John Wick 3: Parabellum

Najsłynniejszy hitman w historii kina powraca. I jakby to powiedzieć, ma przejebane. Z myśliwego stał się zwierzyną, bo złamał zasady. A za to kara może być tylko jedna – Wielka Rada żąda jego głowy. Od tej pory Wicka chcą zabić wszyscy: Włosi, Triada, Yakuza, koty, psy, emeryci, pracownicy ZUS-u. Czy jest szansa na wyrwanie się i odwrócenie tej sytuacji? Zwłaszcza, że został już zatrudniony cyngiel.

john wick 3-1

Nikt się nie spodziewał, jakim sukcesem będzie „John Wick”. Skromny akcyjniak klasy B okazał się wielkim zaskoczeniem łączącym staroszkolnym styl z nowoczesną realizacją. A z kolejną częścią poznawaliśmy kolejne elementy działania syndykatu zbrodni. I wydawało się, że już nie da się wymyślić niczego więcej. Ale chyba nie doceniliście twórców, bo ci robią jeszcze bardziej komiksowy film, gdzie fabuła jest pretekstem do krwawej i brutalnej napierdalanki. Narzędzi zabijania jest mnóstwo: noże, pistolety, karabiny, strzelby, miecze, pięści, psy (te nawet w jaja potrafią gryźć), książka, a nawet… koń. Jebany koń. Sceny akcji w tym filmie to jakiś obłęd. Kiedy wydawało się, że drugiej części nie da się przebić, twórcy wciskają gaz do dechy. I sprawiają wrażenie, że nic i nikt ich nie ogranicza. Już walka w gabinecie z nożami pokazuje, że założenia pozostały te same. Ma być widowiskowo, efekciarsko, a adrenalina ma wylewać się ze wszystkich możliwych stron. Jest też krwawo i brutalnie, a rozmachem bije na głowę poprzednie części. Trudno wymazać strzelaninę w siedzibie Berrady czy finałowe oblężenie hotelu Continental w Nowym Jorku to prawdziwe majstersztyki. Fantastycznie sfotografowane, zmontowane oraz z pomysłową choreografią. Dla takich momentów ogląda się kino akcji.

john wick 3-2

Do tego Wick wyrusza poza Nowy Jork, by znaleźć sposób na wyjście cało z tego całego bałaganu. Stąd mamy Casablankę, tamtejszy hotel (jego szefowa to dawna znajoma Johna, która jest mu winna przysługę). A nad wszystkim kontrolę próbuje sprawować sędzia, mają osądzić samego Johna, jak i wszystkich jego sojuszników. Syndykat poznajemy coraz bardziej, kolejne zasady i ograniczenia, a także kolejnych graczy na scenie. I to wszystko nadal potrafi przykuć uwagę, stanowiąc solidną fasadę dla brutalnej drogi Wicka. Kwestie lojalności, zasad oraz możliwości decydowania o swoim losie. Niby poważne kwestie, ale to nie jest poważny film. A jedynym dla mnie problemem jest zakończenie. Z jednej strony jest to podbudowa pod „czwórkę” (pewnie niosącą tytuł „John Wick: Armageddon”), ale nie jest ono zbyt satysfakcjonujące. Liczyłem na większego kopa.

john wick 3-3

Aktorsko nadal trzyma poziom, zaś starzy znajomi nie zawodzą. Keanu Reeves nadal wyczynia cuda, a w scenach akcji wypada fantastycznie. Widać jak wiele wysiłku wykłada, a tutaj Wick przyjmuje na siebie więcej ciosów niż w poprzednich częściach razem wziętych. Na drugim planie nadal świetnie się bawi Ian McShine (Winston) z Lancem Reddickiem (Charon), próbując pomóc naszemu bohaterowi. No i jeszcze pojawia się Anjelica Huston (dyrektorka), dzięki której bliżej poznajemy przeszłość naszej protagonisty, a także Halle Berry (Sofia), dającą prawdziwego kopa.  Ale tak naprawdę film kradnie dawno nie widziany Mark Dacascos w roli Zero. Opanowany, bezwzględny zabójca i wielki fan Wicka, który nie chce, ale musi walczyć. Dodaje on odrobiny humoru, zaś finałowa potyczka z nim to czysta frajda.

john wick 3-4

O Matko Boska, jaki ten Wick jest niesamowity. Nie spodziewałem się, że jeszcze można coś wycisnąć z tej franczyzy, ale dopóki Reeves ma siły, moc i chęć, ten cykl będzie szalał oraz rozkręcał się. Nie wiem, co jeszcze można wymyślić, lecz chcę nową część już zobaczyć. O takim kinie akcji marzyłem.

8/10

Radosław Ostrowski

Potrójna granica

Było ich pięciu i razem służyli w wojsku jako komandosi. Ale potem ich drogi się rozeszły, nie zawsze na dobre. Jeden z nich „Ironhand” wygłasza mowy motywacyjne dla żołnierzy, jego brat walczy w klatce MMA, „Pope” pracuje z brazylijską policją, „Catfish” jest pilotem działającym na prywatnej sieci, zaś ich szef obecnie sprzedaje mieszkania. W końcu Pope decyduje się skrzyknąć ich wszystkich na pewną prywatną akcję. Cel jest prosty: zabicie szefa kartelu narkotykowego oraz zgarnięcie jego kasy w jego hacjendzie (jakieś 75 milionów dolców). W kompletnej tajemnicy, bez żadnego wsparcia.

potrojna granica1

Netflix jedzie na ambicji i nie boi się sypnąć kasą. Ale tym razem sięgnięto po mocne nazwiska: scenarzysta Mark Boal („The Hurt Locker”), reżyser J.C. Chandor („Rok przemocy”) oraz jako producentka Kathlyn Bigelow. „Potrójna granica” miała zadatki na mocny i ostry film sensacyjny w konwencji heist movie, z konsekwentnie realizowanymi częściami tego typu kina. Czyli zebranie ekipy, krótkie przedstawienie tła każdej z postaci, rekonesans, egzekucja akcji oraz próba odwrotu. Muszę przyznać, że reżyserowi udaje się wciągnąć w tą historię o chciwości i moralnych dylematach. Do czego można się posunąć, by osiągnąć swój cel? I nawet podejmując się niemoralnych decyzji, trzymałem kciuki, żeby im się udało. Ale kolejne decyzje oraz sytuacje, mogą już budzić pewien opór. Zabijanie, kradzież, pościgi, chciwość oraz żądza pieniądza.

potrojna granica2

Sama scena kradzieży oraz dotarcia do lotniska potrafi utrzymać w napięciu. Choć samej przemocy i krwi jest tu zaskakująco niewiele, ale to wystarcza. Problemem jednak jest moment, kiedy zaczynają się pojawiać schody. Nawet nie chodzi o to, że te problemy zaczynają się nawarstwiać (zepsucie helikoptera, sytuacja w wiosce, gdzie lokalni chcą ukraść forsę czy przechodzenie przez góry), tylko że same te okoliczności wydają się wprowadzone w sposób mechaniczny. Wszystko to wydaje się bardzo przewidywalne, a postacie zachowują się w dość nerwowy, gwałtowny sposób. Wtedy napięcie zamiast podkręcić i iść ostro w górę, zaczyna spadać. I nie pomaga w tym ani realizacja (zdjęcia oraz plenery są naprawdę ładne), ani sam scenariusz. Nie brakuje tutaj mocnych scen jak przechodzenie przez góry czy ostrzał w tej okolicy.

potrojna granica3

Najmocniejsza pozostaje obsada, gdzie czuć tutaj kompletnie chemię oraz relacje między tymi postaciami. To zgranie, silne więzy oraz zaufanie jest namacalne i dostarcza wiele frajdy. A kogo tu nie ma: Ben Affleck w jednej ze swoich najlepszych ról, Oscar Isaac jak zawsze trzymający fason, trzymający się mocno ziemi Charlie Hannam, troszkę rednecki Garrett Hedlund oraz pozornie stonowany Pedro Pascal. Ogląda się ich znakomicie.

„Potrójna granica” to film, wobec którego mam mieszane uczucia. Z jednej strony dostarcza frajdy, ma świetnych aktorów oraz obiecuje wiele satysfakcji. Z drugiej jednak nie mogłem pozbyć się wrażenie, że można było wycisnąć z tego coś, co mogło być drugim „Skarbem Sierra Madre”. Jednak klisze oraz schematy były mocniejsze.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Diablo. Wyścig o wszystko

Wydaje się, że przeniesienie koncepcji z amerykańskich wzorców na nasze podwórko, nie powinno być jakimś dużym problemem. Ale nasi twórcy nie znają słowa: niemożliwe. Czy można zrobić coś w stylu „Szybkich i wściekłych” czy gier z cyklu „Need for Speed” made in Poland?

Sam punkt wyjścia jest dość prosty: mamy młodego chłopaka o imieniu Kuba. Bierze udział w nielegalnym wyścigu i… przegrywa. Nie dlatego, że zabrakło umiejętności czy konkurent był lepszy. Po prostu nawalił samochód. A pieniądze są mu potrzebna, bo jego siostra choruje i potrzebuje kasy na operację. Dzięki znajomościom trafia do niejakiego Maxa – drobnego gangstera, zbierającego ekipę do wyścigów o dużą stawkę, zwanego Czarną Owcą. To taka gra w berka, gdzie ostatni albo złapany odpada z gry. Za całym interesem stoi Jarosz, zaś jego prawą ręką jest niejaki Kieł, mający pilnować, by wszystko szło zgodnie z planem.

diabolo1

Na pierwszy rzut oka fabuła „Diablo” nie wydaje się przesadnie skomplikowana. Ale reżyser Michał Otłowski („Jeziorak”) oraz scenarzysta Daniel Markiewicz robią wszystko, by seans uczynić nam nieprzyjemnym. Sama fabuła zwyczajnie nie wciąga, bo jest oparta na masie klisz. Postacie oraz ich motywacja są ledwie zarysowane, a wątków jest tutaj masa. Bo jest i romans między naszym Kubą a uczestniczącą w wyścigu dziewczyną (jak się okazuje to córka mafijnej szychy), spięcia między Kubą a Kłem, nielegalne walki w klatce, jakiś organizowany przemyt. Tylko, że jest to tak liźnięte tło i sprawia wrażenie zbędnego balastu. Przez to historia wydaje się rozcieńczona, a stawka kompletnie nie wyczuwalna.

diabolo2

Boli tutaj wszystko pod względem realizacyjnym. Pojawiające się efekty specjalne wyglądają tak dziadowsko, że oczy mogłoby wypalić, strasznie drażniąca muzyka próbująca podbić napięcie, strasznie ciemne zdjęcia oraz montaż. Tutaj montaż jest największym przeciwnikiem. Bo sceny pościgów wyglądały tak chaotycznie, że nie wiadomo kto gdzie jeździ, gdzie się znajduje oraz jakim autem kieruje. O dźwięku nawet nie chcę wspominać, bo dialogi (takiego cudadła nie słyszałem od czasu „Reakcji łańcuchowej”) są przez sporą część niesłyszalne. Zwłaszcza, gdy korzystają z krótkofalówek.

diabolo3

Chciałbym coś powiedzieć dobrego o aktorstwie, tylko że wszyscy nie mają za bardzo zbyt dużego pola do popisu. Mimo, że na trzecim planie nie brakuje znajomych twarzy (m.in. Mirosława Zbrojewicza, Cezarego Żaka czy Katarzyny Figury), to migają na ekranie przez parędziesiąt sekund. Zaś główne role są tak papierowe, że nie da się wejść w to. Broni się tak naprawdę tylko Rafał Mohr w roli Maxa, dodając odrobinę charyzmy do roli drobnej ryby oraz Cezary Pazura jako Jarosz. Za to jak zawsze drażni Mikołaj Roznerski jaki niby bezwzględny Kieł. Problem z nim taki, że wygląda śmiesznie, zaś jego sposób mówienia jest niewyraźny, co jeszcze bardziej irytuje.

Nie chce mi się więcej pisać o tym tytule, bo zwyczajnie nie ma o czym. Kompletnie nic tu nie działa, aktorstwo nie istnieje, zaś realizacja woła zwyczajnie o pomstę do nieba. Barbarzyństwo niewyobrażalne.

2/10

Radosław Ostrowski

Tam i z powrotem

Łódź, rok 1965. PRL-owski system nie jest dobry dla wszystkich, zwłaszcza jeśli nie jest w zgodzie z nim. Jedną z takich postaci jest dr Andrzej Hoffman – chirurg z przeszłością AK-owską. Zostawił w Anglii żonę w ciąży, zaś wszelkie próby zdobycia paszportu są skazane na porażkę. Do tego jeszcze strasznie „przykleił” się do niego pewien ubek, pragnący zmusić go do szantażu. W szpitalu poznaje Piotra Jurka – dawnego kolegę z oddziału. Niespełniony malarz, będący na utrzymaniu kasjerki. Też ma problemy z powodu przeszłości. By móc żyć w zgodzie z samym sobą, Jurek postanawia dokonać napadu na konwój bankowy, lecz nie jest w stanie tego zrobić sam.

tam i z powrotem1

Wojciech Wójcik był jednym ze speców kina sensacyjnego przed pojawieniem się Władysława Pasikowskiego. Tym razem postanowił wykorzystać prawdziwą historię napadu na bank, by odtworzyć świat uznany za dawny. Świat, gdzie w cenie było łapówkarstwo, kłamstwa, oszustwa. Ludzie starający się funkcjonować przyzwoicie byli wykluczeni albo upokarzani za swoją przeszłość. Wtedy niewygodną, a dzisiaj chlubną. Wójcik samą intrygę prowadzi bardzo powoli, mimo korzystania z konwencji heist movie. Sam napad pokazany jest w bardzo krótki sposób, lecz ważniejsze jest tutaj całe tło. Udaje się bardzo dokładnie odtworzyć mentalność oraz realia lat 60. Bardzo szczegółowa scenografia (mieszkanie Hoffmana, pani Krysi czy sale szpitalne), z masą charakterystycznych rekwizytów pokroju telewizora, płyty z pocztówkami robi piorunujące wrażenie. Sama historia, choć prezentowana bardzo powoli, potrafi wciągnąć i zaangażować. Sam napad to popis pracy montażysty (zmarłego przed premierą Marka Denysa), tak samo robotę robią zdjęcia oraz dialogi.

tam i z powrotem3

Jednocześnie reżyser niejako przy okazji stawia jedno ważne pytanie: ile można w stanie zrobić, by poczuć się wolnym? I do czego można się posunąć? Do zbrodni? Czy może warto zawsze pozostać przyzwoitym, mimo niesprzyjających okoliczności? Widać to bardzo mocno w postawach naszych bohaterów: bardzo wycofanego i antysystemowego (choć nie czyniącego tego wprost) lekarza oraz mocno cynicznego, egoistycznego Piotra.

tam i z powrotem2

Mam tylko jeden, poważny problem: nasz bohater. A w zasadzie jego nadmierna kryształowość, przez którą miałem wrażenie, że obserwuje wręcz świętego, nie człowieka. Jedynym przełamaniem tego charakteru jest udział w napadzie oraz finałowa scena (wymuszona przez producentów). Niemniej zaskoczyła mnie kameralność i precyzyjna praca scenarzystów oraz Wójcika.

tam i z powrotem4

Film na wyższy poziom wznoszą aktorzy. Kolejny raz klasę potwierdza Janusz Gajos, ale w jego przypadku to jest standard, gdzie drobnymi spojrzeniami buduje bardzo wyrazistą postać troszkę niezłomnego profesjonalisty w swoim fachu. Ale ciekawszy jest Jan Frycz jako Piotr. Troszkę egoista, który – dosłownie – dusi się w kraju, lubi troszkę wypić. Jednak jego moralność jest w odcieniach szarości, tworząc dość intrygujący duet z Gajosem. Za to na drugim planie najbardziej błyszczy śliski Olaf Lubaszenko (kulejący porucznik Niewczas) oraz wygadany i obrotny Mirosław Baka (waluciarz Król).

Moim skromnym zdaniem „Tam i z powrotem” to najbardziej dojrzały film w dorobku Wojciecha Wójcika. Fantastyczny scenariusz, bardzo pewna reżyseria oraz fantastyczne aktorstwo daje wiele satysfakcji. Bardziej ambitny film sensacyjny ze złożoną psychologią postaci.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Wielki Szu

Kim był Szu? To wielki szuler oraz oszust, który jest w stanie wygrać z każdym wszystko. Właśnie wyszedł z więzienia, ale w domu nikt na niego nie czeka. Żona zaczęła nowe życie, daje mu połowę majątku, a nasz bohater wyrusza przed siebie. Przystankiem na jego drodze jest małe miasteczko Lutyń, gdzie poznaje taksówkarza o imieniu Jurek. Młody chłopak bardzo lubi grać w karty, zaś Szu – niejako wbrew swojej woli – staje się mentorem.

wielki szu1

Dla Sylwestra Chęcińskiego najbardziej znanym dokonaniem jest trylogia o Kargulach i Pawlakach. Ale w latach 70. i 80. reżyser rzadko w rewiry kina gatunkowego. Szansą na to stała się historia kanciarza, dla którego karty nie mają żadnych tajemnic. Trudno tutaj mówić o intrydze, bo wszystko skupia się na kolejnych partyjkach, gdzie ofiarami padają zarówno drobne płotki, jak i grube ryby. Jedynym klejem dla całości jest relacja uczeń-mistrz między Szu a Jurkiem. Problem jednak w tym, że chłopak jest dość narwany i żądny pieniędzy. Czy będzie jednak w stanie wyciągnąć wnioski czy na to już będzie za późno? Chęciński bardzo zgrabnie pokazuje zarówno realia małego miasteczka, jak i dużych miast. Chociaż tutaj najważniejszymi miejscami są hotele, dancingi, knajpy czy domy nowobogackich. W tych miejscach znajdują się drobne cwaniaczki, członkowie wpływowych rodzin oraz zapaleni gracze. A że całość toczy się w czasach Gierka, kiedy modny był konsumpcyjny styl życia, wszystko zaczyna nabierać innego kontekstu. Jednak reżysera bardziej interesują drobne przekręty oraz lekcje, jakie musi wyciągnąć młody adept.

wielki szu2

Sama realizacja też jest zrobiona w sposób więcej niż solidny. Bo trudno nie zwrócić uwagi na lekko noirową w tonie muzykę Andrzeja Korzyńskiego czy stylowe zdjęcia Jerzego Stawickiego. Reżyser pewnie opowiada, podrzuca kolejne postacie (nawet jeśli ledwie zarysowane, są istotne) oraz umie budować napięcie (gra z dwoma oszustami czy finałowa konfrontacja Jurka z Denelem), w czym pomaga skupiony na detalach montaż. Do tego jeszcze parę niezapomnianych tekstów czyni z „Wielkiego Szu” film kultowy.

wielki szu4

Ale to wszystko nie miałoby wartości, gdyby nie dwie fenomenalne kreacje. Najważniejszy jest tutaj Jan Nowicki w roli tytułowej. Na pierwszy rzut oka wydaje się eleganckim oraz opanowanym dżentelmenem, lecz tak naprawdę jest bezwzględnym kanciarzem i szulerem. Z kamienną twarzą oraz wewnętrznym spokojem będzie w stanie pozbawić cię majątku. Bo on tak chce i zna masę sztuczek. Nawet jak nic nie robi, ma tonę charyzmy, jaką można obdzielić tysiące aktorów. Partneruje mu Andrzej Pieczyński i ten kontrast jest znakomicie wygrany. Jurek wydaje się być wyszczekany, pewny siebie oraz w gorącej wodzie kąpany. Wydaje się wchłaniać nauki mistrza, ale ostatnia lekcja będzie dla niego strasznie bolesna. Może jednak coś z niej wyciągnie? Z drugiego planu – dość bogatego – trudno wskazać kogoś, kto nie zapada w pamięć. Nieważne, czy to Leon Niemczyk (władczy Mikun), Karol Strasburger (Denel), Jan Frycz (pozornie twardy Jarek) czy apetyczna Dorota Pomykała (prostytutka Jola) – wszyscy trzymają poziom wysoki.

wielki szu3

„Wielki Szu” może nie ma jakiejś spójnej fabuły, a po drodze jest wiele znaków zapytania (zakończenie), nie mniej film wciąga. W zasadzie nie ma u nas zbyt wiele filmów o hustlerach, a ten godnie znosi próbę czasu, pokazując troszkę inną twarz Chęcińskiego.

7,5/10

Radosław Ostrowski

PS. Warto obejrzeć cyfrowo zrekonstruowaną wersję filmu, jeśli się pojawi w telewizji.

Kurier

Jan Nowak-Jeziorański – o tej postaci każdy pasjonat historii słyszał. Polski kurier, który przekazywał informacje rządowi na imigracji. Kiedy go poznajemy jest rok 1944, lato. Nadal trwa wojna, zaś w Polsce panuje terror. Kurier dostaje zadanie od samego premiera Mikołajczyka: dostarczyć mikrofilmy dla generała Bora-Komorowskiego oraz rozkazy dotyczące wybuchu Powstania Warszawskiego. Ale od samego początku Nowak jest ścigany przez niemieckich szpiegów, co stawia jego misję pod znakiem zapytania.

kurier1

Powiem to od razu, by nie było wątpliwości: jestem fanem Władysława Pasikowskiego. Bo kto inny byłby w stanie opowiedzieć film o tematyce historycznej w konwencji kina sensacyjno-szpiegowskiego? Historia Nowaka-Jeziorańskiego jest tak bogata, że powstałoby kilkanaście filmów. Oczywiście, „Kurier” nie jest rekonstrukcją faktów, a przede wszystkim skupia się na dwóch aspektach. Pierwszy, czyli wątek misji Nowaka, to klasyczne kino w stylu szpiegowskim. Jest obława, próby ucieczki oraz ciągła zabawa w kotka i myszkę. Polowanie na Nowaka oraz (pośrednio) na Bora i całą Komendę AK potrafi trzymać za gardło. Niemal czuć tutaj stawkę, zaś wiele scen (uwalnianie samolotu z błota, akcja w wiejskim domu) ogląda się po prostu świetnie. Reżyser skupia się na akcji, przez co nie ma tutaj miejsca na nudę. Większość czasu spędzamy z samym Nowakiem, ale przez chwilę przeskoczyć można albo na przeciwników (dwóch niemieckich oficerów) lub na dowództwo AK.

kurier2

Druga rzecz, która mnie zaskoczyła to wiarygodnie pokazane polityczne tło. Tutaj brutalnie pokazana jest postawa aliantów wobec Powstania Warszawskiego. Wszelkie nasze nadzieje okazują się złudne, co czyni dylemat naprawdę poważnym. Zdanie samego twórcy wypowiada pod koniec sam Nowak i można się z tym zgodzić lub nie. Patos w tego typu produkcji jest nieunikniony, ale jest dawkowany bez popadania w kiczowaty heroizm. Nawet te najbardziej widowiskowe momenty (eksplozja samolotu czy finałowa strzelanina) nie kłują mocno w oczy.

kurier3

Muszę jednak przyznać, że „Kurierowi” troszkę brakuje pieniędzy. Ulice naszej Warszawy wydają się niemal puściutkie, zaś obecność kilku postaci zaczyna przypominać bardziej Teatr Telewizji. Wrażenie za to robiła na mnie scenografia oraz praca kamery. Drugim istotnym problemem jest w zasadzie fakt, że o samym Nowaku nie wiemy zbyt wiele. Nie poznajemy go zbyt dobrze, zaś jego czyny nie do końca wystarczą. Niemniej film Pasikowskiego potrafi wejść i wciągnąć.

kurier4

Aktorzy w zasadzie nie mają tutaj zbyt wiele do roboty, bo znane twarze (Bonaszewski, Woronowicz, Frycz, Zamachowski, Pazura czy Orzechowski) są ograniczeni do ról epizodycznych. Zaś wcielający się w główną rolę Philippe Tłokiński robi wszystko, by czynić swoją postać bardziej charyzmatyczną. Widać jego determinację, opór oraz bezsilność wobec nadchodzących wydarzeń. I on ciągnie tą historię do końca. Z masy twarzy na drugim planie najbardziej wybija się zadziorny Wojciech Zieliński (Włodek), stonowany Tomasz Schuhardt (Kazik Wolski) oraz zaskakujący Grzegorz Małecki (Bór-Komorowski). No i jeszcze dwóch niemieckich łotrów, czyli Witze oraz Steiger (Nico Rogner und Martin Butzke), dających więcej pola do popisu.

„Kurier” mimo pewnych niedoskonałości okazuje się najlepszym filmem historyczno-patriotycznym ostatnich lat. Pasikowski, nawet lekko stępiony, potrafi walnąć z całej siły. Oby powstały kolejne historie kuriera z Warszawy.

7/10

Radosław Ostrowski

Ostatnia misja

Francja. To tutaj działa Andre Kostynowicz. Nie słyszeliście o nim, ale jest najlepszy w swoim fachu. Zabija ludzi za pieniądze na zlecenie rządu Francji. Właśnie wykończył dwoje członków Hamasu, którzy próbowali zabić premiera. Podczas akcji przechodzi chwilowe osłabienie – okazuje się, że ma guza mózgu. Nie zostaje mu zbyt wiele czasu, chyba że zgodzi się na operację. Przełożeni Kostynowicza dają mu kolejne zadanie: francuska mafia wydała wyrok na biznesmena Józefa Murana. Mężczyzna decyduje się przyjechać do Polski, bo ma kilka niezałatwionych spraw. Nie wie, że na miejscu już czeka na niego obława.

ostatnia misja1

Wojciech Wójcik był przez lata uważany za jednego ze specjalistów od kina sensacyjnego. Zawsze stawiał na wiarygodną psychologię postaci oraz obserwację rzeczywistości. „Ostatnia misja” to kolejna współpraca reżysera z Witoldem Horvathem, ale efekt nie trzyma poziomu „Ekstradycji”. Znowu mamy pokazaną III Rzeczpospolitą Aferową: korupcja na szczytach władzy, powiązania biznesu z mafią, finansowe machlojki. Do tego handel narkotykami, mafijne rozgrywki, rezydent FBI, brudy z przeszłości. Tłoczno tu i ciasno, jak na ponad półtorej godziny. Przez co ciężko pozbyć się wrażenia, że wiele wątków (bankowy dług, walka o władzę między Sztychem a Rekordem) i postaci należałoby usunąć. Choćby w przypadku córki Kostynowicza, która ma ojczyma (oskubał ją z kasy), starszego pana, będącego tak naprawdę przyjacielem Andre i jeszcze wspólnika Bruno. Ten ostatni okazuje się prawą ręką Murana oraz próbuje rządzić półświatkiem. Sama intryga jest poprowadzona troszkę przewidywalne, ale nie wywołuje to znużenia. Z czasem wszystko zaczyna się rozkręcać i jest parę zaskoczeń.

ostatnia misja2

Pod względem realizacyjnym największym problemem był dla mnie montaż. W paru scenach (m.in. akcja na początku czy wysiadanie Murana z auta) cięcia są miejscami zbyt szybkie, zaś kamera stara się przyspieszać. Napięcie próbuje potęgować zaskakująco dobra muzyka Grzegorza Skawińskiego, a dialogi nie są pozbawione humoru. Tylko, ze czegoś tutaj brakuje. Jakiegoś mocnego uderzenia czy pazura, by film zapadł mocniej w pamięć.

ostatnia misja3

Wójcikowi udało się za to zebrać ekipę bardzo dobrych aktorów, którzy wykonują swoją robotę bez zarzutu i podnoszą frajdę z oglądania. Świetnie się sprawdza Peter J. Lucas w roli Kostynowicza. Spokojny, opanowany, zawodowiec w swoim fachu, ale jednocześnie tłumiący emocje. Klasę kolejny raz potwierdza Janusz Gajos w roli tropiącego komisarza Sobczaka. Aktor znowu potwierdza swoją formę, ożywiając pozornie nieciekawą postać skutecznego gliniarza, sprawnie łączącego fakty i mającego szerokie kontakty. Tak samo złego słowa nie jestem w stanie powiedzieć o Piotrze Fronczewskim (śliski biznesmen Muran) oraz Mirosławie Bace (Bruno Wiśniewski). Ale jest jedna duża skaza w tym wianuszku, czyli Ewa Gorzelak. Aktorka w roli Moniki przez cały czas wydaje się sztuczna, jej nadekspresja irytuje, zaś kilka dialogów w jej wykonaniu brzmi fatalnie.

ostatnia misja4

Powiedzmy sobie to wprost: Wojciech Wójcik miał lepsze filmy w swoim dorobku niż „Ostatnia misja”. Mimo wielu wad oraz klimatu lat 90., potrafi wciągnąć i dostarczyć odrobinę rozrywki. Tylko, że można było z tego wycisnąć więcej.

6/10

Radosław Ostrowski

Eskorta

Cała historia wydaje się być prosta niczym konstrukcja cepa. Mamy tutaj elitarną jednostkę paramilitarną zwaną Overwatch, działającą jako komórka CIA składająca się z najbardziej przewidujących, doświadczonych agentów. Takich jak James Silva, którzy na przykład są w stanie zniszczyć komórkę rosyjskich terrorystów. Jednak cała intryga skupia się gdzieś w azjatyckim kraju, gdzie przed ambasadą USA trafia gliniarz Li Noor. Mężczyzna posiada cenne informacje dotyczące skradzionego cezu, ale w zamian chce azylu w USA. z ambasady do samolotu jest dystans 22 mil do pokonania.

eskorta (2018)1

Peter Berg nadal jest w swoim żywiole, czyli kinie akcji oznaczonym patriotyzmem oraz twardymi facetami. Sam punkt wyjścia może wydawać się znajomy, choćby dla tych, co widzieli „16 przecznic” Richarda Donnera, jednak tutaj reżyser próbuje bardzo udynamicznić całą akcję. Nie brakuje strzelanin, eksplozji, poczucia uciekającego czasu czy widoków z drona. Nasi herosi posiadają supernowoczesną technologię niczym z trylogii Bourne’a (widoki ze wszystkich kamer w kompie, zmiany sygnalizacji świetlnej + drony uzbrojone w rakiety) i – niestety – przejmuje od niego także montaż scen akcji. Nawet te najbardziej widowiskowe sceny wyglądają bardzo chaotycznie, nieczytelnie, jakby każdy cios czy strzał musiał być szybko montowany. I to mocno psuje wrażenie immersji, zaś sama intryga zwyczajnie nie wciąga. Samo wyjaśnienie oraz wolta, która stoi za całą intrygą potrafi zaskoczyć, jednak po przemyśleniu wydaje się dość niedorzeczna. No i sama konstrukcja, będąca czymś w rodzaju zeznania Silvy, gdzie opowiada o wszystkim (na szczęście, nie są rzucane od razu wszelkie tajemnice, co buduje odrobinę suspensu).

eskorta (2018)2

Jak wspomniałem, montaż jest największym problemem. Nawet podczas rozmów następuje szybkie przeskakiwanie z postaci na postać, co zwyczajnie drażni, zaś sceny akcji przez to są mocno popsute. Nie ma tutaj nerwowej kamery ADHD, jednak cięć jest zwyczajnie za dużo, przez co bijatyki, strzelaniny i eksplozje wywołują totalną dezorientację. A chyba nie o to tutaj chodzi, zaś Berg lepiej sobie pod tym względem radził sobie w „Dniu patriotów”, zaś tutaj bardzo duży krok do tyłu.

eskorta (2018)3

Aktorzy – jak to zawsze u Berga – po prostu są, mówią i nie mają tutaj zbyt wiele do roboty, chyba że trzeba kogoś rozwalić, zastrzelić czy użyć pięści. Wtedy potrafią błysnąć. Mark Wahlberg jest typowym Markiem Wahlbergiem, tylko z bardzo nerwowym tikiem, wyszczekaną gadką oraz poczuciem lojalności. Także reszta ekipy (John Malkovich, Lauren Cohan, Ronda Roussey) wydaje się solidna, jednak film kradnie dla mnie Iko Uwais w roli informatora. Opanowany, spokojny, niby szary gość, ALE… ma najbardziej efektowne sceny akcji, niczym mistrz karate. Ręce i nogi latają jak szalone, choreografia jest niesamowicie dzika, podnosząc mocno poziom całości.

eskorta (2018)4

Problem jednak w tym, że „Eskorta” nie prezentuje sobą niczego, czego byśmy nie znali. Ale oprócz klisz, sama akcja zwyczajnie nie daje zbyt wielu satysfakcji (oprócz popisów Uwaisa – muszę bliżej poznać dorobek tego aktora), co jest kardynalnym błędem. Mam nadzieję, że jest to wypadek przy pracy Berga i następny film będzie co najmniej solidnym akcyjniakiem.

5,5/10

Radosław Ostrowski

iBoy

Ileż to było filmów o superbohaterach, które nie były adaptacjami komiksów? Było ich trochę jak „Niezniszczalny” Shyamalana czy „Super” Jamesa Gunna, ale swoje trzy grosze próbował też dorzucić Netflix. I tak pojawił się w ich bibliotece brytyjski „iBoy”, który próbuje pójść inną drogą niż filmy o superbohaterach.

Tom to zwykły, szary nastolatek z blokowiska. Bardzo wycofany, nieśmiały i zakochany w koleżance z klasy – Lucy. Do tego zaczynają ostatnie egzaminy, mające zdecydować się o przyszłym życiu. Jednak wszystko zmienia się z powodu pewnego incydentu: zostaje postrzelony podczas odwiedzenia dziewczyny, która – jak się okazuje – została zgwałcona. Żeby było zabawniej, podczas upadku do części mózgu wchodzą fragmenty rozbitego telefonu komórkowego. Przypadkowo odkrywa, że „widzi” to, co inni mają na ekranie swoich komórek, słyszy ich rozmowy. I zamierza to wykorzystać, by wymierzyć sprawiedliwość.

iboy1

Oglądając film miałem skojarzenie z grą „Watch Dogs”, gdzie też protagonista niszczył i włamywał się do różnych sprzętów nowoczesnej technologii. Ale „iBoy” to produkcja zdecydowanie dla nastolatków, zmierzając niemal ku klasycznemu kinu zemsty. Z drugiej strony ma wątek miłosny między nieśmiałym chłopakiem a koleżanką, lecz to nie porywa aż tak bardzo jak cała ta sensacyjna intryga. Powolne odkrywanie kolejnych postaci, działając coraz bardziej bezwzględnie. Twórcy nie próbują zagłębiać w kwestie tego, jak to technologiczne cudeńko daje spore możliwości. Bohater zaskakująco łatwo przechodzi nad tym do porządku dziennego, co troszkę mnie zaskoczyło. Można było tutaj pokazać reperkusje, jakie z tego wynikają – zniekształcony obraz, silniejsze bóle głowy. Jest odpowiednio mrocznie, ale nie użyłbym słowa dojrzały przy tym filmie. Nie brakuje pewnych głupot oraz drobnych bzdur fabularnych (moce bohatera m.in. doprowadzając do przeciążenia sprzętu czy szybkiej nauki walki), nie mniej nie wywołuje tu aż takiej irytacji jak można było się spodziewać.

Same efekty specjalne prezentują się naprawdę przyzwoicie, stanowiąc spójną całość z obrazem. Tak samo jak bardzo stonowana kolorystyka niczym w dokumencie. Ale nie ma tutaj trzęsącej się kamery, w tle jest pulsująca elektronika, zaś rzadkie sceny akcji są zrobione płynnie i czytelnie. Mimo, że zakończenie nie daje satysfakcji, co mnie troszkę boli.

iboy2

Sytuację próbują ratować aktorzy. Dobrze sobie radzi grający główną rolę Bill Miner. Jego Tom to bardzo nieśmiały chłopak, ale wskutek incydentu zmienia się w mściciela, zaś żądzą wyrównania rachunków staje się silniejsza od czegokolwiek. Równie porządnie radzi sobie Maisie Williams w roli Lucy i jest między nią a Minerem naprawdę niezła chemia. Dla mnie film jednak kradnie Rory Kinnear jako gangster Ellman, bez popadanie w przerysowanie. Bardzo opanowany, spokojny, a jednocześnie wyluzowany, nawet w brutalniejszych momentach. Szkoda tylko, że pojawia się tak krótko. Świetna postać.

„iBoy” nie jest jakimś nowym rozdaniem w świecie filmów superbohaterskich, ale to kawał całkiem przyzwoitej rozrywki z brytyjskim sznytem. Sprawnie poprowadzone, solidnie zagrane, miejscami zabawne i brutalne, jednak pełne drobnych głupotek. Pozycja zdecydowanie dla młodego widza.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Gun City (La sombra de la ley)

Barcelona, tuż po zakończeniu I wojny światowej. Tutaj dochodzi do niebezpiecznego incydentu – zostaje skradziony wagon wojskowy zawierający broń. By wybadać sprawę do pomocy zostaje wysłany komisarz Anibal Uriarte z Madrytu. Choć podejrzanymi o dokonanie tego czynu są anarchiści, sprawa okazuje się bardziej skomplikowana, bo w tej układance jest kilka niewiadomych: lokalny gangster z koneksjami, działacze związkowi, rewolucjoniści, skorumpowana policja.

gun_city1

Tym razem wygrzebałem na Netflixie hiszpański film sensacyjno-gangsterski w stylu retro. Już od razu przyszły mi skojarzenia z „Nietykalnymi” De Palmy czy „Wrogami publicznymi” Manna. Sama stylizacja jest tutaj bardzo mocno odczuwalna, ale reżyser Dani de la Torre próbuje opowiedzieć tutaj coś więcej. Widać tutaj duży rozmach oraz budżet na realizację: scenografia oraz kostiumy wyglądają imponująco (zwłaszcza klub Eden), ilustrując realia lat 20. Czyli czasów, kiedy jeszcze związki zawodowe czy prawa feministek były tłumione siłą przez władze. A jednocześnie jest to wizja pełna brudu, cynizmu, degeneracji świata oraz paskudnych powiązań świata polityki i mafijnego półświatka. Intryga i śledztwo niejako jest zepchnięte na drugi plan, a bardziej interesuje go odkrywanie kolejnych powiązań, relacji oraz koneksji. To wszystko pokazuje mocno niestabilną sytuację polityczną w kraju tuż po udanym zamachu na prezydenta, choć fabuła jest prowadzona w bardzo czytelny i klarowny sposób.

gun_city2

Zaczynają się pojawiać kolejne fragmenty oraz wydarzenia, które – na pierwszy rzut oka – mogą wydawać się zwyczajnym zapychaczem czasu. Ale reżyser bardzo pewnie i konsekwentnie zaczyna realizować swoje cele. Skoro jest to film sensacyjny, to nie brakuje strzelanin, bijatyk, pościgów oraz bardzo noirowego klimatu. Ale jest to zrobione w sposób bardzo kreatywny, wręcz za pomocą wykorzystywania długich ujęć (bijatyka w samochodzie, gdzie kamera krąży dookoła auta czy starcie policji ze strajkującymi), co czyni całość o wiele atrakcyjniejszą niż standardowe sceny akcji. Chociaż ostatnia strzelanina z miejscami trzęsącą kamerą, to jednak nie ma tutaj wielkiego poczucia chaosu. Godne jest to hollywoodzkich filmów gangsterskich. Zdjęcia są świetnie, z bardzo dobrym wykorzystywaniem oświetlenia. Nie brakuje tutaj kilku zagadek (przeszłość Uriarte czy prawdziwa geneza działań), które intrygują, mimo że ostatecznie wydają się przewidywalne. Ale jak to wciąga i pasjonuje.

gun_city3

Równie świetne jest aktorstwo, mimo pozornie schematycznych postaci. Cyniczny twardziel z dobrym sercem oraz mroczną tajemnicą (główny protagonista), skorumpowany glina z grupą kumpli (inspektor Rediu, Tisico), wpływowy i bezwzględny gangster („Baron”), młody idealista żądny wojny (syn szefa związkowców) i idący pokojową drogą ojciec oraz córka-idealistka. Każda z tych postaci jest wyrazista (może poza postaciami kobiecymi – oprócz Sary), a motywacje – zwłaszcza naszego protagonisty – pozostaje przez sporą część tajemnicą, co zaciekawia.

„Gun City” to akurat jedna z najciekawszych produkcji dystrybuowanych przez Netflixa, pokazująca europejskie spojrzenie na gatunek zza Wielkiej Wody. Bardzo stylowo i elegancko wykonany, że świetnym noirowym klimatem oraz bardzo skomplikowana intrygą. Może i nic nowego, ale za to pierwszorzędnie wykonane.

8/10

Radosław Ostrowski