Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów

Pamiętacie akcję Avengersów w Sokowii? Jak się okazało zgon wielu, zbyt wielu ludzi nie przeszedł obojętnie wobec całego świata, który nie czuje się bardziej bezpieczny. Dlatego ONZ chce sprowadzić nadzór nad superherosami w ramach specjalnej komisji. Ale zarówno Stark, jak i Rogers mają kompletnie inne zdanie na ten temat. A żeby jeszcze było mało wewnętrznych konfliktów, dochodzi do zamachu na siedzibę ONZ, zaś sprawcą jest… Bucky, czyli Zimowy Żołnierz.

kapitan_ameryka31

Trzecia część przygód Kapitana Ameryki bardziej łączy się z MCU, a jednocześnie pokazuje reperkusje wydarzeń z całego uniwersum. Bracia Russo trzymają się stylu poprzedniej części, czyli kina akcji, polanego bardzo pogmatwaną intrygą oraz próbą stworzenia wręcz dramatu. Plus dodanie dwóch nowych postaci do całego uniwersum, dodając kolejnych filmów, mające za zadanie generować miliardy dolców zysku. Długo nie byłem w stanie rozgryźć na czym ma polegać cała intryga (ekspozycja z 1991 roku), bo jest wiele początków (także domknięcie z „Zimowego Żołnierza”), ale jest to do przełknięcia. Konflikt jest wyraźnie zarysowany między bohaterami, racje wydają się sensowne, a szansy na znalezienie jakiegoś kompromisu wydają się równie prawdopodobne jak wygrana w totolotka. A gdy do gry wchodzą emocje, wszystko zaczyna się chrzanić na potęgę.

kapitan_ameryka32

Reżyserzy potrafią przez długi czas utrzymać tempo, a wszelkie pościgi, bijatyki oraz mordobicia wyglądają nadal imponująco, mimo montażowej stylistyki a’la Jason Bourne. I mimo tego, wszystko pozostaje czytelne, wiadomo kto, kogo, czym i jak, co nie zawsze jest takie proste. Dodatkowo sama choreografia robi imponujące wrażenie – nie tylko konfrontacja na lotnisku czy finał w tajnej bazie na Syberii, ale choćby sam początek w Lagos. Do tego parę razy twórcy pozwalają sobie na wiele scen gadanych, by nie tylko wyciszyć tempo, ale także podbudować cały spór. Choć dochodzi do dość dramatycznego finału, ostatnia scena daje pewną nadzieję.

kapitan_ameryka34

Ale sporym problemem był plan głównego złego, czyli skłócenie Avengersów. Z jednej strony jest sama koncepcja jest bardzo trafna, tylko że miejscami jest to bardzo na granicy prawdopodobieństwa. I albo jest takim świetnym manipulatorem, albo wiele wydarzeń zdaje się być pobożnym życzeniem scenarzystów (choćby finał – skąd wiedział, że Stark podąży za Kapitanem do bazy?), co dało więcej wątpliwości. Za to plusem są zarówno nowi bohaterowie (zwłaszcza bardzo nakręcony Spider-Man oraz Czarna Pantera), jak i pojawienie się starych znajomych z kradnącym na kilka chwil Ant-Manem, wnosząc masę humoru do ciężkiego dramatu.

kapitan_ameryka33

Trudno się też przyczepić do filmu na poziomie aktorskim, chociaż na pierwszy plan zdecydowanie wybija się Iron Man oraz jego moralne dylematy, bo wiele perturbacji było spowodowanych przez jego działania. I Robert Downey Jr kolejny raz sprawdza się w tej postaci. Tak samo jak Chris Evans jako Kapitan Ameryka, będący harcerzykiem z zasadami nie do złamania, ale jest on troszkę nudny i przewidywalny. Nie znaczy to, że losy tego faceta mnie nie obchodziły, zwłaszcza gdy pojawiał się Bucky z często pranym mózgiem (świetny Sebastian Stan), dodając troszkę kolorytu. Ta chemia między tym duetem, daje troszkę kopa. Za to nie do końca przekonuje mnie główny zły, czyli Zemo grany przez Daniela Bruhla. Motywacja długo pozostaje tajemnicą, a rozwiązanie jego planu troszkę zawodzi. Szkoda.

„Wojna bohaterów” próbuje utrzymać poziom poprzednich części i w wielu momentach się to sprawdza, ale zarówno główny zły oraz miejscami nierówne tempo potrafią odstraszyć. Marvel utrzymuje poziom, jednak troszkę liczyłem na więcej. Bardzo solidne rzemiosło z paroma imponującymi popisami akcji.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ślepa furia

Sama historia filmu Philipa Noyce’a jest prosta jak konstrukcja cepa. Bohaterem jest niejaki Nick Parker – żołnierz wojny w Wietnamie, który podczas walki stracił wzrok. Trafił jednak po opiekę miejscowej ludności, która nauczyła go trochę tego i owego. 20 lat później wyrusza by odnaleźć swojego starego kumpla z wojska. Ale ten zostawił swoją żonę i syna, do których dociera Nick, od razu pakując się w grubszą sprawę. Spotkanie kończy się morderstwem, a Nick z chłopcem Billym muszą uciekać.

slepa_furia1

Nakręcona w 1989 roku film to wręcz klasyczny film akcji, gdzie mamy prostą intrygę, wyrazistych bohaterów oraz kilka pojedynków. „Ślepa furia” to amerykańska wersja „Zatoichiego” – ślepego samuraja, mierzącego się ze złem tego świata i niczym rewolwerowiec z westernu odchodził ku zachodzącemu słońcu. Noyce jednak wnosi wiele serca oraz tworzy bardzo specyficzny klimat, który mógł powstać tylko w latach 80. – oszczędna elektroniczna muzyka, skromny budżet oraz prosto opowiedziana fabuła. Ale to wszystko jest bardzo dobrze poprowadzone – dialogi wpadają w ucho, nie brakuje nawet humoru (omijanie aligatora czy scena z „cukierkiem”), zaś sceny akcji wypadają więcej niż dobrze. Trudno zapomnieć porwania oraz walki na polu kukurydzy czy finałowej konfrontacji Nicka z japońskim mistrzem miecza – tu choreografia jest wręcz obłędna. Sami przeciwnicy to prości rednecy o mentalności nieskomplikowanych osiłków, przez co walki z nimi mogą dziś wydawać się mogą dość śmieszne. Niemniej dają wiele satysfakcji, a choreografia walk nadal potrafi zrobić dobre wrażenie, mimo przewidywalności fabuły.

slepa_furia2

Realizacja jest solidna (zwłaszcza sceny retrospekcji), tempo zachowano odpowiednie, a napięcie jest budowane w sposób konsekwentny. Ale i tak najlepiej wypada Rutger Hauer w roli głównej. Nick jest twardym wojownikiem, którego nic nie jest w stanie zniszczyć ani złamać i jest przekonujący w roli niewidomego, zdanego na inne zmysły. Jednak jest w nim wiele doświadczenia, wewnętrznej siły oraz determinacji. Także jego więź z Billym (dobry Brandon Call) jest pokazana bez fałszu i przekonująco poza Haurem reszta spisuje się całkiem nieźle (zwłaszcza Terry O’Quinn jako Frank czy bezwzględny Randall „Tex” Cobb) i solidnie na tego typu produkcji.

slepa_furia3

„Ślepa furia” nadal jest uważana za jeden z najlepszych filmów w dorobku Noyce’a. Sprawna realizacja, znakomity Rutger Hauer oraz pomysłowo wykonane sceny akcji dają mnóstwo frajdy. Prosta, pretensjonalna rozwałka z sercem i klimatem jedynym w swoim rodzaju.

8/10

Radosław Ostrowski

Totem

Dziki to młody chłopak, który pracuje na bramce w klubie. Jego dziewczyna jest w ciąży i pracuje w lokalu jako prostytutka, a brat chłopaka jest bardzo wybijającym się drobnym mafiozem. Ale życie chłopaka zaczyna się zmieniać, gdy jego dziewczyna zostaje pobita przez klientów. Dziki dowiaduje się o dużym biznesie, gdzie ma dojść do handlu dragami. Razem z Igorem planują wykraść oraz sprzedać towar.

totem1

„Totem” to próba zrobienia kina sensacyjno-gangsterskiego na naszym podwórku. Założeniem jest surowa realizacja, bardzo chropowata, z rozedrganą kamerą oraz drobnymi cwaniakami, próbującymi ugrać jak najwięcej. Tylko, ze cała ta historia zwyczajnie nuży i nie angażuje. Dlaczego? Bo debiut Jakuba Charona to pełna amatorszczyzna. Zdjęcia są bardzo niestabilne, w kadrze widzimy tylko głowy albo twarze postaci, spychając kompletnie całe otoczenie. Niewiele widać, słychać też nie za bardzo, a nawet jeśli coś słyszymy, to dialogi oparte są tylko na rzucaniu bluzgów oraz paru ulicznych mądrości. Uszy od tego więdną, a przy scenach zbiorowych widać, że twórcy nie mieli wiele kasy na realizację. Intryga jest bardzo zamotana, kilka scen ma wyraźnie charakter deliryczno-ćpuński (mocna kolorystyka, elektroniczna muzyka w tle), co jeszcze bardziej utrudnia oglądanie. Ciąg przyczynowo-skutkowy też wydaje się nie istnieć w słowniku twórcy, przez co trudno zrozumieć co, kto i dlaczego robi, to co robi. Ale wnioski wyciągane przez reżysera są tak błahe, że nie warto sobie tym zawracać głowę: gangsterka może się skończyć śmiercią, dragi są złe, a kobietom nie można ufać. I co z tego? Nawet strzelaniny wyglądają chaotycznie (może nie aż tak jak „Historia Roja”, ale i tak nie jest dobrze) i nie ma absolutnie ŻADNEJ dobrej sceny.

totem2

Aktorsko postawiono tutaj na amatorów i to niestety mocno się odbija. Bohaterowie są wyjątkowo antypatyczni, postaciom brakuje charyzmy, myślenia, a nawet dykcji, bo nie da się tego zrozumieć. Zwłaszcza tutaj bryluje Olaf i jego słynne „nałokały” czy inne kwestie z akcentem wschodnim. Popek, który jest sygnowany jego nazwiskiem, ma ledwie jedną scenę, troszkę lepszy jest Sobota (Igor), tylko niewiele z tego wynika.

totem3

„Totem” to przykład kompletnego badziewia, gdzie absolutnie nic się nie udaje. Amatorska realizacja oraz brak budżetu, marne dialogi, kompletny chaos – kto dopuścił ten film do dystrybucji? Kompletna strata czasu, beznadzieja, nuda, wściekłość, bzdura. Co za kurestwo, nie film.

2/10

Radosław Ostrowski

Pitbull. Ostatni pies

Dawno, dawno temu, czyli gdzieś w 2005 roku pojawił się „Pitbull”. Debiut niejakiego Patryka Vegi to było surowe, brudne i – co z dzisiejszego czasu wydaje się niemożliwe – bardzo realistyczne, wiarygodne pod względem psychologicznym, mimo fragmentarycznej konstrukcji fabuły. Despero, Benek, Gebels, Metyl, Nielat – te postacie, dodatkowo fantastycznie zagrane, zapadły mocno w pamięć. Ale Vega zaczął robić filmy pokazujące prawdę, całą prawdę i gówno prawdę, a reaktywacja „Pitbulla” w 2015 roku była szczytem przeciętności. Teraz za markę wziął się twórca, który na psach znał się dobrze – Władysław „Co ty, k****a, wiesz o reżyserowaniu” Pasikowski.

Cała historia zaczyna się od zabójstwa niejakiego Soczka – byłego partnera Majami („Kto to k***a jest Majami?). Dostał kulkę w łeb, a że to było za mało, to jego wóz eksplodował. Komendant zbiera ekipę, wraca Metyl z zesłania, prosto ze szkolenia FBI wskakuje Nielat (teraz Quantico) i jest hipoteza: zabójstwo zlecił Gawron – szef Pruszkowa. Tylko jak to zweryfikować? Jest plan: infiltracja przez gliniarza pod przykrywką. Wybrany zostaje Despero, który jest łudząco podobny do niejakiego Hycla, którego schwytali Ruscy.

pitbull__ostatni_pies1

I już pierwsza scena, czyli transakcja na wschodzie z wódą, podniszczony magazynem oraz rosyjską ruletką pokazuje jak wielka jest różnica jest między kinem wegańskim, a kinem dobrym. Bo dla takiego Pasikowskiego napisanie scenariusza z początkiem, środkiem i zakończeniem to rutyna, a dla Vegi był szczytem możliwości. Sama intryga jest prowadzona powoli, spójnie oraz z wręcz sk***łą konsekwencją. Reżyser pewnie buduje swój świat: pozbawiony zasad, gdzie męska przyjaźń jest szorstka oraz z typowym dla tego twórcy portretem kobiet – albo są to dziwki, morderczynie i suki, bardziej bezwzględne (albo i tak samo) od facetów. I jak żyć w takim świecie? Reżyser potrafi wciągnąć w dochodzenie, po drodze odnosząc się albo do poprzednich części (czego się nie spodziewałem), jak i do aktualnych wydarzeń (Amber Gold, zabójstwo komendanta Papały), trzymając aż do, prawie samego końca. Bo zakończenie, niestety mnie rozczarowało, sprawiając wrażenie urwanego.

pitbull__ostatni_pies2

Stylistycznie nowemu „Pitbulowi” bliżej jest do sensacyjniaków z lat 90., co wynika z przedstawienia tła. Rzadko są pokazywane nowoczesne cacka (w komisariacie), nadal mamy wojnę Pruszkowa z Wołominem, dyskoteki z pstrokatymi kolorami oraz gangsterów z ciuchami jakby z tego okresu. Czy to mi przeszkadzało? Absolutnie nie, choć dla wielu może stanowić problem. Po drodze nie brakuje rozmów, ciętych dialogów, niepozbawionych złośliwego humoru, dobrze zrobionych strzelanin (akcja na targu czy starcie z Wołominem – trzech na siedmiu, czyli uczciwa, równa walka) oraz kilku zwrotów akcji. Może i troszkę czuć pewne stępienie pazurów.

pitbull__ostatni_pies3

Za to film jest fantastycznie zagrany. Klasę potwierdza powracający do roli Despera Marcin Dorociński, który ciągle balansuje między obydwoma stronami barykady. W zasadzie on jeden mógłby grać i byłby lepszy niż cała obsada poprzednich części. Wrócił też Rafał Mohr, który kompletnie nie przypomina swojej postaci z poprzednich części. Nielat, wróć Quantico zmężniał, lepiej się nosi, no i jakby troszkę mądrzejszy się zrobił. Na mnie jednak największe wrażenie zrobił kapitalny Krzysztof Stroiński, czyli Metyl. Nadal inteligentny, nadal pijący i nadal rzucający ciętymi ripostami – jakby nic się nie zmieniło. A jego wejście podczas finałowej strzelaniny („Wchodzę na dancing”), robi porażające wrażenie. Stara gwardia ciągle w formie.

pitbull_ostatni_pies4

A jak sobie radzą nowe postacie? Rzuca się w oczy Dorota Rabczewska, czyli Mira. Niby zwykła, ale charakterna dziewucha, która – z powodu pewnych okoliczności – musi przejąć inicjatywę, stając się rozgrywającą. Niespodziankę też zrobił Cezary Pazura jako gangster Gawron, pokazując troszkę zapomniany talent dramatyczny. Mocny jest Adam Woronowicz (Junior), sprawiający wrażenie tylko pomocnika, ale jest bardziej cwany, wręcz śliski. Także drobniejsze role Jacka Króla („Kowal”), Zbigniewa Zamachowskiego (bezdomny „Gawełek”) czy pojawiającej się na chwilę Kasi Nosowskiej zostaje w pamięci na długo.

Pasikowski może i troszkę złagodniał (jest troszkę sucharów, mniej bluzgów niż zwykle), troszkę czerpie z klisz klasycznego kryminału, ale „Ostatni pies” tylko na tym zyskał. To mocne, klimatyczne kino sensacyjno-policyjne, wieńczące ten cykl i wracające troszkę do korzeni. Na takiego „Pitbulla” czekałem.

7/10

Radosław Ostrowski

Narcos – seria 3

Pamiętacie naszego cudownego agenta Javiera Penę? Nasz agent DEA znowu musi wrócić do gry, bo po Pablo Escobarze schedę w handlu narkotykami przejął kartel z Kali, kierowany przez braci Rodriguez. Cała historia zaczyna się w momencie, kiedy szef kartelu, Gilberto Rodriguez postanowił zrealizować plan poddania się w ciągu pół roku. Do tego czasu próbują się obłowić po raz ostatni, ale agent Pena idzie na konfrontację.

narcos_31

Wielu się obawiało trzeciej serii „Narcos”, bo jak zrobić serial o narkotykowych baronach po śmierci głównego bohatera? I czy w ogóle jest sens ciągnąć to? Ale panowie z Brazylii wiedzą, co robią, a serial nadal podtrzymuje wysoki poziom. Całość jest nadal skomplikowaną łamigłówką, gdzie nasi główni wrogowie bardziej działają w cieniu niż blasku reflektorów. Nie znaczy to jednak, ze nie będzie krwi, strzelanin i przemocy. Wszystko się coraz bardziej gmatwa, komplikuje, gdyż nie wszystkim pasuje ten układ (zwłaszcza konkurencji), a zdrada wydaje się jedyną formą wyjścia z sytuacji. Pena tym razem pełni rolę dowódcy i rzadko wychodzi na teren, ale to nie znaczy, że nie ma nic do roboty. Próba zdobycia świadków (żywych) jest znacznie trudniejsza niż w poprzednich seriach, bo kartel z Kali ma bardzo szeroko rozbudowany wywiad (niemal wszędzie podsłuchy, siatki informatorów oraz aktywnych ludzi), skorumpowani policjanci, politycy, co na pewno nie ułatwia sprawy. Trzeba wtedy liczyć na farta albo potknięcie przeciwnika – tak schwytano Gilberta, to doprowadziło do eksplozji jednego z laboratorium w Nowym Jorku.

narcos_32

Formalnie jest tak jak zawsze – narracja z offu, wplecione materiały archiwalne oraz wiele zaskakujących faktów. To wszystko ogląda się z wielkim zaangażowaniem, mamy wyrazistych bohaterów, dochodzi do roszad, a najmocniejszy wątek dotyczy niejakiego Jorge Salcedo (rewelacyjny Matias Valera). Facet odpowiedzialny za wywiad decyduje się nawiązać współprace z DEA oraz pomóc w schwytaniu szefów kartelu. Jakie on bierze na siebie ryzyko, jak próbuje w tym zamieszaniu zachować spokój, wiedząc jaka może być za to cena. Bardzo mocno to widać w trzymającej za gardło sekwencji próby dorwania Miguela Rodrigueza, gdzie wszystko jest postawione na jedną kartę, a pójść nie tak może wszystko. Emocje się wręcz kumulują niczym w „Breaking Bad”, coraz bardziej podkręcając poczucie zagrożenia i niepokoju aż do bardzo gorzkiego finału (chociaż może nie aż tak gorzkiego?) z sugestią kolejnej serii w nowym regionie.

narcos_33

Nadal mamy mniej znanych aktorów (poza bohaterami z poprzednich części) i przez to wypada zaskakująco przekonująco. Ciągle nie zawodzi Pedro Pascal, którego Pena to mieszanka uporu, determinacji oraz trzymania się przepisów, ale w pewnych okolicznościach potrafi nagiąć zasady. Poza nim wybijają się bracia Rodriguez (kapitalni Damian Alcazar oraz Francisco Denis) – Gilberto to „złotousty”, inteligentny facet, z kolei drugi jest porywczym, bezwzględnym narwańcem, tworząc idealną kombinację. Nowi agenci tropiący, czyli Feistl oraz Van Ness (Matt Whelan i Michael Stahl-David) również się dobrze sprawdzają, chociaż nie wiemy o nich zbyt wiele, a do duetu Murphy/Pena po prostu brakuje wiele.

narcos_34

Trzecia seria „Narcos” zachowuje poziom poprzednika, a brak Escobara nie przeszkadza tak bardzo, jak by się mogło wydawać. To nadal trzymające w napięciu produkcja sensacyjna, jakiej nie powstydziłby się sam Martin Scorsese. Ma być czwarta seria i… czekam na nią jak na Gwiazdkę.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Outsider

Tuż po II wojnie światowej w japońskim więzieniu przebywa Amerykanin Nick. Tam udaje się uratować przed śmiercią mężczyznę. ten go prosi o pomoc w ucieczce, za co ma wobec Nicka dług wdzięczności. Jak się okazuje, zbieg był członkiem Yakuzy i proponuje Amerykaninowi dołączenie do tej organizacji.

outsider1

Sam pomysł na nową fabułę od Netflixa wydawał się całkiem niezły, bo gangsterskich filmów w orientalnym klimacie nigdy dość. Jest tu wszystko, co być powinno: zdrada, kwestia honoru, miłość, lojalność oraz kolejne awanse naszego bohatera. Tylko, że zawiązanie akcji (Amerykanin członkiem Yakuzy?) wydaje się co najmniej mało prawdopodobne. Nieufność Japończyków do obcych nie mogła doprowadzić do sytuacji, że osoba spoza Azji (biała) mogła zostać członkiem japońskiej mafii. Niemniej początek potrafi intrygować, ale dość szybka droga naszego bohatera, który wydaje się być bardziej honorowy – przynajmniej pod koniec – niż potomkowie samurajów, wydaje się niezbyt przekonujący.

outsider2

Dodatkowo film Martina Zandvlieta („Pole minowe”) jest zwyczajnie przewidywalny i nudny, gdzie nawet wątki poboczne (Nick zaczyna spotykać się z siostrą jednego z nowych braci czy bohater zostaje rozpoznany przez kumpla z wojska) są tylko zapychaczami, spowalniającymi akcję. Nawet sceny typowe dla kina gangsterskiego, czyli strzelaniny, egzekucje czy zabawy w podchody pozbawione są finezji. Muszę jednak przyznać, że zwyczaje związane z yakuzą (obcinanie palców za nieposłuszeństwo, dołączenie do grupy czy tworzenie tatuaży) są zrealizowane wręcz z pietyzmem. A nasz bohater, mimo nikłej znajomości japońskiego, zaczyna zyskiwać szacunek ludzi z mafii, co wydaje się największym kuriozum.

outsider4

Małomówny Jared Leto miał tutaj stworzyć postać opanowanego twardziela, tylko że brakuje mu charakteru. Wychudzony, z dużymi oczami, początkowo zagubiony, sprawia wrażenie faceta ze szczęściem większym niż Księżyc. Absolutnie niewiarygodna rola człowieka z przeszłością (wiemy, że służył w wojsku USA), która jest tak nijaka, że już bardziej się nie da. Drugi plan z kolei zlewa się w jedną, bezbarwną masę, pozbawioną wyrazistości.

outsider3

Niestety, ale Netflix przy realizacji filmów nie ma takiej ręki jak przy serialach. „Outsider” miał spory potencjał na udany film gangsterski, tylko dziurawy scenariusz oraz zagubiony reżyser wszystko zepsuli. Czyżby gigant z Los Gatos postawił w przypadku filmów na ilość niż na jakość? Oby takie koszmarki więcej się nie przytrafiły.

4/10

Radosław Ostrowski

Narcos – seria 2

Druga seria zaczyna się w momencie, gdy Escobar jest otoczony przez wojsko w swoim więzieniu. Ale draniowi udaje się uciec, przez co trzeba rozpocząć polowanie od nowa. Murphy i Pena z nowym ambasadorem podejmują się kolejnych kroków, by dorwać Escobara.

narcos21

O ile pierwsza seria pokazywała wielką drogę Escobara na szczyt i potęgę jego rodzącego się imperium, to jej kontynuacja jest zapisem powolnego upadku oraz jego śmierci. Bo poza gliniarzami, do walki wkraczają konkurenci (Cali, Judy Moncado, Los Pepes), którzy też chcą jego głowy. Im dalej w las, tym więcej zdrady, policja coraz bardziej depcze po piętach, a Escobar jeszcze ma wsparcie „swoich” w Medellin. Ale nic nie trwa wiecznie – terror Escobara z wybuchami, strzelaninami oraz bardzo brutalnymi porachunkami zaczyna obracać się przeciwko niemu.

narcos22narcos23

Tutaj twórcy zaczynają inaczej rozkładać akcenty, bardziej pokazując jego życie prywatne. Relacja z żoną jest bardzo silnie zarysowana i to ona na mnie robiła większe wrażenie niż cała ta sensacyjno-kryminalna jatka i polityczne układy. Próby (niemal) do końca nawiązania aktu kapitulacji, mogą wydawać się pewną naiwnością ze strony szefa kartelu, jednak jest w tym próba wyjścia z twarzą. Ale kiedy powraca pułkownik Carillo, to już nie ma zmiłuj. A finał i poczucie takiego fatalizmu, coraz bardziej się nasila, ciągle zadając sobie pytanie: kto? Kto zabije Escobara? Konkurencja? Policja? Mściciele w postaci Los Pepes? I tutaj dochodzi do pewnego paradoksu: choć akcji i strzelania nie brakuje (rzeź na policji czy ucieczka z oblężonej siedziby), to pod koniec jest to mniej dawkowane, ale przez to ma większą siłę rażenia, tak jak finałowe starcie z Escobarem.

narcos24

Ciągle „Narcos” jest zrobione na wysokim poziomie, choć typowych tricków znanych z kina Martina Scorsese (poza narracją z offu) nie jest aż tak dużo. Klimat epoki, zgrabnie wplecione materiały archiwalne, wspomniane są bliżej nakreślone postacie poboczne, co nadal trzyma w napięciu aż do finału, jakiego wszyscy znają. I ten wręcz wyciszony finał jest w pełni satysfakcjonujący, sugerując ciąg dalszy. Różne podchody, bardzo skomplikowane relacje między handlarzami, policją, wywiadem, gdzie każdy chce coś ugrać, ma własne interesy, co musi doprowadzić do zderzeń (CIA-Cali).

narcos25

Nadal siłą napędową pozostaje charyzmatyczny Wagner Moura, który nadal ma w sobie wewnętrzną siłę, charyzmę, nawet w momentach ukrywania się. Te momenty wybuchu jego gniewu czy sytuacje, gdy próbuje znaleźć wyjście z impasu, robią piorunujące wrażenie. Wtedy odzywa się stary, bezwzględny Pablo, chociaż więcej jest tutaj w nim człowieka, walczącego do ostatku sił. Z naszej dwójki tropiących agentów, więcej pokazuje Pedro Pascal, czyli Javier Pena, który coraz bardziej zaczyna iść na niebezpieczny układ z donem Berną, co może narazić całą operację. Z kolei Boyd Holbrook staje się coraz bardziej cyniczny, ale nigdy nie przekracza granicy, nawet mając pewne pobudki (nowy dowódca oddziału specjalnego, sprawiający wrażenie bardziej opanowanego). Więcej ma też do pokazania Paulina Gaitan, czyli Tata – mieszanka dumy, wsparcia, opanowania oraz zdrowego rozsądku, a końcówka należy do niej. Jest tych postaci i ról więcej, ale każda jest godna uwagi.

narcos26

Stało się coś dziwnego – druga seria „Narcos” utrzymała i zachowała poziom oryginału, a to nie zawsze się udaje. Nadal ma w sobie siłę rażenia, chociaż inaczej rozkłada akcenty, pokazując troszkę głębszy portret jednego z największych szefów narkobiznesu. Ale walka o jego krwawy tron się zaczęła i trzeba zneutralizować kolejne zagrożenie. Umarł król, niech żyją królowie!

narcos27

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

John Wick 2

Kiedy w 2014 roku pojawił się cyngiel o nazwisku John Wick, nikt nie wiedział do czego zdolna jest ta postać. Po wyrżnięciu Ruskich oraz odzyskaniu swojego auta, Wick już może spokojnie przejść na emeryturę. To jednak byłby błąd, bo przychodzi po niego pewien dawny znajomy – Santino D’Antonio. Bo dawno temu Wick poprosił go o przysługę i na mocy Signum (przysięga krwi) musi spłacić swój dług, inaczej zginie. Więc nasz kiler z nowym pieskiem wyrusza do Rzymu, by zabić jego siostrę – szefową Kamorry.

john_wick_21

Pierwsza część „Johna Wicka” była jedną z większych niespodzianek roku 2014. Stylowe kino akcji z komiksową fabułą oraz ciekawą wizją półświatka mafijnego była na tyle interesująca, że chciano bliżej poznać to uniwersum. I druga część z tego zadania wywiązuje się świetnie – wracamy do sprawdzonego hotelu, gdzie nie można załatwiać interesów. Mamy tu jeszcze przysięgę krwi, sposób przekazywania zleceń, tajemniczy Wielki Stół oraz poboczni gangsterzy, działający na poboczu wielkich ryb, a nawet krawców czy sprzedawców broni o elegancji dżentelmena. Te wszystkie smaczki nie tylko wnoszą odrobinę humoru, ale wzbogacają ten intrygujący świat. Świat, do którego policja czy zwykli szaraczkowie jak ja czy wy, nie mają kompletnie wstępu. Motywacja bohatera wplątanego (wbrew sobie) w mafijne porachunki jest jasna, bohaterowie nadal są wyraziści, a sceny akcji zrobione są po prostu fantastycznie.

john_wick_22

Ostro, krwawo, brutalnie, podkręcone podnoszącą adrenalinę muzyką. I to zarówno na początku (odzyskanie auta) aż po strzelaninę w katakumbach aż do efekciarskiego finału w muzeum niemal żywcem wziętego z „Wejścia smoka”. Kamera tutaj nie ma żadnego ADHD, każdy strzał i cios jest bardzo dobrze widoczny, a robota kaskaderska budzi szacunek.

john_wick_23

Zdarzają się pewne momenty spowolnienia, pozwalające złapać oddech czy wybrzmieć bardziej dramatycznym momentów (potyczka Wicka z ochroniarzem, zakończona… w hotelu, przy barze), a rozbudowana świata zbrodni jeszcze bardziej intryguje. Wszystko to wygląda jak fragment większej całości, która może by i pasowała bardziej do serialu telewizyjnego, ale twórcy konsekwentnie budują tą wizję. A otwarte zakończenie sugeruje ciąg dalszy.

john_wick_24

Keanu Reeves idealnie pasuje do roli małomównego, opanowanego twardziela, który może zabić przeciwnika wszystkim, co ma: pistolet, karabin, strzelba, nóż, pięści czy… ołówek. Mimo, ze o nim samym niewiele wiemy, to czyny mówią o nim wszystko. Tak samo fason zachowuje Ian McShane jako kierownik hotelu w Nowym Jorku, Winston oraz pojawiający się w epizodzie John Leguizamo (mechanik Aurelio). Ale największą niespodziankę zrobił Riccardo Scamarcio w roli bezwzględnego, upartego sukinsyna Santino oraz pojawiający się Laurence Fishbourne (król Bowery), wnosząc odrobinę humoru.

Drugi „John Wick” mimo pewnych klisz (prawie nieśmiertelny heros z kodem na idealny strzał w łeb), to nadal zachowuje bardzo mroczny klimat, jest świetnie wykonanym, stylowym akcyjniakiem, rozbudowującym swoje uniwersum, z miejscami obłędnie zrobionymi scenami strzelanin oraz bijatyk. Chcę się takich filmów jak najwięcej.

8/10

Radosław Ostrowski

Pakt Holcrofta

To, że Robert Ludlum jest jednym z najpopularniejszych pisarzy nurtu sensacyjnego nie dziwi. Piętrowe intrygi, gdzie nie brakowało politycznych wątków, terroryzmu oraz dużej dawki akcji zapewniły mu sławę. Nic dziwnego, że te bestsellery zwróciły uwagę filmowców. Nie inaczej było też z „Paktem Holcrofta”, który może się podobać. Pod warunkiem, że nie czytaliście pierwowzoru.

Punkt wyjścia był bardzo interesujący. Pod koniec wojny w 1945 roku trzej niemieccy generałowie spisali pakt, na mocy którego ich potomkowie mieli zdecydować o wykorzystaniu ogromnej sumy pieniędzy, wykradanej armii oraz hitlerowcom od lat. Cały ten ogromny majątek zostaje zdeponowany w genewskim banku i ma on zostać wykorzystany do czynienia dobra oraz rehabilitacji uznanych za zbrodniarzy wojskowych. O dokumencie zostaje poinformowany Noel Holcroft – amerykański architekt i syn inicjatora przedsięwzięcia, generała Clausena. Tylko, że nasz bohater nie wie, że jest pionkiem w całej tej układance.

pakt_holcrofta1

„Pakt” nakręcił John Frankenheimer, dla którego lata 80. były okresem dużego kryzysu twórczego i ogromnej obniżki formy. Wiele postaci oraz punkt wyjścia całej intrygi został zachowany, ale im dalej w las, tym większe odstępstwa (co samo w sobie nigdy nie jest złe). Ale w pierwowzorze cała intryga była bardziej skomplikowana i rozbudowana, akcja była dynamiczniejsza, przenosiliśmy się z miejsca na miejsce i nie do końca byliśmy pewni komu można zaufać. Był tajemniczy morderca Timanou, neonaziści marzący o stworzeniu Czwartej Rzeszy, Odessa, Wolfschanze, próby zamachów, ukrywane dzieci nazistów oraz gra wywiadów. Tego wszystkiego w filmie… nie ma. Z jednej strony rozumiem to, bo lata 80. to nie był już czas, w którym lęk przed odrodzeniem się nazizmu był tak silny, ale zastąpienie go terroryzmem wydaje mi się chybionym pomysłem.

pakt_holcrofta2

Całość toczy się dość wolno, jest masa dialogów, elementów tajemnicy (dość szybko rozwiązywanych) oraz prób zwodzenia za nos. Tylko, że brakuje tu zarówno napięcia, wiele rzeczy zostaje niedopowiedzianych, zaś wiedza bohaterów zdobywana jest poza kadrem (wyjaśnienie następuje w scenie konferencji prasowej – mocnej i poprowadzonej do dramatycznego finału). I jest to sprawnie zrobione, z czasami nietypowymi kątami ujęć, ale to troszkę za mało.

pakt_holcrofta3

Plusem na pewno jest Michael Caine, który nawet jeśli sprawia wrażenie mocno zdezorientowanego, to pozostaje przekonujący w roli człowieka wierzącego w słuszność swoich działań, chociaż też odbiega od pierwowzoru, lecz to jest jedna z nielicznych dobrych zmian. Warto też wspomnieć Victorię Tennant jako bardzo apetyczną i sprytną Helden, którą jeszcze zmieniono w femme fatale. Cała reszta jest przyzwoita, ale nie zapada zbyt mocno w pamięć.

pakt_holcrofta4

„Pakt Holcrofta” to miejscami przegadany, wykastrowany twór, który nie wytrzymuje ani porównania z oryginalnym tworem Ludluma, ani z innymi filmami sensacyjnymi z tego okresu. Brak napięcia, dziwaczna motywacja oraz sposób działania czarnych charakterów oraz bardzo nudne tempo to kilka poważnych błędów w wykonaniu Frankenheimera. Nawet kilka scen pościgów nie jest w stanie uratować tej katastrofy.

5/10

Radosław Ostrowski

Legion samobójców

Tytułowy oddział samobójców to zbieranina wyjętych spod prawa, paru psychopatów kierowanych i sterowanych przez Amandę Waller oraz wojskowego podwładnego, Ricka Flaga. Dlaczego zostali stworzeni? Śmierć Supermana zmusza do zastanowienia się jak powstrzymać Zło nie z tego świata. Czemu ci najgorsi? Bo w razie wpadki można zrzucić na nich winę. Deadshot, Harley Quinn, El Diablo i spółka wyruszają zrobić porządek w mieście, gdyż coś się dzieje i trzeba wyruszyć.

legion_samobojcow1

David Ayer, czyli specjalista od kina policyjnego, dostał szansę od Warnera, by zrealizować film superbohaterski. Ale później studio się wpieprzyło w pracę, przemontowano całość i zrobiła się totalna zadyma. I to niestety widać. Sam początek, czyli ekspozycja postaci parta na szybkim montażu, wpadających w ucho (chociaż ogranych do bólu) kawałkach – od Black Sabbath przez Queen, Dusty Springfield aż do Ricka Rossa – jest w tym, czasami dochodzi do ironicznych złośliwości oraz tarć między postaciami. I to jest fajne, zabawne, lekkie i wnosi troszkę świeżości do schematów kina o super czy antybohaterach. Ale w momencie, gdy trzeba uruchomić całą intrygę, wszystko sypie się niczym domek z kart. Potem wchodzą czary mary, paskudnie wyglądający sługusy do likwidacji, czarna charaktery bez jaj i z żądzą rozwalenia wszystkiego w pizdu, że brak kreatywności aż boli. Mimo mordowni oraz ilości trupów, film jest pozbawiony mroku, krwi, przemoc jest umowna i pozbawiona ciężaru. Wszystko staje się takie ograne i schematyczne, a do tego jeszcze efekty specjalne wyglądają tak tragiczne (na co poszedł ten cały hajs?), że powinno być to zabronione.

legion_samobojcow3

Jest jeszcze jedna scena w barze, gdzie bohaterowie zaczynają troszkę bardziej zbliżać (a nawet poznajemy przeszłość jednego z nich – El Diablo). I tutaj bije serducho tego filmu – szkoda, że tych scen jest tak mało. Także fakt, że niektórych postaci jak Killer Croc czy Katana nie poznajemy zbyt dokładnie (brakuje historii) też boli. Nawet ta więź tworząca się między zbirami tworzącymi wielką rodzinę, jest przedstawiona troszkę za szybko i po łebkach. Co za bajzel!

legion_samobojcow2

Aktorsko jest całkiem nieźle, ale – jak wspomniałem – nie wszystko otrzymali po równo czasu, by zbudować swoja postać i lepiej ją poznać. Nie zawodzi Will Smith jako zabijaka Deadshot, utrzymując typowy dla siebie poziom. Pozytywnie też zaskakuje Joel Kinnemann (służbista Rick Flag) oraz Jai Courtney (zdrowo pizgnięty Kapitan Boomerang), ale i tak szoł wszystkim kradnie Margot Robbie, czyli Harley Quinn. Ta wariatka nie tylko rzuca sucharami, lecz jest świadoma swojego porąbanego charakteru, co jest intrygujące. I jeszcze zakochana w tym porąbanym Jokerze (zaskakujący Jared Leto), którego jest zdecydowanie za mało – raptem kilka minut to za mało, by zbudować postać (reszta w montażu została wyrzucona). Z kolei nasi przeciwnicy, czyli Enchantress (Cara Delavigne) oraz jej brat to jakaś katastrofa – bez polotu, pomysłu i nijacy. Sytuację próbuje ratować Viola Davis, czyli zimna, bezwzględna Amanda Waller, będąca mózgiem całego projektu zebrania łotrów. Ale nie ona jest bad guyem w tym cyrku.

legion_samobojcow4

„Legion samobójców” to film mający tak ogromny potencjał, ze aż żal. Gdyby twórcy bardziej podkręcili klimat i postawili na większą interakcję plus ostrą przemoc, to pozamiatałby tak samo jak „Deadpool”. Ale producenci wcisnęli hamulec i postanowili pożenić to wszystko w stylu Marvela, ale na poziomie wizualnym. Wersji reżyserskiej raczej nie będzie, ale chciałbym bardziej wejść w ten świat. Może w części drugiej będzie lepiej.

6/10

Radosław Ostrowski