Oni żyją

Wszystko zaczyna się jak w klasycznym westernie: pojawia się przybysz znikąd do wielkiego miasta. Nie chodzi mu o wiele: szuka pracy, która została mu odebrana, a całe życie ma w dość sporym plecaku, jaki nosi ze sobą. Wszystko przebiega bardzo spokojnie, nawet znajduje lokum w dużym obozie. Ale wszystko się zmienia z powodu pewnego nawiedzonego kaznodziei oraz dziwnym informacjom z telewizji, które są zagłuszane. Jeszcze są te tajemnicze okulary, po założeniu których świat wygląda jakoś dziwacznie.

oni_zyja1

To był jeden z pierwszych filmów Johna Carpentera jakie zobaczyłem. Jest to dziwne kino SF, w którym element fantastyczny jest tylko pretekstem do bardziej satyrycznego spojrzenia na ówczesną rzeczywistość. Czasy prezydenta Reagana, mające być czasem wielkiej prosperity (to wtedy powstał „Wall Street” Olivera Stone’a, gdzie padło hasło: „Chciwość jest dobra”), niby rozpędziły gospodarkę, tylko że – jak zawsze – skorzystali na tym nieliczni. Reszta albo znajdowała się na marginesie społeczeństwa, albo byli robolami do wynajęcia. Reżyser mocno drwi z konsumpcyjnego stylu życia (czarno-biały świat po założeniu okularów, gdzie zamiast reklam są hasła typu: „Bądź posłuszny”, „Żeń się i rozmnażaj”, „Śpij”), który okazuje się być tak naprawdę pułapką i zmienia ludzi w niewolników. A jak widzimy naszych rządzących, możemy odnieść wrażenie, że nie pochodzą z tego świata, prawda? Jeśli tak uważacie, to Carpenter potwierdzi wasze obawy, zaś policja jest tu podporządkowana prawdziwym mocodawcom i dlatego nie przebiera w środkach.

oni_zyja2

Ale „Oni żyją” nie są poważnym, głębokim dramatem z filozoficznym zacięciem. To kolejny niskobudżetowy film, mieszający westernowy szablon z pięknymi widokami miasta, wątkiem SF, odrobiną humoru oraz akcji. I ta hybryda tworzy całkiem niezły koktajl. Chociaż sama fabuła toczy się początkowo dość ospale, by troszkę przyspieszyć, polać sosem niedorzeczności (Nada po założeniu okularów jest w takim szoku, że zaczyna obcych zabijać – zamiast znaleźć kogoś, kto objaśni ten cały bajzel) oraz dziwacznych zachowań postaci (bijatyka między Nadą a Frankiem – to tylko pretekst, by pokazać kilka sztuczek wrestlerowskich), dorzucić popisami strzeleckimi, by zakończyć bardzo śmieszno-gorzkim finałem. By jeszcze bardziej namieszać we łbie, w tle słyszymy westernową muzykę (harmonijka ustna z gitarą robią robotę).

oni_zyja3

Aktorsko jest całkiem nieźle, choć szału nie ma. Naszego protagonistę, który jest prosty jak konstrukcja cepa zagrał wrestler Roddy Pipper i daje sobie radę. To prosty chłop z twardym kręgosłupem oraz sucharami w zapasie. Lepiej wypada Keith David (Frank), który staje się mimowolnym wspólnikiem naszego bohatera, a moment poznania prawdy poprzedzony jest solidnym łomotem. Ale ten duet zgrabnie się uzupełnia. Drugi plan dominuje Meg Foster (bardzo chłodna Holly) oraz zdystansowany George „Buck” Flower (przewodnik w finale).

Jak dla mnie, „Oni żyją” to dziwaczna hybryda w bardzo komiksowym sosie, gdzie Carpenter miesza satyryczne spojrzenie, otoczkę SF oraz kino akcji. Miejscami bywa mocno ciosane, tempo jest mocno niestabilne, a aktorstwo wręcz śladowe, to można się na nim całkiem przyjemnie bawić, jak się wyłączy myślenie.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Deadpool 2

Trudno było mi zapomnieć tego kolesia w czerwonym, lateksowym stroju, który miał dość luźne podejście do życia. Wade Wilson, bardziej znany jako Deadpool, pojawił się na dużym ekranie z hukiem w 2016 roku. ten moment był dla kina superbohaterskiego tym, czym pierwsza erekcja u nastolatka – punktem granicznym, po którym już nic nie będzie takie samo. Żaden film o superherosach nie był tak samoświadomą parodią tego gatunku, co przygody Najemnika z Nawijką. Film zgarnął w chuj hajsu, więc musiał nadejść ciąg dalszy. Pytanie tylko, czy jest to zwykły skok na kasę, czy może jednak coś więcej?

deadpool_21

W jedynce fabuła była tylko pretekstowym origin story, gdzie poznawaliśmy losy naszego (anty)bohatera po bardzo ciężkich przejściach. Ale teraz Wade wydaje się być szczęśliwy ze swoją kobietą Vanessą. Poza tym, normalnie pracuje: a to trzeba odrąbać łeb kilku kretynom, pozarzynać kilku złych typków, by pokój i miłość zapanowały na świecie. Szczęście jednak nie trwa długo, a świat dla Wade’a stanie się jednym wielkim kurestwem, pozbawionym sensu i nadziei. Czy jest dla niego szansa? Na jego drodze pojawia się dwóch kolesi, którzy wywrócą jego życie do góry nogami: młody, narwany mutant Russell oraz przybywający z przyszłości Terminator (z powodu problemów związanym z prawami autorskimi nazywany jest tutaj Cable).

deadpool_22

Choć zmienił się reżyser (debiutującego Tima Millera zastąpił troszkę bardziej doświadczony David Leitch), to Deadpool w zasadzie pozostał tym samym kolesiem, co zwykle. Nadal pajacuje i wykorzystuje każdą sytuację, by przyłożyć jakimś żartem (od seksualnych podtekstów oraz olania politycznej poprawności poprzez popkulturowe aluzje oraz całą konwencję kina superhero), ale jednocześnie pozostaje troszkę bardziej serio. W końcu to przecież film familijny, w którym nasz bohater próbuje odnaleźć swoje miejsce na ziemi po wielkiej tragedii, przy okazji odkrywając siłę rodziny (niczym ekipa Vina Diesela w „Szybkich i wściekłych”). I jak to w każdym filmie familijnym, muszą pojawić się – cytując pewnego rapera – „pościgi, strzelaniny, skurwysyny” z krwią oraz bluzgami. A co mnie najbardziej uderzyło to fakt, jak płynnie te dwa tony przeplatają się ze sobą, bez wywoływania poważniejszych zgrzytów.

deadpool_24

Także sceny akcji są po prostu lepiej zrealizowane, jest troszkę więcej efektów specjalnych oraz bardzo dynamicznego montażu zmieszanego z kreatywną choreografią. Co w przypadku tego reżysera nie jest niczym zaskakującym (w końcu pomógł zabić psa Johna Wicka oraz uruchomił zabójczą Atomową Blondynę), ale jak przyjemnie się to ogląda (atak na więzienie czy próba odbicia Russella z konwoju), odpowiednio podkręcając adrenalinę. Takiej dzikiej frajdy nie miałem przy filmie o gościach w lateksowych ciuchach od czasu obydwu części „Strażników Galaktyki”. Nadal film pozostaje zgrywą z konwencji (skomentowanie punktu zwrotnego, początek, walka dwóch postaci wygenerowanych komputerowo, czy finałowa scena umierania, ciągnięta tak długo, by docenić ją mogli członkowie Akademii Filmowej), ale robi to po prostu lepiej. Jest tylko jeden, poważny problem: dwójka to w zasadzie jedynka, tylko na sterydach. Nie ma tego zaskoczenia, co w przypadku jedynki. Z czego ono wynikało? Że poza wielkimi fanami komiksów nikt nie widział, kim do chuja Pana jest Deadpool. Dla szaraczka wyglądał jak Spider-Man noszący katany.

deadpool_25

Drugi „Deadpool” to nadal one man show Ryan Reynoldsa, który ewidentnie czuje tą postać i bezczelnie drwi z samego siebie. Różnica między aktorem a postacią odgrywaną przez niego jest praktycznie niezauważalna, co jest tutaj ogromnym plusem. Bo nie wiadomo, czy Reynolds gra Deadpoola, czy Deadpool gra Reynoldsa. Stara ekipa nadal radzi sobie bardzo dobrze, ale to nowe postacie tutaj intrygują. Świetnie wypadł Josh Brolin jako Thanos, eee, znaczy Kabel (przy „Deadpoolu 2” dystrybutor powinien nakleić: Nie pomyl roli Brolina 😉  ) – naznaczony tragedią mściciel z przyszłości. Poważny dramat bohatera świetnie uzupełnia się z nie do końca poważnym Deadpoolem, dodając jeszcze więcej ognia w tej pokręconej relacji. Coś czuję, że w sequelu jeszcze namiesza (i dobrze). W podobnym tonie krąży Julian Dennison w roli młodego, wkurwionego Russella. To osobnik, potrzebujący wsparcia, z mroczną przeszłością oraz żądzą zemsty. Ta mieszanka słabości oraz napędzającego go gniewu działa bardzo mocno i pozwala stworzyć pamiętną postać. Równie wyrazista jest Zazie Beats w roli „fuksiary” Domino – jak jej moc jest pokazana, staje się kolejnym pretekstem do żartów, chociaż w dalszych scenach nie praktycznie wiele do roboty.

Powiem to krótko i oszczędnie: drugi Deadpool jest zajekurwabistym filmem. Co z tego, że w zasadzie daje to samo, skoro jest nadal soczystym stekiem z bluzgów, polanym sosem z czarnym humorem, nie uznając litości dla nikogo (poza politykami – ci oberwą w „Deadpoolu 3: Zrobieni w chuja”), jednocześnie dostarczając mnóstwo frajdy. Boję się myśleć, co filmowcy odjaniepawlą w trójce.

deadpool_23

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Kochając Pabla, nienawidząc Escobara

Wydawałoby się, że po serialu „Narcos” opowiadania jeszcze raz o Pablo Escobarze jest kompletnie pozbawione sensu. I jakakolwiek próba wydaje się z góry skazana na przegraną. A jednak reżyser Fernando Leon de Aranoa postanowił podjąć się tego wyzwania, prezentując historię barona narkotykowego z perspektywy jednej z jego kochanek, dziennikarki Virginii Vallejo, która opisała to wszystko w swoich wspomnieniach.

kochajac_pablo2

Czy można tą historię nazwać ciekawą? Bo ja mam duży problem z powodu tego, czym tak naprawdę miał być? Historią miłosną, biografią kryminalnej kariery Escobara, spojrzeniem na jego życie prywatne, jak próbuje go tropić DEA? Oglądając ten film miałem takie wrażenie, jakby reżyser chciał całe dwa sezony „Narcos” upchnąć w jeden dwugodzinny film. Zamiast skupić się na jednym wątku i konsekwentnie go prowadzić cały czas, mamy tutaj kompletna sklejka wszystkiego, nie dając ani grama dużej satysfakcji. Wszystko jest tutaj tak poprzecinane, poklejone, nie do końca wyczerpując każdy wątek, który zostaje poprowadzony po łebkach. Czy dostaję coś nowego na temat Escobara? Absolutnie nie. Czy się nudziłem? Troszkę tak, bo już to wszystko znałem.

kochajac_pablo1

Niemniej udaje się reżyserowi zachować odpowiednie tempo, wywołać miejscami napięcie, a kilka scen naprawdę łapie za gardło (wizyta w lombardzie, krwawe egzekucje czy ucieczka nagiego Escobara z kryjówki pod ostrzałem). Nie mniej zabrakło mi tu czegoś poza solidne rzemiosło. Nie brakuje krwawej rzezi, bo jest tego dość sporo (ataki na policjantów i odwet), próby kariery politycznej (to szybko zostaje ucięte), rozmów z żoną, jak i perturbacji zawodowych Virginii oraz działań Secure Bloc. Jednak to wszystko (i to z tysiąc razy lepiej) było w serialu Netflixa, który wycisnął z tego tematu wszystkie możliwe soki. Nawet wykorzystanie kilku chwytliwych numerów (m.in. Santany) sprawia wrażenie wtórności.

Nawet aktorstwo wydaje się zaledwie dobre, ale wiadomo – w serialu można wycisnąć więcej z powodu większego czasu. Ale postawiono tu na bardziej rozpoznawalne nazwiska, dające tutaj radę. Javier Bardem robi wszystko, by być Escobarem i ma tyle charyzmy, by zwrócić na siebie uwagę i jest naprawdę świetny, bez popadania w przesadę, co jest dużym plusem. Także Penelope Cruz w roli lekko naiwnej dziennikarki, zakochanej w Pablito jest cholernie dobra. Blado prezentuje się przy nich Peter Sarsgaard (agent Sheppard), ale prawda jest taka, że nie miał tutaj zbyt wiele do roboty.

„Kochając Pablo” można potraktować jako wstęp do „Narcos”, który jest absolutnie zajebisty i zachwyca szczegółowością oraz rozmachem realizacyjnym. W innym przypadku może się poczuć bardzo rozczarowani i znudzeni.

6/10

Radosław Ostrowski

Siedem dni

Konflikt między Izraelem a Palestyną istnieje odkąd powstało to pierwsze państwo. By walczyć o swoją niepodległość sięgała po metody, które dzisiaj nazywalibyśmy terrorystycznymi (ataki bombowe, zamachy) i obecnie są wykorzystane przez Palestyńczyków. Ale w latach 70. Za sprawę Palestyny włączali się do walki lewaccy terroryści działający na terenie zachodniej Europy (RFN, Włochy) pod szyldem RAF. Taka sytuacja miała miejsce pod koniec czerwca i lipca 1976 roku. Wtedy samolot linii Air France podczas śródlądowania w Grecji zostaje porwany przez członków Ludowego Frontu Wyzwolenia Palestyny. W samolocie było ponad dwustu zakładników, w tym 1/3 to byli Żydzi, zaś żądanie było proste: uwolnić palestyńskich terrorystów z więzień.

siedem_dni1

Reżyser Jose Padilha, który jest odpowiedzialny za „Elitarnych”, bardzo skrupulatnie pokazuje te wydarzenia, przerzucając się na dwie istotne strony widzenia: terrorystów (zarówno Niemców, jak i Palestyńczyków) oraz rządu, który jest mocno podzielony. Czy prowadzić negocjacje, a może podjąć próbę ataku? Tylko, że stawka jest bardzo duża, a czynników decydujących jest bardzo wiele. Doświadczenie przy budowaniu napięcia tutaj procentuje, bo i samo porwanie, jak i finałowa akcja robią piorunujące wrażenie. Ale Padilha nie chce iść na łatwiznę, pokazując prosty podział na dobrych i złych i próbuje zrozumieć nakręcającą się spiralę przemocy na Bliskim Wschodzie. Tam przemoc wydaje się jedyną metodą walki, a dla ludzi z tzw. Zachodu wydaje się być czymś fascynującym. Zwłaszcza dla młodych ludzi z poglądami lewicowymi, żyjących w spokojnych domach, gdzie dla Palestyńczyków to dzień powszedni.

siedem_dni2

Reżyser na tyle, na ile sobie pozwala rekonstruuje przebieg wydarzeń i potrafi utrzymać w napięciu, mając do dyspozycji bardzo ograniczoną przestrzeń. Akcja nie jest tu najważniejsza, ale uciekający czas na działanie. I wie, kiedy podkręcić adrenalinę (znakomicie zmontowana scena odbijania zakładników przeplatana z tańce grupy baletowej), pozwolić na wyciszenie i gwałtownie zaatakować.  Jednocześnie między wierszami Padilha stawia pytania o szanse na pokój w tym regionie (najmocniej czuć to w napisach końcowych), nie dając jednak żadnych nadziei na rozwiązanie.

siedem_dni3

Także aktorsko trudno się do kogokolwiek przyczepić. Zwłaszcza Daniel Bruhl i Rosamond Pike (Wilfred Bose oraz Brigitte Kuhlmann) tworzą dość zaskakujący duet terrorystów, zderzonych z rzeczywistością. Zwłaszcza Bruhl pokazuje bardziej skonfliktowaną postać, nie do końca odnajdującą się w tym układzie. Drugi plan tutaj dominuje Eddie Marsan (minister Szimon Peres), budując opanowanego, dobrze przygotowanego polityka, nie bojącego się zbrojnej konfrontacji. Za to troszkę odstaje Nonso Anozie w roli Idiego Amina, zepchniętego na dalszy plan, zachowując jego ekscentryczne zachowanie.

Ku mojemu zdumieniu, „Siedem dni” sprawdza się jako polityczny thriller, trzymający w napięciu oraz ukazujący trudne relacje Izraela z Palestyną. A Zachód tylko się przygląda, nie mogąc tego zrozumieć, zaś wszelkie próby zrozumienia, kończą się klęską.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Ostateczna operacja

To była najgłośniejsza akcja wywiadowcza w historii Izraela, a wszystko dla nich zaczęło się od informacji przekazanej przez Fritza Bauera (prokurator generalny Hesji), że w Argentynie ukrywa się architekt ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej. Zostaje powołana specjalna komórka wywiadowcza pod wodzą Petera Milkena oraz Zhi Aharoniego, która ma jeden cel: schwytać i doprowadzić Eichmanna przed sąd w Jerozolimie. Żywego, nie martwego.

ostateczna_operacja1

Filmów o schwytaniu Adolfa Eichmanna pojawiało się parokrotnie (ostatnio choćby w niemieckim „Fritz Bauer kontra państwo”). Tym razem zadania podjął się Netflix, a konkretniej Chris Weitz znany z takich filmów jak „American Pie” czy „Był sobie chłopiec”. Sam reżyser próbuje bardzo spokojnie przygotować całą historię z perspektywy Milkena. Kiedy poznajemy tego agenta, uczestniczy w schwytaniu nazisty w 1957 roku na terenie Austrii. I delikatnie mówiąc, nie poszło wszystko zgodnie z planem, co mocno nadszarpnęło jego reputację. Schwytanie Eichamanna jest szansą na rehabilitację, ale porażka może mieć katastrofalne skutki. Weitz poza intrygą, pokazuje też sytuację polityczną w Argentynie, gdzie nazistowscy zbrodniarze ze swoją ideologią się ukrywają. Ale mają za to bardzo głębokie macki w policji oraz powoli zdobywają polityczną pozycję, by móc zdobyć władzę (scena przemowy Carlosa Fuldnera – przyjrzyjcie się gościom).

ostateczna_operacja2

Konstrukcja filmu przypomina klasyczny heist movie, tylko że „łupem” jest Eichmann. Czyli jest przygotowanie (tutaj przybycie do Argentyny, wcześniej dobierając zespół), realizacja (samo schwytanie) oraz ewakuacja i ucieczka. I muszę przyznać, że początek buduje napięcie. Nie brakuje kilku operatorskich sztuczek (przekazanie fotek w kawiarni zrealizowane w jednym ujęciu) czy krótkich montażowych zbitek, które nie wybijają z rytmu, lecz stawiają pytania (scena eksterminacji w lesie). Samo porwanie Eichmanna jest świetnie poprowadzone i wygląda tak, jak w rasowym thrillerze być powinno. Druga część już nie działa tak mocno, co nie znaczy, że jest nudno. Tutaj akcja przebiega dwutorowo: naziści próbują znaleźć Eichmanna, a porywacze muszą zmusić Eichmanna do… wyrażenia zgody (wiem, że to brzmi idiotycznie, ale tak było – chyba prościej byłoby go rozwalić), by w ostatnim akcie suspens znowu zaczął się wznosić (świetna sekwencja na lotnisku).

ostateczna_operacja3

Muszę przyznać, że Weitzowi udaje się wykonać swoją robotę na poziomie. Wrażenie robią bardzo stylowe zdjęcia (zwłaszcza nocne, z takim pożółkłym światłem) oraz każda scena, gdzie pojawia się Eichmann (chociaż charakteryzacja Bena Kingsleya – odwrotnie proporcjonalna do jego aktorstwa, które jest dobre) i wygłasza swoje zdanie na temat nazizmu oraz swojej roli w tej maszynerii. To bardzo sugestywna kreacja, chociaż pod koniec nie boi się pokazać swojej obojętności oraz bezwzględności. W samej fabule zdarzają się pewne drobne przestoje oraz pewne skróty i uproszczenia, niemniej całość potrafi wessać niczym odkurzacz.

Poza Kingsleyem swoje robi absolutnie świetny Oscar Issac. Milken w jego wykonaniu jest spokojnym, metodycznie podchodzącym do spraw agentem, chociaż na twarzy maluje się pewien konflikt, ma skłonność do ryzyka oraz skrywa pewną tajemnicę. Sceny, gdy rozmawia z nazistą, próbując go złamać, należą do najbardziej elektryzujących momentów w tym filmie. Poza tym duetem wyróżnia się śliczna jak zawsze Melanie Laurent (Hanna), Michael Aronov (służbista Aharoni) oraz Pepe Rapazote (Fuldner).

Rzadko oglądam filmy Netflixa, bo poziomem bardzo mocno odstają od seriali. Niemniej dzieło Chrisa Weitza to bardzo przyzwoita robota z naprawdę dobrym aktorstwem oraz kilkoma elektryzującymi momentami. Są pewne drobne potknięcia (środkowa część filmu), niemniej ogląda się to z dużym zainteresowaniem oraz napięciem, co jest sporą zaletą.

7/10 

Radosław Ostrowski

Sicario 2: Soldato

Granica amerykańsko-meksykańska, czyli miejsce pełne niebezpieczeństwa, gdzie kartele przemycają ludzi, siejąc śmierć oraz spustoszenie. Tutaj dobro i zło dawno się zmieszały ze sobą, doprowadzając do eskalacji ciągłej wojny. I tam właśnie wracamy, gdy podczas przerzutu ludzi, kurier popełnia samobójstwo. Później w jednym z amerykańskich marketów dochodzi do ataku samobójczego i za to ktoś musi zapłacić. Zwłaszcza, że za przemyt odpowiada jeden z karteli. Na polecenie rządu, ekipa pod wodzą Matta Grimesa, dostaje jedno zadanie: rozpętać wojnę między kartelami. By tego dokonać, decydują się porwać córkę jednego z bossów.

soldato1

Gdy trzy lata temu pojawiło się „Sicario”, reżyser Denis Villeneuve uderzył między oczy wielu kinomanów, doprowadzając do niemal ekstazy. Ale tym razem Kanadyjczyka zastąpił włoski filmowiec Stefano Sollima (serial „Gomorra”), by pójść w zupełnie inne tory. Pamiętacie agentkę Kate, której idealizm został zderzony z brutalną, bezwzględną rzeczywistością? Tu jej nie ma, zaś reżyser skupia się na krwawej rzeźni, nie zapominając o mrocznym klimacie. Nadal jest to przerażający, mroczny, krwawy świat, gdzie najważniejsze jest osiągniecie celu. Nieważne, że po drodze musisz zabić, że kartel zmusza dzieci do zabijania (początek finału), że musisz postąpić wbrew swoim zasadom (jakim, kurwa, zasadom?), bo politycy nie chcą sobie ubrudzić rączek.

soldato3

Trudno nie odmówić reżyserowi faktu, że skupia się przede wszystkim na intrydze oraz akcji. Gdy do niej dochodzi, adrenalina nakręca się (atak na konwój przez skorumpowanych policjantów czy bardzo ostre zakończenie), odpowiednio zachowując tempo i intensywność (porwanie dziewczynki), w czym pomagają świetne zdjęcia Dariusza Wolskiego. To wszystko działa przez ¾ filmu, bo zakończenie nie daje satysfakcji (nawet sugeruje ciąg dalszy), bo pewne zachowania naszych bohaterów budzą pewne wątpliwości (relacja Alejandro z porwaną w formie niby-ojciec, niby-córka nie wybrzmiewa). I jeszcze wchodzi wątek pewnego chłopaka, który dołącza do kartelu jako przemytnik. Sama ta historia początkowo sprawia wrażenie zbędnego balastu, nie pasującego do całości. Jednak im bliżej końca, zaczyna nabierać znaczenia. Jakby całe to społeczne tło było tylko dodatkiem dla intrygi, która potrafi wciągnąć.

soldato2

„Dwójka” ma też jeden bardzo mocny atut: starzy znajomi z poprzedniej części, czyli Josh Brolin i Benicio Del Toro. Obaj bardzo szorstcy, twardzi, bez robienia z siebie ubermacho, co kipi testosteronem i dogadują się niemal bez wielu słów. Nawet momenty, gdy zaczynają się na ich twarzy malować wątpliwości (u tego pierwszego jest to wielkie zaskoczenie), pozostają przekonujący. Nieważne, czy przesłuchują terrorystę, czy próbują wyjść cało z niełatwej sytuacji. Także grająca „cel” Isabela Monel sprawdza się dobrze jako pyskate dziecko, poznające ten mroczny świat na sobie czy idący w tym samym kierunku Elijah Rodriguez (Miguel).

„Soldato” pozostaje mrocznym, ciężkim kinem akcji, z dusznym klimatem oryginału, jednak inaczej rozkłada akcenty. Zamiast poczucia bezsilności stawia na sensacyjną intrygę, pełną krwi i przemocy, wracając na stare śmieci. Pytanie, jaki czeka nas finał tej historii.

7/10 

Radosław Ostrowski

Predator 2

Pierwsze spotkanie z Predatorem w 1987 roku było wielkim hitem, więc sequel był tylko formalnością. Jednak czy można było dać coś nowego, by rozwinąć całe uniwersum? Albo w ogóle je budować? W 1990 roku postanowiono zrobić część drugą, tym razem pod wodzą Stephena Hopkinsa. Czy warto było czekać?

Tym razem trafiamy do dżungli miejskiej roku 1997. Los Angeles stało się prawdziwym polem bitwy, gdzie gangi voodoo oraz Kolumbijczyków walczą ze sobą. Policja znajduje się gdzieś pośrodku tego bajzlu. Wtedy poznajemy naszego protagonistę, porucznika Mike’a Harrigana. Facet, jak na klasycznego glinę przystało, niekoniecznie sobie radzi z dyscypliną, wykonywaniem rozkazów i działa troszkę na partyzanta. Ale wszystko się zmienia, gdy kryjówka Kolumbijczyków zmienia się w jedno wielką rzeźnię. Potem do akcji wchodzą tajemniczy faceci w gajerkach, ciemnych okularach oraz wypasionym helikopterem. O co tu do cholery chodzi?

predator_23

Reżyser nie chce korzystać z prostego szablonu znanego z jedynki, czyli mała grupka kontra jeden potężny skurwiel z nowoczesną technologią. Przeniesienie akcji do miasta wniosło wiele świeżości, a przeskakiwanie z dachu na dach, jeszcze bardziej wywołuje poczucie zagrożenia. A i sam Predator pojawia się częściej, z bardziej wypasionym sprzętem w postaci włóczni, podrasowanego kasku (więcej opcji podglądania) czy okrągłego bumeranga. Same sceny akcji robią imponujące wrażenie zarówno dynamiką (pierwsza strzelanina, próba odbycia rytuału), jak i odpowiednio potęgowanym napięciem (Predator w metrze). Twórcy coraz bardziej rozwijają mitologię tytułowego przybysza, nie tylko z powodu wypasionego sprzętu czy tajemniczej jednostki pod wodzą Petera Keyesa, ale finałowej sceny na statku. Tam się okazuje, że w polowaniach nie uczestniczy tylko jeden przedstawiciel tego gatunku, ale też odbywały się w różnym czasie oraz miejscach. I to zaczyna rozpalać wyobraźnię do czerwoności.

predator_21

Swoje też próbuje zrobić obsada, która jest naprawdę niezła. Co prawda nie wrócił Arnold „Get to the choppa” Schwarzenegger, ale zastępujący go Danny Glover bardzo dobrze sobie radzi. Jest bardzo charakternym, bezkompromisowym gliniarzem, bardziej upartym niż osioł. Drugą wyrazistą postacią jest enigmatyczny agent Keyes w wykonaniu Gary’ego Buseya, dodając pewnego mroku tajemnicy. Szkoda tylko, że partnerzy Harrigana (poza Billem Paxtonem) nie zapadają zbyt mocno w pamięć, co jest sporym minusem. Tak samo jak rezygnacja z klimatu horroru znanego z poprzedniej części, dodającego poczucia niepokoju.

predator_22

Drugi „Predator” to świetnie zrobiony film akcji, rozwijający konsekwentnie uniwersum kosmicznego myśliwego. I za to ogromny plus, tak jak za nową przestrzeń oraz podrasowany design. Do poziomu części pierwszej wiele zabrakło, niemniej intryguje, dostarcza rozrywki i świetnie wygląda.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Predator

Początek jest tutaj dość klasyczny: mamy oddział komandosów pod wodzą majora Dutcha. Specjalizują się w zadaniach ratunkowych i właśnie dostają kolejne od dawnego towarzysza broni szefa, obecnie agenta CIA. Ich celem jest minister jednego z państw w Ameryce Południowej, który został pojmany przez oddział partyzantów. Ekipa wyrusza do akcji, jednak po drodze odkrywają dość makabryczne zwłoki. A to dopiero początek niespodzianek.

predator_19871

Dla Johna McTiernana „Predator” był pierwszy dużym projektem i drugą fabułą w jego karierze. Pozornie z opisu wydaje się, że będziemy mieli do czynienia ze stricte filmem akcji, jakich powstawało wiele. To jednak tylko zasłona dymna, która zostaje nam zdjęta już na samym początku. Pierwsze półtorej minuty to latający statek kosmiczny, wystrzeliwujący w naszą planetę coś. Pozornie nieistotny detal, jednak ustawia on cały kierunek filmu. Pierwszy akt to wręcz krótka ekspozycja ekipy, składającej się wręcz ze stereotypowej grupy twardzieli: od przypakowanego koksiarza z potężną giwerą, Indianina-tropiciela, znającego hiszpański sapera, sierżanta z łysą czachą i radiowca wyglądającego niczym inteligencik. Sztampowe charaktery, ale jednak zapadają w pamięć. A kiedy dochodzi do kulminacji (scena ataku na partyzantów), dostajemy wszelkie możliwe atrakcje: świszczące kule, kozackie one-linery, wybuchy godne Michaela Baya (takiego z początków kariery) oraz wręcz skaczących przeciwników.

predator_19872

Najciekawszy jednak pozostaje sam Predator – bardzo tajemnicza persona, nie wypowiadająca ani jednego słowa. Stwór z dredami na głowie, maską (niewidoczną aż do finałowego pojedynku jeden na jeden), wyostrzonym wzrokiem – dokładnie sprzętem – oraz nowoczesną technologią, czyniącą go bezwzględnym zabijaką. To by wystarczyło na stworzenie równie ikonicznego przybysza z kosmosu, co Obcy od Ridleya Scotta, ale jest coś jeszcze: ten przybysz ma zasady. Nie zabija nieuzbrojonych, zaś z poległych zbiera głowy z kręgosłupem jako trofea, a pokonany popełnia bardzo widowiskowe harakiri.

predator_19873

I jeszcze jest to świetnie zagrane, co jest sporą zasługą m.in. Arnolda Schwarzeneggera. Wiadomo, że jak jest Arnie, to będzie twardy akcent, mieszanka sprytu oraz ciętych ripost, jednak pojawia się też przerażenie. Ale każdego z ekipy trudno zapomnieć: Billy’ego Duke’a (sierżant Mac), Sonny’ego Landhama (Billy) czy Carla Whitersa (Dillon). Jest też nawet sam Shane Black (Hawkins), który właśnie nakręcił kolejną część serii.

Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony jak film McTiernana godnie wytrzymuje próbę czasu. „Predator” to znakomita hybryda kina akcji z horrorem SF, jakiej nie było od czasu drugiego „Obcego”. Reżyser już tutaj wspina się na wyżyny talentu, a tytułowy bohater przeszedł do historii popkultury. Prawdziwe wejście z hukiem.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Braven

Joe Braven jest prostym drwalem mieszkającym gdzieś na pograniczu amerykańsko-kanadyjskim. Mieszka razem z żoną i córką oraz ojcem, który po wypadku nie radzi sobie zbyt dobrze z pamięcią. W końcu Joe decyduje się razem z ojcem pogadać o jego problemach w chatce, gdzie nie ma zasięgu. Jednak w chatce, podczas ich nieobecności, schowano torbę pełną narkotyków. Ale teraz przemytnicy wyruszają odzyskać swoje.

braven1

Fabuła tego filmu sprawia wrażenie produkcji z lat 90. Debiutujący na stołku reżyserskim Lin Oeding, całkiem zgrabnie wykorzystuje konwencję oblężenia domu, znajdującego się gdzieś na odludziu. Dookoła śnieg, brak zasięgu, jedna droga oraz łotry uzbrojone po zęby. Po drugiej strony mamy Bravena i ojca, wykorzystujących jedynie spryt, łuk, ewentualnie topory. „Braven” jest bardziej surowy niż choćby „John Wick”, czarujący wizualnym stylem oraz wręcz finezyjnymi popisami kaskaderów, jednak nie należy tego odbierać jako wady. Nasz protagonista jest prostym człowiekiem, a nie jakimś przypakowanym Rambo z umiejętnościami mordowania zdobytymi podczas szkolenia w tajnych służbach, co dodaje troszkę realizmu. Z tego powodu sceny akcji wyglądają dość prosto, jednak potrafią zaangażować, budują napięcie i nie są pozbawione pomysłowości (wykorzystanie pułapki na niedźwiedzia). Sama historia nie jest zbyt skomplikowana, bohaterowie odpowiednio prosto zarysowani, a napięcie ciągle budowane, tak samo jak klimat osaczenia i bezradności. By nie było tak słodko, „Braven” ma jedną, ale za to dość poważną wadę: przewidywalność, co jest aspektem wszystkich obecnie filmów akcji. Jednak sama realizacja sprawia, że nie jest to aż tak poważny problem, który psuje frajdę z seansu.

braven2

Aktorstwo, jak na tego typu kino, trzyma fason. Jason Momoa w roli tytułowej sprawdza się dobrze – jest dzielnym i odważnych facetem, jednak nigdy nie staje się przerysowanym twardzielem. Najsilniej wygrana jest tutaj relacja ze starym, troszkę zagubionym ojcem (świetny Stephen Lang), stanowiąc silny kościec emocjonalny. Nawet czarny charakter (Garrett Dillahunt) jest bardzo wyrazisty, stawiając ludzi po kątach i ma w sobie tyle charyzmy, że trudno przejść obojętnie.

braven3

Sam film to solidne kino akcji zrobione w starym, dobrym stylu. Nie brakuje prostych, lecz angażujących scen akcji, spokojnie prowadzonej intrygi, pełnej drobnych wolt, wyrazistych postaci oraz bardzo surowym klimatem. Jak widać, stara szkoła nadal jest w cenie.

7/10

Radosław Ostrowski

A Prayer Before Dawn

Filmy więzienne to gatunek, który ma swoje charakterystyczne elementy, zaś więzień stał się jedną z postaci, stających się archetypem bohatera. zazwyczaj w nich chodzi o przetrwanie lub ucieczkę z piekła. I wydawałoby się, że historia Billy’ego Moore’a pójdzie w te same rejony. Ten młody Brytol przebywa w Tajlandii, gdzie trenuje boks i zaczyna ostro ćpać. I za to ostatnie trafia do więzienia, bez znajomości języka, kompletnie nie znając reguł gry.

modlitwa_przed_switem1

I o tym opowiada film Jean-Stephane’a Sauvaire’a, będący ekranizacją wspomnień Billy’ego Moore’a. to bardzo brudny, wręcz szorstki film, któremu daleko do produkcji hollywoodzkich. Nie mocna mówić o szczęśliwym happy endzie, zaś sama historia jest bardzo trudna do przełknięcia. Ponieważ wszelkie dialogi są w tajskim języku, lecz bardzo rzadko są one tłumaczone na język angielski, co pomaga wejść w buty zdezorientowanego bohatera – białego, w obcym otoczeniu, obcym świecie, próbując rozpoznać reguły panujące w pierdlu. Gwałty, papierosy, brutalne morderstwa oraz dość nietypowa forma resocjalizacji – przez boks oraz zawody w boksie tajskim. Wizualnie jest bardzo chropowaty, z bardzo nieostrymi kadrami, minimalistyczną muzyką elektroniczną, zaś sama fabuła wydaje się bardzo szczątkowa. Niemniej reżyser nadrabia to wszystko klimatem – pełnym brudu, przeładowanych cel, śliskich strażników oraz załatwiania narkotyków.

modlitwa_przed_switem2

I to wszystko działa, zaś bardzo surowo zrealizowane sceny bokserskie, pełne ruchliwej kamery, mocnego montażu, potrafią chwycić za gardło, dając mocnego kopa. Powoli widzimy kolejne przygotowana, spięcia między Billym a resztą czy relację z handlującą Fran. Mimo pewnej skrótowości, „A Prayer Before Dawn” potrafi zaangażować, co jest zasługą kapitalnego Joe Cole’a w roli głównej. Aktor wyciska soki z pozornie prostej postaci, pełnej sprzecznych emocji: wściekłości, gniewu, strachu, wyobcowania oraz walki. Ten aktor jest wręcz sercem tego dzieła, bez którego byłaby to kolejna więzienna opowieść.

modlitwa_przed_switem3

Aż trudno mi było uwierzyć, że to wszystko wydarzyło się naprawdę. Może i ten film ma wiele niedopowiedzeń (rodzina, działanie struktur), jednak potrafi poruszyć, zaś brak oczywistego happy endu staje się zaletą. To bardzo realistyczne, mroczne, surowe kino, bardziej stawiające na psychologię postaci niż klasyczne łubu-dubu. Jeśli będziecie mieli okazję, zobaczcie.

7,5/10 

Radosław Ostrowski