Logan: Wolverine

Logan bardziej znany jako Wolverine to najpopularniejszy i najbardziej lubiany ze wszystkich mutantów ze świata X-Men. Ale jednak filmy z serii, w których to on grał główną rolę, były wielkim rozczarowaniem. Dlatego byłem dość sceptycznie nastawiony do „Logana”, tym bardziej, że reżyser James Mangold zaserwował poprzedni film o tym bohaterze „Wolverine”. I jak tym razem wyszło?

logan1

Jest rok 2029. Od dwudziestu lat nie pojawił się na świecie żaden mutant, a ci żyjący ukrywają się przed światem. Logan aka Wolverine pracuje jako szofer limuzyny i opiekuje się cierpiącym na demencję Xavierem, gdzieś na obrzeżach miasta. Jest już zmęczony, stary, siwy i nie regeneruje się tak dobrze jak kiedyś. Ale wbrew sobie zostaje wplątany w kolejną sprawę. Wszystko to z powodu pewnej dziewczynki o imieniu Laura, która jest… mutantem posiadającym moce Logana. Dziewczynkę i jej opiekunkę tropią wojacy z Akila, pod wodzą Pierce’a.

logan2

Już sama treść budzi skojarzenia z „Ludzkimi dziećmi”, ale to zbieg okoliczności. Reżyser postanowił zaryzykować i stworzył nietypową mieszankę post-apokalipsy, westernu, kina drogi i bardzo krwistego kina akcji. Sam początek, gdzie staje do walki z meksykańskimi oprychami, daje prawdziwego kopa. Jest krew, wyrywane kończyny, bluzgi i jest bardziej mrocznie. Mangold z jednej strony nie idzie na kompromisy w pokazywaniu bardzo brutalnych scen akcji (nareszcie, te szpony z adamantium po to były, by posoka leciała intensywnie!!!), z drugiej wiele razy pozwala na wyciszenie i pogłębia psychologię postaci. Ta rotacja nastroju działa tylko na plus, a realizacja jest po prostu przednia. Nieważna, czy mówimy o ucieczce bohaterów z kryjówki (troszkę przypominającej ostatniego „Mad Maxa”), czy scenach utraty kontroli przez Xaviera, gdy kamera dosłownie dostaje padaczki.

logan3

Najważniejsza jest tutaj powoli tworząca się (ze sporymi oporami) relacja cynicznego i zgorzkniałego Logana z Laurą, którą można śmiało nazwać następczynią. Czuć, że iskrzy, chociaż mężczyzna ukrywa to bardzo mocno – woli być samotnikiem prześladowanym przez swoje demony i zmęczony życiem. I to Hugh Jackman wygrywa znakomicie, dając bohaterowi ostatnią szansę na zrobienie czegoś dobrego. Nawet jeśli jest to wbrew sobie. Aktor ma też dwójkę wspaniałych partnerów. Patrick Stewart jako zniedołężniały Xavier budzi z jednej strony żal, z drugiej ciągle to profesor wierzący w dobro, nadal potrafiący korzystać ze swoich mocy (uspokojenie koni na autostradzie), ale prawdziwym odkryciem jest Dafne Keen jako Laura, będąca mieszanką dzikiego zwierza i delikatnej, zagubionej istoty. Kiedy ona wchodzi do akcji, to nie ma przebacz. Także wcielający się w tych złych Boyd Holbrook (wyluzowany Pierce) oraz Richard E. Grant (poważny dr Rice) spełniają swoje zadanie.

„Logan” jest pożegnaniem starej gwardii mutantów ze światem, który zmienił się na gorsze. Mutanty wydają się nikomu niepotrzebne, mające podlegać kontroli ludzi i rodzi się pytanie, co dalej z Laurą oraz jej młodymi kumplami, co muszą przejąć pałeczkę. Jest intensywnie od emocji, ostro i bardzo kameralnie jak na superbohaterski film. Szkoda, że trzeba było czekać 17 lat na film godny tego świetnego mutanta.

8/10

Radosław Ostrowski

13 godzin: Tajna misja w Benghazi

Libia po 2011 roku przestała być spokojnym krajem. Kiedy obalono Kadafiego, wydawało się, że demokracja uczyni ten kraj wolnym, szczęśliwym i wspaniałym. Zarówno Trypolis jak i Benghazi stały się najniebezpieczniejszymi miejscami na świecie. To właśnie tam we wrześniu 2012 w rocznicę zamachów terrorystycznych doszło do ataku na amerykańską ambasadę oraz tajną bazę CIA, szukającej niebezpiecznej broni chemicznej i nuklearnej na czarnym rynku. Ochroną kryjówki zajęło się sześciu kontraktowych najemników, którzy byli zdani tylko na siebie.

13_godzin1

Brzmi znajomo? Skojarzenia z „Karbalą” i „Helikopterem w ogniu” nasuwają się same, a całość ma wiele elementów, by stać się klasykiem kina akcji. Największy szok przeżyłem, gdy zobaczyłem kto odpowiada za ten film. To sam Michael „Transformers” Bay, czyli facet lubiący wielką rozwałkę za wielkie pieniądze, jest do bólu amerykański jak się da (patos na cm taśmy filmowej przekracza wielokrotne normy dla osób spoza USA), a prawdziwymi gwiazdami są popisy pirotechniczne i efekty komputerowe. Więc spodziewałem się rozpierduchy, patosu oraz kompletnego gniota. A tymczasem dostałem pełnokrwiste, męskie kino akcji z flakami, bez chodzenia na kompromisy w pokazywaniu rzezi na ekranie.

13_godzin2

Bay oczywiście korzysta z ulubionego arsenału, ale jest bardziej powściągliwy niż zwykle. Unika wskazywania palcem odpowiedzialnych za ten stan oraz wątków politycznych, jednak nie jest tak bardzo zapatrzony w Amerykę jak do tej pory. Gwieździsty sztandar tutaj jest dziurawiony jak sity albo znajduje się kompletni brudny w pobojowisku, biurokracja i głupota stają się ciężkimi barierami do przekroczenia. Widać to mocno w postawie szefa komórki, mówiącego wprost: „Nie wchodźcie nam w drogę”. Tych sześciu wyszkolonych komandosów, co niejedno przeszli i widzieli, mogą liczyć tylko na siebie, swoje doświadczenie oraz sprzęt. Jednocześnie Bay nie przedstawia mieszkańców Libii jako islamskich fanatyków, co by chcieli tylko mordować Amerykanów (napisy końcowe oraz postać tłumacza Ahmeda).

13_godzin3

Kiedy jednak dochodzi do akcji, czyli 13 godzinnego oblężenia, a wcześniej odbiciem ludzi z ambasady, Bay wciska gaz do dechy. Już wcześniej parę razy buduje napięcie, zwłaszcza gdy nie wiadomo czy osobnik po drugiej stronie to przyjaciel czy wróg. Strzelaniny, popisy pirotechników wyglądają niesamowicie. Nocne ujęcia (Dion Beebe!!! – facet pracował przy „Zakładniku” oraz „Na skraju jutra”) wyglądają znakomicie, adrenalina ciągle jest podkręcana i razem z bohaterami czeka się. Na pomoc, kolejny atak, chwilę oddechu. Może i bohaterowie nie są jakoś specjalnie rozbudowani czy przedstawieni, ale chemia między nimi jest bardzo silna. Nawet finał wydaje się dość gorzki, nawet jak na happy end.

13_godzin4

Reżyser postawił też kompletnie na niezbyt znane twarze, co tylko dodaje realizmu całości. Ekipie przewodzi tutaj John Krasinski jako nowy członek grupy John Silva, który jako jedyny – poza dowódcą Ronem (świetny James Badge Dale) – jest bardzo mocno zarysowany i wiemy więcej niż pozostałych ludziach. Może rozmowy między nimi nie są jakieś bardzo głębokie, ale tym bohaterom po prostu się wierzy. Nocą trudno rozróżnić ich (wszyscy brodaci i niewiele widać), jednak nie przeszkadza to.

Gdyby ktoś mi powiedział, że Michael Bay jest w stanie zrobić dobry film, wyśmiałbym każdego. Ten filmowiec swoje najlepsze dzieła robił w połowie lat 90., gdzie pozwalał sobie na teledyskowy montaż, podkręcał tempo i mógł sobie na wiele pozwolić. „13 godzin” ma świetne tempo, jest fantastyczne pod względem wizualnym oraz ma coś więcej do powiedzenia niż tylko przedstawić widowiskową jatkę. Jestem pod wielkim wrażeniem i chcę więcej takiego Baya.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Rock’n’Rolla

Londyński półświatek zawsze był interesującym miejscem pokazywanym przez brytyjskich filmowców. Renesans brytyjskiej gangsterski zawdzięczamy Guy’owi Ritchie, który pokazywał to środowisko z dużym przymrużeniem oka oraz ogromnym dystansem. Nie inaczej jest w przypadku „Rock’n’Rolla”, która była pierwszym filmem zrealizowanym po rozwodzie z Madonną, mający zakończyć ten mroczny okres w karierze reżysera. Czy udało się odbić od dna?

rocknrolla2

Naszym przewodnikiem po tym świecie jest Archie – prawa ręka trzęsącego miastem Lenny’ego Cole’a. Facet ten ma wpływy, koneksje i jest bardzo cwany. Właśnie dobija interes z pewnym rosyjskim biznesmenem, chodzącym ze swoimi karkami. Chodzi o kupno działki, na którą trzeba mieć pozwolenie. Kosztuje to siedem milionów euro, więc trzeba zorganizować forsę, a by przypieczętować transakcję, Jurij ofiarowuje swój szczęśliwy obraz jako rękojmię. Niestety, obraz zostaje skradziony, podobnie jak forsa. Cole, a dokładniej Archie ma poruszyć niebo i ziemię, by znaleźć obraz oraz doprowadzić sprawę do gładkiego końca. W cała aferę są wplątani pewna znudzona księgowa, jej kochanek oraz jego paczka znana jako Dzika Banda, a także pewien rockowy muzyk, Johnny Quid, uważany za zmarłego.

rocknrolla1

Całość jest poszatkowana oraz mocno w stylu Ritchiego. To znaczy, mamy muzyczną mieszankę różnych stylów i gatunków oraz okresów, szybki, wręcz teledyskowy montaż w kilku scenach (sam początek to rewelacja), wyraziste postacie, smolisty czarny humor. Brzmi to jak stary, dobry Guy Ritchie. Intryga coraz bardziej się komplikuje, a kilka wątków dodaje smaczku: wychudzony, naćpany Quid, ukrywający się przed swoim ojczymem, poszukiwania obrazu Ruska, kradzież forsy oraz (pozornie zbędny) poszukiwania kreta wśród gangsterów. I pytanie: kto kogo wpuszcza w maliny, oszuka i wyjdzie z tego mając kupę forsy i bez szwanku. Nie zabraknie pomysłowo zainscenizowanych scen akcji (druga kradzież forsy, zakończona strzałami i gonitwą), dużo postrzelonych gagów (taniec One-Two ze Stellą i obok napisy, byśmy zrozumieli o czym gadają) oraz smolistego humoru (amerykańskie rybki!!!). No i ten akcent, dodający smaczku. Nie zabraknie niespodzianek, retrospekcji i chociaż zdarzają się drobne przestoje, nie ma tutaj mowy o nudzie.

rocknrolla3

No i jeszcze ci aktorzy, którzy dają z siebie kopa. Prawdziwymi gwiazdami są tutaj Mark Strong oraz Tom Wilkinson. Ten pierwszy jako Archie bardzo dobrze wykonuje swoją robotę jako przewodnik po świecie podejrzanych spelun, ulicznych informatorów oraz budzi respekt swoim obojętnym, lecz groźnym spojrzeniem. Drugi z łysiną na głowie potrafi wzbudzić strach, ale tak naprawdę jest facetem z ogromnym ego oraz przekonaniem o swojej niezachwianej potędze. Razem tworzą mocny duet niczym niezniszczalna stal. Po drugiej stronie mamy drobnego cwaniaka One Two (Gerard Butler w świetnej formie) oraz partnerującym mu kumpli Mumblesa (Idris Elba) iukrywającego swoją orientację Przystojnego Boba (Tom Hardy). Tutaj czuć chemię, widać jak zgrana to jest paczka. Do tego dodajmy jeszcze szarżującego Toby’ego Kimbella (Johnny Quid) oraz apetyczną Thandie Newton (Stella) i mamy brytyjski koktajl gangsterski a’la Ritchie.

rocknrolla4

Brytyjczyk wrócił na swoje stare śmieci i chociaż „Rock’n’Rolla” nie ma takiej mocy jak „Porachunki” i „Przekręt”, to nadal kawałek dobrego, wyspiarskiego kina gangsterskiego, zrobionego z klasą oraz kopniakiem niczym riffy elektrycznej gitary. Udany powrót i mocna zwyżka formy.

7/10

Radosław Ostrowski

Dzień Bastylii

Jak wszyscy wiemy, dzień Bastylii to narodowe święto Francuzów, obchodzące w rocznicę zburzenia Bastylii. Dzień ten rozpoczął Wielką Rewolucję Francuską, ale nie o tym jest ten film. Bohaterów jest dwóch – różnych jak noc i dzień. Łączy ich to, że obydwaj są przedstawicielami najdzielniejszego oraz najmądrzejszego narodu świata, co potwierdzają ostatnie wyniki wyborów prezydenckich.

dzie_bastylii1

Michael Mason jest drobnym złodziejaszkiem, co widać już na samym początku filmu, gdy jego wspólniczka w stroju Adama przechadza się po ulicy, a on zaczyna podwędzać telefony, portfele i paszporty. Ale pewnego wieczoru kradnie nie o jedną torebkę za dużo. Gdy ją wyrzuca gdzieś na koszu, dochodzi do eksplozji, a Mason zostaje oskarżony o zamach terrorystyczny. Ściga go policja, prawdziwi sprawcy zamachu oraz… agent CIA, Sean Briar. Jednak zamiast go zwyczajnie zgarnąć i wyciągnąć informacje, agent szybko odkrywa, że nie jest sprawcą, proponując mu układ.

dzie_bastylii3

Wiem, że fabuła brzmi jak z setek innych filmów sensacyjnych, bo mamy dość oczywiste kalki i szablony. Ale James Watkins trafił idealnie w czas i nie chodzi tylko o zagrożenie terroryzmem, ale jak wykorzystywać potęgę Internetu, by całe społeczeństwa poddać psychozie strachu za pomocą manipulacji oraz haseł wykorzystywanych przez obydwie strony sceny politycznej. Choć jest to tylko niewykorzystany wątek, to dodaje smaczku oraz kolorytu. Reżyser ciągle zachowuje tempo i robi wszystko, by przykuć uwagę. Mamy pieszy pościg na dachu, kilka strzelanin (włącznie z finałową), kilka złośliwych docinków, skorumpowanych gliniarzy, pomysłowo inscenizowane sceny akcji (bijatyka w więźniarce – rewelacja). Mimo pewnych szablonów i przewidywalności ogląda się to z dużą frajdą, a nawet jest to dość logiczne. Jedyną taką poważną wadą jest dość chaotyczny montaż w scenach akcji, który wprowadza dezorientację (na szczęście, nie zdarza się zbyt często) oraz mało zaskakujący finał.

dzie_bastylii2

Ale „Dzień Bastylii” ma jednego mocna asa w tej talii kart i jest to Idris Elba. Briar w jego wykonaniu to prawdziwy twardziel, którego nic i nikt nie jest w stanie powstrzymać przed realizacją celu. Szorstki, samotny wilk, co szybko układa elementy układanki, ma gdzieś przełożonych (w końcu słuszność jest po jego stronie), tworząc odpowiednią mieszankę skuteczności i brawury. Jeśli ktoś jeszcze miał wątpliwości, czy Brytyjczyk pasowałby do roli agenta 007, „Dzień Bastylii” powinien rozwiać obawy. Partneruje mu Richard Madden i całkiem nieźle sobie radzi w roli drobnego cwaniaczka z ulicy, zmuszonego do współpracy z CIA. Poza tym zgrabnym duetem, warto wyróżnić wyglądającego niczym Robert Downey Jr. Jose Garcię (komendant policji Victor Gamieux) oraz Thierry’ego Godarda (szef gangu Rafi Bertrand).

dzie_bastylii4

„Dzień Bastylii” może nie będzie klasykiem w swoim gatunku jak „48 godzin”, „Zabójcza broń” czy „Nice Guys”, ale daje wiele frajdy podczas seansu. I nie miałbym nic przeciwko, gdyby agent Briar jeszcze powrócił na ekranie, bo zawsze na Elbę patrzy się przyjemnie, a sama historia zrobiona jest z głową.

7/10

Radosław Ostrowski

Obcy – decydujące starcie

Na pewno pamiętacie Ellen Ripley – kobietę, która jako jedyna z załogi Nostromo przeżyła konfrontację z Obcym. Błąkała się w kapsule ratunkowej po całym kosmosie i dopiero po 57 latach została odnaleziona. I to zwykłym fartem. Zdaje raport przed korporacją, ale nikt jej nie wierzy i zostaje zawieszona. Dawna planeta, na której znaleziono Obcego, dzisiaj jest kolonią ludzką. Właśnie w tej chwili stracono z nią kontakt, więc korporacja prosi Ripley o pomoc. Kobieta razem z odziałem marines wyrusza z misją ratunkową.

obcy_21

Po mrocznym oraz trzymającym wręcz za gardło horrorze Ridleya Scotta, producenci doszli do wniosku, że to może być początek nowej i przynoszącej duże dochody serii. Tym razem za tą część odpowiadał opromieniony sukcesem „Terminatora” James Cameron. Reżyser ten postanowił kompletnie wywrócić konwencję i zamiast klimatycznego, skupionego na klimacie oraz niepokoju horroru, skręcił w to, co umiał najlepiej – wysokobudżetowe kino akcji. Sam Obcy jest tutaj zredukowany do roli mięsa armatniego koszonego przez uzbrojonych po zęby gierojów (reżyser na początku wręcz fetyszyzuje uzbrojenie oraz dryl). Jednocześnie reżyser nie zapomina o budowaniu napięcia i poczuciu strachu. Brzmi to absurdalnie? Nic z tych rzeczy – przypomnijcie sobie sceny jak Ripley dostaje ataku i wyłazi z jej brzucha Obcy, po czym… okazuje się, że to był sen, pierwszą konfrontację z Obcymi skrytymi gdzieś w mroku (scenografia jest fantastyczna), a poczucie zagrożenia tworzone jest za pomocą jednej prostej rzeczy – detektora ruchu, a dokładniej jego dźwięku. Jego pulsacja wystarczy, by oczekiwać na obecność innych istot.

obcy_22

Cameron wie, jak podnieść stawkę i dlatego obecność jedynej ocalonej z kolonii dziewczynki Newt jest uzasadniona. Budzi ona w Ripley instynkt macierzyński (w wersji reżyserskiej odkrywamy, że straciła córkę), zmuszając ją do niemal fizycznej walki o ludzkość. Napięcie budowane jest konsekwentnie (jak wtedy, gdy bohaterowie czekają na Obcych wchodzących do centrali z zamkniętymi drzwiami – rewelacja), po drodze będzie parę wymian ognia, setki nabojów polecą w powietrze, padnie kilka mocnych zdań, niepozbawionych ironii, by zakończyć finałowym starciem Ripley z Królową. I to daje prawdziwego kopa. I zostawia furtkę na część kolejną, która powstała (to temat na inną opowieść).

obcy_23

„Obcy 2” to nie tylko popis fajerwerków Camerona, ale też bardzo pewnie poprowadzona obsada. Weaver tutaj przechodzi ewolucję z przerażonej własnymi wspomnieniami kobiety w prawdziwą heroinę kina akcji, sprawnie posługującą się giwerami (sklejenie miotacza ognia z karabinem i odbicie Newt są najmocniejszym przykładem), zdeterminowaną i nieustępliwą. Na drugim planie wspomnieć trzeba aż trójkę wojaków: opanowanego, spokojnego kaprala Hicksa (świetny Michael Biehn), rozgadanego, zgrywającego hojraka szeregowego Hudsona (nieodżałowany Bill Paxton) oraz jedyną laskę w składzie, czyli Vasquez (Jenette Goldstein). No i jeszcze syntetyczny android Bishop (Lance Henriksen), który tym razem jest tym dobrym robotem, rehabilitując te postacie po Ashu.

obcy_24

„Obcy – decydujące starcie”, mimo kompletnej zmiany tonacji, pozostaje naprawdę bardzo dobrym filmem akcji, potwierdzającym predyspozycje Camerona do kina akcji. Trzyma w napięciu (nie tak jak pierwszy „Obcy”), jest bardziej widowiskowy (nie tak bardzo jak następne filmy reżysera) i potrafi zapaść w pamięć. Godny, chociaż idący innymi ścieżkami, następca „Obcego”.

8/10

Radosław Ostrowski

Spectre

Kolejne spotkanie z agentem 007, który znowu robi to, co powinien. “Spectre” jest zwieńczeniem serii rozpoczętej przez “Casino Royale” i tym razem Bond mierzy się z tajemniczą organizacją Widmo, dokonującej zamachów terrorystycznych na całym świecie.

spectre1

Reżyser Sam Mendes już na dzień dobry serwuje akcję w Meksyku, zaczynającą się bardzo płynnym ujęciem kamery, kończącej się eksplozją, strzelaniną oraz bijatyką w helikopterze. Nawet jeśli pojawiają się momenty na złapanie oddechu, zostają one gwałtownie przerwane, a całość łączy stare z nowym. Reżyser sięga po to, co już było w klasycznych odsłonach serii, zmierzając w stronę świadomego nadmiaru dziur, braku logiki oraz nadmiaru pościgów, strzelanin i wybuchów, ale też nie przesadza z gadżetami (jedynym bajerem jest… zegarek). Jednocześnie wydarzenia z poprzednich odsłon z udziałem Daniela Craiga łączą się w spójną całość. Za wszystkimi wydarzeniami stoi jeden człowiek, ale by do dorwać rozpocznie się pościg od Włoch przez Alpy i Afrykę z powrotem do Londynu. I kiedy wydaje się, że nic nieprawdopodobnego nie może się wydarzyć, to właśnie się wydarza jak podczas pościgu w Alpach rozpisana na samolot, auta oraz śnieg.

spectre2

Mimo większej ilości humoru (pełnego ironii), Mendes spowija całość mrokiem. I nie tylko ze względu na to, iż większość wydarzeń rozgrywa się w nocy (spotkanie we włoskiej kryjówce czy finałowa konfrontacja w podupadającym budynku MSZ), ale też bardzo ciemną kolorystyką. Reżyser także, choć raczej przy okazji, znowu stawia pytania o sposób działania wywiadu w czasach pełnej inwigilacji oraz wykorzystywaniu nowoczesnej technologii. Wszystko to spycha element ludzki na dalszy plan, ale czy to jest potrzebne. Nie jest to jednak meritum całej opowieści, ale daje troszkę materiału do refleksji.

spectre3

Sama intryga wciąga, chociaż parę razy można się pogubić. Dynamiczny montaż, pomysłowo zrealizowane strzelaniny i potyczki, budująca klimat muzyka Thomasa Newmana się sprawdza. Ale, no właśnie, zawsze jest jakieś ale. Brakuje zaangażowania, czuć lekko zmęczenie materiału oraz “odhaczanie” kolejnych przystanków, a między naszym agentem i partnerującą mu (z konieczności) dr Swann (ładna Lea Seydoux) nie czuć zupełnie nic. Niemniej finał satysfakcjonuje, zapowiadając niejako koniec serii. Chociaż nigdy nic nie wiadomo.

spectre4

Daniel Craig jako agent Jej Królewskiej Mości pasuje idealnie do tej postaci: zgorzkniały, świadomy swojej fizycznej niedoskonałości (jego spojrzenie po działaniach z Meksyku mówi wiele), ale ciągle zdeterminowanego, nieśmiertelnego oraz niepowstrzymanego. Mocniej zaakcentowanego jego relację z Q (elegancki, ale geekowaty Ben Whishaw), mającego troszkę więcej do zdziałania niż zwykle. Nie zawodzi też Ralph Fiennes w roli M. Kontrowersje za to wywołuje Christoph Waltz jako główny łotr, ale prawdę powiedziawszy nie bardzo jestem w stanie to zrozumieć. Jego Oberhauser/Blofeld jest bardzo powściągliwy, niesamowicie opanowany, ze spokojnym głosem jest w stanie torturować, terroryzować I zmuszać do podporządkowania się. Że Austriak się powtarza? Być może, ale nie drażnił mnie tak, jak można było się spodziewać. Za to duży żal mam do niewykorzystania (w pełni) Moniki Bellucci, która pojawia się raptem kilka minut, by zniknąć.

Cóż mogę powiedzieć o “Spectre”? Mendes wyszedł z konfrontacji z tarczą, parę razy zaszalał, jadąc po bandzie, ale godnie kończąc tą tetrylogię. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że “Skyfall” było zwyczajnie lepsze. Czyżby nasz 007 miał przejść na emeryturę? Zasłużył sobie na nią w pełni, tylko czy twórcy pozwolą mu się nią cieszyć w spokoju. Czas pokaże.

7/10

Radosław Ostrowski

Mission: Impossible III

Seria filmów o Ethanie Huncie ma wszystko to, by stanowić konkurencję dla agenta 007. Akcja jest szybka, przenosimy się z miejsca na miejsce, jest masa bajeranckich gadżetów, piękne kobiety. Czego chcieć więcej? Po przeciętnej części drugiej, postanowiono lekko pomajstrować i inaczej rozłożyć akcenty. Całość zaczyna się w momencie, gdy nasz mistrz kamuflażu oraz specjalista od zadań niewykonalnych, odchodzi z IMF i zamierza wieść spokojne życie z Julią – lekarką nieznającą jego przeszłości. Przeszłość odzywa się jednak, gdy agencja prosi o pomoc w odbiciu dawnej protegowanej – Lindsay. Agentka miała zadanie zinfiltrować handlarza bronią, Owena Daviena.

mission_impossible_31

Powierzenie tej części J.J. Abramsowi, dla którego był to kinowy debiut, było strzałem w dziesiątkę. Tutaj Hunt pozostaje najważniejszą postacią, ale by zrealizować swój cel, musi dogadywać się i zawierzyć swój los kumplom z zespołu. Koncepcja gry zespołowej została rozwinięta mocniej w części następnej („Ghost Protocol”), co tylko zwiększyło dynamikę, a interakcja bohaterów między sobą tylko podkręcała stawkę, dodając sporo humoru. Tempo się ciągle zmienia, tak jak lokacje, bo zwiedzimy z Huntem i spółką Berlin (odbicie Lindsay), Watykan (porwanie Daviena) oraz Szanghaj (skok i kradzież McGuffina zwanego tutaj Króliczą Łapką), nie brakuje kilku widowiskowych scen jak odbicie Daviena na moście czy ucieczka przed pościgiem w Szanghaju.

mission_impossible_32

Abrams idzie w stronę widowiskowości i efekciarstwa, ale nigdy nie idzie w stronę autoparodii czy kiczu. Nie brakuje mu ciekawych pomysłów na choreografię (ucieczka Hunta z windy oraz IMF) oraz parę razy łamie konwencję jak w scenie kradzieży Króliczej Łapki, której… nie pokazuje. Widzimy wtedy jak Hunt wchodzi (przywiązany na linie) i wychodzi z hukiem tłuczonego szkła. Jedyne, co przeszkadza to czasami zbyt nerwowa praca kamery a’la Bourne w spokojniejszych scenach, ale to nie zdarza się zbyt często. Tak samo jak większe skupienie na prywatnym życiu Hunta.

mission_impossible_33

Tom Cruise jako Hunt nadal daje radę i imponuje swoją fizyczną kondycją. To jest typ faceta, którego możecie złamać, ale zabić się nie da. Nawet jak mu się wsadzi ładunek wybuchowy do głowy. Na drugim planie mamy starego znajomego Luthera (Ving Rhames zawsze na propsie), trudno też zapomnieć Simona Pegga (informatyk Benji) czy Laurence’a Fishborne’a (szef IMF). Ale tak naprawdę ekran kradnie Philip Seymour Hoffman jako czarny charakter. Nie jest to może zaskakująca postać, ale aktor ma tyle charyzmy, że nawet mówiąc od niechcenia, skupia całą swoją uwagę i intryguje.

mission_impossible_34

Trzecie spotkanie z Huntem rehabilituje serię po poprzedniku od Johna Woo, który był przekombinowany i zwyczajnie nudny. Abrams dodaje wiele świeżości, skupia się na dynamice między grupą, ale nie zapomina o widowiskowości (na tym polu lepsza była część czwarta), dodając żywotności cyklu. Rozrywka na wysokim poziomie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Psy mafii

Atlanta, miasto gdzieś w USA. A jak w każdym mieście działają gliniarze, bandyci i bezprawie szaleje. Całość terroryzuje rosyjsko-żydowska mafia, złośliwie nazywana La Koszer Nostra. I wierzcie mi, to nie są śmieszni kolesie noszący jarmułki oraz pejsy. Kierowani przez Irinę (wygląda jak bardzo wytapetowana burdelmama niż szefowa, ale niech będzie), sieją postrach. Jednym z jej ludzi są członkowie gangu skorumpowanych gliniarzy pod wodzą Michaela Atwooda, którzy wykonują dla niej akcje. I na dzień dobry jesteśmy rzuceni w napad na bank. Akcja się udaje, jednak szefowa ma jeszcze jedno zadanie. By je wykonać ekipa musi zyskać sporo czasu, by odwrócić uwagę od gliniarzy. Najskuteczniejsze byłoby wezwanie kodu 999, czyli zabójstwo policjanta.

psy_mafii1

John Hillcoat postanowił wykorzystać szansę od Hollywood, by dostać świetne kino sensacyjne. Pozornie wydaje się, ze wszystko gra i wydaje się na miejscu. Pierwsze sceny, gdy widzimy skok bankowy – szybko zrobiony, zrealizowany jak trzeba, bez zbędnej gadaniny, zakończony dziką akcją na autostradzie, gdzie wystrzelono kolorowe granaty z łupu (wtedy bandyci wyglądają niemal jak cosplayerzy Deadpoola 😉 ) i padają strzały. Twórcy chcą bardziej skupić się na psychologii bohaterów oraz realistycznym pokazaniu brudu, zgnilizny oraz zepsucia. I to daje nawet efekty – bandyci wyglądają jak notowani z kartotek (tatuaże, ogolone karki, wiązanki słowne itp.), dziwki wyglądają jak dziwki i nie boją pokazać wszystkiego, co mają. Krążymy po spelunach, zaułkach i knajpach wyglądających jak brazylijskie fawele – rządzą się one własnymi prawami, a rozmowy z gliniarzami nie są mile widziane.

psy_mafii2

Klimat niemal jest jak w „Sicario” (są nawet poobcinane głowy) – brud, smród, zgnilizna oraz brak szans na wyjście z tego piekła. Bo jak już raz się sprzedałeś, to zdrajcą już będziesz na zawsze. Nawet jeśli – tak jak główny bohater – robisz to po to, by móc mieć kontakt ze swoją rodziną. Nie brakuje i efektownych scen akcji (nalot na kryjówkę, zakończona dynamiczną strzelaniną), podkręcanych agresywną muzyką elektroniczną. Atmosfera robi się coraz gęstsza, a lojalność, zdrada i podstęp są na porządku dziennym.

psy_mafii4

Tylko jest jeden, a nawet dwa poważne szkopuły. Po pierwsze, bohaterów jest tutaj aż za dużo i nie wiadomo tak naprawdę na kim się skupić. Mamy skorumpowanego Atwooda (dobry, nawet bardzo Chiwetel Eljofor), zmuszonego szantażem do współpracy oraz jego kumpli z policji oraz wojska (mózgowiec Russell, wiecznie nawalony i naćpany Gabe, podstępny i obrotny detektyw Rodriguez i trzęsący okolicą Marcus – kolejno: Norman Reedus, Aaron Paul, Clifton Collins Jr. Oraz Anthony Mackie), jest nowy partner Marcusa – uczciwy i zdeterminowany gliniarz Chris (niezawodny Casey Affleck). No i prowadzący śledztwo wuj Chrisa – ciągle naćpany i nawalony detektyw Jeff Allen (jakby ciągle obecny na planie „Detektywa” Woody Harrelson). Żaden z nich – poza Michaelem – nie zostaje w pełni rozbudowany, nie znamy w pełni motywacji, charakteru, ich tła. Wydają się oklepanymi postaciami z szablonów, parę razy aktorzy sprawiają wrażenie grania na autopilocie (w szczególności Aaron Paul i Harrelson, ale ten drugi ciągle się broni). Jedyną dużą niespodzianką jest Kate Winslet jako „matka chrzestna” Irina – kobieta tak bezwzględna i ostra jak to tylko możliwe.

psy_mafii5

Po drugie, w połowie filmu – mimo kilku kopniaków – zaczyna siadać tempo, a finał jest taki skromny i nie daje takiego kopa jak początek. Żadnego wstrząsu, szoku czy niespodzianki, przewidywalne (i kameralnie, co można było wygrać). Brak napięcia, poczucia niepokoju czy pierdolnięcia – tak się kina sensacyjnego nie kończy. W ogóle tak się filmów kończyć nie powinno, jakby cały arsenał środków został gdzieś nagle pochowany. Nie wolno tak łamać obietnicy.

psy_mafii3

Dlatego tak trudno mi jednoznacznie ocenić ten film. „Psy mafii” miały potencjał na to, by być mięsistym sensacyjniakiem, niepozbawionym ambicji sięgnięcia głębiej. Z taką obsadą nie można było tego spieprzyć. A tak mamy niewykorzystany potencjał i produkcję zaledwie niezłą. Ale i tak jest to lepsze od ostatniego „PitBulla”, co jest pewną skromną rekompensatą.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Ludojad

Gdzieś w Sudanie przebywa niejaki Caine – drobny przemytnik i amerykański cwaniak. Ale ostatnia akcja skończyła się wpadką i nasz bohater pozostaje spłukany. Trafia do miasta, z którego chce się wyrwać dalej. I znajduje robotę na statku należącym do profesora Dana Mallare’a i jego córki Anny. Oboje prowadza badania oceanograficzne i potrzebują człowieka do pracy przy statku, gdyż ten często się psuje. Caine jednak nie daje się nabrać, gdyż chodzi o coś zupełnie innego i jest to powiązane z rekinami oraz skarbem.

ludojad2

Samuel Fuller tym razem idzie w stronę kina gatunkowego, niepozbawionego ambicji, jednak wszystko zepsuło zderzenie z producentami oraz śmiercią kaskadera podczas realizacji. To spowodowało, że producenci wykorzystywali to do promocji filmu oraz jego przemontowania go, by było więcej scen z rekinami. To mogło być dobre kino przygodowe, będąc jednocześnie gorzką refleksją na temat chciwości. Niestety, wszystko to jest bardzo letnie, bardziej skupione na scenach akcji (bójki, starcia z rekinami), przez co bardziej ciekawe wątki jak zgorzkniałego, pijanego lekarza czy ciągłych przetasowań, wynikających z nieufności zostają zepchnięte na dalszy plan. Intryga coraz bardziej się nie klei, scenom brakuje napięcia (ładna, jazzowa muzyka gra przyjemnie i bardziej się nadaje do Bonda), a wszystko strasznie się wydłuża. Owszem, to wszystko pięknie wygląda (nie tylko w kolorze), a zdjęcia podwodne są po prostu obłędnie sfilmowane (poza rwanym montażem), co daje sporo frajdy.

ludojad3

Jedynie, co wybija ten film na wyższy pułap jest grający główną rolę Burt Reynolds. Czarujący, wysportowany, z surowym zarostem, odnajdujący się w każdej sytuacji cwaniak. Nie znaczy to, ze jest bohaterem pozbawionym wrażliwości, co mocno podkreśla relacja z poznanym na mieście chłopcem. Także partnerujący aktorowi Barry Newman (profesor Mallare) oraz apetyczna Silvia Pinal (Anna) dają radę swoim postaciom. Ale to wszystko za mało, by mówić tutaj o udanym filmie Fullera.

ludojad1

Jasne, to nie była wina reżysera, tylko producentów przemontowujących całość, przez co przypomina się przypadek „Twierdzy” Michaela Manna. Da się ten film obejrzeć, ale jest on po prostu zbyt letni i nieangażujący. Nawet obecność rekinów (prawie jak w „Szczękach”) nie jest w stanie podnieść i zbudować napięcia. Szkoda.

5/10

Radosław Ostrowski

Samuel_Fuller

Żywioł. Deepwater Horizon

Rok 2010 był dla nafciarzy niezbyt udanym rokiem. Właśnie wtedy doszło do największego wycieku ropy oraz gigantycznej katastrofy na platformie wiertniczej Deepwater Horizon. Taka historia musiała prędzej czy później zostać przeniesiona na ekran, a za jej realizację odpowiada nowy „amerykański” reżyser, który godnie zastępuje Michaela Baya (bo jest od niego w każdym calu lepszy).

zywiol1

Całą opowieść poznajemy z perspektywy everymena, czyli Mike’a Williamsa. To inżynier odpowiedzialny za elektrykę na przenośnej platformie Deepwater Horizon należącej do firmy BP. Ale nie jest tam zbyt dobrze – ciągle coś się psuje, niedawno nałożono beton i nie przetestowano go. Wiadomo, cięcia z powodu chciwości i chęci zarobienia jak największej kasy. Wtedy dochodzi do nadmiernego ciśnienia rury, doprowadzając do eksplozji i kompletnego zniszczenia platformy. I jak to w klasycznym kinie katastroficznym bywa, całość można podzielić na dwie części.

zywiol2

Pierwsza to obserwacja dnia codziennego na platformie, czyli rutynowy dzień. pracownicy idą do pracy, prowadzą drobne rozmowy o niczym i zwykła praca. Druga część zaczyna się od usterek i kończy się na spektakularnych popisach pirotechników, strachu, krwi, ranach oraz ucieczce. Jest wtedy bardziej spektakularnie, ale jednocześnie bardzo kameralnie. Berg zachowuje kronikarski charakter i nawet jeśli jest patos, to w takiej dawce, ze słucha się tego bezboleśnie, a to jest wielka sztuka. Wtedy kamera zaczyna drgać, kadry są nieostre, nerwowe, bierze perspektywę pleców postaci i czyni z nich bohaterów na miarę swoich czasów. Doświadczonych profesjonalistów, którzy w momencie próby zachowują zimną krew, nie zostawiają kolegów w potrzebie.

zywiol3

Tego typu kino ma też swoje wady, gdyż liczy się „widowiskowość” katastrofy (i to się sprawdza dobrze), przez co najbardziej cierpią bohaterowie, którzy nie są jakoś skomplikowanie skonstruowani, grając na prostym szablonie: odpowiedzialni i dobrzy (pan Jimmy, Mike, Andrea) oraz chciwe szefostwo plus niezdecydowani. Czy to znaczy, ze ich los nas nie obchodzi? Niekoniecznie, bo aktorzy robią wszystko, byśmy mogli z nimi sympatyzować. Może i jest to mocno uproszczone, ale działa. Nawet Mark Wahlberg, którego nie jestem wielkim fanem, daje tutaj radę. Podobnie jak Kurt Russell i jego zarąbiste wąsy, a John Malkovich jest tak śliski i antypatyczny, jak tylko się da.

zywiol4

Berg nie wywraca do góry nogami reguł kina katastroficznego, ale konsekwentnie pokazuje wszelkie wady i zalety tego gatunku. Najważniejsza jest tutaj sama tragedia i jej przebieg, przez co ludzie są zepchnięci na dalszy plan. Ale i tak ogląda się z przyjemnością, nie wywołując znużenia.

6/10

Radosław Ostrowski