Daybreakers – Świt

Ile już było filmów o wampirach? Nie miałbym nawet czasu i miejsce na wymienienie ich wszystkich, a pomysłów zwyczajnie brakuje. Nie oznacza jednak, że nie próbowano szukać nowych pomysłów na temat krwiopijców. W 2009 roku debiutujący bracia Spierig zrealizowali „Świt”, obiecując coś nowego. Ale czy jest to satysfakcjonujące doświadczenie?

Jest rok 2019, wybucha epidemia zmieniająca ludzi w wampiry, którzy hodują sobie ludzi jak pożywne jedzenie. Ludzie są przechowywani przez wielką korporację, zajmującej się dystrybucją ludzkiej krwi. Problem jednak jest taki, że minęło 10 lat, zaś ludzi zostało mniej niż 5% populacji. A niedostarczenie zapasów zmienia ludzi w zmutowane, coraz bardziej osłabione monstra zwane upadłymi. Jednym z przemienionych wampirów jest hematolog, Edward Dalton. Chcąc dać szansę na przetrwanie wampirom, pracuje nad stworzeniem substytutu zastępującego ludzką krew. Przypadkowo naukowiec trafia na samochód, gdzie przebywają ukrywający się ludzie. Oni, kierowani przez Lionela Cormaca twierdzą, że jest sposób na rozwiązanie tego problemu.

Sama koncepcja „Świtu”, gdzie wampiry dominują nad światem, a nie siedzą w cieniu to było naprawdę coś. Wampiry też są rozwarstwione, chodzą do pracy (oczywiście nocą), są politykami, policjantami czy żołnierzami. Oczywiście poruszają się nocą po mieście, a w dzień – bo słońce nadal je zabija – siedzą w domu, a jeśli muszą się przemieszczać to w autach ze specjalnymi szybami, co nie przepuszczają promieni słonecznych. No i ukrywająca się ludzkość, skazana na zagładę – to dawało wielkie pole do popisu. Muszę przyznać, że pierwsze 40 minut dostarczyło mi masę frajdy. Świetne zdjęcia, utrzymane w czerni i zieleni budują klimat niepokoju oraz tajemnicy.

To się oglądało naprawdę przyjemnie, choć moment spotkania Edwarda z Lionelem zmienia ton oraz tempo. Zaczyna pojawiać się więcej akcji, strzelania (kusze ze strzałami wybuchowymi vs strzałki usypiające) oraz szeroko pojęta rozpierducha. Pojawia się wiele pytań oraz potencjalnie ciekawych wątków, które nie zostają pogłębione: relacja Edwarda z bratem-wojskowym, działanie korporacji, struktura ruchu oporu. Dość ciekawym pomysłem jest sposób na wyleczenie z wampiryzmu, ale tego wam nie zdradzę. Zaczyna się jatka (całkiem fajnie zrobiona, z porządnymi efektami specjalnymi) oraz rzucane klisze, przez co oryginalność pozostaje tylko w warstwie wizualnej oraz kapitalnej muzyce.

Jeśli coś jeszcze trzyma całość w ryzach, to jest to zasługa aktorów. Ethan Hawke w roli Edwarda, czyli naukowca-wampira mimo woli sprawdza się dobrze. A to mnie akurat nie dziwi, ale szoł kradną świetnie bawiący się Willem Dafoe i Sam Neill. Pierwszy jako lider ruchu oporu dodaje odrobinę luzu i ciętego humoru, drugi złowrogie spojrzenie oraz charyzmę. Ale nawet oni nie są w stanie ukryć mielizn i niedoróbek scenariusza. Tym bardziej boli, że „Świt” nie do końca wykorzystuje potencjał na stworzenie oryginalnego filmu o wampirach.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Magnezja

Pogranicze polsko-sowieckie w okresie przedwojennym do bezpiecznych nie należało. Bardzo duża przestrzeń pozwala na przemyt i dawało tło niemal godne Dzikiego Zachodu. Do tego wniosku doszedł reżyser „Disco Polo” i postanowił zrobić pierwszy od dawna western. Obecny w sieci teaser obiecywał czysto rozrywkowe kino. Czy to się udało?

Jak wspomniałem, akcja toczy się na pograniczu polsko-sowieckim. To tutaj działa ród Lewenfiszów, który zajmuje się przemytem dla Sowietów do spółki z Lwem Alińczukiem. Po śmierci ojca rodziny, interes przejmuje najstarsza siostra, Róża. Kobieta decyduje się wejść w bardziej opłacalny interes pod postacią przemytu narkotyków. W tym samym czasie w małym miasteczku pracują bracia syjamscy Hudini (Albert i Albin), prowadzący salon fotograficzny. Jeden z nich podkochuje się w córce właściciela banku, który robi interesy z Lewenfiszami. Panowie decydują się zrobić podkop i napaść na bank. Niestety, nie wszystko idzie zgodnie z planem, a wszystko przez jedną z sióstr Lewenfiszów, Zbroję. Kobieta przypadkowo odkrywa plan braci i zostaje zabita. Sprawa się komplikuje, sytuacja staje się napięta, a do tego pojawia się inspektor Kochaj.

Czego się można spodziewać po opisie, film jest hybrydą kryminału, kina gangsterskiego oraz westernu. Od nadmiaru postaci można dostać zawrotu głowy. Są tu tajemnice rodu, wiszące w powietrzu spięcie między rodem a Sowietami czy policjantka z przeszłością. No i bracia Hudini traktowani przez otoczenie z wrogością, pragnący kasy na operację rozdzielenia. Przeskakiwanie z wątku na wątek może wydawać się chaotyczna, jednak to tylko pozory. Bochniak pewnie pokazuje skomplikowane relacje (głównie między siostrami Lewenfisz), dając każdemu szansę na poznanie charakteru i motywacji. Sama historia ma pewne momenty przestoju, ale też i parę zaskoczeń, więc o jakiejkolwiek nudzie nie ma mowy. Zaś samo zakończenie jest wręcz wystrzałowe.

Realizacyjnie „Magnezja” wygląda naprawdę bardzo dobrze. Westernowy klimat buduje muzyka Jana A.P. Kaczmarka z klasycznym dla tego gatunku instrumentarium (gitara elektryczna, harmonijka ustna, smyczki). Swoje też robi bogata scenografia oraz pasujące do epoki kostiumy, uzupełnione przez piękne zdjęcia. Plus absolutnie topowa obsada z kilkoma mocnymi kreacjami. Kolejny raz mnie zaskakuje Maja Ostaszewska, tutaj jako twarda Róża, bezwzględnie walcząca o kontrolę nad interesem i nie patyczkująca się z nikim. To ona tak naprawdę rządzi na ekranie. Cudownie się sprawdza duet Ogrodnik/Kościukiewicz jako bracia Hudini, którzy charakterologicznie są tak różni jak tylko się da. Swoje też robi Andrzej Chyra ze swoim akcentem jak szef sowieckiej bandy, charakterna Agata Kulesza jako inspektor Kochaj oraz mało mówiąca Małgorzata Gorol.

„Magnezja” potwierdza jedno: Maciej Bochniak to reżyser mający oko do kręcenia filmów i będzie zawsze wyróżniał się z tłumu. Mimo pewnych momentów spowolnienia zabawa jest przednia, intryga sprawnie poprowadzona, a zakończenie może sugerować ciąg dalszy. Czy taki powstanie? Czas pokaże, a ja chętnie bym obejrzał.

7/10

Radosław Ostrowski

Prywatne śledztwo

Taka historia mogłaby wydarzyć się nawet dzisiaj. Spędzasz sobie czas z rodziną poza miastem. Jest przyjemnie i fajnie – w zasadzie mogłoby to trwać i trwać. Powrót jednak okazuje się brutalny, bo drogę zajeżdża kierowca ciężarówki. By go uniknąć zderzasz się z drzewem, dochodzi do wypadku. Kierowca ucieka (był pijany), tracisz przytomność, a kiedy ją odzyskujesz świat staje się mniej przyjemnym miejscem. Bo twoja rodzina nie żyje, a sprawca nie zostaje wykryty. Co ci zostaje? Masz dwa wyjścia: albo próbować się pogodzić i żyć dalej, albo próbować dokonać zemsty. Taki dylemat ma inżynier Rafał Skonecki, co stracił w wypadku żonę oraz dwójkę dzieci. O jakimkolwiek spokoju nie ma mowy, zwłaszcza że w okolicy giną kierowcy ciężarówek.

PRL i kino zemsty? Na pierwszy rzut oka to połączenie wydaje się absurdalne, jednak coś takiego powstało w 1986 roku. „Prywatne śledztwo” w reżyserii Wojciecha Wójcika to hybryda dramatu sensacyjnego z kinem psychologicznym. Bo z jednej strony skupiamy się na portrecie ofiary wypadku samochodowego, która ma jeden problem: przeżyła. I to mocno niszczy jego psychikę, pokazując jego ciemną stronę. Co chwila przebijają się wspomnienia, jednak głowa nie jest już w stanie znieść bólu i samotności. Reżyser robi to bardzo oszczędnie, nie rezygnując z mrocznych kadrów. Jednocześnie mamy tutaj morderstwa kierowców ciężarówek. Ci są pijani, agresywni, nieodpowiedzialni, stanowiąc zagrożenie na drodze. Być może nawet zasługują na eliminację, ale czy na pewno? I czy wszyscy są tymi złymi? Te pytania niejako padają między wierszami, stanowiąc naddatek dla sensacyjnej opowieści.

Od połowy filmu narracja przebiega dwutorowo, bo do akcji wkracza milicja. Wiemy kto zrobił i zaczyna się zabawa w kotka i myszkę. Czekając na to kiedy odkryją trop Skoneckiego, który odpowiada za śmierć kierowców. Kiedyś przecież jeździł na motorze, nosi czarną kurtkę i kask, prawda? W scenach zabójstw przecież widzimy osobę o tym rysopisie. Samy sceny śmierci są krótkie, gwałtownie i jednocześnie satysfakcjonujące. Choć jest kilka fajnie zrobionych scen (głównie finałowy pościg), Wójcik nie szaleje. Oszczędnie skupia się na śledztwie, dając aktorom wiele do zagrania oraz kilka bardzo dobrych dialogów. Jest też jeszcze przewrotny finał z ostatnią sceną nie dającą spokoju.

A wszystko fantastycznie zagrane, ale czy może być inaczej mając w obsadzie takich mistrzów jak Roman Wilhelmi (Rafał), Jan Peszek (przyjaciel Marek), Janusza Bukowskiego (naczelnik prowadzący śledztwo) czy Jerzego Trelę (drobna rólka kapitana prowadzącego sprawę wypadku Skoneckiego). Każdy tutaj wypada bez zarzutu, nawet w drobnych epizodach, gdzie nie brakuje znanych twarzy. Nie będę jednak zdradzał, może sami rozpoznacie niektórych.

Zaskakujący przykład wyrazistego, konsekwentnie poprowadzonej sensacji od Wojciecha Wójcika. Reżyser pokazuje, że da się zrobić sensowne kino zemsty, bez stawiania na efekciarstwo i nie zapominając o psychologicznym portrecie bohatera złamanego przez tragedię. Chyba najlepszy film tego reżysera z lat 80.

8/10

Radosław Ostrowski

Solid Gold

O głośnej sprawie Amber Gold chyba każdy słyszał. Parabank, który okazał się wielką finansową piramidą, doprowadzając do utraty i defraudacji setek milionów złotych. Jak się okazało, prezes banku Marcin Plichta działał pod parasolem lokalnych polityków oraz służb specjalnych przez co ta instytucja funkcjonowała kilka lat. Aż dziwne, że dopiero teraz powstał film inspirowany tą historią, jednak by go zrealizować reżyser Jacek Bromski wziął pieniądze od TVP. Ta liczyła chyba na bardziej wyrazisty przekaz polityczny, lecz nie dostawszy go wywołała zamieszanie na poprzednim Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych. Film najpierw został wycofany, TVP zażądało zwrotu pieniędzy, zaś Bromski postanowił całość przemontować i dodać ponad 30 minut nowego materiału. Co wyszło z tego zamieszania?

Bohaterka filmu jest Kaja Miller – młoda policjantka, która podczas akcji schwytania bandyty zostaje porwana i zgwałcona. Udaje jej się jednak uciec, zabijając wszystkich, co ją przetrzymywali, lecz odchodzi z policji. Tak samo jak jej szef, Nowacki. Po ośmiu latach jednak Trójmiasto znowu wzywa ich oboje. Wszystko z powodu tytułowego Solid Gold – banku obiecującego duże zyski, lecz Komisja Nadzoru Finansowego ma wobec niego wątpliwości. Jego prezesem jest Kawecki, tajemniczy biznesmen z niejasną przeszłością. Nowacki dołącza do CBŚ i ściąga Kaję, samotnie wychowującą córkę. Sprawa nabiera rozpędu, kiedy zostaje zamordowany właściciel knajpy Sommelier. Facet był słupem, a szefem naprawdę jest jeden z ludzi Kaweckiego.

Jacek Bromski i kino sensacyjne to połączenie, które raczej zawodziło niż dawało wiele satysfakcji. Niby próbowano opisać rzeczywistość z dużymi aferami, intrygami pokazującymi powiązania policji, gangsterów, polityki, biznesu i służb specjalnych, jednak brakowało napięcia oraz było strasznie nudno. „Solid Gold” podąża tą samą ścieżką, choć początek obiecuje coś innego. Ostatecznie wracamy na stare śmieci oraz klimat z lat 90. Skorumpowani politycy, policjanci, współpraca mafii z biznesem i służbami specjalnymi PRL-u, które – mimo zmiany ustroju oraz wielu członków będących już w zaawansowanym wieku – nadal mają wpływ na obecną rzeczywistość.

Sama intryga zaczyna coraz bardziej się rozwadniać, a zamiast śledztwa skupiamy się na wielu wątkach pobocznych (zabójstwa wspólników Kaweckiego, odkrywanie wtyki, przez co napięcie słabnie. Postać Miller (porządna Marta Nieradkiewicz) zostaje zepchnięta na dalszy plan, stając się tylko pionkiem w walce miedzy Nowackim a Kaweckim. Pierwszy dalej walczy o sprawiedliwość, choć nie zawsze pozwalają mu politycy. Drugi chce zerwać z przeszłością i zacząć życie człowieka interesu, ale pojawiają się komplikacje. Problemem jest zbyt wiele postaci, jeszcze bardziej spowalniając całą historię i nie dodając zbyt wiele do historii: właściciel knajpy, prawa ręka Kaweckiego, pomocnik Nowackiego, generał Wilkosz i jego pomocnik, pewnie dłużnik, jego zona, komendant policji. Czasami gubiłem się w tym wszystkim, a kilka pozornych zaskoczeń nie działało (tożsamość zabójcy dla mnie była łatwa do odczytania).

Aktorsko jest tutaj strasznie nierówno, bo najlepiej działa tutaj duet antagonistów. Wyprany, zmęczony i zdeterminowany Janusz Gajos jako gliniarz kontra elegancko ubrany, próbujący działać sprytem Andrzej Seweryn. Obaj panowie są fantastyczni, przyciągając uwagę do samego końca. Jeśli chodzi o drugi plan to jest bajzel. Najlepiej wypada Olgierd Łukaszewicz w roli opanowanego, działającego w cieniu generała Wilkosza oraz w drobnym epizodzie Krzysztof Stroiński (Kaziak). Reszta jest albo przeciętna (Stramowski, Leonenko i – ku mojemu zdumieniu – Kościukiewicz) albo niewykorzystana (Czarnik, Hycnar, Żmijewski), co wprawiło mnie w konsternację.

Dziury, nuda, przeciętność. Ten film jest gorszy od „Anatomii zła”, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że Bromski powinien sobie odpuścić kręcenie kina sensacyjnego. Bo z filmu na film wychodzi mu coraz gorzej. Takiego marnotrawstwa tematu nie widziałem od dawna, a szum wokół niego jest niezrozumiały dla mnie.

5/10

Radosław Ostrowski

Jak zostałem gangsterem. Historia prawdziwa

Na hasło polskie kino sensacyjne obecnie jest tylko jedno skojarzenie: Patryk Vega. Nie dlatego, że jest dobry, ale ponieważ jest strasznie krzykliwy, jest skutecznie promowany oraz bardzo prostacki, wręcz prymitywny w formie. Scenariusze od niego to jest żart i pretekst do pokazania albo brutalnej przemocy, wulgarnego seksu, a widzowi nic więcej do szczęścia nie potrzeba. Konkurencją próbuje być lepszy jakościowo Władysław Pasikowski, ale obecnie nie ma takiej siły przebicia jak reżyser „Botoksu”. Ale pojawił się pewien nowy chłopak na osiedlu, mogący pokonać wroga polskiej krytyki nr 1.

„Jak zostałem gangsterem” – tytuł mówi tu wszystko i w zasadzie nie trzeba wyjaśniać. Bo w sumie to klasyczna opowieść o chłopaku, który urodził się w dziurze zwanej PRL-em. Taki rozrabiaka, co lubił się bić i miał jeden cel: zostać gangsterem. Tak jak ludzie, których widział nocą przed hotelem. Oni mu imponowali pieniędzmi, że nic ich nie ogranicza i mają władzę. I tak powoli zaczyna działać: najpierw jako mała płotka, by w końcu kierować własną ekipą przez lata 90. oraz wchodząc w XXI wiek. Wśród jego kumpli jest jeden bardzo mu bliski: to Walden – młody chłopak, któremu nasz bohater imponuje. I coraz bardziej ta więź staje się silniejsza, jednak pojawiają się komplikacje.

Takich historii było wiele i znacie je na pamięć: od zera do bohatera i z powrotem. Szablon jest bardzo znajomy. Sprawdzeni w boju kumple, dziewczyna nie znająca prawdziwego fachu, porąbani kumple po fachu, zdrada, zasady, honor, kasa. Czasami jest to wręcz mówione Wielkimi Literami, czasami jest to bardzo uproszczone, komiksowe (wstawki, gdzie bohater opowiada o tym, co się działo w okolicy). Ku mojemu zaskoczeniu jednak to wszystko działa i jest przynajmniej o dwie klasy lepsze od Vegi. Dlaczego?

Bo reżyser Maciej Kawulski stawia tutaj na dwie rzeczy: relacje i styl. Relacje między bohaterem a Waldenem przypominają początkowo coś na kształt uczeń-mistrz, by potem ewoluować na poziom ojciec-syn i to jest niejako fundament tej historii. Tu bije serce, pasja oraz energia. Reżyser mocno tutaj czerpie z kina Martina Scorsese (wykorzystanie muzycznych hitów, rytmiczny montaż, krwawa przemoc), tylko bardziej teledyskowego jak w przeplatanej scenie ślubu oraz egzekucji jednego z wrogów. Poza tym dialogi są niepozbawione bluzgów, jest troszkę golizny, ale też odrobinka humoru. Największym problemem – poza wtórnością – są niezbyt dobrze napisane role kobiece. One są tylko dodatkiem do brutalnego, męskiego świata. Czasami też jest zbyt mocno używane slow-motion, za bardzo starające się być cool. No i jeszcze jest zakończenie, które jest aż zbyt poważne oraz podniosłe, gryząc się z resztą całej narracji.

A to wszystko napędza świetnie dobrany duet aktorski. Do formy wraca Marcin Kowalczyk w roli bezimiennego bohatera, będącego także narratorem. To facet, którego doświadczenie nauczyło go zasad, których będzie się trzymał zawsze: lojalność, szacunek i inne rzeczy, których za pieniądze się nie kupi. Wypada w tej roli bardzo naturalnie, mając ciągle kilogramy charyzmy. Jednak prawdziwą petardą jest Tomasz Włosok w roli Waldena. W jego interpretacji to młody, coraz bardziej nakręcony, wręcz dziki chłopak, pragnący zaimponować bohaterowi, ale jednocześnie zaczyna przechodzić na ciemną stronę. Jego przemiana potrafi wzbudzić strach i jest poprowadzona bardzo konsekwentnie. Drugi plan ma kilka wyrazistych twarzy z Janem Fryczem (działający w cieniu Daniel), zaskakującym Jóżefem Pawłowskim („Tysiek”) oraz Piotrem Roguckim (Marian) na czele.

Tytuł, zwiastun i marketing działały bardzo na niekorzyść film Kawulskiego. Ale w ostatecznym rozrachunku okazał się kompetentnym, dostarczającym masy frajdy kinem rozrywkowym. Czasami się potyka i nie zawsze trzyma w zainteresowaniu, jednak stanowi ciekawą alternatywę dla kina Patryka Vegi. Gdyby ten drugi skupiał się na tworzeniu solidnych scenariuszy, tak by wyglądały jego filmy.

7/10

 

Radosław Ostrowski

The Old Guard

Kto z nas nie chciałby żyć wiecznie? Pragnienie to zawsze wydawało się nieosiągalne, ale jednocześnie bardzo problematyczne. O tym – pośrednio – opowiada nowy film Netflixa. Tytułowa “Stara gwardia” to oddział nieśmiertelnych ludzi. Może z tą nieśmiertelnością troszkę przesadziłem, ale bardzo szybko regenrują im się rany, niektórzy żyją od tysiącleci i walczą. O co? Czy to ważne? Nieliczną grupką kieruje Andromacha z Scytii zwana Andy, która jest najstarsza z nieśmiertelnych. Dostają nowe zadanie, ale okazuje się pułapką, by nagrać ich moce. Te chce wykorzystać szef medycznej korporacji, by tworzyć leki zwalczające choroby. Ale żeby sprawa była jeszcze bardziej skomplikowana, wiarusy odkrywają nową osobę z takimi samymi mocami – czarnoskórą żołnierkę walczącą w Afganistanie.

“The Old Guard”, czyli nowy akcyjniak Netflixa wiele czerpie z kultowego “Nieśmiertelnego”, a dokładnie sam pomysł człowieka żyjącego dłużej i praktycznie nie do zabicia. A że są to żołnierze, większy nacisk jest tutaj postawiony na sensacyjną intrygę (prostą jak drut) oraz sceny akcji. Żadnego psychologizowania problem wiecznego życia, parę rzuconych retrospekcji z dawnych czasów oraz relacja mistrz-uczennica. Tyle z tego dostajemy od reżyserki Giny Prince-Bythewood, dla której to pierwsza styczność z kinem akcji. No i to bardzo widać, bo sceny rozwałki oraz demolki są szybko cięte – na szczęście są czytelne – lecz pozbawione jakiegokolwiek mocnego kopa. Żadnej adrenaliny, żadnej ekscytacji (poza dwoma scenami z Andy). Antagonista (szef korporacji) wydaje się nijaki, pozbawiony charakteru, z nieciekawą motywacją oraz brakiem charyzmy. I jakby tego było mało, w tle dostajemy jakąś smutną, popową muzę, co mnie irytowało strasznie. Wywoływało to we mnie poczucie silnego zgrzytu, jakbym oglądał film dla nastolatków, kurde. Zakończenie obiecuje pewną kontynuację, a rzadko obecny humor troszkę punktuje, ale to troszkę za mało.

Tak naprawdę jedyną osobą, która trzyma tą całość w ryzach jest Charlize Theron. Jej Andy to mieszanka twardej, bezwzględnej siły, cynizmu, uporu oraz waleczności. Kiedy spuszcza łomot, robi to bezpardonowo, rzadko pozwala sobie na okazanie emocji, lecz kiedy sobie na to pozwala, potrafi poruszyć. Poza nią wyróżnia się najbardziej Matthias Schoenaerts jako lekko wyluzowany Booker, dodając odrobinę lekkości. Cała reszta jest raczej do zapomnienia, ze szczególnym wskazaniu na Chiwetela Ejiofora.

“The Old Guard” to netflixowy średniak, gdzie zalety nie wystarczą do przesłonięcia wad. Zamiast akcji oraz adrenaliny jest pozbawiony emocji oraz napięcia spektakl. Boli mnie to okrutnie zwłaszcza, że potencjał był tutaj ogromny, ale bezczelnie zmarnowany.

5/10

Radosław Ostrowski

Lepsze jutro II

Pamiętacie braci Kita i Ho? Jeden został policjantem, drugi bandytą i odsiaduje wyrok. Bracia znowu działają razem, ale tym razem sprawa jest o wiele poważniejsza. Policja interesuje się byłym gangsterem, a obecnie właścicielem stoczni z długami, którego podejrzewają o produkcję fałszywych dolarów. Obaj odkrywają, że za interesem stoi prawa ręka Lunga, pan Ko i chce przejąć jego interes, wcześniej likwidując go. Bracia decydują się pomóc przyjacielowi, ale czy będą w stanie wyjść bez szwanku.

lepsze jutro2-1

Rok po pierwszej części John Woo wraca do braterskiej sensacji. Tylko, czy jest to troszkę za szybko? Bo drugie “Lepsze jutro” wydaje się być filmem pozbawionym energii oraz dynamiki poprzednika. Rozumiem z czego to wynika, bo reżyser inaczej stawia akcenty. Wolniejsze tempo oraz wątek brata bliźniaka Marka, który prowadzi restaurację w Nowym Jorku, mogą wprawić w konsternację. Woo próbuje skupić się na intrydze i pare razy błądzi. Kiedy próbuje pogłębiać swoich bohaterów albo popada w śmieszność (wątek załamanego Lunga po śmierci córki odpycha przeszarżowaniem odtwórcy tej roli) albo jest zbędnym zapychaczem jak w przypadku żony Kita. Brakuje tutaj balansu, a wykorzystanie niektórych efektów specjalnych wywołuje śmiech politowania. I wygląda to po prostu kiepsko.

lepsze jutro2-2

Przez większość czasu “Lepsze jutro II” oglądałem z obojętnością, nawet mimo wrzuconej postaci Kena. Dzięki czemu trafiamy do Nowego Jorku, a obecność Chow Yun-Fata zaczyna dodawać wiele energii. Do tego momentu nawet strzelaniny wydają się jakieś takie mniej widowiskowe, przez co trzeba uzbroić się mocno w cierpliwość. Przez to zacząłem bardziej zauważać niedoskonałości oraz ograne klisze tego reżysera (nieskończona amunicja, niemal całkowita odporność na strzały).

lepsze jutro2-3

Wszystko się zmienia kiedy brat bliźniak Marka chwyta za broń i walczy z amerykańską mafią. Woo zaczyna szaleć, zaś klimat poprzednika powoli wraca na miejsce. Wisienką na torcie jest za to finałowa konfrontacja, gdzie trzech bohaterów walczy z wielokrotnie większymi siłami wroga. Wtedy w ruch idą pistolety, uzi, strzelby, pięści, a nawet granaty i… miecz samurajski. Może i jest to strasznie efekciarskie, za bardzo cool, ale ile to daje frajdy oraz adrenaliny. Właśnie ta kilkuminutowa sekwencja z równoległym montażem podnosi ocenę sequela. Względnie udanego, ale troszkę pozbawionego ikry oryginału.

7/10

Radosław Ostrowski

Lepsze jutro

Mark i Ho to dwaj gangsterzy pracujący dla Triady, realizując dla niej różne interesy. Głównym ich celem jest jednak fałszowanie dolarów. Młodszy brat Ho zostaje przyjęty do akademii policyjnej, nie znając jego działalności przestępczej. Wszystko zmienia się w momencie, kiedy Ho wyrusza w interesach do Tajlandii. Cała akcja kończy się zdradą oraz aresztowaniem Ho, a także zabójstwem jego ojca. Od tej pory młodszy brat traktuje Ho jak wroga, mimo że tamten wychodzi z więzienia i próbuje zacząć uczciwe życie.

lepsze jutro1-1

John Woo zanim wyruszył podbijać Amerykę, w swojej ojczyźnie miał reputację mistrza kina akcji. Może I historie bywały proste, oparte na znajomych schematach oraz motywach z czarnego kryminału czy kina gangsterskiego. Braterstwo, lojalność, przyjaźń, zasady, próba wyrwania się z brutalnej i krwawej przeszłości. Brzmi to wszystko bardzo znajomo, ale wszystko zależy od tego, jak się opowie oraz zrealizuje dany film. W filmie z 1986 roku chiński reżyser stawia na styl oraz efekciarską rozwałkę. Jeszcze bez gołębi, za to ze slow-motion oraz niekończącą się ilością amunicji w magazynku. Gdzie trup ścieli się gęsto, adrenalina osiąga poziom powyżej normy, a szybki montaż nie wywołuje dezorientacji ani bólu głowy. Spokojnie, Woo jeszcze tutaj nie podkręca akcji do poziomu szaleństwa z czasów USA czy wczesnych lat 90.

lepsze jutro1-3

“Lepsze jutro” ma też chwile na złapanie oddechu oraz bliższe spojrzenie na bohaterów: dumnego, twardego Marka, skupionego na pracy Kita, chcącego wycofać się z interesu Ho oraz bardzo chciwego, twardo trzymającego się władzy Shenga. Każdy z nich liczy na tytułowe lepsze jutro, ale każdy z nich interpretuje je inaczej: władzę, pieniądze, uczciwość, przebaczenie. Wszystko to jest polane w krwawo-westernowo-gangsterskim sosie, gdzie nie brakuje zarówno napięcia (zamach na domniemanego zdrajcę, zasadzka), brawurowych strzelanin oraz pędzącej na złamanie karku akcji. A także odrobiny humoru, rozładowującego napięcie (przesłuchanie dziewczyny Kit, grającej na wiolonczeli).

lepsze jutro1-2

Jest to też bardzo dobrze zagrane, choć z tego grona najbardziej wybija się Chow Yun-Fat jako twardy i pełen dumy Mark, którego energia oraz lojalność jest równa ilości wystrzeliwanych nabojów. Ale pozostali aktorzy (skonfliktowani Lung Ti oraz Leslie Chung, a także Waise Lee) wypadają bardzo dobrze, nie ustępując kroku nawzajem. Jeśli jesteście fanami Johna Woo, już ten film obejrzeliście. Jeśli nie, może być świetnym początkiem do poznania chińskiego poety przemocy.

8/10

Radosław Ostrowski

21 mostów

Nowy Jork, późną nocą. Miasto zazwyczaj śpi, ale nocą budzą się bandyci i wtedy dochodzi do wielu zbrodni. Coś o tym wie detektyw Andre Davis, którego ojciec zginął jak był dzieckiem przez paru gnojów. Już jako dorosły poszedł w ślady ojca, tylko bardziej nie patyczkował się z ludźmi, co zabijali policjantów. I przez to ma na pieńku z wydziałem wewnętrznym, ale dostaje nową sprawę. Doszło do włamania, co skończyło się śmiercią kilku policjantów. Do śledztwa dołącza policjantka z narkotykowego, bo na miejscu zbrodni znaleziony kilkaset kilo koksu.

21 mostow1

Film Briana Kirka to niemal klasyczny w konstrukcji kryminał, skupiony na śledztwie. Sama narracja przebiega dwutorowo. Z jednej strony mamy policjanta z reputacją, przydzieloną tymczasowo partnerkę oraz dużą presję czasu. Z drugiej strony mamy dwóch przestępców, działających ewidentnie na czyjeś zlecenie. Nawet oni sami nie wiedzą w co się pakują, bo zlecenie staje się dla nich skomplikowane. Czemu dragów było więcej niż planowano? I skąd się wzięło tylu policjantów? Zasadzka? Ustawka? Czy jakieś brudne, policyjne akcje na boku? To będzie próbował ustalić Davis, ale to nie będzie proste. Reżyser bardzo powoli odkrywa element układanki, chociaż dla fanów gatunku nie będą niczym zaskakującym. Niemniej trudno “21 mostom” odmówić klimatu przypominającego troszkę kino noir. Akcja osadzona niemal w nocy, jazzowa muzyka w tle, wiele ujęć na miejski krajobraz oraz powolne tempo.

21 mostow2

Nie oznacza to jednak, że twórcy rezygnują z pościgów czy strzelanin, bo tych nie brakuje. I są bardzo porządnie zrobione, lecz bez fajerwerków, służąc historii oraz budując napięcie. Wszystko jest bardzo przy ziemi, bez popisów pirotechnicznych, co sprawdza się bez zarzutu. Ale jest krwawo oraz z bluzgami.

21 mostow3

Aktorsko jest więcej niż okej, a każdy ma tutaj coś do roboty. Świetnie sprawdza się Chadwick Boseman jako Davis, który najpierw myśli, dopiero potem sięga po broń. Chociaż na początku mówi się nam zupełnie coś innego, a charyzma aktora sprawdza się tutaj bardzo dobrze. Równie wyrazisty jest duet bandytów w wykonaniu Taylora Kitscha oraz Stephana Jamesa, z czego ten drugi wydaje się bardziej opanowany i nie strzela do nikogo na ślepo. Chyba, że zostaje postawiony pod ścianą. Solidnie wspierają ich na dalszym planie Sienna Miller (detektyw Burns) oraz J.K. Simmons, nawet nie mając za wiele do roboty.

“21 mostów” ma wiele z klasycznego kryminału, a mimo schematów potrafi zaangażować i wciągnąć do samego, krwawego końca. Angaż Bosemana oraz producenckie wsparcie braci Russo zaprocentowało bardzo porządnym dreszczowcem w starym stylu.

7/10

Radosław Ostrowski

Tyler Rake: Ocalenie

Tytułowy bohater to bardzo dobrze wyszkolony australijski najemnik. Bez rodziny, żyjący od zlecenia do zlecenia, bez perspektywy i stabilizacji. Teraz dostaje kolejne zadanie, które wydaje się proste: odbicie syna szefa hinduskiego kartelu narkotykowego. Został on porwany przez konkurenta z Bangladeszu, który trzyma w garści lokalne wojsko oraz policję. Łatwo nie będzie.

tyler rake1

Netflix kolejny raz próbuje zrobić wysokobudżetowy, efektowny film akcji. Nie szczędzą pieniędzy I ściągnęli do pomocy samych braci Russo. Niestety, ograniczyli się do roli producentów (także napisali komiksowy pierwowzór, na podstawie którego powstał ten film), a za kamerą stanął współpracujący z nimi kaskader Sam Hargrave. Po sukcesach “Johna Wicka” i “Atomic Blonde” ten trend nie powinien zaskakiwać, bo kto lepiej kuma kino akcji. Więc powiem to od razu: “Tyler Rake” to klasyczny akcyjniak ze schematyczną fabułą, ale pełen adrenaliny oraz kopa. Koncepcja jest prosta, znana choćby z “Człowieka w ogniu”, czyli jednoosobowa armia z mroczną, traumatyczną przeszłością, musi dojść z punktu A do punktu B. Ale droga nie może być łatwa i prosta, bo przeciwnik ma przewagę liczebną, zna lepiej teren, zaś Tyler jest tylko gościem na tej imprezie. A co będziemy mieli po drodze? Standardowy zestaw, czyli pościgi, krew, bluzgi, mordobicie oraz świszczące w każdym kierunku strzały. Bez żadnych głębszych prób psychologizowania postaci (to akurat wychodzi najsłabiej) czy poważnego spojrzenia na Indie czy Bangladesz.

tyler rake2

Liczy się za to akcja, a ta jest zrealizowana wręcz pierwszorzędnie. Najbardziej pamięta się ponad 10-minutowa scena pościgu oraz strzelaniny zrobiona w jednym ujęciu. Kamera dosłownie pędzi z bohaterami, każdy cios i strzał jest widoczny, czytelny oraz świetnie zrealizowany. Sama choreografia oraz kaskaderka stoi na wysokim poziomie, podnosząc adrenalinę niemal do ściany. I nie ważne czy mówimy o scenie wyciągnięcia chłopaka przez Rake’a z kryjówki, bójki z dawnym znajomym czy finałową strzelaninę na moście. To podnosi całość na troszkę wyższy poziom.

tyler rake3

Jeśli jednak chciałbym się do czegoś przyczepić, to do zbyt płytkiego zarysowania tła. Właściwie poza Rake’m oraz odbijanym przez niego chłopakiem, nikogo nie poznajemy zbyt dobrze. Reszta ekipy najemników (w tym szefowa Nik Khan) pełni role dodatku albo mięsa armatniego, antagoniści wydają się papierowi i nudni, zaś protagonista to “biały zbawca świata” o aparycji Chrisa Hemswortha (świetnie pasującego do tej roli).

Niemniej muszę przyznać, że jako bezpretensjonalna rozpierducha do obejrzenia z kumplami przy piwku “Tyler Rake” sprawdza się bez zarzutu. Pewnie po obejrzeniu od razu zapomnimy (może poza mastershotem), jednak czas przy nim spędzony nie jest stracony. Coś czuję, że będzie ciąg dalszy.

6,5/10

Radosław Ostrowski