz), najbardziej zapada w pamięć duet Dakota Johnson/Tilda Swinton. Ta pierwsza w roli Suzie zwyczajnie magnetyzuje jako początkująca tancerka, która staje się coraz bardziej pewna siebie i to może z czasem budzić niepokój. Za to Swinton ma co najmniej dwie kreacje i obydwie bardzo przekonujące. Madame Blanc sprawia wrażenie bardzo delikatnej, opanowanej oraz jednocześnie silnej kobiety. Ale zaskakuje także jako psychiatra, dr Klemperer, który jest prześladowany przez poczucie winy intryguje, choć zderzony z kobiecym światem wydaje się bezsilny.

Naprawdę chciałem, żeby nowy film Guadagnino przypadł mi do gustu. Problem jednak w tym, że B-klasową intrygę próbuje ubrać i zderzyć z głębszymi tematami. Takie zderzenie musi doprowadzić do spięć oraz poważnych zgrzytów. Jak dla mnie na razie największe rozczarowanie w tym roku.

5/10

Radosław Ostrowski