Blade – wieczny łowca II

Od wydarzeń z pierwszej części minęły dwa lata, a Blade dalej przerabia wampirów na galaretę. Jego mentor Whstler popełnił samobójstwo w poprzedniej części, ale tutaj jego zwłoki zostają zabrane przez wampirów, którzy go gdzieś trzymają. Po wielu poszukiwaniach, udaje mu się go znaleźć i wykurować. Jednak pojawia się bardziej kłopotliwa sytuacja – pełniący rolę szefa Rady Wampirów, Damaskinos chce zawiązać z nim sojusz. Przyczyną tej zmiany nastawienia jest pojawienie się nowego rodzaju wampirów, Żniwiarzy. Ci goście żywią się innymi wampirami, zarażając ich swoim ugryzieniem, przez co pojawiają się kolejni i kolejni, coraz trudniejsi do pokonania. Blade ma zaś dorwać i zabić szefa grupy Nomacka, w czym ma pomóc specjalnie wyszkolona grupa wampirów zwana Chartami.

blade2-1

Pierwszy „Blade” zaskoczył wszystkich i okazał się kasowym przebojem, więc kontynuacja musiała powstać. Propozycję dostał Stephen Norrington, czyli reżyser poprzednika, ale ją odrzucił. Jego miejsce zajął Guillermo del Toro, drugi raz próbując wejść na rynek amerykański. Poszło mu o wiele lepiej, choć „dwójka” ma swoje problemy.

blade2-3

Sama historia, gdzie mamy sojusz dwóch nieufnych stron oraz nowe zagrożenie, jest w stanie zaintrygować, choć toczy się przewidywalnym torem. Musi dojść do zdrady, zaś Damaskinos skrywa tajemnicę istotną dla całości. Zaś nowy przeciwnik jest o wiele trudniejszy do pokonania, bo odporny jest tylko na światło. Całość jest o wiele mroczniejsza i brutalniejsza niż pierwsza część. I nie chodzi tylko o paletę kolorów (dominuje czerń, niebieski oraz żółty), ale większość ilość krwi, rozrywanych zwłok czy scenę sekcji zwłok jednego z nowych wampirów. Czuć większy rozmach i jest parę imponujących scen jak ukryta dyskoteka z muzyką techno w tle czy walka w kanałach. Same efekty specjalne też prezentują się lepiej, zwłaszcza zgony wampirów.

blade2-2

Żeby jednak nie było tak słodko, „dwójka” dorzuca kilka poważnych błędów. Po pierwszy, sceny walki. Nie chodzi nawet o to, ze są zbyt efekciarskie oraz szalone, tylko bardzo słabo zmontowane. Za dużo jest tutaj zbliżeń na szczegóły i zbyt wiele cięć, przez co potyczki są nieczytelne niczym w następnych częściach trylogii Bourne’a. Przez co praca choreografów poszła w gwizdek. Po drugie, intryga od ostatnich 30 minut staje się bardzo przewidywalna, zaś miejscami zachowanie postaci jest dość dziwne (po co Blade macha mieczem, skoro ten nie jest w stanie zabić?). No i po trzecie, podczas walk są wykorzystane efekty komputerowe (walka Blade’a z Nyssą czy finałowa konfrontacja) wręcz nachalnie i kłują mocno w oczy. Najlepiej broni się w tej materii charakteryzacja oraz sceny zgonów wampirów. Po czwarte, ignorowanie paru aspektów z poprzednika (zmartwychwstanie Whistlera, nieobecność Karen) oraz dodany na siłę wątek romansowy, który zwyczajnie nie działa.

blade2-4

Aktorsko udaje się zachować poziom poprzednika, a Wesley Snipes nadal sprawia masę frajdy w roli Chodzącego za Dnia. Znacznie lepszy od pierwszej części jest Luke Goss w roli czarnego charakteru, którego motywacja jest bardziej osobista niż dla Frosta oraz Thomas Kretschmann jako tajemniczy Damaskinos. Z drugiego planu najbardziej wybija się cięty Ron Perlman (Reinhardt) oraz śliczna Leonor Valera (Nyssa), ubarwiając całość.

Druga część naszego wampirzego herosa utrzymuje poziom poprzednika, choć nieczytelność scen akcji jest bardzo dużym minusem. Niemniej udanie rozwija uniwersum wampirów i pozwala się przebić reżyserowi na amerykańskiej ziemi.

7/10

Radosław Ostrowski

Blade – wieczny łowca

Na pytanie o najbardziej znanego czarnoskórego superbohatera Marvela, wszyscy dzisiaj powiedzieliby, że jest to Czarna Pantera. Jednak pod koniec lat 90., kiedy kino superbohaterskie nie było tak popularne ani udane jak dzisiaj, odpowiedź brzmiałaby: Blade, czyli Eric Brooks znany też jako Chodzący za Dnia. Pół-człowiek, pół-wampir posiadający mocne strony wampirów i żadnych ich słabości (poza pragnieniem krwi) walczy z wampirami, dbając o porządek tego świata. A jego przeciwnikiem jest Deacon Frost – młody i bezczelny wampir nie-czystej krwi, który buntuje się przeciwko swoim szefom, zaś jego głównym celem jest wskrzeszenie pradawnego Boga Krwi – La Magry.

blade1-1

Sam Blade w komiksach pojawił się na początku lat 70., zaś plany ekranizacji jego przygód planowano już od 1992 roku z raperem LL Cool J w roli głównej. Ostatecznie za kamerą stanął Stephen Norrington – brytyjski specjalista od efektów specjalnych oraz fan komiksów. Założeniem twórców było poważne potraktowanie materiału źródłowego, bez pójścia w stronę kampu. I tutaj to rzeczywiście jest widoczne, a budowanie wizji świata, gdzie wampiry są częścią społeczeństwa (działającą w ukryciu w wyższych sferach) jest bardzo interesujące. Nawet sami krwiopijcy są zhierarchizowani: najwyższa karta to naturalnie urodzeni, w eleganckich garniturach, którzy działają w ukryciu i wolą układać się z ludźmi. Z drugiej strony jest wręcz buńczuczny Frost, przekonany o wyższości wampirów nad ludźmi, którzy powinni być dla nich karmą. To zderzenie tych wizji pokazuje troszkę inną wizję wampirów niż z klasycznych opowieści znanych przez popkulturę. Chodzą między ludźmi, mają szerokie koneksje, a zabić może ich tylko światło, czosnek lub srebro. Ale o nich dowiadujemy się w trakcie trwania filmu, bez żadnego wprowadzenia czy wstępu.

blade1-2

„Blade” to wykorzystujący elementy horroru film akcji, gdzie Chodzący za Dnia dokonuje eksterminacji krwiopijców, a w cały ten świat wchodzimy wraz z pogryzioną przez wampira dr Karen Jensen. I to ona poznaje naszego protagonistę oraz jego mentora/zbrojmistrza Whistlera. To oni nas wprowadzają w ten wampirzy świat pełen swoich kodów, Biblii oraz mitologii, co na swój sposób bywa porywające nawet po 20 latach. Same sceny akcji są świetnie wykonane, sfilmowane szerokimi obiektywami, dzięki czemu każdy cios, strzał jest bardzo czytelny jak w fenomenalnym prologu (dyskoteka ukryta w masarni) czy podczas rozróby w archiwum. Pod tym względem bardzo rozczarowuje finałowa konfrontacja Blade’a z Frostem, który jest tutaj bardziej szybki oraz regenerujący się. Pierwotnie scenariusz miał bardziej epickie zakończenie, jednak budżet oraz jakość efektów specjalnych nie były zbyt satysfakcjonujące i trzeba było uprościć całość. Jednak niedosyt jest tutaj spory, mimo świetnego epilogu, a czasem wiele rzeczy pozostaje niejasnych (jak udało się znaleźć kryjówkę Blade’a?). Niemniej wygląd tego zurbanizowanego miasta w tonacji metalicznego błękitu, płynny montaż, świetne sceny akcji oraz polana pulsującą elektroniką muzyka robią swoje.

blade1-3

Ale to wszystko nie zadziałałoby, gdyby nie idealnie dopasowany do roli Wesley Snipes, który wtedy był w szczytowej formie. Blade w jego wykonaniu to małomówny człowiek czynu, nie dopuszczający wielu ludzi do siebie oraz z bardzo pokręconym tłem. Jedynym jego wsparciem jest Whistler (świetny Kris Kristofferson), będący takim współczesnym odpowiednikiem Van Helsinga, tylko bardziej szorstki i twardy. Zaskakująco dobrze się sprawdza Stephen Dorff w roli antagonisty. Frost w jego wykonaniu to arogancki, pewni siebie wampir, pragnący władzy nad światem, a jednocześnie traktowany z lekceważeniem przez resztę środowiska. Sporym plusem jest też N’Bushe Wright, czyli wplątana w wojnę z wampirami Karen. Nie została potraktowana jako obiekt romansu dla Blade’a, tylko pozostaje inteligentną, samodzielną kobietą, stanowiącą dla niego wsparcie.

blade1-4

Powiedzmy to sobie wprost – pierwszy „Blade” to solidny film akcji/horror, choć tego ostatniego elementu nie używa zbyt mocno. Obok pierwszych „X-Men” zbudował podwaliny pod cały szał związany z adaptacjami komiksów, traktujących troszkę bardziej serio materiał źródłowy i z szacunkiem. A zanim MCU zrebootuje postać Chodzącego za Dnia, warto sobie przypomnieć początki tej postaci.

7,5/10

Radosław Ostrowski

El Camino: Film „Breaking Bad”

Wydawało mi się, że po ostatnim odcinku „Breaking Bad” nie ma już powodu kontynuować historii Jesse’ego Pinkmana oraz Waltera White’a. Chociaż pozostała furtka wobec Jesse’ego, któremu udało się uciec z trzymanej przez grupę Todda klatki. Ale co dalej? Uciekł, lecz jest ścigany, a by zacząć nowe życie musi mieć kasę. Zadanie opowiedzenia tego nieplanowanego ciągu dalszego podjął się twórca oryginału, czyli sam Vince Gilligan.

el camino1

„El Camino” jest bezpośrednią kontynuacją serialu, która zaczyna się w momencie ucieczki Pinkmana. Mężczyzna najpierw trafia do znajomych, czyli Skinny’ego Pete’a oraz Badgera, by pozbyć się auta. Ale tak naprawdę to jest początek odysei naszego bohatera, mającego jeden cel: zebrać kasę na nową tożsamość i zacząć wszystko od nowa. I tak jak przyzwyczaił nas serial, film opowiada swoją historię bardzo powoli oraz spokojnie. Jednocześnie obecne wydarzenia są przeplatane z retrospekcjami, co pozwala pokazać jakie piekło przeszedł nasz bohater. I wierzcie mi, jest parę mocnych momentów jak pomaganie Toddowi przy pozbywaniu się ciała czy cała akcja ze sprzedawcą odkurzaczy. Obecność starych znajomych (m.in. Mike, Jane, Todd), co dla fanów serialu będzie sporym plusem. Z czasem napięcie zaczyna być coraz bardziej odczuwalne jak podczas przeszukiwania mieszkania Todda czy pod koniec, gdy dochodzi do konfrontacji z fałszywymi policjantami. A wszystko widzimy z perspektywy naszego protagonisty, a wszelkie inne informacje poznajemy z mediów.

el camino2

Realizacyjnie czuć styl znany z serialu, czyli nietypowe kadrowanie, długie ujęcia oraz przyspieszony montaż. I to pomaga wejść w klimat, choć osoby niezaznajomione z oryginałem mogą nie odnaleźć się w tym świecie. Nie brakuje też miejscami smolistego poczucia humoru oraz niezłych dialogów. Zaś aktorsko najbardziej błyszczy Aaron Paul, który jest tutaj kompletnie zniszczonym człowiekiem. Próbuje lawirować i desperacko znaleźć sposób, by zniknąć oraz zacząć na nowo. Mocna, bardzo wyrazista postać, która jest w stanie udźwignąć film. Poza nim najbardziej w pamięć mi zapadł Robert Forster w roli sprzedawcy odkurzaczy, zajmującego się zmianą tożsamości oraz Jesse Plemons jako Todd.

el camino3

Powiem szczerze, że nie oczekiwałem zbyt wiele po „El Camino” i nie czułem potrzeby obejrzenia kontynuacji. Niemniej Gilliganowi udało się zachować klimat serialu-matki, Pinkman nadal budzi sympatię, a sam seans daje masę frajdy. Nie taki zły Netflix jak go malują.

7/10

Radosław Ostrowski

Ścigane

Naszą bohaterką jest Sam – kobieta zajmująca się ochroną ludzi. Po kolejnej akcji dostaje kolejne zadanie. Osobą, która ma ochraniać jest córka właściciela dużej firmy zajmującej się wydobywaniem surowców. Po jego śmierci dziewczyna dziedziczy spore udziały, co bardzo zaskakuje jej macochę. Już pierwszego dnia, gdy trafia do domu ochranianego komputerowym systemem, dochodzi do ataku. Tylko Sam i dziewczynie udaje się uciec, stając się zdanymi tylko dla siebie.

scigane2

Na pierwszy rzut oka film Vicky Jewsen to thriller akcji, gdzie mamy kwestie braku zaufania oraz obcą bohaterkę w obcym świecie. Takie założenie na początku potrafi trzymać w napięciu, a poczucie podejrzliwości wywołuje poczucie zagrożenia. A że w sporej części jesteśmy osadzeni na terytorium północnej Afryki. Sterylne pomieszczenia domu-twierdzy skontrastowane są z portem, ciasnymi uliczkami oraz brudnymi budynkami motelu. Sceny akcji tutaj nie ma zbyt wiele, a i czasem montaż bywa nieczytelny (walka związanej Sam w motelowym pokoju), ale samo wykonanie jest na poziomie solidnym. Nie jest to zbyt widowiskowe, lecz nie jest to dla mnie aż tak dużą wadą. Dla mnie największym problemem jest przewidywalność (choć twist pod koniec mnie zaskoczył) oraz mniej pociągająca druga część. Niby próbuje się tutaj stworzyć relację między Zoe a Sam, sugerując jakąś głębszą więź, tylko zbyt wycofana Sam nie pozwala za bardzo nam uwierzyć. A i po drodze pojawia się kilka bzdur jak choćby dobranie się do komputera domu (z czego druga osoba wychodzi, zaś pierwsza zapomina jak brzmiało hasło – idiotyzm) czy logicznych dziur. Można było to lepiej wykonać, ale ogólnie i tak jest naprawdę nieźle.

scigane1

Jeśli jest osoba, która wnosi całość na wyższy poziom jest to Noomi Rapace w roli Sam. Twarda kobieta, choć na pierwszy rzut oka nie wygląda, potrafi spuścić łomot i pod tym spokojnym wyrazem twarzy kryje się coś więcej. Nawet jeśli mamy poczucie pewnego deja vu (podobna rola była w „Tożsamości zdrajcy”), jest to najmocniejszy punkt filmu. Z drugiej strony mamy Sophie Nelisse jako bardzo zagubioną Zoe, która pierwszy raz zostaje zderzona z brutalnym światem, dlatego początkowo może irytować swoim zachowaniem. Nie popada ona jednak w fałsz czy przesadę o co było łatwo.

scigane3

Mam wrażenie, że nie mam za bardzo ręki do produkcji Netflixa. „Ścigane” wydaje się niezłą rozrywką, która mogłaby zostać o wiele bardziej podrasowana. Rapace ma tyle charyzmy, że można dla niej obejrzeć.

6/10

Radosław Ostrowski

Śmiertelny rejs

Gdzieś na otwartym morzu płynie Argonautica – statek wycieczkowy w swój pierwszy rejs. Trwa akurat sztorm i burza, więc warunki nie za dobre. Do tego dochodzi do gigantycznej awarii, przez co nie ma szans na ratunek. Mało nieszczęść? Dołóżmy do tego atak tajemniczych monstrów plus wejście grupki najemników na pirackim statku, dowodzonym przez Flanagana. A na statku jest jeszcze czarująca złodziejka, która została przyłapana na gorącym uczynku.

smiertelny rejs1

Jak możecie wywnioskować po fabule, nakręcony w 1998 roku film Stephena Sommersa to B-klasowy film grozy zmieszany z kinem akcji. Tylko, że zrobionym za duże pieniądze jak na tamte czasy (ponad 50 milionów dolców). Fabuła nie jest specjalnie zaskakująca ani skomplikowana, czyli grupka ludzi w odizolowanej przestrzeni walczy z paskudnym monstrum. Jeśli kojarzy wam się to z „Obcym” (zwłaszcza częścią drugą), to powinniście poczuć się jak w domu. Tylko, że zamiast Ellen Ripley oraz komandosów, są chciwi najemnicy oraz lekko łobuzerski Flanagan. Czyli taki współczesny Han Solo, chcący szybkiego zarobku i nie zadaje pytań o nic. Intryga wydaje się mieć drugie dno (innymi słowy chodzi tylko o hajs), ekipa zaczyna coraz bardziej się wykruszać – spryt i giwery nie wystarczą do pokonania paskud. Tylko, czemu o tych istotach opowiada właściciel statku, a nie jakiś naukowiec obecny na statku? Niby pierdoła, lecz takie drobiazgi troszkę psują frajdę. Są drobne bzdury w rodzaju krzyczenia pod wodą czy dość przewidywalny zdrajca w grupie, ale nikt nie miał tutaj większych ambicji niż dostarczanie rozrywki.

smiertelny rejs2

Sama akcja jest poprowadzona sprawnie, a kilka scen (ucieczka na skuterze w finale czy ciągłe bieganie w środkowej części) potrafią ekscytować. Stricte horroru tu nie ma, bo jest monstrum – w bardzo paskudnych efektach specjalnych (znaczy się brzydko zestarzał) – z mackami. A te połykają ludzi żywcem, zostawiając po sobie morze krwi. Jest brutalnie, a scena z pozostawionymi szkieletami w magazynie robi piorunujące wrażenie. Jeszcze pozostaje finał, mogący sugerować ciąg dalszy. Ale poległ w kinach, więc nic z tego nie wyszło. Ale i zdjęcia czy scenografia także robią wrażenie, tak jak muzyka Jerry’ego Goldsmitha.

smiertelny rejs4

Nie ma tutaj jakiś wielkich gwiazd w tym przedsięwzięciu, choć parę znajomych twarzy się tu pojawia. Flanagan ma tutaj aparycję Treata Williamsa, który swoją rolę traktuje z dużym dystansem i ma taki błysk awanturnika w oczach. Drugim najmocniejszym punktem jest trzymający poziom Wes Studi w roli szefa najemników, będącym opanowanym profesjonalistą. Troszkę humoru dodaje Kevin J. O’Connor (mechanik Pantucci), oko przyciąga Famke Janssen (złodziejka Trillian), zaś z grupy najemników najbardziej wybija się lekko nerwowy Jason Flemyng (Mulligan).

smiertelny rejs3

„Śmiertelny rejs” może i jest kalką klasycznych horrorów, niemniej jest tego w pełni świadomy. Bardzo lekka rozrywka, zrobiona bardzo porządnie, czego po filmie klasy B nie jest częste. Może nie jest to najlepszy film klasy B, lecz swoje zadanie wykonuje bez zarzutu.

6/10

Radosław Ostrowski

The Spy

Rok 1960. Izrael jest atakowany przez Syrię, zaś dane wywiadowcze pokazują ruch wojsk ku granicy, gdzie… kompletnie znikają. W końcu Mossad decyduje się wyszkolić agenta, by wszedł na teren Syrii, wywęszył co jest grane oraz przekazywał informację. Samo przeszkolenie miałoby trwać dwa lata, ale wywiad ma na to tylko pół roku. Wreszcie zgłasza się do nich Eli Cohen – zwykły, szary pracownik, który już dwa razy składał papiery, lecz odrzucono jego propozycję. Czasy są jednak niezwykłe, więc mężczyzna przechodzi szkolenie, by wejść w teren.

the spy1

Kolejny miniserial od Netflixa oparty na faktach, czyli coś, co ostatnio streamingowemu gigantowi udaje się najbardziej. Tym razem jest to serial z Izreala od Gideona Raffa, czyli twórcy oryginalnego „Homeland”. Tylko, że szpiegowska opowieść tylko pozornie wydaje się łatwa do wykonania, bo musi ona trzymać w napięciu. Sama historia jest opowiedziana w sposób prosty, bez nadmiernego powtarzania, ale potrafi zaangażować. Najbardziej uderza kolorystyka w różnych krajach: Izrael jest wręcz wyprany z kolorów, Szwajcaria zielonkawa, a najmocniej kolory są widoczne w Syrii. I to pomaga wejść w ten klimat, zaś realia lat 60. odtworzono z pietyzmem. Tak samo ciekawie prezentował się sprzęt szpiegowski (radiostacja schowana w maszynie do szycia czy bomby w kształcie mydła) oraz pokazanie napiętych relacji między krajami, gdzie stawką było ludzkie życie. A władzę pragnie przejąć radykalna organizacja Bass, idąca na konfrontację z Izraelem.

the spy2

Dla mnie pewnym problemem był fakt, że naszemu bohaterowi w akcji niemal wszystko przechodzi bardzo łatwo. Nawet za łatwo, przez co nie do końca mnie to obchodziło. Bardziej mnie chwyciły momenty, gdy nasz bohater wracał z domu i nie był w stanie uwolnić się ze swojej „roli”. Wtedy widać jak bardzo niebezpieczna jest praca szpiega, który nie może nawet najbliższym powiedzieć o swojej pracy. Tak samo może drażnić fakt, że na początku dostajemy niemal cały finał (Cohen zostaje schwytany). Ale na szczęście nie osłabia to siły zakończenia, którego się nie spodziewałem.

the spy3

Największą gwiazdą serialu jest Sacha Baron Cohen, kojarzony raczej z rolami komediowymi. Tutaj jest bardzo wyciszony, bardzo stonowany, bo w końca gra kogoś, kto… udaje kogoś zupełnie innego. Może dlatego nie robi aż takiego wrażenia, jakiego mógłbym się spodziewać, jednak jest to solidny występ. Drugą znana twarzą jest Noah Emmerich w roli oficera prowadzącego, który jest naznaczony dramatycznymi wydarzeniami z przeszłości i tutaj też wypada dobrze. Każdy z obsady prezentuje solidny poziom, ale brakuje czegoś wyrazistego.

the spy4

„The Spy” ze wszystkich mini-seriali Netflixa z tego roku prezentuje się najsłabiej. Nie oznacza to, że jest zły, bo prezentuje dobry poziom. Lecz w materii szpiegowskich dzieł bardziej na mnie podziałała „Mała doboszka” od duetu AMC/BBC. Czy to będzie nowy etap w karierze Cohena? Mam nadzieję.

7/10

Radosław Ostrowski

Mission: Impossible – Rogue Nation

Jak wiemy z zakończenia poprzedniej części Ethan Hunt, czyli agent od zadań niewykonalnych, wyrusza na trop tajnej organizacji zwanej Syndykatem. Mimo infiltracji trwającej ponad rok, cel coraz bardziej zaczyna się oddalać. Do tego grupa działa w cieniu, kompletnie nie zostawiając żadnych śladów. Jakby tego było mało kłopotów, Syndykat wie o obecności Hunta i ten zostaje schwytany, ale udaje mu się zbiec. No i jeszcze dyrektor CIA doprowadza do rozwiązania MIF, a Hunt jest ścigany.

mission impossible 5-1

Tym razem do serii zostaje dookoptowany reżyser Christopher McQuarrie (scenarzysta „Podejrzanych”), choć jego reżyserskie dokonania były co najwyżej niezłe. I tu już najmocniej czuć inspirację Jamesem Bondem, gdzie mamy wrogą organizację, która odpowiada za wiele zła. Porwania samolotów, kradzieże broni nuklearnej, zabójstwa, zamachy oraz działanie w cieniu. Coś jak IMF, tylko w służbie zła. Do tego mamy jeszcze grę wywiadowczą, gdzie zaufanie i opcja współpracy jest na bardzo cienkim lodzie. W zasadzie jest to kontynuacja kierunku wyznaczonego przez poprzednią część, czyli znowu grupa przyjaciół (czyli ekipa Hunta) zostaje wystawiona na ciężką próbę i musi wykonać kolejne niewykonalne zadanie. Jest też poszukiwanie McGuffina, przeskoki z miejsca na miejsce oraz świetnie zainscenizowane sceny akcji.

mission impossible 5-2

Tutaj najbardziej zapada w pamięć akcja w Operze Wiedeińskiej, gdzie ma dość do zamachu (czuć tutaj klimat oraz styl klasycznych Bondów), otwierającą całość przechwycenie broni chemicznej z lecącego samolotu (czyste szaleństwo) czy włam do wodnego silosu, gdzie są przechowywane profile. W tych momentach reżyser pozwala sobie na szaleństwo i nawet jeśli mamy wrażenie, że znamy te wszystkie sztuczki, to i tak historia wciąga. W tle gra znajomy motyw, są sprawdzone zabawki (z maską oraz okularami), zaś nowa bohaterka oraz jej motywacja przez spory czas pozostaje tajemnicą. I to jeszcze bardziej pomaga w budowaniu napięcia, a także pokazuje stosunki panujące między wywiadami.

mission impossible 5-3

Jeśli coś nadal zawodzi to główny antagonista, który przez większość czasu wydaje się niemal nieobecny. Do tego jego motywacja (były agent, który czuje się zdradzony przez system i zamierza zniszczyć świat) to kolejny banał, jakich widzieliśmy mnóstwo. Nawet jego zachrypnięty głos nie jest w stanie przykuć uwagę na dłużej. Ale też czasem akcja może wywoływać poczucie przesytu, choć finał (zaskakująco stonowany) robi piorunujące wrażenie.

mission impossible 5-4

Nikt tu nie oczekuje aktorskich cudów, lecz jest na co oglądać. Cruise coraz bardziej pokazuje, że fizycznie jest w stanie wykonać rzeczy szalone (trzymanie drzwi lecącego samolotu czy włam do zalanego wodą silosu), których nie spodziewalibyśmy się po nim. Więcej czasu na ekranie dostał za to Simon Pegg, tworząc bardzo zgrabny duet. Benji ma szansę pokazać swoje oddanie i lojalność, pokazując swoją przydatność do działania w polu. Do gry wraca też Jeremy Renner oraz Ving Rhames, stanowiąc solidne wsparcie, podobnie dobry poziom prezentuje szef CIA w wykonaniu Aleca Baldwina. Dla mnie jednak odkryciem jest Rebecca Ferguson w roli tajemniczej agentki Ilsy Faust. Mógłobym ją w dużym skrócie opisać jako żeńską wersję Hunta, tylko ładniejszą oraz równie sprawnie wyszkoloną w kwestii mordowania. Między nią a Cruisem iskrzy, choć jej motywacja oraz to, komu naprawdę służy intryguje. Jestem ciekaw, czy się znowu pojawi.

mission impossible 5-5

Powiem szczerze, że nie byłem pewny, czy „Rogue Nation” będzie w stanie konkurować z „Ghost Protocol”. Na szczęście poprzeczka zostaje zachowania, a reżyserska i scenariuszowa robota McQuarrie’ego budzi u mnie duży podziw. Co następnym razem wymyślą twórcy, by nas zaskoczyć? Jestem cholernie ciekawy.

8/10

Radosław Ostrowski

Mission: Impossible – Ghost Protocol

Seria Mission Impossible miała swoje wzloty i upadki. Jedynka była klasycznym thrillerem szpiegowskim w eleganckim stylu, przypominając kino z lat 60. Mocno rozczarowała dwójka, będąca absolutnym przeciętnym akcyjniakiem, pozbawionym napięcia oraz zaangażowania. Sytuację próbowała ratować trójka, niejako wracając do korzeni. Ale na następną cześć trzeba było czekać aż na pięć lat. Tym razem za kamerą stanął Brad Bird, który najbardziej znany był z animacji Pixara. Czy „Ghost Protocol” był w stanie podołać oczekiwaniom?

mission impossible 4-1

Sam początek to więzienie w Moskwie, gdzie znajduje się… Ethan Hunt. Dlaczego tam trafił? Co tam robił? Na razie nie jest to istotne, a najważniejsze jest wyciągnięcie superagenta przez komórkę IMF. Cała akcja kończy się sukcesem, ale następne zadanie jest o wiele poważniejsze: zostały skradzione kody nuklearne przez terrorystę o pseudonimie Kobalt. By znaleźć informacje na jego temat, ekipa w składzie: Hunt, Benji (teraz przeszkolony na agenta terenowego) oraz agentka June Carter musi zinfiltrować Kreml. Problem w tym, że cała akcja kończy się wysadzenie budynku, zaś IMF zostaje o to obwinione. Ekipa, do której dołącza analityk William Brandt zostaje odcięta od centrali i by powstrzymać Kobalta, jest zdana tylko na siebie.

mission impossible 4-2

Reżyser decyduje się niejako wywrócić całą konwencję cyklu do góry nogami, gdzie niemal wszystko wykonywał agent Hunt/Tom Cruise, zaś reszta ekipy stanowiła tylko drobny dodatek (może poza Benjim w trójce). Tutaj znacznie większy nacisk pozostaje na interakcję między ekipą, która musi się zgrać ze sobą. Dodatkowo ich największym przeciwnikiem nie jest – wbrew pozorom – terrorysta, chcący wysadzić kawałek świata z bomby jądrowej. Tutaj wrogiem jest ciągle tykający czas oraz technologia, który niemal cały czas lubi się psuć. A to maszynka do robienia masek odmawia posłuszeństwa, rękawica do przyklejania się dostaje kociokwiku, a nawet automat z zadaniem, mający dokonać autodestrukcji nie odpala się. To jeszcze bardziej podkręca napięcie i powoduje, że film ogląda się z jeszcze większym zaparciem. Także sceny akcji wyglądają naprawdę widowiskowo: od „spacerku” po najwyższym budynku świata (by włamać się do ich komputerów) przez pościg podczas burzy piaskowej aż po finałową konfrontację, gdzie każdy członek ekipy ma swoje zadanie.

mission impossible 4-3

Jedynym problemem jest tak naprawdę nijaki antagonista z nieciekawą motywacją. I nawet angaż Michaela Nyqvista nie był w stanie tego uratować. Ale to jedyny słaby punkt obsadowy. Cruise jest typowym Cruisem, jednak bardziej wyciszonym, bez momentów, gdzie puszczają mu nerwy. Tutaj jest troszkę bardziej mentorem, starającym się zachować porządek w grupie. Simon Pegg także się sprawdza i ma szansę wykazać się w scenach akcji. Dla mnie jednak największym wzmocnieniem są Paula Patton oraz Jeremy Renner, których postacie mają swoją (dość mroczną) przeszłość oraz motywacje, tworząc bardzo silne wsparcie dla ekipy.

mission impossible 4-4

I powiem szczerze, że dla mnie „Ghost Protocol” jest najlepszą częścią cyklu, która wywraca całą dotychczasową formułę do góry nogami. Sama intryga nadal jest pretekstowa dla tego typu kina, jednak realizacja jest pierwszorzędna. No i jest większy nacisk na relację, przez co zamiast „Tom Cruise ratuje świat” mamy „Tom Cruise z kolegami ratuje świat”. Niby drobiazg, ale zmienia wszystko.

8/10

Radosław Ostrowski

Mission: Impossible II

Ethan Hunt wydaje się być kolesiem, dla którego nie ma zadań nie do wykonania. Wydawało się, że w końcu będzie mógł sobie pozwolić na wakacje. Problem w tym, że tajni agenci i szpiedzy nie mają czegoś takiego jak dzień wolny. Nasz heros tym razem musi wytropić zdrajcę, który zamierza sprzedać niebezpieczny wirus zwany Chimerę. Do grupy Hunta dołącza haker Luther Stickwell oraz zwerbowana złodziejka, Nyah Hall.

mission impossible 2-1

Druga część przygód agenta Cruise’a, eeee, Hunta jest powszechnie uważana za najgorszą część całego cyklu. Tym razem za kamerą stanął sam John Woo, czyli specjalista od kina akcji. Tylko czy styl tego azjatyckiego wariata będzie pasował do kina szpiegowskiego? Sama intryga może wydawać się pretekstowa, jednak tutaj twórcy chcą podkręcić stawkę. Dlaczego? Bo pojawia się wątek romansowy, a nawet trójkąt. Bo Hunt zakochuje się w naszej złodziejce, która – uwaga, uwaga – jest byłą dziewczyną naszego antagonisty (jak się okazuje, dublera Hunta). Tylko, że ten wątek pasuje do tej serii jak pięść do oka. Dialogi w tym wątku brzmią bardzo słabo i zwyczajnie to nudzi. Rozumiem, po co to jest, by dla naszego superagenta sprawia miała charakter osobisty. Ale to kompletnie nie działa, a cała historia zwyczajnie nudzi. I do razu domyśliłem się, jakie będą komplikacje, jakie trudności staną na drodze, zaś nasz Hunt w 99% daje sobie radę.

mission impossible 2-2

Tutaj tkwi największy problem tej części: komplikacje i trudności (poza akcją w laboratorium) są zwyczajnie iluzoryczne, bo agent Cruise daje sobie radę ze wszystkim. I to widzimy już jak wspina się po Wielkim Kanionie (bo tak agenci spędzają wakacje), zaś reszta ekipy zostaje bardzo mocno zepchnięta na dalszy plan. No i maski do zmiany wyglądu (plus jeszcze czip pozwalający na zmianę głosu) są używane zbyt często, co kompletnie pozbawia napięcia.

mission impossible 2-3

Zaś styl Woo jest tutaj bronią obosieczną. Z jednej strony film wygląda o wiele bardziej widowiskowo od poprzednika, kamera bardziej wali kolorami. No i są charakterystyczne elementy jak strzelanie z dwóch giwer, obowiązkowe gołębie oraz slow-motion. Problem w tym, że to ostatnie jest tak nadużywane, iż po pewnym czasie staje się to irytujące, zaś wiele scen (zwłaszcza tych, gdzie Hunt pokazuje swoje kung-fu sztuczki) za bardzo stara się być cool. Bo inaczej jaki miałbym sens zakładania okularów w trakcie ucieczki motorem? Sytuację próbuje ratować montaż, ale to wszystko pogarsza sprawę. No i brakuje tutaj humoru, lekkości, a całość traktuje się za poważnie.

mission impossible 2-4

Aktorsko jest słabiej niż poprzednio. Cruise i Rhames wracają, ale no są. No i tyle. Główny antagonista o aparycji Douglaya Scotta jest zwyczajnie nijaki, a jego plan rozpieprzenia świata za pomocą wirusa, by zarobić na jego antidotum – ziew. Najlepiej z tego grona wypada śliczna Thandie Newton jako troszkę sprytna złodziejka Nyah, lawirująca między obecnym a byłym chłopakiem. I tylko na niej mi zależało. Jest jeszcze pomagier antagonisty, czyli lekko łotrzykowski Richard Roxburgh, ale to za mało.

Druga część pokazała w jakim kierunku opowieść o Huncie nie powinna iść. Niepotrzebnie efekciarska, za bardzo pragnąca być jak James Bond oraz bardzo cool. Styl Johna Woo kompletnie nie pasuje do kina szpiegowskiego, zaś sama akcja nie wystarczy, by zwrócić na siebie uwagę.

5/10

Radosław Ostrowski

Przychodzi po nas noc

Kiedy wydaje ci się, że seria o Johnie Wicku to jest szczyt możliwości, jeśli chodzi o kino akcji, oznacza to jedno. Że nigdy nie oglądaliście filmów azjatyckich, bo tam rzeczy dzieją się kosmiczne, wręcz epickie. Po dylogii „Raid” (jeszcze nie obejrzałem) kolejny przedstawiciel Indonezji poszedł na układ z Netflixem, by zrealizować ostry film akcji. Czy takie jest „Przychodzi po nas noc”?

przychodzi po nas noc1

Fabuła wydaje się dość prosta i skupia się na starym facecie o imieniu Ito. Należy do elitarnej grupy zabójców zwanej Siedem Mórz, który pilnuje porządku i dba o równowagę między środowiskami przestępczymi. Ale przez te trzy lata nasz bohater ma już zabijani i przemocy. Podczas akcji w wiosce na widok dziewczynki coś w nim pęka, przez co zabija resztę swoich towarzysz oraz ucieka z dzieckiem. Razem z kumplami próbują ją uchronić, uciekając z kraju. Ale w ślad za nimi wyrusza Yakuza pod wodzą ich dawnego znajomego Ariana. W zamian za wykonanie zadania przejmie dowództwo nad Siedmioma Morzami.

przychodzi po nas noc3

Zazwyczaj w tego typu produkcjach intryga wydaje się być kwestia drugo- czy nawet trzeciorzędną. I tutaj wydaje się być podobnie, mimo wykorzystania retrospekcji (miejscami mocno wybijały mnie z rytmu). Pojawia się kilkoro nowych graczy (lesbijska para zabójczyń-nożowniczek, tajemnicza motocyklistka), przez co czasem ciężko się odnaleźć w tym wszystkim. Twórcy są tutaj poruszone kwestie lojalności, silnych więzi czy próby zerwania z przeszłością, która nigdy nie jest w stanie odpuścić. To jest po to, by zależało nam na naszym bohaterze i jego sojusznikach, ale to tak naprawdę nadbudowa. Twórcy nie próbują robić poważnego, głębokiego dramatu psychologicznego, przez co nie jest to tak mocno wygrywane jak mogło być.

przychodzi po nas noc2

Bo najważniejsza jest tutaj akcja. I wierzcie mi, kiedy w ruch pójdą pięści, machety, noże oraz karabiny, miłosierdzia nie będzie. Ani dla postaci, ani dla widza. Choreografia walk jest w stanie kompletnie zadziwić, zaś bohaterowie wykorzystują wszystko, co jest pod ręką. Nie ważne, czy są to kubki, kule bilardowe czy narzędzia z warsztatu. No i obowiązkowe maczety, który w stanie są zadać naprawdę głębokie rany. A krwi to tutaj będzie od groma, przez co można odnieść wrażenie oglądania bardzo ostrego gore. Osoby o słabych nerwach i miękkich żołądkach nie powinny nawet się do tego zbliżać. Kamera jest bezlitosna i nie odpuszcza, a kilka sposobów filmowania (z góry, z oczu) bardzo uatrakcyjnia odbiór, przez co każda potyczka wygląda inaczej. Ostatni raz takie popisy widziałem w „Upgrade”, ale tutaj jest to jeszcze bardziej podkręcone i szalone jak w przypadku pojedynku na pięści i noże między trzema paniami.

Aktorstwo też w sadzie nie jest tutaj istotne, bo liczy się tutaj choreografia oraz umiejętne wykorzystanie piącho- i maczetopiryny. Pod tym względem każdy aktor daje tu z siebie wszystko. Najbardziej pamiętne momenty ma niezastąpiony Iko Uwais (Arian), Joe Taslim (Ito), Julie Estelle (Operatorka) oraz Hannah Al Rashid (Elena). Tutaj każdy ból, cios, krzyk ma swoją siłę, przez co cała akcja jest intensywna do granic możliwości, zaś wiele pojedynków nie zostanie wymazanych z pamięci tak łatwo.

Jeśli macie Netflixa, zaś obie części „Raid” znacie na pamięć i szukacie czegoś nowego, „Przychodzi po nas noc” jest czymś, co MUSICIE zobaczyć. Bezkompromisowa jatka, jakiej moje oczy nie widziały od bardzo dawna.

8/10

Radosław Ostrowski