Demony wojny według Goi

Luty roku 1996. Na Bałkanach trwa wojna, mimo udziału międzynarodowych sił pokojowych. Tylko, że oni ograniczają się do roli podglądaczy, bez udziału w boju. Bośniacy, Serbowie, Arabowie i bandyci są w tyglu, który ciągle wrze. Wśród żołnierzy znajduje się batalion Polaków pod dowództwem majora Kellera. Oficerowi udaje się nie dopuścić do samosądu ludzi oraz milicji na najemnikach. I to staje się powodem, dla którego minister chce pozbawić dowództwa Kallera, zastępując go majorem Kuszem. Jednocześnie towarzyszy mu porucznik Czacki z prokuratury, by przeprowadzić śledztwo.  Nie może być gorzej? Odebrany zostaje sygnał Mayday z zestrzelonego helikoptera, który tafia na teren bandyty Skiji. Keller, bez zgody dowództwa IFOR wyrusza na pomoc z grupą żołnierzy.

demony wojny1

Władysław Pasikowski wraca do tematyki wojskowej, jednak nie jest tylko tłem jak w „Krollu”. Reżyser próbuje opowiedzieć o naszych żołnierzach na tzw. misjach pokojowych. Dlaczego tzw.? Bo tutaj nasze chłopaki chcą po prostu odbębnić swoją służbę, zarobić kasę i unikać walki. Czyli stać z boku i się przyglądać. A przygotowani są tylko nieliczni, bardziej zaprawieni w boju, wręcz szaleni. Gotowi przyjąć do wiadomości prostą zasadę: albo oni nas, albo my ich. W to wszystko wpleciona sensacyjna intryga z dwójką ocalałych pasażerów samolotu: Francuzów. Nie obejdzie się bez konfrontacji ze świszczącymi kulami, zdradą oraz chwilami załamania się wojaków, którzy stykają się po raz pierwszy z otwartą walką. Strach, przerażenie, zwątpienie, lojalność, walka, szaleństwo – z tym się spotkają chłopaki i nie wszyscy wyjdą z tego żywi.

demony wojny2

Pasikowski niejako przy okazji stawia pytania o granicę honoru i gdzie ona się znajduje. Nie robi tego jednak wprost, co nie wielu wychwyci. Nie brakuje tutaj odrobiny patosu, krwi oraz bluzgów. W końcu to jest kurwa wojsko, a nie obóz harcerski. Muszę jednak przyznać, że sceny batalistyczne wyglądają dość skromnie. Niby jest pirotechnika oraz kule wystrzeliwane z karabinów, ale czasami wygląda to amatorsko jak w scenie zestrzelenia helikoptera, gdzie widać linkę, z której leci pocisk. O spotkaniu z niedźwiedziem, gdzie kamera dostaje ADHD znane z „Reichu” nawet nie wspominam. No i niestety widać, że góry tutejsze to nie Bałkany, tylko Tatry. Przez co realizm troszkę szlag trafia, ale ogląda się to dobrze. Jest to zasługa sprawnej reżyserii, kilku mocnych dialogów, niezłej intrygi oraz niepokojącej muzyki Marcina Pospieszalskiego.

demony wojny3

No i oczywiście pojawia się kwiat polskiego aktorstwa z twarzami znanymi z filmów Pasikowskiego. Linda nadal jest Lindą, czyli twardym wojakiem, co widział wiele i czasami wymaga od żołnierzy więcej niż są w stanie znieść. Mam wrażenie, że zbyt wiele przeżył, by przejmować się śmiercią, a w walce musi być bezwzględnym jak jego wrogowie. Oprócz niego mamy starych znajomych jak Tadeusz Huk (major Kusz, nowy dowódca), Olaf Lubaszenko (prokurator Czacki) czy Artura Żmijewskiego (sierżant Biniek). Z nowych twarzy największe wrażenie zrobił na mnie Mirosław Baka jako małomówny snajper „Cichy”, który z Kellerem niemal jest w stanie dogadać się bez słów i ruszyłby za nim w ogień. I jeszcze Zbigniew Zamachowski jako obrotny, cwany oraz próbujący przetrwać kapral Houdini.

Nie dziwi mnie opinia, że „Demony wojny” to jeden ze słabszych filmów Pasikowskiego. Co gorsza, czas nie zadziałał na niego zbyt dobrze, niebezpiecznie skręcając ku grotesce. O dziwo, nadal ma kilka dobrych momentów oraz solidnego aktorstwa, by przykuć uwagę.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Nielegalni

W naszym pięknym kraju nad Wisłą nie powstaje obecnie zbyt wiele produkcji szpiegowskich. Przynajmniej na taśmie filmowej od czasu „Pogranicza w ogniu”, o którym mało kto pamięta. Sytuację postanowiło zmienić Canal+ i dało zielone światło na ekranie powieści Vincenta V. Severskiego. Bohaterami są członkowie komórki szpiegowskiej zwanej Departamentem Q. Grupą kieruje pułkownik Ewa Dębska oraz jej najskuteczniejszy agent, Konrad Wolski. Ekipa tym razem dostaje dwa bardzo poważne zadania. Po pierwsze, polowanie na handlarza bronią znanego jako Gruz. Po schwytaniu przekazuje informacje o planowanym zamachu terrorystycznym przez islamistów na terenie Europy. Po drugie, znalezienie dokumentów kompromitujących przeszłość obecnego premiera. Wszystkie tropy prowadzą do Białorusi, gdzie działa jeden z najlepszych agentów Travis – wtyczka działająca w KGB. Problem w tym, że agent zostaje zdekonspirowany i trzeba go stamtąd ewakuować.

nielegalni1

„Nielegalni” nakręcili Leszek Dawid oraz Jan P. Matuszyński, czyli obiecujący twórcy głośnych filmów. Panowie podzielili się po połowie, co widać w realizacji, ale do tego dojdę później. Akcja jest tutaj prowadzona wielowątkowo, co samo w sobie nie jest złe. Problemem dla mnie było wejście w tą opowieść, bo jest to bardzo poszatkowane i początkowo przeskakujemy z postaci na postaci. Sztokholm, Warszawa, Mińsk – dzieje się tutaj wiele, zaś wiele scen początkowo wydaje się nieistotnymi zapychaczami. Czego tu nie ma: infiltracja, obserwacja, szantaż, podchody, porwania oraz współpraca z innymi wywiadami. To ostatnie przypomina taniec na bardzo kruchym lodzie, gdzie zaufanie nie jest zbyt częstym towarem. Więc jak możliwe, że wszystkie tajne służby jeszcze funkcjonują? To pytanie na inną dyskusję. Im bliżej końca, wszystko zaczyna się bardziej spinać, doprowadzając do dramatycznego finału. I te szpiegowskie wątki potrafią wciągnąć, doprowadzając do kilku zwrotów oraz zaskoczeń. Jednocześnie zostawiona jest furtka na kolejną część.

nielegalni3

Mniej pociągające były dla mnie momenty z życia prywatnego naszych szpiegów (niektórych). Rozumiem, że chodziło o pokazanie ceny wynikającej z wykonywania tej profesji. Przebolałbym to, że jest takim spowalniaczem, tylko że albo jest niekonsekwentnie (nagłe bóle głowy Wolskiego, które pojawiają się i znikają), albo jest strasznie szablonowe (rozbite małżeństwo Dębskiej). To nie angażuje tak bardzo jak szpiegowskie intrygi, brzmi to sztucznie i zwyczajnie przynudza.

nielegalni2

Realizacyjnie widać dwa różne style realizacji, gdzie zmiana następuje w połowie. Pierwsza część od Leszka Dawida jest pozornie bardziej dynamiczna. Kamera niemal ciągle jest w ruchu, rwany montaż, niemal stonowana paleta barw. W scenach związanych z Travisem ta realizacja czyni ten wątek bardziej intensywnym oraz dodatkowo trzyma w napięciu. Druga połowa wygląda… normalniej, z bardziej płynną kamerą i kilkoma długimi ujęciami, pozornie sugerując spokój. Same sceny akcji też wyglądają bardzo dobrze, nie wywołując dezorientacji.

nielegalni4

Aktorsko w dużej części jest solidne, skupiając się na kilku członkach komórki. Świetnie wypadają Grzegorz Damięcki (Wolski) oraz Agnieszka Grochowska (Dębska), pełniących rolę dowódców, chociaż tylko Wolski działa w terenie. Czuć między nimi zgranie oraz chemię, mimo kilku spięć wynikających z działania Wolskiego na własną rękę. Większość ekipy stanowi raczej wsparcie i nie mają tutaj zbyt wiele do zagrania (Andrzej Konopka, Tomasz Schuhardt, Arkadiusz Detmer, Wojciech Żołądkowicz), ale trzymają fason. Są jednak dwie perły, które podnoszą całość na wyższy poziom. Pierwszym jest Filip Pławiak, czyli agent Travis działający na Białorusi. Wydaje się być opanowany oraz dobrze sobie radzi z presją, jednak coraz bardziej widać wyczerpanie i wypalenie. Jego lawirowanie między swoimi szefami, „narzeczoną” widać bardzo w jego oczach, co czyni jego wątek najbardziej poruszającym. Drugą postacią jest tajemniczy Hans Jorgensson w znakomitej interpretacji Andrzeja Seweryna, choć najbardziej widać to w drugiej połowie. Niby stary i zmęczony agent, ale nadal niepozbawiony sprytu oraz – co najbardziej zaskakujące – empatii oraz szacunku swoich zwierzchników. Ta postać magnetyzuje i emanuje spokojem aż do samego, tragicznego końca.

nielegalni5

„Nielegalni” mają troszkę potknięć i wad, ale wyłania się z tego bardzo sprawny serial sensacyjno-szpiegowski, dziejący się tu i teraz. Można było troszkę lepiej zarysować wątki prywatne bohaterów (albo z nich zrezygnować) i całość wzniosłaby się na wyższy poziom. Mam nadzieję, że powstanie kontynuacja.

7/10

Radosław Ostrowski

Bloodshot

Poznajcie Raya Garrisona. To jest żołnierz, a tacy robią masę rzeczy, w tym odbijając zakładników, zabijając bandytów, terrorystów i tego typu delikwentów. Ma też kobietę, do której wraca po każdej akcji z kolejnymi ranami, bliznami, zadrapaniami. Po ostatniej akcji staje się najgorsze: on zostaje schwytany, a dziewczyna porwana. Porywacz chce dostać informacje od naszego wojaka, ale nie dostając ich zabija ją, następnie Raya. W tym momencie powinna kończyć się historia, ale nie takie cuda w kinie widzieliśmy. Garrison zostaje wskrzeszony przez korporację, mając wszczepione w swojej krwi nanity. Dzięki temu cacku Ray staje nowym Deadpoolem, czyli jest niemal nieśmiertelny. Tylko, że te nanity trzeba je regenerować, przez co nie jest tak nieśmiertelny jak Deadpool.

bloodshot1

Jak wszyscy wiemy, komiksowe adaptacje dzielą się na te według Marvela, te według DC i całą resztę. Z tego ostatniego grona najbardziej znaną marką był „Hellboy” od Guillermo del Toro, „Kingsman” czy netflixowa „The Umbrella Academy” (ciągle nie obejrzana), jednak przebicie nie jest zbyt wielkie i popularność też jest raczej skromniutka. Jakościowo też raczej bywało dość różnie, ale nie osłabiło to konkurencji. Jak się wpisuje zrobiony przez debiutanta „Bloodshot” według dzieła Valianta? Sama historia zaczyna się nawet nieźle, jesteśmy rzuceni w środek akcji. Wygląda ona efekciarsko, ze slow-motion oraz typowym montażem kina akcji ostatnich lat. Czyli dużo cięć oraz niezbyt duża czytelność. Po jakiś 15 minutach pojawiają się elementy fantastyki w postaci zmartwychwstania oraz nanotów, przypominając troszkę „RoboCopa” zmieszanego z „Deadpoolem”. Bez żadnej głębi i rozkminy o tym, co czyni nas ludźmi oraz kwestii tego, co jest jawą, a co manipulacją. Bo skoro można wyczyścić mózgownicę, wszczepić wspomnienia, to jaka będzie następna bariera do pokonania?

bloodshot2

Reżysera to ewidentnie nie interesuje i rozumiem, bo to film akcji. Historia może być pretekstowa i szablonowa, byleby sceny strzelanin oraz zabijania były fajne. Problemem jest dla mnie to, że sama demolka oraz rozpierducha po prostu jest. Troszkę od tej reguły odrywa się zamach dokonany przez Bloodshota po wskrzeszeniu w tunelu, gdzie jedyne kolory to czerwień oraz błękit. Wygląda to nieźle, slom motion jest wykorzystywane z sensem i to jest fajne. Potem jest już zbyt efekciarsko, a konfrontacja z dwoma uberwojakami w windzie za bardzo przypomina sekwencje QTE z gier. Nuda pojawia się w połowie i nawet większa obecność humoru nie jest w stanie tego uratować.

bloodshot3

Aktorsko nie ma tutaj jakiś fajerwerków, a Vin Diesel to klasyczny Vin Diesel z taśmowych filmów akcji. Miałem wrażenie, że mu się nie chciało grać, zaś drętwy ton jego wypowiedzi kompletnie nie działa. O wiele lepiej wypada Guy Pearce jako naukowiec, odpowiedzialny za zmartwychwstanie i mający swój ukryty cel. Tylko, że to już też widziałem kilka razy i w lepszym wykonaniu tego aktora. Jeśli ktoś tutaj naprawdę błyszczy to Lamorne Morris jako genialny haker, dodający odrobinę lekkości oraz humoru, a także Elza Gonzalez w roli jednej z modyfikowanych żołnierzy. To jednak za mało, by mówić o udanym filmie nawet jako guilty pleasure.

Niestety, ale „Bloodshot” to bardzo duży zawód. Nie czytałem komiksów, lecz mam wrażenie zmarnowania potencjału na coś o wiele bardziej fajnego, a tak to klisza kliszę pogania. Jest zbyt efekciarsko, nie angażuje i po prostu nudno.

5/10

Radosław Ostrowski

Twierdza

Alcatraz – jedno z najsłynniejszych więzień w historii USA. Tam przebywali najgroźniejsi przestępcy aż do zamknięcia w 1963 roku. Jednak to tutaj dochodzi do bardzo poważnej sytuacji. Generał Hummel razem z najbliższymi współpracownikami wziął wycieczkę jako zakładników i zainstalował 15 rakiet z niebezpieczną bronią chemiczną. Żąda w zamian 100 milionów dolarów na tajne konto, by przekazać forsę rodzinom wojskowych, którzy polegli w tajnych operacjach. Daje na to dwa dni, ale FBI ma inny plan. Na wyspę decydują się wysłać speca od broni chemicznej, agenta Stanleya Goodspeeda oraz Johna Masona – skazańca, któremu raz udało się uciec z Alcatraz.

twierdza2-1

Michael Bay po sukcesie swojego debiutu dostał szansę na realizację kolejnego hitu. Dostał troszkę większy budżet, ale to nie jest jeszcze poziom „Transformers”. Sama intryga oraz punkt wyjścia jest bardzo intrygujące, dodając kopa. Już od pierwszych scen czuć tutaj fetyszyzowanie oraz szacunek reżysera do armii (zaczynamy od pogrzebu w deszczu), przy jednoznacznym ataku na urzędników państwowych i szefa FBI. Ci są pokazani jako manipulatorzy, ukrywający wiele tajemnic by osiągnąć swoje cele. I po raz pierwszy u Michaela Baya trzeba ratować świat, który tutaj ma rozmiary San Francisco, czyli stawka jest poważniejsza. I muszę przyznać, że ta prosta opowieść wciąga jak cholera. Reżyser z jednej strony jest bardzo kameralny – jak na Baya – ale same sceny akcji potrafią podnieść adrenalinę z kopytem. Nieważne czy mówimy o szalonym pościgu samochodowym (co z tego, że ściganym jest skazaniec wypuszczony po ponad 30 latach, który zapierdala niczym rajdowiec), wykradzenie rakiet z gazem czy wszelkie strzelaniny dziejące się w Alcatraz. Wszystko zrobione płynnie, dynamicznie i z zaskakująco niewielką ilością eksplozji (pod koniec jest jedna, ale wyglądająca cudownie). W tle gra bardzo bombastyczna muzyka (współautorem jest Hans Zimmer i to czuć), montaż jest bardzo dynamiczny a’la Tony Scott, nie brakuje ciętego humoru oraz paru dziur logicznych. Bay jest tutaj w olimpijskiej formie.

twierdza2-2

Jeszcze bardziej interesująca jest tutaj obsada. Niedoświadczonego w polu agenta Goodspeeda gra ówczesny gwiazdor kina akcji Nicholas Cage. I bardzo dobrze sobie radzi jako człowiek zmuszony do podjęcia działań jakich nie robił, pod wpływem dużej presji. Mam tylko jeden problem z tą postacią, że co parę minut zmienia się z trybu troszkę nieporadnego agenta w zdeterminowanego oraz upartego skurczybyka. Powinno być to bardziej konsekwentnie poprowadzone. Film kradnie dla siebie Sean Connery jako Mason – bardzo opanowany, twardy szpieg, który nie budzi zaufania, idący raczej swoimi ścieżkami. Najlepszy z całego grona jest jednak Ed Harris jako generał Hummel. To nietypowy czarny charakter, którego motywacja potrafi wzbudzić zrozumienie a nawet sympatię. Nie jest przerysowany, demoniczny czy okrutny, ale bardzo ludzki. To się nie zdarza zbyt często w tym gatunku.

twierdza2-3

Nie dziwię się, że „Twierdza” jest uznawana za najlepszy film w karierze Baya. Jest wszystko to, co w kinie akcji być powinno: brawurowe sceny akcji, świetne aktorstwo oraz bardzo pewna realizacja. Owszem, zaczyna wkraczać tutaj patos, wojskowy sprzęt jest wręcz nachalnie pokazywany, jednak Bay nie przekracza granicy dobrego smaku i dostarcza masę przyjemności. Welcome to the Rock.

8/10

Radosław Ostrowski

Psy 3. W imię zasad

Franz Maurer – nie ma chyba w Polsce nikogo, kto nie słyszałby tego nazwiska. Były ubek, były policjant, skazaniec. Człowiek, który wie o zabijaniu więcej niż ktokolwiek z osób czytających. Teraz wychodzi po 25 latach z więzienia i czeka na niego niespodzianka z Rosji. Ma siedem dni na odzyskanie kasy, a właściwie tej części, co zniknęła w „dwójce”. Inaczej zginie on albo jego stary znajomy Waldek Morawiec. „Nowy” ma swoje problemy, bo zaginął mu syn i nie może się z nim skontaktować. Drogi obydwu panów przecinają się.

psy3-1

Władysław Pasikowski wraca do swojego sensacyjno-gangsterskiego świata. Ale czy 25 lat przerwy nie spowodowało, że Franz i Nowy troszkę nie „zardzewieli”? Bo czasy zmieniły się gwałtownie, a starzy ludzie są tutaj zwyczajnie niepotrzebni, spychani na margines. Franz jest starym bandziorem, bez rodziny, bez perspektyw; Nowy przeszedł na rentę i niby ma rodzinę, ale czuje się troszkę pusty bez swojej pracy. No i jeszcze młody pies, czyli komisarz Witkowski – twardy, bezkompromisowy, nie idący na żadne układy. Cała trójka prowadzi jedno dochodzenie, czyli zaginięcie syna Nowego oraz odkrycie korupcji w policji. Niby to już widzieliśmy, sama akcja toczy się raczej niespiesznie, okraszona miejscami smolistym humorem, a jednak potrafi wciągnąć. Czuć jednak pewną anachroniczność, mimo wykorzystania nowoczesnej technologii. Kobiety są tutaj spychane na bardzo daleki plan, dialogi pełne bluzgów, zaś bohaterowie stają się trzymać swoich zasad.

psy3-2

Muszę się przyznać, że Pasikowski nadal czuje swoje postacie. Nie należy się jednak spodziewać klimatów kultowej części pierwszej. Żadnego obrazoburstwa, politycznych wątków oraz ataków na nową władzę, co wielu może rozczarować. Bliżej tutaj do części drugiej, choć jest ona bardziej kameralna i mniej widowiskowa. Reżyser gra też na nostalgii (co akurat jest nieuniknione), mimo tego, że obecność starych bohaterów jest albo śladowa (Wolf, Stopczyk), albo tylko się o nich wspomina. Fabularnie wiele rzeczy jest potraktowanych skrótowo (Franz obsługujący smartfona czy postawa komendanta wobec swoich skorumpowanych podwładnych), a pewne postaci pojawiają się i znikają (policjant Lewar czy gangster Spinaker). Dodatkowo też zakończenie mnie nie usatysfakcjonowało, jakby stawiając całość w zawieszeniu.

psy3-3

Aktorzy też się tutaj bardzo dobrze prezentują, stając się najmocniejszą kartą w talii Pasikowskiego. Linda to nadal stary, dobry Franz i nawet nie czuć tak bardzo fizycznego zmęczenia. Ciągle cyniczny, lojalny oraz nie bawiący się w półśrodki. Najbardziej zaskoczył mnie Cezary Pazura, a jego przechodzi mocną ewolucję. Kiedyś idealista, dzisiaj człowiek rozczarowany oraz pełen gniewu, który eksploduje. Aktor pokazuje, że jeszcze nie powiedział ostatniego słowa. Z nowych postaci najbardziej wybija się Jan Frycz jako cwany, choć też mający swoje zasady „Panicz” oraz Marcin Dorociński, czyli ostatni sprawiedliwy na komendzie Witkowski.

Mimo wielu wad, nie jestem w stanie nie lubić nowych „Psów”. Pewnie przemawia za mną ten nostalgiczny pociąg, ale też i moje niezbyt wysokie oczekiwania. Podejrzewałem, że „trójka” powstała w imię kasy niż zasad, jednak jako czysto kryminalna historia trzyma poziom.

7/10

Radosław Ostrowski

Aquaman

Arthura Curry poznaliśmy w niesławnej „Lidze Sprawiedliwości” (nadal nie obejrzałem), jednak sam odbiór filmu był bardzo ostry. Zamiast budowy uniwersum DC, doszło do zmiany warty (stery w sprawie produkcji filmów z tego świata przejął Walter Hamada, a Zack Snyder został zwolniony) oraz tworzenia filmów niekoniecznie ze sobą powiązanych. Być może kiedyś zostaną one połączone jak produkcje Marvela, ale wyniki box office na razie są zadowalające w kwestii obranego kierunku. Oznaką nowego stał się film Jamesa Wana, twórcy „Piły” i „Obecności”.

aquaman1

Arthur mieszka w mały miasteczku na wybrzeżu razem z ojcem latarnikiem. Jego matka była królową podwodnej Atlantydy. Problem w tym, że ci pod wodą nie przepadają za nami lądowcami, a wszelkie kontakty z nimi są traktowane jak zdrada. Dlatego matka musiała wrócić do siebie, a Arthurek został na lądzie. Z czasem zaczął odkrywać pewne umiejętności (rozmowy z podwodnymi zwierzętami czy zanurzanie się bardzo głęboko pod wodę) i przechodził treningi pod okiem przyjaciela matki. Przychodzi jednak moment w życiu każdego bohatera, że – niczym słynny elektryk z wąsami – nie chce, ale musi. Nasz Człowiek-Rybak musi objąć tron Atlantydy, inaczej jego przyrodni brat doprowadzi do wojny. Jednak by odzyskać swoje dziedzictwo, trzeba odnaleźć mityczny trójząb pierwszego władcy.

aquaman2

Reżyser Wan kompletnie nie udaje, że robi film oparty na komiksie. Żadnego realizmu a’la Nolan czy mrocznych i ciężkich klimatów a’la Snyder. To samoświadome, kiczowate kino klasy B, gdzie fabuła może i jest schematyczna, ale ważniejsza jest realizacja oraz sama wizja świata. Czy może być poważny film, gdzie mamy ludzi jeżdżących na delfinach czy wielorybach z laserowo strzelającą bronią, zaś jedną z ról gra Dolph Lundgren? Sama historia to klasyczna droga bohatera, który musi pokonać swoje demony, zmierzyć się z wrogami oraz osiągnąć cel. Tylko, że nasz bohater to taki heros mimo woli, zmuszony przez inne czynniki. Nie chce korony i władzy, lecz chronić swoich najbliższych. Może wydawać się to przewidywalne, jednak zaskoczyła mnie realizacja.

aquaman3

Sama akcja jest odpowiednio widowiskowa, a najbardziej zaskoczył mnie fakt, że wiele z tych scen jest kręconych w jednym ujęciu. Kamera wręcz tańczy dookoła, ale wszystko jest jasne i czytelne. Największe wrażenie były starcia Aquamana z Black Mantą oraz Mery ze ścigającymi ją ludźmi z Atlantydy. Ponieważ oboje są rozdzieleni, kamera przeskakuje z postaci na postać i robi to tak płynnie, że nie ma dezorientacji w terenie. Czuć wielki rozmach, a samo podwodne miasto wygląda imponująco. I nie chodzi tylko o komputerowe efekty, ale także o scenografię (m.in. ukryta na Saharze kuźnia czy miejsce spotkania króla Orma z Nereusem) czy nasycone kolorami stroje. Nie można oderwać oczu od filmu, zaś zakończenie sugeruje ciąg dalszy.

aquaman4

Aktorzy świetnie się bawili, co także czuć, a nie udaje się to każdemu. Jason Momoa do tej roli pasuje idealnie, pozornie sprawiając wrażenie osiłka, co wszelkie problemy rozwiązuje pięściami. Albo głową (nie w sensie, że myśli, choć ma przebłyski), budząc sympatię aż do ostatniej minuty. Chcę go więcej. Partnerująca mu Amber Heard jako Mara jest równie cudowna, zaś ich relacja oparta na docinkach, sarkazmie to coś troszkę innego niż spodziewalibyśmy się po kinie superbohaterskim. Jest też aż dwóch łotrów, których motywacja jest prosta (walka o władzę oraz klasyczna zemsta), lecz efektywna. Zarówno Patrick Wilson (król Orm), jak i Yahya Abdul-Mateen II (Czarna Manta) wypadają bardzo dobrze, co w przypadku czarnych charakterów nie jest takie łatwe. Niestety, jest jeden słaby punkt, czyli Nicole Kidman jako matka Arthura. Na ile jednak to wina scenariusza, a na ile pozbawionej mimiki twarzy (jak się wstrzykuje botoks, by zatrzymać urodę, tak to się kończy – o tym może kiedy indziej) nie umiem stwierdzić. Wiem za to, że aktorka wypadła sztucznie, nawet jej głos sprawiał wrażenie wypranego z emocji. Ale na szczęście pojawia się bardzo krótko, więc można to przeboleć.

„Aquaman” to prosta, bezpretensjonalna rozrywka, która nie udaje czegoś, czym nie jest. A jest drogim widowiskiem, ze świetnie sfilmowanymi scenami akcji, charyzmatycznym bohaterem oraz pasją. Takie połączenie zdarza się niezbyt często i jest tak wyważone. Czekam na sequel.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Długi pocałunek na dobranoc

Shane Black to ten typ twórcy filmowego, który ma bardzo określony i wyrazisty styl. Robi kryminały okraszone czarnym humorem, z niedopasowanym duetem protagonistów i zawsze dziejące się w okolicy Świąt Bożego Narodzenia. Jednak Black to przede wszystkim scenarzysta, a ta formuła najbardziej rozwinęła się w kultowej „Zabójczej broni” Richarda Donnera. A w 1997 roku napisał scenariusz, za który dostał aż 3 mln dolarów, film okazał się klapą, zaś Black… zniknął z branży na bardzo długie lata. Ale po kolei.

Kiedy poznajemy Samanthę jest zwykłą kurą domową. Pracuje jako nauczycielka w jakimś małym miasteczku, pracuje jako nauczycielka, ma męża i córkę. Tylko, że kompletnie nic nie pamięta. Ani skąd się tu wzięła, ani skąd ma te blizny na ciele, ani czym się zajmowała przed pojawieniem się w okolicy 8 lat temu. Wynajęcie prywatnego detektywa, Mitcha Hennessey’a, nie bardzo pomaga w rozwiązaniu sprawy, która tkwi w martwym punkcie. Wszystko się zmienia w momencie, gdy z więzienia ucieka mężczyzna i próbuje zabić kobietę. Bezskutecznie. Przy okazji detektyw odnajduje dawne mieszkanie oraz kilka przedmiotów. Oboje pakują się w potężną aferę.

dlugi pocalunek1

Tym razem za kamerą stanął fiński reżyser Renny Harlin, który tuż przed realizacją filmu poniósł sromotną porażkę awanturniczo-przygodową „Wyspą piratów”. I muszę przyznać, że reżyser nie stracił pazura, a intryga jest odpowiednio pogmatwana, naznaczona krwią, seksem oraz trupami. W dość sporej ilości, co jest standardem świątecznych dzieł Blacka. Ciężko się w tym wszystkim połapać, powoli odkrywanie są kolejne sznurki oraz postacie. Dialogi są przesiąknięte ciętym oraz czarnym humorem, akcja jest odpowiednio widowiskowa, szalona (pościg między autami a Samantha ściga i kasuje pojazd złoli jadąc na łyżwach) oraz świetnie zmontowana. Jest parę momentów mocno naciąganych jak ucieczka z zamrażarki czy ostatnie pół godziny, ale to wszystko wydaje się być żartem, parodią gatunku kina akcji.

dlugi pocalunek2

Sam duet głównych bohaterów jest też dość nietypowy. Nie tylko dlatego, że jest damsko-męski, ale to kobieta tutaj dowodzi. Choć początkowo Samantha wydaje się cichą myszką, zaś jej niejasna przeszłość nawiedza w snach, z czasem zaczyna dochodzi do pewnego zderzenia osobowości: delikatnej i wrażliwej matki oraz bezwzględnej, chłodnej zabójczyni. Początkowo te przejścia osobowości wydają się mieć charakter komediowy (krojenie nożem) i mogą wydawać się niekonsekwentne, ale udaje się twórcom wygrać konflikt tych sprzecznych osobowości. Choć przemiana z szarej myszki w twardą, bezwzględną dominę może się wydawać zbyt gwałtowna, a Geena Davis balansuje między powagą a zgrywą.

dlugi pocalunek3

Partneruje jej za to kradnący film Samuel L. Jackson w roli troszkę niezbyt rozgarniętego detektywa Hennessey’a. Może nie jest skończonym idiotą, ale pakuje się w poważniejszą kabałę oraz o wiele groźniejszych przeciwników od siebie. Próbuje ratować sytuację sprytem, ciętym humorem i cojones, a jego tło przypomina cynicznych twardzieli w rodzaju Hallenbacka z „Ostatniego skauta”. Równie wyraziste są role antagonistów w wykonaniu wyluzowanych, ale i odpowiednio ostrych Craiga Bierko oraz Davida Morse’a.

„Długi pocałunek…” jak na kino akcji jest niepoważnym dziełem, zrealizowanym bardzo serio. Dla Harlina i Davis to był ostatni duży tytuł w ich karierach, zaś sama historia – mimo wielu bzdur oraz miejscami szwankującej logiki – jest satysfakcjonującym, pełnym adrenaliny akcyjniakiem w starym stylu. 

7,5/10

Radosław Ostrowski

Pewnego razu… w Hollywood

Nie wiem, czy jest jakikolwiek kinoman, który nie zetknął się z przynajmniej jednym filmem Quentina Tarantino. Ten postmodernista, który w swoich filmach bawi się gatunkami, konwencjami, żongluje cytatami i tworzy wręcz szalone wizje świata. Bo tylko u niego może dojść do udanego zamachu na Adolfa Hitlera. Między innymi. Ale jego ostatnie dzieło miało być zupełnie inne, bo w tle miały być prawdziwe, dramatyczne wydarzenia, czyli śmierć Sharon Tate w lipcu 1969 roku. Kto jednak spodziewał się dokumentalnej rekonstrukcji, musiał być strasznie rozczarowany.

Problem jednak w tym, że ta historia jest tak naprawdę tłem dla wydarzeń końca ery hipisowskiej. Bohaterami filmu są Rick Dalton oraz Cliff Booth. Pierwszy to podstarzała gwiazda telewizyjnych westernów, drugi to jego przyjaciel i kaskader. Obaj panowie próbują się odnaleźć w nowej rzeczywistości, gdzie popularne są westerny (także te włoskie) oraz produkcje bardziej brutalne. Obaj panowie są sąsiadami Sharon Tate i Romana Polańskiego.

pewnego razu w hollywood1

Pierwsze, co rzuca się w przypadku tego dzieła to fakt, że w sumie nie posiada on jako takiego scenariusza. O co mi chodzi? Całość to ciąg scenek, mających na cel sportretowanie (w bardzo nostalgiczny sposób) realiów lat 60. Hollywoodu. Epoki, gdzie ludzie czuli się na tyle bezpiecznie, że nie zamykali drzwi, grali muzykę w radiu i balowali do wieczora. Gdzie aktorom telewizyjnym dość ciężko było się przebić do dużego ekranu. Gdzie w tle grała muzyka rockowa, popowa i jazzowa, a jeździły bardziej eleganckie wozy. Czuć tutaj rękę reżysera, bo jest i troszkę łamana chronologia, bardzo charakterystyczne dialogi oraz skupienie na detalach.

pewnego razu w hollywood2

Tylko, że to wszystko nie angażuje tak bardzo jak poprzednie filmy mistrza. Dla mnie ta konstrukcja jest dla mnie zbyt rozwlekła, przez co mniej mnie to wszystko obchodzi. Szczegółowość w odtworzeniu realiów epoki jest imponująca: od neonów przez rekwizyty, kolorystykę, kostiumy po takie przedmioty jak telewizory, plakaty czy kubki. To wszystko potrafi zrobić ogromne wrażenie. Tak samo jak oprawa muzyczna, która kojarzy się z tą epoką. Nie brakuje też kilku fantastycznych scen (Rick załamujący się w przyczepie i rzucający wyzwiskami, Cliff wskakujący na dach, rozmowa Ricka z dziewczyną na planie), które zapadną w pamięć. One też powodują, że troszkę cieplej myślę o tym filmie. Ale tylko troszkę.

pewnego razu w hollywood3

No i jaką fenomenalną obsadę udało się tutaj zebrać. Błyszczy tutaj kapitalny duet Leonardo DiCaprio/Brad Pitt. Czuć tą silną przyjaźń między tymi facetami, powoli zmierzającymi raczej ku końcowi swojej kariery. Jednak to postać Pitta jest bardziej przyciągająca uwagę swoją mroczną przeszłością oraz umiejętnościami fizycznymi, choć Leo ze swoim lekko jąkającym się głosem też potrafi zaintrygować. Poza nimi drugi plan jest przeładowany wręcz bardzo rozpoznawalnymi nazwiskami: od świetnego epizodu Ala Pacino (producent Martin Schwartz) przez zjawiskową Margaret Qualley (Pussycat) i szorstkiego Mike’a Moha (bardzo zarozumiały Bruce Lee) aż po Bruce’a Derna (zmęczony George Spahn) oraz opanowanego Timothy’ego Olyphanta (aktor James Stacy). No i jest jeszcze przepiękna Margot Robbie w roli Sharon Tate, która tutaj wydaje się pełnić rolę symbolu całej epoki – niewinna, pociągająca i budząca sympatię. Być może dlatego ten występ nie zrobił na mnie takiego wrażenia jak się spodziewałem.

pewnego razu w hollywood4

Troszkę tak marudzę na ten film Quentina, ale prawda jest taka, że jest to kawał dobrego kina. No właśnie, tylko dobrego kina, ponieważ po takich twórcach zawsze oczekuje się rzeczy wybitnych, wielkich albo co najmniej bardzo dobrych. Ale nie zawsze można być w najwyższej formie, prawda?

7/10

Radosław Ostrowski

Szklana pułapka 2

Wszyscy pamiętamy jak w 1988 roku porucznik John McClane w Święta spuścił łomot niemieckim terrorystom w Nakatomi Plaza. Wydawałoby się, że już będzie miał święty spokój i kolejne Boże Narodzenie spędzi tak, jak tradycja nakazuje. W domu, z żoną, dziećmi, choinką oraz prezentami. Tylko trzeba odebrać żonę z lotniska w Waszyngtonie. Problem w tym, że lotnisko zostaje opanowane przez grupę byłych wojskowych, a ich celem jest przewożony wojskowym samolotem generał Esperanza.

szklana pulapka2-1

Do realizacji tej części nie pojawił się John McTiernan, który w tym czasie realizował „Polowanie na Czerwony Październik”. Zamiast niego wskoczył fiński twórca Renny Harlin, dla którego był to pierwszy duży projekt. Muszę przyznać, że bardzo lubiłem oglądać dwójkę, choć nie byłem świadomy znajomości całej serii. Ale z dzisiejszej perspektywy muszę przyznać, iż ta część z każdym seansem zacząłem dostrzegać więcej wad. Sama historia to w zasadzie powtórka z rozrywki, tylko na większą skalę. Zamiast dużego budynku jest lotnisko, zamiast jednego głównego przeciwnika jest go aż trzech i żaden nie nazywa się Gruber. Nie mają tej charyzmy, a ich motywacja jest tak nudna, że zapomina się o niej od razu.

szklana pulapka2-2

Do tego wraca największy problem poprzedniej części, czyli niekompetentni, pozbawieni inteligencji policjanci. Zwłaszcza dowódca policji lotniskowej (Dennis Franz), który jest tak przekonany o swojej nieomylności, że staje się prawdziwym wrzodem na dupie. Sama akcja jest tutaj bardziej widowiskowa, nie pościgów (scenka ze skuterami), strzelaniny mają swoje tempo, a finałowa bijatyka na skrzydle samolotu dalej angażuje. Ale dla mnie największym problem w realizacji jest słabnące w połowie filmu napięcie. Nie pomaga także przeskakiwanie z lotniska w samolot z żoną Johna na pokładzie, co zwyczajnie dezorientuje.

szklana pulapka2-3

Nadal sytuację ratuje Bruce Willis, który jest wręcz nie do zdarcia. To nadal cyniczny twardziel, który pojawił się w złym miejscu i złym czasie, co nie przeszkadza mu walczyć do samego końca. Ciągle mu kibicowałem, choć próbuje dokonywać wyczynów godnych herosa (próba uratowania samolotu przez zniszczeniem), pozostaje szarym gościem i chce wykonać swoją robotę jak najlepiej. Reszta postaci prezentuje się solidnie, zarówno William Sadler (pułkownik Stuart), Franco Nero (generał Esperanza) czy Fred Dalton Thompson (Thudeau). Niemniej nie ma tutaj kogoś na tyle wyrazistego, by skupić na sobie uwagę.

Druga część „Szklanej pułapki” to solidne kino akcji, które jest dobrze wykonane i ma parę imponujących scen. Jest mocno wtórny i troszkę brakuje mu paru własnych pomysłów, jednak nadal stoi na własnych nogach oraz dostarcza wiele frajdy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Blade: Mroczna trójca

Eric Brooks znany jako Blade powraca. Problem jednak w tym, że swoimi ostatnimi akcjami staje się coraz bardziej lekkomyślny. Kiedy zamiast wampira zabija człowieka, zaczyna się polowanie na łowcę wampirów przez policje oraz FBI. Jego kryjówka zostaje wykryta, Blade schwytany, a Whistler ginie (znowu, ale tym razem ostatecznie). Podczas przesłuchania łowca wampira i zostaje odbity przez grupę zwaną Nocnymi Łowcami – niedoświadczoną ekipą łowców z kilkoma fajnymi gadżetami. A wsparcie będzie naszemu Chodzącemu za Dnia potrzebne, bo wampiry odnalazły samego Draculę.

blade3-1

Tym razem za nowego Blade’a odpowiada sam scenarzysta serii David S. Goyer. I powiem szczerze, że to nie była zbyt dobra decyzja. Brak doświadczenia reżysera jest tutaj mocno odczuwalny, zaś sama historia jest zwyczajnie nudna i nieangażująca. Sam pomysł scalenia Blade’a z nową grupą ludzi polujących na krwiopijców był naprawdę niezły. Tylko, że całość nie wnosi niczego nowego w kwestii tego świata, zaś same wampiry przypominają grupę narwanych nastolatków. Dracula też wydaje się tylko pionkiem w tym świecie, gdzie sam wampiryzm nie jest traktowany poważnie. A cała rozróba oraz konfrontacja Łowców z wampirami to mieszanka głupoty (dobranie się do siedziby Łowców), zbiegów okoliczności, czerstwych żartów oraz znowu pocięta w montażu. Dialogi są aż zbyt ekspozycyjne, historia przewidywalna, a sam Blade zostaje zepchnięty na drugi plan.  W filmie, gdzie jego ksywa jest w tytule.

blade3-2

Początek nie zapowiada katastrofy i obudzenie Draculi wygląda naprawdę nieźle. Same zdjęcia też są ok, ale Goyer kompletnie nie radzi sobie z reżyserią. Także sama postać Blade’a zostaje zmarnowana i ograniczona do wyglądania cool, rzucania one-linerami. Nawet, gdy walczy, sprawia wrażenie znudzonego niczym Steven Seagal ostatnimi laty. Brakuje tutaj czegokolwiek angażującego, zaś drugi plan potrafi zirytować (Ryan Reynolds nawet potrafi rozbawić). A główny antagonista jest tak nijaki i pozbawiony charyzmy, że musiałem złapać się za głowę. To jest ewidentna wtopa obsadowa.

blade3-3

„Mroczna Trójca” zarżnęła cała franczyzę, a Blade już nigdy nie wrócił w takiej chwale jak w pierwszych dwóch częściach. Potwierdza też tezę, że nie każdy nadaje się na reżysera.

5/10

Radosław Ostrowski