Bright

Pomysł na ten film był po prostu kozacki, bo połączyć film sensacyjno-policyjny z elementami fantasy, dziejący się współcześnie. Coś takiego postanowił skleić Netflix, a dokładniej David Ayer, opromieniony „sukcesem” głośnego „Legionu samobójców”.

Bohaterami tej wariackiej historii jest para policjantów. Daryl Ward jest już niemłodym, czarnoskórym facetem z żoną, córką oraz długami. Nick Jacoby jest orkiem nie czystej krwi, który zawsze chciał być gliniarzem. Panowie delikatnie mówiąc, nie przepadając za sobą, ale są skazani na siebie, zwłaszcza że z Wardem nikt nie chce pracować, odkąd został postrzelony. Ale obaj panowie pakują się w kompletną kabałę z powodu pewnego cacka – Magicznej Różdżki oraz pilnującej jej elfki. Każdy, kto ją zdobędzie, będzie mógł spełnić swoje życzenia. Tylko jest jeden mały szkopuł: dotknąć jej mogą tylko nieliczni zwani Świetlistymi, bo inaczej może się to skończyć śmiercią. Cacuszka chcą wszyscy, dosłownie wszyscy – gliniarze, gangsterzy, orkowie oraz elficka wersja Iluminatich, która chce sprowadzić Władcę Ciemności i doprowadzić do potężnej rozpierduchy.

bright1

Sam początek jest typowy dla policyjnych filmów Ayera, czyli mamy widok na ulice, graffiti, orkowe gangusy w dresach z łańcuchami oraz bandanami. Są jeszcze elfy – piękne, inteligentne, bogate oraz rządzące światem. No i w tym wszystkim jeszcze ludzie ze swoimi rasistowskimi problemami. I ten tygiel żyje, dodając sporo kolorytu oraz świeżości w tym dziwacznym miksie. Nawet te graffiti oraz wyciągane z dialogów dawne wydarzenia pomagają zbudować tło. Aż chciałoby się głębiej wejść w ten świat. Po drodze strzelaniny, ucieczki, knajpa ze striptizem, gangsterów, orków – dzieje się, oj dzieje. Choć wszystko kręcone jest w dość statyczny sposób, to kilka scen jest pomysłowo wykonanych jak strzelanina w slow-motion czy podczas każdego wejścia antagonistów, którzy akrobatykę oraz kung-fu mają w małym paluszku.

bright2

Problemem dla mnie jest w wielu miejscach obecny patos, szczególnie w scenach, gdy nasi protagoniści zaczynają mówić o sobie, swoich problemach oraz trudnej przeszłości. Wtedy robi się lekko nudnawo, zaś przewidywalne zakończenie (mimo spektakularnych popisów gości od efektów specjalnych) troszkę osłabia siłę. Za to należy pochwalić zarówno charakteryzację orków, dobrą muzykę oraz trzymającą fason pracę kamery. Czuć rozmach, ale czułem ogromny niedosyt – chciałoby się lepiej poznać tą wizję świata, który jest ledwo liźnięty (może to poprawi część druga, zamówiona przez Netflixa).

bright3

Aktorsko jest dość nierówno, chociaż jest kilka mocnych punktów. Takim atutem jest zdecydowanie Will Smith, wnoszący sporo luzu, dystansu i humoru, co zawsze jest największą frajdę. Ale to wszystko nie było tak mocno zgrane, gdyby nie partner. Tutaj jest Joel Edgerton w roli orka Jakoby’ego, który jest świetny – bardzo stanowczy, uparty, konsekwentnie dążący do celu gliniarz. Powoli zaczyna się tworzyć chemia między tym duetem oraz respekt między sobą nawzajem. Dla mnie słabym punktem jest Noomi Rapace w roli antagonistki, której rola jest ograniczona do groźnych min, mówienia nieprzyjemnych słów oraz siania spustoszenia. Brakuje charakteru oraz charyzmy, a to jest błąd niewybaczalny, co boli.

bright4

„Bright” ma ogromny potencjał na bardzo bogate uniwersum oraz ogromny potencjał, który by się sprawdził w formie serialu. Bo dwie godziny to troszkę mało, by wejść głębiej w ten pokręcony świat, gdzie ludzie, orkowie i elfy żyją ze sobą obok siebie. To brzmiało superfajnie, ale nie wszystko tutaj zagrało.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Szklana pułapka

Święta to nie tylko czas, w którym spędzamy ten dzień z najbliższymi. Także próbujemy zabliźnić pewne rany oraz wyjaśnić kilka spraw. Kimś takim jest niejaki John McClane – nowojorski glina, który przyjeżdża do Los Angeles, gdzie zawsze świeci słońce. W tym mieście pracuje jego żona, mieszkająca z dwójką dzieci. John w końcu spotyka kobieta swego życia w budynku korporacji Nakatomi, ale rozmowa kończy się ostrą wymianą zdań. Chwila na złapanie oddechu, ona idzie przemówić do grupy. Ale plan pogodzenia się szybko bierze w łeb z powodu 12 (niczym Apostołów z Nowego Testamentu) nieproszonych gości. To nie był św. Mikołaj z bandą elfów, tylko niemieccy terroryści pod wodzą Hansa Grubera, mającego pewien konkretny plan na ten wieczór.

szklana_pulapka_11

Od wielu lat pewna stacja telewizyjna umieszcza ten film w świątecznej ramówce, co wydaje się dość dziwnym pomysłem. Ostre kino akcji w Wigilię, dzielenie się opłatkiem w rytmie wystrzeliwanych pocisków, czerwonej niczym strój św. Mikołaja krwi oraz faków? To jest jakiś powiew świeżości po banalnych, nudnych, przesłodzonych opowieściach ze śniegiem, Mikołajem oraz rodzinach. Chociaż film McTiernana ma niecałe 30 lat na karku, pozostaje wzorcem z Serves dla fanów kina akcji. Sama intryga gmatwa się coraz bardziej, chociaż wydaje się pozornie prosta: chodzi o kradzież. Jednak Gruber ukrywa przed resztą swoje prawdziwe cele oraz ciągle wpuszcza wszystkich w maliny (ogłoszenie żądania, rozmowa z szefem oddziału Nakatomi).

szklana_pulapka_12

A wszystko toczy się w tytułowej pułapce, pełnej sterylnych pomieszczeń, wind, komputerów, niedokończonych pięter oraz szybów wentylacyjnych, budując klaustrofobiczny klimat, przerywany scenami działań policji, FBI oraz telewizji. Poczucie zagrożenia potęgują dodatkowo zdjęcia Jana De Bonta. Holenderski operator, poza dynamiczną pracą kamery, pełną ruchomych zbliżeń, kroczenia za i z postacią, ale też robi jedną prostą sztuczkę czyni całe tło bardzo nieostre, niewyraźne, jakby zamglone. To jeszcze bardziej wywołuje niepokój. Jeśli dodamy do tego równie dynamiczny montaż, kilka bijatyk oraz popisów pirotechnicznych (nadal robiących piorunujące wrażenie), zmieszanych ze smolistym, cynicznym humorem, dostajemy idealny koktajl Mołotowa.

szklana_pulapka_13

Jest jeszcze jedna drobna rzecz, dodająca energii „Szklanej pułapce”: para przeciwników, czyli John McClane i Hans Gruber. Pierwszego gra znany wówczas z telewizji Bruce Willis, który kompletnie zaskoczył wszystkich. Jego bohater to cyniczny, troszkę zmęczony facet, niemal cały film chodzący boso w przepoconym podkoszulku. W porównaniu do takiego Stallone’a czy Schwarzeneggera, aktor wygląda troszkę jak chuchro, więc na bezpośrednią konfrontację nie było szans. Poza tym, nasz heros nie jest niezniszczalnym twardzielem przyjmującym miliony ciosów bez zadrapania, ale z każdą minutą jest coraz bardziej pokiereszowany, osłabiony i tracący jakąkolwiek nadzieję na wyjście z opałów. I to czyni go bardziej ludzkim (scena, gdy przygląda się śmierci pana Takagi czy próbuje odciągnąć Ellisa), przez co łatwiej było mi kibicować. Mając jedynie do dyspozycji spryt, upór oraz determinację John McClane szybko zdobywa sympatię widza. Równie charyzmatyczny jest główny łotr, grany przez debiutującego (!!!) Alana Rickmana. Ten Brytyjczyk znakomicie wszedł w postać diablo inteligentnego przeciwnika w eleganckim garniturze z prostą motywacją, eleganckim akcentem, przygotowanym niemal na każdą okoliczność. Gdzie dzisiaj są tacy dranie?

szklana_pulapka_14

Ale drugi plan też ma wiele do pokazania. Zarówno lekko wredna żona Holly (mocna Bonnie Bedelia), będący wsparciem (przez walkie-talkie) krawężnik Al Powell (niezawodny Reginald VelJohnson) czy będący prawdziwym wrzodem na dupie dziennikarz Richard Thornburg (William Atherton, będący wówczas etatowym dupkiem Hollywood) mocno zapadają w pamięć, fantastycznie wzbogacając film.

Sukces filmu McTiernana polegał nie tylko na kolejnych sequelach, ale przede wszystkim na mutacjach, gdzie mieliśmy samotnego bohatera w zamkniętej przestrzeni mierzącego się z nieznanym przeciwnikiem/kataklizmem („Liberator”, „Tunel”, „Na krawędzi”, „Speed” czy „Olimp w ogniu”). Choć żaden nie zbliżył się poziomem do precyzyjnej roboty reżysera, mieszającego brawurową akcję, napięcie i komedię. Mikołaj po obejrzeniu powiedziałby: Yippie Ka Yay, motherfucker!

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Atomic Blonde

Rok 1989, Berlin jeszcze jest podzielony na dwie części, ale w powietrzu czuć wrzenie. I to właśnie tam dochodzi do zabójstwa. Ofiarą jest brytyjski szpieg, James Gascoigne, zaś cała intryga skupia się wokół tzw. listy. To spis wszystkich działających agentów wywiadu świata, znajdujący się w zegarku. Właśnie tam zostaje wysłana agenta MI6 Lorraine Broughton. Tylko, że od samego początku podążają Ruscy.

atomic_blonde1

Reżyser filmu David Leitch znany stał się dzięki współrealizacji „Johna Wicka”. Więc nie byłoby zdziwieniem, że wiele osób spodziewało się, iż samodzielny debiut reżysera też będzie prostym, nieskomplikowanym kinem akcji w starym, retro stylu. Ale tak naprawdę jest to rasowy film szpiegowski, troszkę inspirowany Jamesem Bondem. Poszukiwania „listy” – będącej obiektem zainteresowania wszystkich służb – łączą się z wytropieniem podwójnego agenta, Satchela. Zabawa w podchody, brak zaufania, zdrady w szeregach wywiadu Królowej: tutaj gra jest ostra, stawką jest własne życie. Tylko, że tutaj nie wiadomo komu do końca możemy zaufać, tak jak Lorraine.

atomic_blonde2

Scen akcji nie ma tutaj zbyt wiele, ale kiedy dochodzi do niej, to jest krwawo, ostro i z mięchem. Jak wszyscy wiemy, dobrze wyszkolony szpieg, potrafi wykorzystać jako broń wszystko. Nie tylko spluwy i pięści. Widać to mocno zarówno w bijatyce z niemiecką polizei, jak i fenomenalnie zrealizowanej scenie walki z małym oddziałem KGB, zrobionej w jednym ujęciu (przynajmniej tak wygląda). Pomysłowa choreografia, niemal tańcząca kamera oraz pewien mały detal – bardzo mocno widoczne ciosy oraz zmęczenie przeciwników. Lorraine to nie jest Neo czy inny superbohater, który wychodzi ze wszystkiego bez zadrapania. To dodaje realizmu tej stylowej historii. Trzeba pochwalić realizację, gdzie czuć klimat lat 80. – neony w spelunach, mocne kolory, zaś w tle największe hity epoki z New Order, Neną i Davidem Bowie na czele.

atomic_blonde3

Dla wielu problemem może być dość nierówne tempo, gdzie trzeba było balansować miedzy skomplikowaną szpiegowską intrygą, a ostrą, krwawą naparzanką. Przez co zdarzają się pewne przestoje, wplecione repetycje, ale nie brakuje tutaj suspensu (wszystko, co związane z przerzutem Spyglassa), ironicznego humoru oraz walącej po oczach oprawie audio-wizualnej.

atomic_blonde4

Jednak film ma jednego mocnego asa – Charlize Theron w roli głównej. Jej ciosy mają siłę bomby atomowej, pozornie sprawia wrażenie chłodnej, wypalonej specjalistki, jednak nie rezygnuje ze swojego seksapilu (te buty na wysokim obcasie, ciuchy, fryzury), przez co nie da się oderwać od niej oczu. Idealnie pasuje do tej kreacji chłodnej, opanowanej, ostrej twardzielki. Jednak film bezczelnie kradnie James McAvoy w roli łącznika Percivala. Wyglądający jak anarchista, w rzeczywistości jest wypalony, zgorzkniały, wręcz cyniczny szpieg, ciągle lawirujący i dbający o własny interes. Poza tym duetem na drugim planie fason trzyma Toby Jones (Eric Gray) oraz John Goodman (Kurzfeld), także Eddie Marsan (Spyglass) potrafi skupić uwagę swoim bezbłędnym akcentem. Nie można też nie wspomnieć równie pociągającej Sofii Boutelli (Lasalle) oraz drobnym epizodzie Tila Schweigera (zegarmistrz).

„Atomic Blonde” to miks krwawego akcyjniaka ze szpiegowskim thrillerem, balansującym między powagą a humorem. Może bywa podkręcony, tempo bywa dość nierówne, ale intryga wciąga, nie brakuje kilku wolt, zaś wizualnie robi niesamowite wrażenie. To dobry prognostyk dla kolejnego filmu Leitcha, czyli drugiego „Deadpoola”.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Barry Seal: Król przemytu

Słyszeliście o Barrym Sealu? Pozornie zwykły pilot linii lotniczych, który jest znudzony swoją rutyną dnia codziennego. Więc na boku zajmuje się przemytem cygar, ale zostaje przyłapany przez pewnego rudzielca. Facet okazuje się agentem CIA i składa Barry’emu propozycję nie do odrzucenia. Chodzi o zrobienie fotek komunistom. Ale potem nasz pilot dostaje propozycję od handlarzy narkotyków z Kolumbii. I zaczyna się szalona, wręcz nieprawdopodobna historia.

barry_seal1

O Barrym Sealu wspomniano w jednym z odcinków „Narcos”, więc fani serialu mogą poznać całą tą historię z perspektywy naszego pilota, który nagrywa swoją historię na VHS-ie. A tą szaloną historię postanowił opowiedzieć Doug Liman, czyli twórca „Na skraju jutra” oraz „Tożsamości Bourne’a”. i tak jak w „Narcos” wygląda to wręcz nieprawdopodobnie. Akcja czasami pędzi na złamanie karku, nasz pilot lawiruje między wywiadem, kartelem narkotykowym, pomaga przerzucać broń i… bojówki Contras, mające przejąć władze w Nikaragui, dostarcza informacje od Noriegi, przy okazji zgarniając tyle kasy, że nawet nie ma specjalnie miejsca do jej trzymania. Ogląda się to niczym teledysk: szybki montaż (pierwsze loty Seala), chwytliwa muzyka z epoki, mocne kolory niczym z kaset video, ucieczki przed Strażą Graniczną, a w tle ciągle zmieniająca się sytuacja polityczna (pokazana za pomocą archiwalnych zdjęć oraz animacji).

barry_seal2

Tylko mam jeden poważny problem: to wszystko jest takie powierzchowne, o bohaterach wiemy bardzo niewiele, są ledwo zarysowani, wręcz papierowi. Wszystko to służy podkręceniu akcji, zaserwowaniu kilku zgrabnych gagów (pierwszy kontakt z Contras) oraz poczuciu dobrej zabawy. To może wystarczyć, ale sama historia była na tyle fascynująca, że można (wręcz należało) ją pogłębić, bo kompletnie na Sealu mi nie zależało.

barry_seal3

Chociaż Tom Cruise w roli takiego chciwego cwaniaczka, wykorzystującego każdą nadarzająca się okazję do zebrania własnych profitów sprawdza się dobrze. Ma odpowiednio białe zęby, zręcznie lawiruje między kolejnymi stronami, a jednocześnie nie jest do końca serio („część z tych wydarzeń miała miejsce”), co pozwoli wzbudzić sympatię. Poza Cruisem wybija się tylko Domhall Gleason jako Schafer, czyli agent CIA – pewny siebie, opanowany oraz twardy. Cała reszta (włącznie z kartelem z Medellin) robi tutaj tylko za tło mające uwiarygodnić całą tą szaloną opowieść.

barry_seal4

„Barry Seal” to kolejny przykład kina od zera do bohatera, pokazując przy okazji cenę, jaką trzeba zapłacić za swój wielki sukces. Można odnieść wrażenie, że to klon „Wilka z Wall Street” czy „Rekinów wojny” z powodu realizacji. Ale film Limana jest znacznie lżejszego kalibru, mający na celu dostarczyć rozrywki, nie do końca wykorzystując swój potencjał.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Blok 99

Kiedy poznajemy Bradleya Thomasa, pracuje w warsztacie samochodowym. Ma żonę, z którą chce mieć dziecko. Ale zostaje zwolniony, a ona nie ma stałej pracy. Dlatego decyduje się wrócić do dawnej profesji, czyli kuriera narkotyków. Jednak ostatni dil kończy się wpadką policji, zabiciem wspólników oraz wsadzeniem do więzienia. Kiedy wydaje się, że gorzej już nie może być, pani Thomas zostaje porwana, a Bradley musi trafić do więzienia o zaostrzonym rygorze, by zabić innego więźnia.

cela99_1

Pamiętacie taki krwawy western „Bone Tomahawk”? Debiutujący wówczas reżyser S. Craig Zahler postanowił podnieść poprzeczkę i tym razem miksuje film sensacyjny, troszkę w stylu kina klasy B. sama historia cały czas toczy się bardzo spokojnie, ale wszystko jest bardzo gęste od emocji. Niby coś w rodzaju filmów exploitation, gdzie niby mamy masę klisz i ogranych schematów, jednak to wszystko ma inne, bardzo ostre oblicze. Jest bardzo mrocznie, surowo oraz brutalnie. Im dalej w las, intryga coraz bardziej się komplikuje, doprowadzając do zaskakujących wolt, przez co kompletnie nie wiedziałem jak to się skończy.

cela99_2

A jednocześnie coraz bardziej widzimy, ile człowiek jest w stanie znieść oraz zrobić dla najbliższych. W momencie dojścia do tytułowego bloku 99 widzimy prawdziwe piekło, z mrocznymi kadrami oraz brutalnymi scenami bijatyk. Byłem pod wrażeniem inscenizacji, prostego kadrowania oraz dźwięków łamanych kości. Osoby o wrażliwych nerwach powinny omijać szerokim łukiem. Całość robi prawdziwie piorunujące wrażenie, nawet w bardzo lirycznej scenie przed końcem, który zmiótł z powierzchni ziemi.

cela99_3

Aktorsko największe wrażenie robi kompletnie zaskakujący Vince Vaughn. Nie tylko dlatego, że ma ogoloną głowę, ale jest bardziej powściągliwy niż kiedykolwiek. Bradley to facet po wielu przejściach, który budzi podziw. Wie, kiedy coś może ugrać i zawalczyć, a kiedy trzeba siedzieć cicho. Widać, że się w nim gotuje, chociaż w żaden sposób tego nie okazuje. Kibicowałem bohaterowi aż do samego końca, co jest ogromną zasługą aktora. Drugim wyrazistym bohaterem jest naczelnik brutalnego więzienia w wykonaniu znakomitego Dona Johnsona. Facet, który nie bawi się w prawa człowieka, humanitaryzm, a jego mroczny strój idealnie współgra z bezwzględnym, sadystycznym charakterem. Także mała rólka Udo Kiera (posłaniec) robi piorunujące wrażenie, mieszając spokojny ton głosem z okrucieństwem wychodzącym z jego słów.

cela99_4

Zahler nie bawi się w półśrodki i atakuje wszelkimi zmysłami, tworząc jeszcze bardziej bezkompromisowy film od swojego debiutu. I mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że wyrasta nam nowy, intrygujący filmowiec z dziką wyobraźnią oraz bezwzględną formą.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Kierowca

Noc. Idealna pora dla ludzi, dokonujących napadów, mafijnych porachunków oraz szoferów jadących na akcje. Tak jest też w przypadku głównego bohatera – kierowcy pracującego dla gangsterów. Odbiera telefony, przyjeżdża na miejsce, przywozi z punktu A do B i tyle. Tutaj też zapowiadała się kolejna taka noc. Telefon, dowiezienie ludzi pod bank, ale później szef przekazuje wiadomość: porzuć ekipę, bo Cię zabiją. Od tej pory wszystko się zaczyna sypać.

wheelman1

Kolejny film od Netflixa, który coraz bardziej się rozkręca. Tym razem robi bardzo minimalistyczne, ale stylowe kino sensacyjne. Wszystko skupia się jedynie na aucie, gdzie kamera jest przyklejona do każdej części auta – kół, szyby, dachu. Zupełnie jakby ktoś wyłowił zapomniane dzieło z lat 70., by je teraz przybliżyć. Sposób montażu, gdzie bardzo rzadko widzimy perspektywę spoza auta, potęguje tylko klimat tajemnicy i osaczenia. Tak samo jak nasz bohater, powoli zaczynamy odkrywać elementy układanki, chcąc ustalić co tu jest grane, chociaż poczucie dezorientacji trwa przez pierwsze 30-40 minut.

wheelman2

To tylko pozwala łatwo wejść w skórę kierowcy, o którym wiemy tylko tyle, ile usłyszymy w dialogach. Wszystko jeszcze podkręca pulsująca muzyka oraz bardzo dobrze zmontowane sceny pościgów, gdzie trzeba naprawdę szybko jechać. Chwil postoju i momentów, gdy nasz bohater jest poza autem nie ma zbyt wiele (chyba, że zmienia auto albo przelicza forsę), co jest zdecydowanym plusem. A im dalej w las, tym silniejsze jest napięcie, zakończone mocnym i krwawym finałem.

wheelman3

No i najmocniejszy punkt całego filmu, czyli Frank Grillo w roli głównej. O samym kierowcy wiemy nie wiele, ale jego mowa ciała oraz szorstkie spojrzenie mówi o nim więcej niż każde wypowiadane słowo. Facet zna się na swojej robocie, jest całkowicie skupiony, ale kiedy trzeba potrafi improwizować. Kiedy wszystko idzie nie tak, każde jego spojrzenie nabiera większego ciężaru, a emocje wręcz się w nim gotują. Cała reszta aktorów jest tylko wsparciem dla Grillo, ale trudno przejść obojętnie wobec Shea Wighama czy Caitlin Carmichael.

wheelman4

Sam „Kierowca” to stylowy, pięknie wyglądający akcyjniak, będący pod silnym wspływem „Drivera” Waltera Hilla. Pozornie spokojne tempo ukrywa bardzo gęstą atmosferę strachu i adrenaliny, dodającej kopa. Jak mówi tagline: Drive Fast, Think Faster.

7/10

Radosław Ostrowski

Narcos – seria 1

Tytułowi narcos to określenie baronów narkotykowych z Kolumbii, zarabiających ogromne majątki na swoich interesach w latach 80. i 90. Jak dochodzili do swoich fortun? Kreatywnością, sprytem, ale też szantażem i zabijaniem. O jednym z nich postanowił opowiedzieć Netflix i to nie o byle leszczu, lecz o samym Pablo Escobarze. Jego losy owiane są tyloma nieprawdopodobnymi zdarzeniami, że wiele z nich można byłoby uznać za wymysł scenarzystów. Gdyby nie fakt, że wszystko naprawdę miało miejsce.

narcos1

Całą historię zaczynamy w momencie organizowania obławy na jednego z sicario (zabójca) zwanego Trucicielem, by następnie cofnąć się do początków. A naszym przewodnikiem po tym świecie będzie agent DEA Steve Murphy (narracja z offu), przydzielony z amerykańskiego Miami, by zająć się Pablo Escobarem. Dlaczego? Gdyż duże ilości kokainy z Kolumbii były przerzucane do USA, a obecny prezydent idzie na wojnę z dilerką. Więc zaczyna się polowanie na dilera.

narcos2

„Narcos” poraża wręcz ogromnym rozmachem, gdzie mamy masę bohaterów, dynamicznych scen akcji (pościgi, strzelaniny, skur****ny) oraz masę perspektyw, osób ścigających Escobara (konkurencja, DEA, wojsko, nieprzekupni policjanci). Wszystko toczy się bardzo powoli, a wszystko zaczyna się od pewnego człowieka z Chile, który tworzy idealną kokainę. Od tego momentu zaczyna się budowanie imperium dla człowieka, który – przynajmniej na początku – ma duże poparcie społeczne, tworząc swój wizerunek szlachetnego człowieka z nizin, walczącego z niesprawiedliwością. A im dalej w las, tym robi się coraz bardziej brutalnie, krwawo (krew leje się czasami tuż przed naszymi oczami) i czasami wyjdziecie ze zdumienia. Bo co powiecie na fakt, że Pablo posiadał największe prywatne zoo, próbował startować w… wyborach parlamentarnych (ambicją było zostanie prezydentem), a kiedy został schwytany, to trafił do więzienia, które sam sobie zbudował, a w środku… kasyno, wóda, boisko do gry w piłkę nożną (miał rozmach, skurczybyk). Czy to mogło się wydarzyć naprawdę?

narcos3

Sam serial jest bardzo rozbudowany, a kiedy wydaje się, ze nad Escobarem zawisną czarne chmury, to jakimś cudem zawsze udaje mu się wyplątać (akcja z atakiem na Sąd Najwyższy, którego celem było spalenie wszystkich akt na swój temat). Ale od połowy serial przestaje brać jeńców i widzimy prawdziwą wojnę Pablo z krajem, gdzie dochodzi do morderstw, ataków bombowych, krwawych egzekucji. Tutaj nikt nie bawi się w półśrodki, a finał tylko podsyca apetyt na więcej.

narcos4

Rozmach rozmachem, ale gdyby nie fantastyczna historia „Narcos” nie oglądałoby się to tak rewelacyjnie. Twórcy garściami czerpią z Martina Scorsese (narracja z offu, stopklatki, wiele pobocznych opowieści, łamana chronologia). Ale i tak największe wrażenie jest rewelacyjny Wagner Moura w roli Escobara. Pozornie taki nie wybijający się misiek z wąsem, noszący dżinsy i luźną podkoszulkę. Ale kiedy zaczyna mówić, czuć mocną charyzmę i coś, co sprawia, że jesteśmy mu posłuszny. Pod tą twarzą kryje się jednak przebiegły, bezwzględny psychopata, który w każdej chwili może eksplodować. Jak przejść obojętnie wobec tej postaci? Fascynuje i parę razy potrafi poruszyć (sceny rodzinne). Cała reszta bohaterów też bardzo dobrze wywiązuje się ze swoich zadań (Boyd Holbrook, Pedro Pascal czy Maurice Compte), chociaż nie są aż tak mocno rozbudowani przy Escobarze.

narcos5

Od połowy I serii „Narcos” zdecydowanie podkręca atmosferę, a sam serial robi piorunujące wrażenie. Historia Escobara jest tak nieprawdopodobna i fascynująca, że nie ma możliwości odwrócenia wzroku. Już z niecierpliwością będę oglądał kolejne serie, bo nie można sobie odpuścić tego.

narcos6

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Dzień patriotów

15 kwietnia 2013 roku w Bostonie miał być świętem dla miasta, Dniem Patriotów. Podczas tego dnia wydarzeniem jest odbywający się od ponad stu lat maraton. Wielu zawodników, bieg – brzmi to jak świetna zabawa, prawda? Tylko, że w trakcie tego biegu dochodzi do eksplozji – jedna po drugiej. Słychać krzyki, ból, jest mnóstwo rannych, a policja i federalni zaczynają prowadzić śledztwo. Kto to zrobił? Terroryści? Szaleniec? A może było ich kilku?

dzien_patriotow1

Wydawałoby się, że z tej historii, o której każdy słyszał i tak świeżej nie da się zrobić dobrego filmu. Ale Peter Berg dokonuje tutaj prawdziwego cudu. Choć sam początek i ekspozycja postaci jest prowadzona bardzo spokojnie, a nadmiar bohaterów może wywołać dezorientację. Ale wszystko się zmienia w momencie scen zamachu. Wtedy bardzo sugestywnie pokazany jest chaos, zamieszanie, wszędzie lejącą się krew, rozrywaną skórę i poczucie bezsilności. Te momenty chwytały za serce i od tego momentu zmieniło się tempo. Akcja niejako prowadzona jest dwutorowo: z perspektywy braci Carnajew oraz tropiących go gliniarzy, ze szczególnym wskazaniem na sierżanta Saundersa.

dzien_patriotow2

Nie mogę nie powiedzieć, że jest to film zrobiony z patosem (amerykańskie flagi, te piękne mundury i ten widoki na Boston), jednak nie jest to ciężkostrawna dawka a’la Michael Bay. To jest hołd złożony przede wszystkim dla miasta, które nie daje się łatwo zastraszyć i złamać. Niemal paradokumentalna realizacja tylko podkręca klimat. Wrażenie robią sceny rekonstrukcji szlaku za pomocą zapisów kamer oraz dwie rewelacyjne sceny. Pierwsza to przesłuchanie żony jednego z podejrzanych, gdzie każde słowo ma dużą siłę rażenia, a druga to strzelanina terrorystów z policją, zrealizowana tak, jakby to zrobił sam Michael Mann. Dużo strzałów, wybuchów i nerwów – i to lubię. Całość ogląda się znakomicie, a finałowe sceny, gdzie mamy materiały z prawdziwymi uczestnikami tych dni robią mocne wrażenie.

dzien_patriotow3

Także trzeba pochwalić aktorów, którzy zrobili wiele, by dać charakter swoim postaciom, o których można powiedzieć jedno: to profesjonaliści, znający się na swoim fachu. Może nie są to bardzo rozbudowane i głębokie postacie, jednak zapadają w pamięć. Zarówno John Goodman, Kevin Bacon czy J.K. Simmons prezentują bardzo solidny poziom. Zaskoczył mnie za to Mark Wahlberg (sierżant Saunders), którego poznajemy troszkę bliżej, a aktor idealnie pasuje do ról everymanów.

dzien_patriotow4

Ktoś powie, że Peter Berg nie jest wielkim reżyserem. Może i tak, ale takie historie są dla niego idealne. Proste opowieści o ludziach w ekstremalnych sytuacjach, zrobione po amerykańsku (czyli świetnie technicznie i odpowiednio dawkowanym patosem), potrafiąc poruszyć oraz trzymać w napięciu. To najlepszy film Berga i teraz będę czekał na kolejne dokonania.

dzien_patriotow5

8/10

Radosław Ostrowski

Git

Pamiętacie taki film „Symetria”? Debiut Konrada Niewolskiego to był mocny, trzymający za gardło dramat więzienny, pokazujący życie po drugiej stronie krat bez znieczulenia. Temat życia więziennego rzadko był pokazywany w polskim kinie, aż dwa lata temu pewien debiutant postanowił znów zaprosić nas do celi.

git1

Jest rok 1997, szaleje powódź w kraju. W więzieniu w Łęczycy zostaje zamordowany mąciciel, czyli szef git-ludzi „Kuba”. Mężczyzna przed śmiercią przeprowadził wywiad telewizyjny. Dziennikarz, który przeprowadził z nim rozmowę, otrzymuje zadanie od naczelnej, by porozmawiać ze sprawcą zabójstwa, Grzegorzem R. „Młodym”. Trzy spotkania mają odkryć odpowiedź na pytanie: dlaczego doszło do zabójstwa?

git2

„Git” to krótka, bo godzinna historia w sporej części dzieje się w więziennych celach. Jednak w przeciwieństwie do debiutu Niewolskiego, Kamil Szymański realizuje całość, jakbyśmy oglądali teatr tv z niższej półki. Kamera się trzęsie, montaż po prostu jest, muzyka jest mroczna i nerwowa. Do tego sama intryga prowadzona jest bardzo ślamazarnie, w czym przeszkadzają dialogi. Z jednej strony pełne żargonu, lecz brzmiące bardzo sztucznie. Tak jak całe otoczenie, niby wyglądające tak jak powinno. Scenografia jest oszczędna, ale wszystko takie papierowe i postacie ledwo liźnięte na prostych szablonach: spokojny szef, młody czekający na sprawdzenie, psychopatyczny Rusek i śmieszek.

git3

Sytuację próbuje bronić dwóch aktorów, czyli Włodzimierz Matuszak i Arkadiusz Detmer jako „Kuba” i „Młody”, dając radę. Pierwszy wydaje się być twardym, doświadczonym garusem, który już jest powoli zmęczony. Facet tylko gra prawdziwego sukinsyna, ale ma już powoli dość. Z kolei Detmer sprawia na początku wrażenie wycofanego, skrytego człowieka. I to jego tajemnica skupia uwagę.

„Git” miał potencjał na mocne, twarde kino o życiu w pierdlu. Problem w tym, że poza aktorami i wartością edukacyjną (wypowiedzi Kuby z offu, wyjaśniające grypserę oraz reguły), nie ma tutaj zbyt wiele do zaoferowania. Nudny, choć krótki film.

4/10

Radosław Ostrowski

Pitbull: Niebezpieczne kobiety

Nie oczekiwałem zbyt wiele po „Niebezpiecznych kobietach”, bo Patryk Vega zmienił PitBull od realistycznego, brudnego kina policyjnego w komiksową, krwawą i przerysowaną rąbankę. Nie inaczej jest tutaj, ale tym razem nasi starzy znajomi (Majami, Gebels) są zepchnięci na dalszy plan, ustępując miejsca nowym bohaterom. A właściwie bohaterkom.

pitbull_31

Cała historia skupiona jest na mafii paliwowej i wyłudzeniu VAT-u, a głównym antagonistą jest członek gangu motocyklowego „Cukier”. Mężczyzna ma dziecko, a jego żona „Drabina” przebywa w więzieniu za zabójstwo matki (oczywiście, była niewinna). Dodatkowo idzie na układ z oficerem wywiadu skarbowego, powiązanego z mafią paliwową. Poza nimi jest jeszcze „Zuza”, która po rozstaniu z mężczyzną, postanawia zostać policjantką.

pitbull_32

Inny słowy, treściowo nadal rządzi chaos, czyli wątki są przedstawione bez ładu i składu, próbując złączyć się w jedną całość. Niemieccy bikerzy, mafia paliwowa, słupy, drobne interwencje, pytony, Strachu (tylko pod koniec), policjantki z problemami (nie wybrzmiewającymi i nie wykorzystującymi w pełni swój potencjał). Dalej mamy wiązankę bluzgów, sztywne aktorstwo statystów, pełne dukania oraz dużo, bardzo dużo krwi. Nie mogę odnieść wrażenia, że parę postaci (Majami i Olkę) można było spokojnie wyrzucić, bo nie wnoszą niczego nowego. Nawet humor wydaje się słabszy i bardziej prymitywny.

pitbull_33

Ale paradoksalnie Vega potrafi to zrobić w taki sposób, by skupić uwagę. Nadal wrażenie robią ujęcia miasta z góry czy świetnie sfilmowana scena obławy, gdzie Majami w pojedynkę kasuje kolejnych oprychów. Wszystko jednak psują dialogi, brzmiący zbyt mechanicznie, czasami bardziej bohaterowie mówią tak urzędowym językiem, że brzmi to po prostu sztucznie. Do tego jeszcze zakończenie, które pozostaje otwarte i nie zamyka wielu wątków. Dzieją się czasami rzeczy absurdalnie (wszystko związane z pytonem czy przypadkowe spotkanie Zuzy z Cukrem zakończone randką), gdzie należy się zastanowić nad psychologią i nie brakuje niemal przerysowanych sytuacji (Cukier rządzący w więzieniu), co wywołuje pewien dysonans.

pitbull_34

Jak wspominałem, Majami i Gebels (Stramowski i Grabowski) robią tylko za tło i wsparcie, ale ich obecność jest zawsze plusem. Z nowych postaci najważniejsze są trzy: Cukier, Drabina i Zuza. Pierwszego gra Sebastian Fabijański, który troszkę przypomina wcześniejszą rolę z „Belfra”, ale to mi nie przeszkadzało. Z jednej strony twardy zawodnik, nie bojący się użyć piły mechanicznej do zrobienia porządku i nie patyczkuje się (chociaż wygląda jakby był jedną nogą w grobie), ale z kobietami bywa bardziej wrażliwy, cytuje Schopenhauera i bierze leki (bo ma – i to śmieszne – cukrzycę). Kompletnym zaskoczeniem była dla mnie Alicja Bachleda-Curuś wcielająca się w Drabinę. Kobieta ta jest bardzo twarda i reagująca mocno na złe traktowanie dziecka, ale jednocześnie jest bardzo rozedrgana i czuć w niej niepokój. Wszystko to zostało pokazane świetnie. Złego słowa też nie powiem o Joannie Kulig, czyli zaczynającej swoją przygodę z policją Zuzę. Dziewczyna powoli zaczyna zmieniać swoje podejście do pracy, spowodowane przez zarówno relację z Cukrem, jak i wsparcie mentorskie Gebelsa. Warto też wspomnieć o śliskim i skupionym na sobie oficerze wywiadu skarbowego, czyli wracającym do początków swojej kariery Artura Żmijewskiego.

pitbull_35

„Niebezpieczne kobiety” w zasadzie utrzymują poziom poprzednika, czyli jest to kino dresiarskie, próbujące pokazywać prawdziwe oblicze brudnego świata półświatka oraz policjantów, walczących z nimi. Nadal niby jest poważnie, ale niepoważnie, komiksowo, wręcz karykaturalnie i prymitywnie. Jako guilty pleasure sprawdziłoby się idealne. Dobrze, że następną część robi Władysław Pasikowski.

5/10

Radosław Ostrowski