Sicario 2: Soldato

Granica amerykańsko-meksykańska, czyli miejsce pełne niebezpieczeństwa, gdzie kartele przemycają ludzi, siejąc śmierć oraz spustoszenie. Tutaj dobro i zło dawno się zmieszały ze sobą, doprowadzając do eskalacji ciągłej wojny. I tam właśnie wracamy, gdy podczas przerzutu ludzi, kurier popełnia samobójstwo. Później w jednym z amerykańskich marketów dochodzi do ataku samobójczego i za to ktoś musi zapłacić. Zwłaszcza, że za przemyt odpowiada jeden z karteli. Na polecenie rządu, ekipa pod wodzą Matta Grimesa, dostaje jedno zadanie: rozpętać wojnę między kartelami. By tego dokonać, decydują się porwać córkę jednego z bossów.

soldato1

Gdy trzy lata temu pojawiło się „Sicario”, reżyser Denis Villeneuve uderzył między oczy wielu kinomanów, doprowadzając do niemal ekstazy. Ale tym razem Kanadyjczyka zastąpił włoski filmowiec Stefano Sollima (serial „Gomorra”), by pójść w zupełnie inne tory. Pamiętacie agentkę Kate, której idealizm został zderzony z brutalną, bezwzględną rzeczywistością? Tu jej nie ma, zaś reżyser skupia się na krwawej rzeźni, nie zapominając o mrocznym klimacie. Nadal jest to przerażający, mroczny, krwawy świat, gdzie najważniejsze jest osiągniecie celu. Nieważne, że po drodze musisz zabić, że kartel zmusza dzieci do zabijania (początek finału), że musisz postąpić wbrew swoim zasadom (jakim, kurwa, zasadom?), bo politycy nie chcą sobie ubrudzić rączek.

soldato3

Trudno nie odmówić reżyserowi faktu, że skupia się przede wszystkim na intrydze oraz akcji. Gdy do niej dochodzi, adrenalina nakręca się (atak na konwój przez skorumpowanych policjantów czy bardzo ostre zakończenie), odpowiednio zachowując tempo i intensywność (porwanie dziewczynki), w czym pomagają świetne zdjęcia Dariusza Wolskiego. To wszystko działa przez ¾ filmu, bo zakończenie nie daje satysfakcji (nawet sugeruje ciąg dalszy), bo pewne zachowania naszych bohaterów budzą pewne wątpliwości (relacja Alejandro z porwaną w formie niby-ojciec, niby-córka nie wybrzmiewa). I jeszcze wchodzi wątek pewnego chłopaka, który dołącza do kartelu jako przemytnik. Sama ta historia początkowo sprawia wrażenie zbędnego balastu, nie pasującego do całości. Jednak im bliżej końca, zaczyna nabierać znaczenia. Jakby całe to społeczne tło było tylko dodatkiem dla intrygi, która potrafi wciągnąć.

soldato2

„Dwójka” ma też jeden bardzo mocny atut: starzy znajomi z poprzedniej części, czyli Josh Brolin i Benicio Del Toro. Obaj bardzo szorstcy, twardzi, bez robienia z siebie ubermacho, co kipi testosteronem i dogadują się niemal bez wielu słów. Nawet momenty, gdy zaczynają się na ich twarzy malować wątpliwości (u tego pierwszego jest to wielkie zaskoczenie), pozostają przekonujący. Nieważne, czy przesłuchują terrorystę, czy próbują wyjść cało z niełatwej sytuacji. Także grająca „cel” Isabela Monel sprawdza się dobrze jako pyskate dziecko, poznające ten mroczny świat na sobie czy idący w tym samym kierunku Elijah Rodriguez (Miguel).

„Soldato” pozostaje mrocznym, ciężkim kinem akcji, z dusznym klimatem oryginału, jednak inaczej rozkłada akcenty. Zamiast poczucia bezsilności stawia na sensacyjną intrygę, pełną krwi i przemocy, wracając na stare śmieci. Pytanie, jaki czeka nas finał tej historii.

7/10 

Radosław Ostrowski

Predator 2

Pierwsze spotkanie z Predatorem w 1987 roku było wielkim hitem, więc sequel był tylko formalnością. Jednak czy można było dać coś nowego, by rozwinąć całe uniwersum? Albo w ogóle je budować? W 1990 roku postanowiono zrobić część drugą, tym razem pod wodzą Stephena Hopkinsa. Czy warto było czekać?

Tym razem trafiamy do dżungli miejskiej roku 1997. Los Angeles stało się prawdziwym polem bitwy, gdzie gangi voodoo oraz Kolumbijczyków walczą ze sobą. Policja znajduje się gdzieś pośrodku tego bajzlu. Wtedy poznajemy naszego protagonistę, porucznika Mike’a Harrigana. Facet, jak na klasycznego glinę przystało, niekoniecznie sobie radzi z dyscypliną, wykonywaniem rozkazów i działa troszkę na partyzanta. Ale wszystko się zmienia, gdy kryjówka Kolumbijczyków zmienia się w jedno wielką rzeźnię. Potem do akcji wchodzą tajemniczy faceci w gajerkach, ciemnych okularach oraz wypasionym helikopterem. O co tu do cholery chodzi?

predator_23

Reżyser nie chce korzystać z prostego szablonu znanego z jedynki, czyli mała grupka kontra jeden potężny skurwiel z nowoczesną technologią. Przeniesienie akcji do miasta wniosło wiele świeżości, a przeskakiwanie z dachu na dach, jeszcze bardziej wywołuje poczucie zagrożenia. A i sam Predator pojawia się częściej, z bardziej wypasionym sprzętem w postaci włóczni, podrasowanego kasku (więcej opcji podglądania) czy okrągłego bumeranga. Same sceny akcji robią imponujące wrażenie zarówno dynamiką (pierwsza strzelanina, próba odbycia rytuału), jak i odpowiednio potęgowanym napięciem (Predator w metrze). Twórcy coraz bardziej rozwijają mitologię tytułowego przybysza, nie tylko z powodu wypasionego sprzętu czy tajemniczej jednostki pod wodzą Petera Keyesa, ale finałowej sceny na statku. Tam się okazuje, że w polowaniach nie uczestniczy tylko jeden przedstawiciel tego gatunku, ale też odbywały się w różnym czasie oraz miejscach. I to zaczyna rozpalać wyobraźnię do czerwoności.

predator_21

Swoje też próbuje zrobić obsada, która jest naprawdę niezła. Co prawda nie wrócił Arnold „Get to the choppa” Schwarzenegger, ale zastępujący go Danny Glover bardzo dobrze sobie radzi. Jest bardzo charakternym, bezkompromisowym gliniarzem, bardziej upartym niż osioł. Drugą wyrazistą postacią jest enigmatyczny agent Keyes w wykonaniu Gary’ego Buseya, dodając pewnego mroku tajemnicy. Szkoda tylko, że partnerzy Harrigana (poza Billem Paxtonem) nie zapadają zbyt mocno w pamięć, co jest sporym minusem. Tak samo jak rezygnacja z klimatu horroru znanego z poprzedniej części, dodającego poczucia niepokoju.

predator_22

Drugi „Predator” to świetnie zrobiony film akcji, rozwijający konsekwentnie uniwersum kosmicznego myśliwego. I za to ogromny plus, tak jak za nową przestrzeń oraz podrasowany design. Do poziomu części pierwszej wiele zabrakło, niemniej intryguje, dostarcza rozrywki i świetnie wygląda.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Predator

Początek jest tutaj dość klasyczny: mamy oddział komandosów pod wodzą majora Dutcha. Specjalizują się w zadaniach ratunkowych i właśnie dostają kolejne od dawnego towarzysza broni szefa, obecnie agenta CIA. Ich celem jest minister jednego z państw w Ameryce Południowej, który został pojmany przez oddział partyzantów. Ekipa wyrusza do akcji, jednak po drodze odkrywają dość makabryczne zwłoki. A to dopiero początek niespodzianek.

predator_19871

Dla Johna McTiernana „Predator” był pierwszy dużym projektem i drugą fabułą w jego karierze. Pozornie z opisu wydaje się, że będziemy mieli do czynienia ze stricte filmem akcji, jakich powstawało wiele. To jednak tylko zasłona dymna, która zostaje nam zdjęta już na samym początku. Pierwsze półtorej minuty to latający statek kosmiczny, wystrzeliwujący w naszą planetę coś. Pozornie nieistotny detal, jednak ustawia on cały kierunek filmu. Pierwszy akt to wręcz krótka ekspozycja ekipy, składającej się wręcz ze stereotypowej grupy twardzieli: od przypakowanego koksiarza z potężną giwerą, Indianina-tropiciela, znającego hiszpański sapera, sierżanta z łysą czachą i radiowca wyglądającego niczym inteligencik. Sztampowe charaktery, ale jednak zapadają w pamięć. A kiedy dochodzi do kulminacji (scena ataku na partyzantów), dostajemy wszelkie możliwe atrakcje: świszczące kule, kozackie one-linery, wybuchy godne Michaela Baya (takiego z początków kariery) oraz wręcz skaczących przeciwników.

predator_19872

Najciekawszy jednak pozostaje sam Predator – bardzo tajemnicza persona, nie wypowiadająca ani jednego słowa. Stwór z dredami na głowie, maską (niewidoczną aż do finałowego pojedynku jeden na jeden), wyostrzonym wzrokiem – dokładnie sprzętem – oraz nowoczesną technologią, czyniącą go bezwzględnym zabijaką. To by wystarczyło na stworzenie równie ikonicznego przybysza z kosmosu, co Obcy od Ridleya Scotta, ale jest coś jeszcze: ten przybysz ma zasady. Nie zabija nieuzbrojonych, zaś z poległych zbiera głowy z kręgosłupem jako trofea, a pokonany popełnia bardzo widowiskowe harakiri.

predator_19873

I jeszcze jest to świetnie zagrane, co jest sporą zasługą m.in. Arnolda Schwarzeneggera. Wiadomo, że jak jest Arnie, to będzie twardy akcent, mieszanka sprytu oraz ciętych ripost, jednak pojawia się też przerażenie. Ale każdego z ekipy trudno zapomnieć: Billy’ego Duke’a (sierżant Mac), Sonny’ego Landhama (Billy) czy Carla Whitersa (Dillon). Jest też nawet sam Shane Black (Hawkins), który właśnie nakręcił kolejną część serii.

Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony jak film McTiernana godnie wytrzymuje próbę czasu. „Predator” to znakomita hybryda kina akcji z horrorem SF, jakiej nie było od czasu drugiego „Obcego”. Reżyser już tutaj wspina się na wyżyny talentu, a tytułowy bohater przeszedł do historii popkultury. Prawdziwe wejście z hukiem.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Braven

Joe Braven jest prostym drwalem mieszkającym gdzieś na pograniczu amerykańsko-kanadyjskim. Mieszka razem z żoną i córką oraz ojcem, który po wypadku nie radzi sobie zbyt dobrze z pamięcią. W końcu Joe decyduje się razem z ojcem pogadać o jego problemach w chatce, gdzie nie ma zasięgu. Jednak w chatce, podczas ich nieobecności, schowano torbę pełną narkotyków. Ale teraz przemytnicy wyruszają odzyskać swoje.

braven1

Fabuła tego filmu sprawia wrażenie produkcji z lat 90. Debiutujący na stołku reżyserskim Lin Oeding, całkiem zgrabnie wykorzystuje konwencję oblężenia domu, znajdującego się gdzieś na odludziu. Dookoła śnieg, brak zasięgu, jedna droga oraz łotry uzbrojone po zęby. Po drugiej strony mamy Bravena i ojca, wykorzystujących jedynie spryt, łuk, ewentualnie topory. „Braven” jest bardziej surowy niż choćby „John Wick”, czarujący wizualnym stylem oraz wręcz finezyjnymi popisami kaskaderów, jednak nie należy tego odbierać jako wady. Nasz protagonista jest prostym człowiekiem, a nie jakimś przypakowanym Rambo z umiejętnościami mordowania zdobytymi podczas szkolenia w tajnych służbach, co dodaje troszkę realizmu. Z tego powodu sceny akcji wyglądają dość prosto, jednak potrafią zaangażować, budują napięcie i nie są pozbawione pomysłowości (wykorzystanie pułapki na niedźwiedzia). Sama historia nie jest zbyt skomplikowana, bohaterowie odpowiednio prosto zarysowani, a napięcie ciągle budowane, tak samo jak klimat osaczenia i bezradności. By nie było tak słodko, „Braven” ma jedną, ale za to dość poważną wadę: przewidywalność, co jest aspektem wszystkich obecnie filmów akcji. Jednak sama realizacja sprawia, że nie jest to aż tak poważny problem, który psuje frajdę z seansu.

braven2

Aktorstwo, jak na tego typu kino, trzyma fason. Jason Momoa w roli tytułowej sprawdza się dobrze – jest dzielnym i odważnych facetem, jednak nigdy nie staje się przerysowanym twardzielem. Najsilniej wygrana jest tutaj relacja ze starym, troszkę zagubionym ojcem (świetny Stephen Lang), stanowiąc silny kościec emocjonalny. Nawet czarny charakter (Garrett Dillahunt) jest bardzo wyrazisty, stawiając ludzi po kątach i ma w sobie tyle charyzmy, że trudno przejść obojętnie.

braven3

Sam film to solidne kino akcji zrobione w starym, dobrym stylu. Nie brakuje prostych, lecz angażujących scen akcji, spokojnie prowadzonej intrygi, pełnej drobnych wolt, wyrazistych postaci oraz bardzo surowym klimatem. Jak widać, stara szkoła nadal jest w cenie.

7/10

Radosław Ostrowski

A Prayer Before Dawn

Filmy więzienne to gatunek, który ma swoje charakterystyczne elementy, zaś więzień stał się jedną z postaci, stających się archetypem bohatera. zazwyczaj w nich chodzi o przetrwanie lub ucieczkę z piekła. I wydawałoby się, że historia Billy’ego Moore’a pójdzie w te same rejony. Ten młody Brytol przebywa w Tajlandii, gdzie trenuje boks i zaczyna ostro ćpać. I za to ostatnie trafia do więzienia, bez znajomości języka, kompletnie nie znając reguł gry.

modlitwa_przed_switem1

I o tym opowiada film Jean-Stephane’a Sauvaire’a, będący ekranizacją wspomnień Billy’ego Moore’a. to bardzo brudny, wręcz szorstki film, któremu daleko do produkcji hollywoodzkich. Nie mocna mówić o szczęśliwym happy endzie, zaś sama historia jest bardzo trudna do przełknięcia. Ponieważ wszelkie dialogi są w tajskim języku, lecz bardzo rzadko są one tłumaczone na język angielski, co pomaga wejść w buty zdezorientowanego bohatera – białego, w obcym otoczeniu, obcym świecie, próbując rozpoznać reguły panujące w pierdlu. Gwałty, papierosy, brutalne morderstwa oraz dość nietypowa forma resocjalizacji – przez boks oraz zawody w boksie tajskim. Wizualnie jest bardzo chropowaty, z bardzo nieostrymi kadrami, minimalistyczną muzyką elektroniczną, zaś sama fabuła wydaje się bardzo szczątkowa. Niemniej reżyser nadrabia to wszystko klimatem – pełnym brudu, przeładowanych cel, śliskich strażników oraz załatwiania narkotyków.

modlitwa_przed_switem2

I to wszystko działa, zaś bardzo surowo zrealizowane sceny bokserskie, pełne ruchliwej kamery, mocnego montażu, potrafią chwycić za gardło, dając mocnego kopa. Powoli widzimy kolejne przygotowana, spięcia między Billym a resztą czy relację z handlującą Fran. Mimo pewnej skrótowości, „A Prayer Before Dawn” potrafi zaangażować, co jest zasługą kapitalnego Joe Cole’a w roli głównej. Aktor wyciska soki z pozornie prostej postaci, pełnej sprzecznych emocji: wściekłości, gniewu, strachu, wyobcowania oraz walki. Ten aktor jest wręcz sercem tego dzieła, bez którego byłaby to kolejna więzienna opowieść.

modlitwa_przed_switem3

Aż trudno mi było uwierzyć, że to wszystko wydarzyło się naprawdę. Może i ten film ma wiele niedopowiedzeń (rodzina, działanie struktur), jednak potrafi poruszyć, zaś brak oczywistego happy endu staje się zaletą. To bardzo realistyczne, mroczne, surowe kino, bardziej stawiające na psychologię postaci niż klasyczne łubu-dubu. Jeśli będziecie mieli okazję, zobaczcie.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Free Fire

Gdzieś w Ameryce ma dojść do prostej transakcji: kasa za spluwy. Kasę mają Irlandczycy ze słynnej IRA, spluwy załatwia handlarz z RPA, a pośrednikami w interesie są Justine oraz Orb. Wszystko miało pójść łatwo, gładko i bez zbędnych komplikacji. Co może pójść nie tak? A co dwóch z członków grupy pomocników poznało się wcześniej i wyszła z tego duża awantura? To niezbyt dobrze wróży interesom, a zwykła transakcja zaczyna się zmieniać w pole bitwy.

free_fire1

Ben Whitley to jeden z bardziej intrygujących brytyjskich filmowców, chociaż moje dwa poprzednie spotkania („Pole w Anglii” oraz „High-Rise”) nie do końca mnie przekonały. „Free Fire” to prosta, nieskomplikowana historia kryminalna a’la Tarantino. Emocje zaczynają się coraz bardziej rozkręcać, a karuzela przemocy wydaje się nie mieć końca. Wszyscy chowają się gdzieś za każdą osłoną, każdy do każdego strzela, rzucając się wyzwiskami, sprawdzając stan zdrowia i próbując się jakoś z tego wykaraskać. Do tego dochodzi zdrada z zewnątrz, poczucie urażonej dumy, próby zastosowania różnych podstępów, a broń czasem lubi się zacinać. Wszystko wygląda jak jakiś film z lat 70., gdzie mamy kolesi w kurtkach, kolesi w wypasionych garniakach, kolesi z wąsami oraz jedną lalunię, a w tle gra John Denver. Reżyser niby gra znaczonymi kartami, ale wie jak podkręcić napięcie, bardzo dynamicznie montując i dodając parę roszad, niespodzianek oraz krwawej jatki.

free_fire2

Do samego końca nie można być pewnym jak to się wszystko skończy i kto przetrwa, a wszystko zależy od zwykłego farta. Kto celniej strzeli, kto szybciej się przemieści, kto będzie bardziej wytrzymały oraz odporny. Whitley podrzuca to także swoim poczuciem humoru, dostarczając bardzo przyjemnej rozrywki.

Tak samo znakomicie odnajdują się aktorzy w tym całym bajzlu. Najbardziej błyszczy tutaj rzucający ciętymi ripostami Orb w wykonaniu Armiego Hammera oraz wręcz przerysowany, mający wielkie ego na swój temat Vernon, brawurowo zaprezentowany przez Sharlto Copleya. Swoje robi też honorowy oraz nieufny Chris (świetny Cillian Murphy), a także porządny Frank (Michael Slovis) czy naćpany Stevo (zaskakujący Sam Riley). Oczywiście, jest tych postaci więcej i nawet drobne kreacje Patricka Bergina, Noah Taylora czy Brie Larson zapadają w pamięć.

free_fire3

Kolejny przykład jak wiele zależy od przypadku. „Free Fire” to bezpretensjonalna kanonada strzelanin, przekleństw oraz przewrotek w klimacie lat 70. Takiego pieprznika oraz bałaganu (kontrolowanego) nie widziałem od dawna, a wszystko tak bezpretensjonalnie jak się da.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Proud Mary

Mary na pierwszy rzut oka wydaje się być zwykłą kobietą, jakich wiele chodzi po ulicach. Troszkę przy kości, ale nadal apetyczna. Nie dajcie się jednak zwieść – Mary jest mafijnym cynglem, dla której przemoc i spluwy to chleb powszedni. Jednak podczas jednego zlecenia pozwala żyć chłopakowi, wcześniej kasując jego ojca. Rok później znajduje dzieciaka na ulicy, pobitego i pracującego dla Wujka – handlarza narkotyków. I ta decyzja wywróci jej życie do góry nogami.

dumna_mary1

Sam początek filmu jest dość zwodniczy – czołówka w stylu lat 70., w tle „Papa Was a Rolling Stone”. To wszystko zapowiadało całkiem stylowego akcyjniaka. Tylko, że reżyser stawia na bardziej dramatyczne wątki związane z Mary. Kobieta już próbowała zerwać z mafijną przeszłością, lecz się nie udało, zaś relacja z chłopcem daje jej kolejną szansę na ucieczkę. Ale jedna decyzja doprowadza do mafijnej wojny, przez co „wyjście” staje się trudniejsze. Zamiast filmu akcji czy thrillera mamy tutaj do czynienia z dramatem ubarwionym od czasu do czasu jakimiś strzelaninami. Jednak sama intryga jest opowiedziana w sposób bardzo prosty, wręcz po sznureczku. Napięcia tutaj tyle co kot napłakał, bo i tło jest ledwo liźnięte (dwie rodziny mafijne), zaś drugi plan jest wręcz bardzo słabo zarysowany, choć pełen znanych twarzy.

dumna_mary2

To może chociaż sceny akcji są tutaj świetnie wykonane? No niestety, są to bardzo prosto wykonane strzelaniny, pozbawione jakiejkolwiek finezji i stylu. To zwyczajne pif-paf w wąskich korytarzach, gdzie Mary wali każdego strzałem w łeb niczym John Wick. Pewnym wyjątkiem jest finał w magazynie, gdzie jest moment z ruchem pięści, jednak to wszystko za mało, by uznać to za udanego akcyjniaka. Jedynie ta więź z chłopakiem potrafi zaangażować emocjonalnie, chociaż zdarzają się ckliwe fragmenty z pianinkiem w tle.

dumna_mary3

I jeśli jest jakiś powód, że to wszystko ogląda się bez bólu zębów oraz innych części ciała, to jest to kreacja Taraji P. Henson. Jej Mary jest bardzo przekonująca zarówno jako chłodna zabójczyni, zmęczona życiem kobieta, jak i potencjalna matka. I to wszystko jest zaprezentowała bez poczucia fałszu, trzymając to wszystko do kupy. Także partnerujący jej Jahi Di’Allo Winston (Danny), okazuje się dobrym graczem, wiarygodnie pokazującym jego zagubienia zmieszanego z zadziornością. Warto też wspomnieć solidnego Danny’ego Glovera jako ojciec chrzestny, pokazujący troszkę inne emploi.

„Dumna Mary” jest filmem mocno niezdecydowanym. Niby sensacyjniak, ale bardziej skupiony na wątkach dramatycznych, przez co stoi w dużym rozkroku. Nawet sama Henson nie jest w stanie ukryć średniej reżyserii oraz bałaganiarskiego scenariusza.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Skok stulecia

Macie takie wrażenie oglądając pewien film, że już go gdzieś widzieliście? I nie chodzi o wykorzystanie podobnego schematu czy szablonów, ale bardzo podobnych scen, sposobu realizacji? Właśnie przed chwilą obejrzałem dość skromny film, który przypominał mi pewnego klasyka sprzed kilkunastu lat. W gruncie rzeczy chodzi o grupę gliniarzy pod wodzą Nicka O’Briena ścigających gang napadający na banki. Szef grupy, składającej się z byłych żołnierzy, Ray Merrimen, planuje zrealizować najbardziej karkołomny napad w historii – na Bank Rezerw Federalnych.

skok_stulecia1

Debiut Christiana Gudergesta od samego początku budził jedno skojarzenie: „Gorączka” Michaela Manna. I nie chodziło jedynie o koncepcję, bo zabawy w policjantów i złodziei zawsze potrafiły przyciągnąć widownię. Bardziej chodzi tu o styl wizualny oraz parę podobnych scen: od nocnych panoram miasta przez pierwszy napad aż po scenę na plaży, skojarzenia nasuwały się automatycznie. Jasne, to nie jest klon 1:1, jednak inspiracja tutaj jest bardzo mocno wyrazista. Nawet odgłosy strzałów z broni wydają się bardzo zbliżone do siebie. Jednak mimo podobieństwa, film okazuje się całkiem przyzwoitą rozrywką dla miłośników sensacyjnych dzieł. Sama akcja zrobiona jest z nerwem, pełnym napięcia (zwłaszcza ostatnie pół godziny), strzelaniny i pościgi dostarczają frajdy, chociaż nie jest to aż tak realistyczne, jakby się mogło wydawać. Chociaż zabawa w podchody i mylenie tropów poprowadzona jest całkiem solidnie.

skok_stulecia2

Problemem dla mnie jest sama intryga, bo skok poprowadzony jest w dość pogmatwany sposób, a sama koncepcja poprowadzona jest w dość nieczytelny sposób. Niby zaczynamy powoli odkrywać elementy układanki, jednak te potrafią parę razy zaskoczyć logicznymi dziurami, a zakończenie wydawało mi się tak naciąganie, że w głowie się to nie mieści. Do tego jest parę scen, które wydają mi się zbędne wobec całej opowieści (krótki wątek z chłopakiem córki jednego z tych złych) oraz dość schematyczny wątek życia prywatnego O’Briena, chociaż to ostatnie aż tak nie przeszkadzało. Ale reżyser nie potrafi się zdecydować czy bardziej idzie w stronę heist movie czy mocnego dramatu, przez co wiele razy mamy taki groch z kapustą. Także drugi plan (zwłaszcza kumple O’Briena) wydaje się dość ubogi oraz niezbyt rozbudowany.

skok_stulecia3

Aktorsko jest za to dość ciekawie. Bryluje tutaj Gerard Butler, który jest tutaj turbo-macho z przypakowanymi mięśniami, długą brodą, kozackim wdziankiem oraz byciu po prostu twardym. Wydaje się być wzięty jakby z innej epoki, jednak do tej konwencji oraz takich postaci Szkot pasuje idealnie. Po drugiej stronie barykady mamy równie twardego i inteligentnego Pablo Schreibera (Merrimen), tworząc bardzo dobry kontrast, chociaż tutaj granice między dobrem a złem zatarły się dawno. Warto też wspomnieć dość wyciszonego O’Shea Jacksona Jr. (barman Donnie) oraz niezłego 50 Centa, który nie drażnił.

Sam „Skok stulecia” to bardzo przyzwoity kawał kina akcji, chociaż za bardzo miejscami zżynający z „Gorączki”. Niemniej jednak z masy filmowych klonów, ten potrafił dostarczyć sporo frajdy, mimo poczucia deja vu. Cieszy mnie za to wiadomość, że film zarobił na tyle, by powstał sequel. Jest szansa, że błędy zostaną poprawione.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Diabolik

Tytułowy Diabolik to nieuchwytny kryminalista, nie robiący sobie nic z kolejnych policyjnych zasadzek, dopuszczając się coraz bardziej bezczelnych kradzieży. A wspiera go w tym Eva – wspólniczka i kochanka. Jednak prowadzący sprawę inspektor Genko jest zdeterminowany i by dopaść przestępcę postanawia zawrzeć układ z szefem mafii.

diabolik1

Film Mario Bavy z 1968 roku, tym razem wspartego przez producenta Dino De Laurentiisa, zmierzył się z popularnym w swoim kraju komiksem. I jest to w jakimś stopniu kino superbohaterskie, ale troszkę inne niż zwykle, bo Diabolika trudno nazwać bohaterem. Owszem, ma kryjówkę pod ziemią, ma sporo gadżetów i lateksowe wdzianko niczym Batman, jednak to (anty)bohater, mający tylko jeden cel: spełnić zachcianki swojej kobiety. Pozornie historia wydaje się bardzo prosta, jednak reżyser idzie z duchem epoki, czyli lat 60. Z jednej strony bardzo psychodeliczna wizja, z bardzo szybkim montażem (czołówka), skupieniem na detalach oraz dość ciekawych kadrach, z dość nietypowymi kątami jak w scenach z kryjówki naszego protagonisty czy podczas scen akcji. Z drugiej jest to bardzo kampowy, lekko kiczowaty koktajl, przesiąknięty erotyzmem oraz pomysłami tak szalonymi jak przetopienie pieniędzy w jedną ogromną sztabę złota. Więc jest wywrotowo, zmysłowo, z szaloną muzyką Ennio Morricone oraz bardzo pomysłowymi inscenizacjami (zasadzka przy pomocy mafii, każda ucieczka oraz nowy gadżet czy finał), nawet jeśli troszkę maskują kwestie budżetowe (akcja z pociągiem). Intryga potrafi chwycić, realizacja wygląda imponująco (poza scenami jazdy, gdzie mamy przyklejone tło), pojawia się kilka niespodzianek i wolt, zaś finał wprawia w pewne zakłopotanie.

diabolik2

Bava świetnie się bawi formą, a i aktorami (mimo pewnego przerysowania i umowności) zajmuje się bardzo dobrze. Największe wrażenie robią tutaj Michel Piccoli (inspektor Genko) oraz Adolfo Casi (gangster Valmont), którzy zwyczajnie bawią się na planie przednio. Podobnie jak pojawiający się w epizodzie Terry Thomas (minister), dodający troszkę humoru. Z kolei sam Diabolik w wykonaniu Johna Martina Lawa to bardzo małomówny facet, nastawiony na czyny z aparycją przypominającą troszkę Alaina Delona. Ale gdy się odezwie jest zaledwie znośny. W przeciwieństwie do pociągającej Marisy Mell, z którą nasz zbrodniarz ma bardzo silną chemię.

diabolik3

„Diabolik” to bardziej komercyjny film Bavy, jednak nie należy tego traktować jako wady. Reżyser po swojemu zmierzył się z nieznaną sobie konwencją, naznaczył swoim piętnem i dorzucił luz. Dla mnie była to przyjemną wyprawa, dająca dużo zabawy.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071


Gra cieni

Przedwojenna Korea znajdowała się pod dyktatem Japonii, gdzie część mieszkańców poszła na współpracę z okupantem. Jednym z takich ludzi jest Lee Jeong-chool – kapitan japońskiej policji, który kiedyś należał do ruchu oporu. A wszystko zaczyna się od obławy na dawnego znajomego z młodości, która kończy się śmiercią ściganego. Jednak przełożony postanawia dać Lee drugą szansę: infiltracja środowiska ruchu oporu, by schwytać jego przywódcę Jeong Chae-san. By tego dokonać, kapitan musi się „zaprzyjaźnić” z niejakim Kim Woo-jin, właścicielem zakładu fotograficznego. Od tej pory zaczyna się ryzykowna gra, gdzie do zdobycia jest zarówno całe szefostwo ruchu oporu, jak i materiały wybuchowe.

gra_cieni1

Koreańskie kino to rejon dla mnie nadal dość dziewiczy, a tym bardziej kino szpiegowskie. Kim Jee-woon jednak łączy amerykański sznyt z koreańskim stylem. Realia epoki są odtworzone z ogromnym pietyzmem. Kostiumy, pojazdy czy wnętrza zarówno pociągu jak i budynków prezentują się imponująco. Ale najważniejsza jest tutaj sama historia, gdzie mamy zderzenie dwóch walczących siatek: japońskiej policji i wywiad oraz koreańskim ruchem oporu, walczącym o niepodległość kraju. Intryga tutaj jest bardzo mocno pogmatwana, bo w każdej ze stron działają podwójni agenci oraz zdrajcy. Nie do końca wiadomo komu można zaufać, a stawka jest coraz wyższa. Czy nasz kapitan zdradzi swoich przełożonych, którzy nim gardzą? A może udaremni plany ruchu oporu? Reżyser bardzo powoli buduje napięcie w pozornie prostych scenach (wspólne popijawy czy akcja w pociagu), przez co niepokój jest wręcz obecny cały czas. Za to zaskakuje pomysłowo zainscenizowanymi scenami akcji – zarówno początkowa obława z żołnierzami skaczącymi po dachach jak i bardzo efektowna strzelanina na dworcu podnoszą adrenalinę. Więc nie zabrakło widowiskowości w tej – pozornie kameralnej – historii o zdradzie, przyjaźni i lojalności.

gra_cieni2

Tylko, że ponad dwugodzinna opowieść ma pewne momenty przestoju i miejscami bywa odrobinkę teatralna, co może zniechęcić. Dodatkowo nadmiar postaci drugo- i trzecioplanowych, które mogą odegrać istotną rolę jest bardzo duży, przez co trzeba „Grę cieni” oglądać w dużym skupieniu oraz koncentracji, by nie pogubić się w tej całej układance. Dodatkowo wiele postaci jest ledwo zarysowanych, przez co trudno się z nimi identyfikować, tak samo jak emocjonalny chłód między głównymi bohaterami.

gra_cieni3

Ale jeśli dodamy do tego porządne aktorstwo (ze szczególnym wskazaniem na bardzo wycofanego Songa Kan-hoo oraz Yoo Gonga) i pewną reżyserię, w efekcie dostajemy sprytnie poprowadzone kino rozrywkowe, pełne zaskoczeń, rozmachu, stylu oraz brutalne.

7/10

Radosław Ostrowski