Okup

Ile było już filmów z porwaniem i żądaniem okupu? To jeden z ulubionych chwytów kina sensacyjnego. Ktoś bardzo sprytny znajduje bardzo bogatego jelenia, porywa jednego z członków jego rodziny, żądają w zamian pieniędzy. Nie inaczej jest w filmie Rona Howarda z 1996 roku.

okup1

Poznajcie Toma Mullena – biznesmena, który posiada firmę lotniczą, żonę i syna. Mieszka w Nowym Jorku, jest bezpieczny i wydawało się, że to spokojna, szczęśliwa familia. Jak się domyślamy, spokój nie może trwać wiecznie. Odrobina nieuwagi i staje się najgorsze – potem telefon i zawiadomienie o 2 milionach dolarów okupu. Jest napięcie, jest czekanie, jest plan. Howard pewnie i co najważniejsze, z pazurem, podkreślając klimat strachu, zaszczucia i bezsilności. Montaż podkreśla tę aurę, prowadząc dwutorowo całą narrację: od strony rodziny oraz porywaczy, przeskakując z jednego miejsca w drugie. Początkowo wszystko idzie według sprawdzonego schematu: porwanie (samego zajścia nie widzimy, co jest bardzo sprytne)-żądanie okupu-wykonywanie poleceń. Coś musi jednak pójść nie tak, bo przeciwnik jest inteligentny, sprytny i zna wszelkie policyjne sztuczki. Jakby był dosłownie o krok i te sceny trzymają w napięciu.

okup2

Ale w połowie reżyser, a dokładnie nasz bohater wywraca cały układ do góry nogami: występuje w telewizji i ogłasza, że pieniądze przeznaczone na okup są nagrodą za głowę porywacza. I pojawia się pytanie – czy on wie, co robi? To szaleństwo, wydał wyrok na swoje dziecko. To mocna wolta, która zmienia tempo filmu. Porywaczom zaczyna sypać się grunt pod nogami i nie wiemy jak to się skończy. Napięcie jest jeszcze intensywniejsze, a wtedy wszystko staje się nieobliczalne. Każda scena staje się cięższa, a desperacja bohatera coraz bardziej zrozumiała. A finał, mimo gry znaczonymi kartami, ogląda się z zapartym tchem.

okup3

Howard zaskoczył bardzo obsadzając w roli ojca porwanego dziecka Mela Gibsona, który daje tutaj możliwość pokazania się z troszkę innej twarzy. Wyciszony, skupiony, a jednocześnie w oczach widać strach, desperację, ból. I jest to znakomicie wygrywane przez takie sceny jak jego oświadczenie w telewizji czy prowokacyjna rozmowa z porywaczem (oraz to, co potem), gdzie wściekłość, gniew i strach mieszają się ze sobą tworząc Mieszankę wybuchową. Wspiera go niezawodna Rene Russo (żona) oraz Brandon Nolte (syn). Ale i tak wszystkim film kradnie wyborny Gary Sinese w roli policyjnego detektywa Shankera. Inteligentny, wyważony i niepozbawiony sprytu twardziel, który (uwaga: spojler) jest głównym rozgrywającym, szefem gangu. Jeszcze potrafi sprytnie adoptować się do okoliczności. Trudno też nie docenić Delroya Lindo jako doświadczonego federalnego, co podejmie wszelkie możliwe środki do uratowania dziecka.

okup4

„Okup” to jeden z mocniejszych filmów Howarda w całej karierze. Sprytnie grająca z widzem sensacja, która trzyma w napięciu, ciągle zaskakuje i nadal ma takiego kopa, że głowa mała. Po prostu świetne kino, które zostawiło mnie z jednym pytaniem: co ja bym zrobił w takiej sytuacji?

8/10

Radosław Ostrowski

Ciężkie czasy

Lata 30. to był trudny czas dla ludzi w Ameryce. Wielki kryzys ekonomiczny doprowadzał do wielkich samobójstw, spektakularnych plajt i ogromnego bezrobocia. I to właśnie w tych czasach przyszło żyć niejakiemu Chaneyowi. Mężczyzna po przejściach i z tajemniczą przeszłością przypadkowo obserwuje nielegalne walki pięściarskie. Tam poznaje Szybkiego – hazardzistę, obstawiającego walki i organizującego potyczki. Chaney proponuje mu organizację walki i postawienie na niego swoich pieniędzy. Po wygranej, Szybki proponuje spółkę oraz podział zysków, wyruszając do Nowego Orleanu.

cikie_czasy1

Sama historia nie należy do specjalnie skomplikowanych i toczy się swoim rytmem. Debiutujący na stołku reżyserskim Walter Hill nie dysponuje dużym budżetem, ale ogrywa to wszystko klimatem oraz surową realizacją. Trudno odmówić „Ciężkim czasom” stylu – w końcu są to lata 30. Samochody wzięte z epoki, podejrzane speluny, gdzie gra się w bilard i załatwia różnego rodzaju interesy, dom publiczny, obskurne, tanie pokoje. Z drugiej strony eleganccy gangsterzy kontrolujące i obstawiające walki, piękne kobiety i dużo forsy. Same walki toczą się też w brudnych i nieprzyjemnych miejscach, co tylko potęguje brudny klimat. Opuszczone fabryki, puste hale, klatki (środkowa potyczka Chaneya z łysym koksiarzem) – czuć tutaj, że nie jest to tylko i wyłącznie walka dla zabawy, lecz starcie na śmierć i życie. Kto wygra może się obłowić, ustawić się, spłacić długi czy zaplanować życie z kobietą. Nie brakuje ciętych ripost i dowcipu, nie przeszkadza nawet dość szczątkowa, drobna fabuła.

cikie_czasy2

Same potyczki i walki nie imponują świetną choreografią, ale prostotą oraz surowością. Walczą nie zawodowi pięściarze, ale ludzie ulicy. Owszem, są tez doświadczeni zawodnicy, jednak nigdy nie można być pewnym swojej pozycji. Tutaj panuje tylko jedna zasada – nie bijemy leżącego. Dlatego ręce i pięści idą w ruch żwawo, a dynamiczny montaż i płynna praca kamery pozwala zobaczyć każdy cios, uderzenie. Perełkami są dwie potyczki – ta w klatce oraz finałowa z Chicagowskim zawodnikiem Streetem (Nick Dimitri). Poezja.

cikie_czasy3

Hillowi, mimo braku doświadczenia reżyserskiego, udało się zebrać dwie gwiazdy. W Chaneya wciela się Charles Bronson i jest małomównym twardzielem, sprawnie posługującym się pięściami. Jego partnerem, Szybkim jest czarujący James Coburn, mający płynną Gatkę, błysk w oku oraz czarujący uśmiech. Jednak to nałogowy gracz, stale balansujący na granicy ryzyka. Czuć między panami chemię oraz coś na kształt przyjaźni, chociaż żaden z nich się do tego nie przyznaje.

W Polsce jest to kompletnie nieznany i nieoczywisty film, w którym Hill w pełni wykorzystał swój talent. Klimatyczne, męskie kino ze świetnie zrealizowanymi scenami bijatyk, broniące się mimo czterdziestu lat na karku. Może i historia jest ograna, jednak wszystkie klocki pasują do siebie idealnie.

8/10

Radosław Ostrowski

Ulice w ogniu

Już na samym początku zostajemy uprzedzeni, że to będzie bajka w rytmie rock’n’rolla. Więc nie należy filmu Waltera Hilla brać absolutnie na poważnie. I pod względem realizacyjnym to najbarwniejszy film w dorobku twórcy „48 godzin”. Dziwaczny melanż westernu, musicalu, melodramatu i komedii, gdzie lata 80. spotykają się z latami 50.  Ale po kolei.

ulice_w_ogniu1

Akcja toczy się w małym mieście, gdzie ludzie słuchają rock’n’rolla. Miejscową gwiazdą tej muzyki jest wokalistka Ellen Aim. Podczas jednego z występów zostaje porwana przez gang bikerów dowodzony przez Ravena. W tym samym czasie wraca były chłopak Ellen – Tom Cody, rozrabiaka i były żołnierz. Za skromną opłatą (10 tysięcy baksów) decyduje się odbić dziewczynę z ręki Ravena, w czym pomaga poznana wcześniej koleżanka po fachu McCoy.

ulice_w_ogniu2

Nie brzmi to zbyt oryginalnie, ale reżyser stawia tutaj na styl. To nie jest surowa, stonowana rozpierducha, aczkolwiek nie brakuje tutaj krótkich one-linerów. Hill jak wspomniałem miesza różne światy. Wizualnie są to lata 50., na co wskazuje scenografia (jadłodajnia, knajpy, pokój siostry Cody’ego), kostiumy oraz pojazdy żywcem wzięte z tego okresu. Z jednej strony jest to szaro-bure, ale wieczorem jest pełne barw odbijających się neonów oraz świateł, jak w scenach śpiewanych (tylko „Kierowca” był taki barwny). Niesamowite połączenie. Muzyka jednak jest już bliższa latom 80., chociaż kompozycje Ry Coodera pachną westernem (ta gitara elektryczna). Sama historia jest pretekstem dla bijatyk, ucieczek i strzelanin. Tempo jest tak szybkie, że współczesne blockbustery spaliłyby się ze wstydu. Tylko tutaj po jednym strzale ze strzelby motory i samochody eksplodują. Z kolei knajpa bikerów, gdzie jest bardzo fikuśna tancerka była silną inspiracją dla „Sin City”. I jeszcze ta finałowa potyczka na ulicy za pomocą dużych młotów. Chociaż dla wielu osób kilka scen może wydawać się mocno kiczowatych (pocałunek między kochankami w deszczu – wiadomo, niebo płacze ze szczęścia), ale taka jest konwencja i jeśli ją kupicie, będziecie wniebowzięci.

ulice_w_ogniu3

Tak prostą opowiastkę, poza świetnym stylem audio-wizualnym oraz bardzo lekką ręką reżysera, powinna mieć też odpowiednią obsadę. I tutaj wybija się obecnie zapomniany bohater lat 80., czyli Michael Pare. Cody to twardziel, jakich wielu było. Z nieodzownym prochowcem oraz strzelbą pod ręką przypomina kowboja (kapelusza tylko zabrakło), ale serce ma po właściwej stronie. Czepiano się Diane Lane, za co otrzymała nominację do Złotej Maliny, ale nie za bardzo mogę to zrozumieć. Ellen kocha muzykę nad życie i jak śpiewa, to wszystko staje się nieważne ( i ten jej strój). Reszta postaci (jak wszyscy w tym filmie) to zarysowane archetypy: pomocnik (Amy Madigan jako twarda McCoy), załatwiający gaduła i menadżer (wyjątkowo antypatyczny Rick Moranis) oraz antypatyczny bandzior z dziwnym strojem oraz spojrzeniem (Willem Dafoe). Na szczęście mają w sobie tyle charyzmy, że dają im życie.

ulice_w_ogniu4

Dziwaczna mieszanina, której nie można i nie należy traktować poważnie. Najbarwniejszy film w dorobku Waltera Hilla oraz kompletna zadyma, pachnąca latami 80. pełną gębą, więc fani kina retro odnajdą się jak w niebie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Nienawiść

Jack Benteen jest strażnikiem Teksasu, nie idącym na kompromisy i układy, bezwzględnie skutecznym wrogiem narkotyków. Kiedyś jego najlepszym kumplem był Cash Bailey – obecnie baron narkotykowy działający w Meksyku i szmuglujący towar za granicę USA. Łączyła ich jeszcze kobieta, Salita. Spokój w miasteczku jednak zostaje przerwany przez obecność tajemniczej grupy kierowanej przez majora Hacketta. Byli żołnierze planują konfrontację z Baileyem i wplątują w swoją wojnę Jacka.

nienawi1

Kiedy za film bierze się Walter Hill należy spodziewać się bezpretensjonalnego, krwawego kina akcji dla facetów. „Nienawiści” najbliżej jest do westernu i to nie tylko ze wzgląd na pogranicze amerykańsko-meksykańskie czy bohatera żywcem wziętego z mentalności Dzikiego Zachodu. Pustynie, rzadka roślinność tworzy bardzo surowy klimat, gdzie liczy się spryt oraz szybkość wystrzeliwanych pocisków. Zderzenie technologicznych cudeniek wojskowych ze staroświeckim sposobem rozwiązywania problemów z bandytami robi nadal wrażenie. Podobnie jak dynamiczna scena napadu na bank zakończona brawurowym pościgiem czy przypominająca „Dziką bandę” finałowa konfrontacja w Meksyku (dużo strzałów, dużo krwi i dużo trupów) zakończona obowiązkowym pojedynkiem. Może i jest to mocno komiksowe i przerysowane, ale nie zostaje przekroczona granica kiczowatości. Wciąga to mocno, serwując jeszcze odpowiednią dawkę adrenaliny oraz rozrywki.

nienawi2

Do tego mamy etatowych twardzieli ery VHS, chociaż nie tak kultowi jak Stallone, Schwarzenegger czy Lundgren. Za to jest jak zawsze świetny Michael Ironside w roli majora Becketta – niby żołnierza, który wymaga dyscypliny i ślepego posłuszeństwa, ale to bezwzględny i chciwy drań, którego motywację poznajemy dopiero pod koniec filmu. Po drugiej strony barykady są dwaj faceci: Nick Nolte oraz Powers Boothe. Pierwszy jest surowym, twardym gliniarzem, nie dającym się przekupić, nigdy się nie uśmiecha i jest w pełni wiarygodny. Drugi jest elegancko ubranym dilerem narkotykowym – uśmiechniętym, ale i bezwzględnym i nieustępliwym draniem. Jako element dekoracji (bo inaczej nie jestem w stanie tego nazwać) działa Maria Conchita Alonzo wcielająca się w Saritę.

nienawi3

„Nienawiść” to jedna z najlepszych pozycji Waltera Hilla, który konsekwentnie realizuje plan stworzenia porządnego, klimatycznego kina akcji. Akcja trzyma za gardło, intryga wciąga, a aktorstwo jest świetne. Czegóż chcieć więcej?

nienawi4

7,5/10

Radosław Ostrowski

Gomorra

Mafia kojarzy się głównie albo z honorowymi przestępcami zabijającymi w imię rodziny, honoru, przyjaźni albo bezwzględnymi gangsterami za nic mającymi ludzkie życie i poczucie przyzwoitości. Ten pierwszy został spopularyzowany przez takich amerykańskich twórców jak Francis Ford Coppola czy Brian De Palma, drugi kojarzy się raczej z Martinem Scorsese. Jednak najbardziej realistyczne filmy o włoskiej mafii robią… Włosi. Przekonałem się o tym, gdy trafiłem na głośną „Gomorrę”.

gomorra1

Na początku było słowo, a dokładniej książka Roberto Saviano – zapis śledztwa prowadzonego przez wiele, wiele lat. Za jej opublikowanie mafia wydała wyrok śmierci na autorze. To jednak nie przestraszyło debiutującemu Matteo Garrone, by zmierzyć się z tą potencjalna bombą. Co więcej, zatrudnił Saviano jako jednego z autorów scenariusza. Właściwie trudno opisać ten film, bo to zbiór pięciu opowieści, gdzie mafia pojawia się w tle. Przeskakujemy z wątku na wątek, by zobaczyć pełny włoski krajobraz.

gomorra4

Kogo tutaj mamy? Jest Toto (Salvatore Abruzzese) – młody chłopiec, który otoczony jest kumplami powiązanymi z gangsterką i sam chce do nich się przyłączyć. Dwaj kumple: Marco (Marco Macor) i Ciro (Ciro Petrone), zafascynowani „Człowiekiem z blizną”, pyskaci, krnąbrni i nieposłuszni, co nie podoba się jednemu z szefów. Dochodzi nawet do tego, że kradną ich broń. Jest też krawiec Pasquale (Salvatore Cantalupo), którego szef ma powiązania z gangsterami. Mężczyzna zgadza się (w tajemnicy) uczyć swojego fachu konkurencji z Chin. Poza tym kręci się roznoszący pieniądze mieszkańcom bloku don Ciro (Gianfelice Imparato). Wśród jego „podopiecznych” jest Maria (Maria Nationale) – żona jednego z bonzów, mieszkająca z synem, który zdradzi. A na samym szczycie tej hierarchii stoi Franco (Toni Servillo), zajmujący się zwożeniem śmieci. Pomaga mu w tym nowy protegowany – Roberto (Carmine Paternoster), syn starego znajomego mężczyzny.

gomorra3

Pierwsze, co rzuca się w oczy filmu Garrone to surowa, paradokumentalna stylistyka. Ujęcia z ręki, nieostre kadry to tworzy bardzo chropowany klimat, przedstawiający jak głębokie są macki gangsterów, dla których liczy się tylko forsa. Bo forsa to władza, a tej nigdy nie ma się dość. Chcesz się wycofać? Jesteś z nami albo przeciw nam, śmierć pojawia się przypadkowo i gwałtownie, nie można być na nią przygotowany. Sceny egzekucji oraz morderstw mrożą swoją dynamiką i nieprzewidywalnością. Może się to zdarzyć podczas jazdy samochodem, może być skutkiem otwarcia drzwi i zaufania albo zdrady czy zaplanowanej intrygi. Tutaj każdy szaraczek w tej bezwzględnej pustyni próbuje przetrwać. Ta wizja przeraża, pod warunkiem, że będziecie chcieli dotrwać do samego końca.

gomorra2

Tylko jedna rzecz mi przeszkadzała – chaotyczność i przeskakiwanie z wątku na wątek. Na początku można poczuć się zdezorientowanym, to jednak przechodzi. Reżyser wymaga dużego skupienia, bo przeoczenie jednego szczegółu może doprowadzić do jeszcze większego chaosu. I mamy jeszcze kompletnie nieznane (poza znanym z filmów Sorrentino Tonym Servillo) twarze, co też zmusza do skupienia na historiach. Nie zmienia to faktu, że jest to mocna, brutalna demitologizacja gangsterskiego mitu, zrealizowana w ojczyźnie gangsterów. Trzyma to za gardło i nie pozwala o sobie zapomnieć.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Dziedzictwo krwi

John Link to zwykły, stary pierdziel z długą brodą, co mieszka w przyczepie kempingowej, gdzie prowadzi amatorski salon tatuażu gdzieś w Nowym Meksyku. Kiedyś siedział i żył ostro, ale to przeszłość – jest na zwolnieniu warunkowym, trzeźwy i czysty. Ale kłopoty lubią jego towarzystwo, zwłaszcza wobec jego córki Lydii, z którą nie utrzymywał kontaktu od lar i uciekła z domu. Jednak pojawia się nagle w jego życiu, ale wplątała się w niezłą kabałę, czyli ktoś chce ja odesłać do krainy wiecznych łowów.

blood_father1

Francuski reżyser Jean-Francois Richet drugi raz próbuje zaatakować Hollywood i przy okazji wyciągnąć ze śmietnika Mela Gibsona. A jak Mel jest na ekranie to jedno jest pewne – będzie ostro i krwawo niczym w oldskulowych akcyjniakach z czasów ery VHS. Sama intryga jest dość prosta i przewidywalna, ale nie po to ogląda się takie filmy. Jest ucieczka, pogoń, ukrywanie się w motelach, kartel, harleyowcy, kumple z pierdla. Wszystko to znamy z tysięcy filmów, ale wszystko jest to opowiedziane w sposób sprawny, bez znużenia oraz potrzeby przewijania. Takie opowieści o możliwości otrzymania drugiej szansy i naprawieniu relacji z dawno nie widzianymi osobami zawsze potrafią zagrać na odpowiednich strunach emocjonalnych, ale dobry efekt psują odrobinę moralizatorskie teksty Linka dotyczące jego przemiany. Jednak gdy dochodzi do zadymy, to wtedy atmosfera gęstnieje i czuć krew. Zarówno podczas brawurowego pościgu na motorze, który troszkę pachniał starym „Mad Maxem” czy finałowej konfrontacji na pustyni. Tempo jest zachowanie, muzyka buduje napięcie, a zdjęcia troszkę nerwowe z ręki, ale czytelne.

blood_father2

Jeśli chodzi o obsadę, to najważniejszy jest tutaj Gibson, który robi to, co potrafi najlepiej – klnie jak szewc, wygląda jak menel (owszem, nieźle przypakowany, ale ta broda), strzela, zna sztukę kamuflażu i zabija. Granatem, strzelbą, pistoletem. Ma ten błysk desperacji i szaleństwa w oku, za co był uwielbiany i kochany. Cała reszta postaci jest tylko tłem i dekoracją, ale zawsze miło jest popatrzeć na William H. Macy’ego (sponsor i przyjaciel Linka, Kirby) oraz Diego Lunę (Jonah), jednak w pamięci pozostaje Michael Parks jako dawny szef Johna, niejaki Kaznodzieja, sympatyzujący z naziolami oraz bikerami.

blood_father3

Sam film jest zaledwie przyzwoity i mógłby powstać 30 lat temu, bez poczucia wstydu. Dzisiaj ten surowy styl może się podobać, jednak klisze i banały mogą okazać się dla wielu ciężkostrawne. Mogło być lepiej, ale ujmy to nie zabiera.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Chłopaki z sąsiedztwa

South Central to czarna dzielnica Los Angeles i tutaj przybywa Tre. Już jako dziecko wysłała go matka do ojca, Furiosa. Siedem lat później nadal trzyma z dwoma kumplami – braćmi Doughboya i Ricka. Obydwaj mają na bakier z prawem, ale ten drugi przynajmniej próbuje wyrwać się ze swojej dzielnicy. Tre też stara się unikać kłopotów i wyrwać się, w czym pomóc mogą studia. I jest też pewna dziewczyna.

chlopaki_z_sasiedztwa3

Pozornie debiut Johna Singletona jest próbą opowiedzenia o życiu czarnych w swojej dzielnicy, niczym Spike Lee. Jednak nie próbuje tworzyć szerszego obrazka, tylko skupia się na kilku postaciach: Tre, Doughboyu, Ricku, poruszającym się na wózku Chrisie i zajmuje się niemal kronikarską obserwacją. To zbiór scenek, pozornie niepowiązanych mocno żadną fabułą. Przyglądamy się młodym ludziom oraz ich rozmowom: o tym, kogo przelecieli, co odkryli w więzieniu oraz ich planach na przyszłość. Tylko co może osiągnąć chłopak z getta, gdzie śmierć może sięgnąć każdego pod wpływem fałszywie rozumianej dumy? Wszystko jest tutaj jednak pokazane w sposób mocno zero-jedynkowo: dobry nauczyciel, pomagający Rickowi skontrastowany jest z czarnoskórym gliniarzem-rasistą. Mamy rozwiedzionych i żyjących swoim życiem rodziców Tre, cwaniakującego i zgrywającego twardziela Doughboya oraz mniej rozgarniętego, ale uczciwego Ricky’ego.

chlopaki_z_sasiedztwa2

Te kontrasty mogą wydawać się silnym uproszczeniem, ale są jednak mocne sceny zapadające w pamięć. To te pokazujące bezsensowną przemoc, która nakręca wszystkich i doprowadza do wzajemnego mordowania się członków tej samej społeczności czy wypowiedzi „Furiosa” – oczytanego i inteligentnego faceta, próbującego być kimś w rodzaju mentora.

chlopaki_z_sasiedztwa1

Singleton stara się nie słodzić, ale nie potrafi uniknąć łopatologii, zwłaszcza pod koniec filmu. Także sceny opisujące związek Tre z Brandi są okraszone odrobinę przesłodzoną muzyką. Także sam Tre (całkiem niezły Coba Gooding Jr.) wydaje się mało ciekawą oraz ledwie zarysowaną postacią, ograniczoną do roli obserwatora, jedynie pod koniec pozwalając mu wejść w poważniejszy konflikt. Bardziej wyrazisty pod tym względem jest raper Ice Cube w roli Doughboya. Wyszczekany, twardy facet, skupiony tylko na sobie początkowo budzi respekt i ciekawość, ale pod tym wszystkim wyczuwa się strach, co widać pod koniec. Równie ciekawy jest Morris Chestnut (Ricky) oraz świetny Laurence Fishburne, oddający charakter surowego, ale kochającego ojca, stającego się przewodnikiem, mentorem i przyjacielem, a scena przed billboardem to prawdziwa perełka.

chlopaki_z_sasiedztwa4

Singleton na początku swojej drogi próbował jeszcze zmierzyć się z tą konwencją opowiadania, by potem pójść w stronę czystego kina gatunkowego oraz rzemiosła. „Chłopaki…” mimo lat pozostają mocnym i ciekawym dramatem obyczajowym z elementami sensacji w tle. O tym, jak ciężko jest wyjść z piekła oraz poszukiwać innego, lepszego świata.

7/10

Radosław Ostrowski

Elita zabójców

Mike Locken i George Hansen są agentami prywatnej agencji wywiadowczej ComTech, która współpracuje z CIA. Panowie zajmują się ochroną klientów, którzy są ścigani przez swoich wrogów ze swojego kraju. Podczas jednej z takich akcji, Hansen zdradza, zabijając „towar” i ciężko raniąc Lockena. Mężczyzna powoli wraca do zdrowia, jednak nie ma szansy powrotu do firmy. Do czasu, kiedy CIA daje zadanie ochrony japońskiego polityka do momentu wyjazdu z kraju. Zamachu ma dokonać Hansen razem z japońską mafią, co daje Lockenowi szansę do wyrównania rachunków.

elita_zabjcw1

Fabuła brzmi jak typowy film sensacyjny, jednak gdy za taką historię odpowiada „Krwawy Sam” Peckinpah należy liczyć się z czymś mocnym, ostrym i z najwyższej półki. Jednak film z 1975 roku nie wytrzymał próby czasu. Początek nie zapowiada katastrofy – szybki montaż, ujęcia w półmroku, eksplozja i ucieczka samochodem. Napięcie budowane jest stopniowo, a dynamiczny montaż z przeplatającymi się czasowo wydarzeniami powoduje, że to się świetnie. Wszystko się jednak sypie w momencie, gdy nasz bohater wraca do zdrowia. Niby porusza się o lasce i – na początku – kuleje, jednak potem tego nie widać zbyt mocno. Zwłaszcza, gdy lekarze mówią, że zostanie kaleką do końca życia. Tutaj widać pewną niekonsekwencję.

elita_zabjcw2

Nie to jednak jest problemem, ale brak kompletnego zaangażowania. Niby są próby budowania suspensu (pierwszy zamach na lotnisku, strzelanina na ulicy czy finałowa konfrontacja na statku), ale to nie działa. Dodatkowo jeszcze te starcia z ninja oraz sceny kung-fu, zrobione jakoś bez finezji i wyglądające po prostu śmiesznie. A pojedynek Lockena z Hansenem czy motywy zdrady i lojalności w cynicznym, brudnym świecie nie wybrzmiewają zbyt mocno. Sytuację częściowo próbują ratować niezłe dialogi, pełne ciętego humoru oraz świetny montaż.

elita_zabjcw3

Mimo że reżysersko i scenariuszowo „Elita zabójców” jest rozczarowująca, to aktorsko nadal się broni. Jest to zasługa bezbłędnego Jamesa Caana oraz Roberta Duvalla. Pierwszy w roli uczciwego i lojalnego najemnika jest przekonujący, zarówno w scenach akcji, jak i w momentach pokazujących jego rehabilitację, a drugi jako jego przeciwieństwo – bezwzględny, cyniczny gracz, nie patyczkujący się z nikim. Obydwaj świetnie się uzupełniają, a z drugiego planu warto wyróżnić Burta Younga (cwany kurdupel Mac) i Bo Hopkinsa (lekko psychopatyczny Miller).

elita_zabjcw4

„Elita” powszechnie jest uznawana za jeden z najsłabszych filmów Peckinpaha, który rzadko rozczarowywał swoich widzów. Pomysł był interesujący, jednak pewne elementy (kung-fu) delikatnie mówiąc, gryzą się ze sobą, a reżyseria zawodzi. Jest kilka perełek, jednak to za mało, by mówić o w pełni udanym kinie sensacyjnym. Obejrzeć można, ale „Krwawy Sam” bywał w lepszej formie.

6/10

Radosław Ostrowski

Hardcore Henry

Kim jest Henry? Tego nie wie on sam. Gdy go poznajemy budzi się niczym nowonarodzony, chociaż bardziej przypomina Adama Jensena z „Deus Ex”, czyli pozszywaną maszyną z ludzkim ciałem. Widzi kobietę, która twierdzi, że jest jego żoną. I kiedy mają sobie wszystko przypomnieć, ich baza zostaje zaatakowana przez paskudnego Arana, który chce go wykorzystać do stworzenia superżołnierzy. Henry’emu udaje się zwiać, ale Estelle zostaje schwytana. I wtedy z pomocą przychodzi niejaki Jimmy.

hardcore_henry1

Mało znam kino rosyjskie, ale fabuła filmu Ilji Najszulera nie była najważniejszym powodem, dla którego chciałem obejrzeć Hardkorowego Henryka, tylko warstwa formalna. Ponieważ reżyser wpadł na pomysł, by cała historię pokazać z perspektywy naszego bohatera, który nie odzywa się ani słowem, co zostaje logicznie wytłumaczone (nie zainstalowano mu modułu mowy). A dokładniej z jego oczu, przez co można odnieść wrażenie uczestnictwa w grze komputerowej. Fabuła jest tylko pretekstem do obserwacji kilku ostrych, bardzo krwawych scen zabijania, strzelania, wybuchów. I wierzcie mi lub nie – to działa. Akcja pędzi na złamanie karku, by podkręcić adrenalinę, ale kilka razy dochodzi do ciekawych wolt w fabule. Nie sposób zapomnieć pościgu na motorze i ostrzelaniu konwoju czy jatce w burdelu. Osadzenie tego wszystkiego we współczesnej Moskwie, gdzie przaśność i surowość miesza się z futurystycznymi cudeńkami (siedziba głównego złego czy tajne laboratorium) tworzy mocny koktajl.

hardcore_henry2

Dodatkowo reżyser jeszcze to wszystko podkręca dziwacznym miksem muzycznym. Queen idzie ręka w rękę z Frankiem Sinatrą, rosyjskim disco oraz pulsującą elektroniką. To wszystko w zderzeniu z ekranową ultra przemocą oraz czasami porąbanym humorem („I’ve Got You Under My Skin” już nigdy nie będzie takie samo) tworzy niezapomniany seans.

Pomaga w tym szaleństwie brawurowo prowadzony Sharito Copley. Jego Jimmy to tak przerysowana postać, która ma więcej żyć niż kot, a każde oblicze poraża. Nieważne czy to naładowany adrenaliną ćpun, hipis, punk, menel czy brytyjski pułkownik – absolutnie nie do podrobienia. Równie groźny jak i groteskowy jest Danila Kozlowski wcielający się w głównego arcyłotra. Jest tutaj nawet Tim Roth, ale pojawia się tylko w jednej scenie (trzy razy powtórzonej) i wypowiada raptem dwa zdania. Więc chwalić się nie ma czym.

hardcore_henry3

Nie będę oryginalny, jeśli stwierdzę, że „Hardkorowy Henryk” to prosta produkcja próbująca maskować niedostatki budżetowe stroną wizualną. Czuć w paru momentach lekkie znużenie, a finałowa konfrontacja budząca skojarzenia ze scenami starć z zombie oraz… „Mechaniczną pomarańczą” może wprawić w osłupienie. Jednak takiej dawki adrenaliny i pulsującego testosteronu nie widziałem od czasu „Niezniszczalnych”. Mam nadzieję, że powstanie druga część albo Jankesi zrobią remake.

7/10

Radosław Ostrowski

The Walk. Sięgając chmur

Historia Philippe’a Petita stała się głośna dzięki znakomitemu dokumentowi Jamesa Marsha z 2008 roku. Ten francuski linoskoczek w 1974 roku dokonał rzeczy niemożliwej – wszedł na linie między wieżami World Trade Center, świeżo zbudowanymi. Kiedy usłyszałem, że powstanie fabularna historia Petita miałem spore wątpliwości. Nawet angaż Roberta Zemeckisa jako reżysera nie rozwiał moich obaw. Po obejrzeniu stwierdzam: jest dobrze.

the_walk1

Całą historię skoku opowiada sam Petit i robi to naprawdę dobrze. Sam film ma wszystko to, co klasyczny heist movie mieć powinien: plan-przygotowania-realizacja-sukces/porażka. Konwencja ta pasuje do tej historii, a reżyser wiernie odtwarza klimat lat 70. z całą tą wizualną estetyką. A że skok jest dość nietypowy, bo chodzi o przejście na linie (bez zezwolenia i w tajemnicy), to i przygotowania są nieoczywiste. Powoli poznajemy też jak narodził się pomysł, początki kariery Petita (przejście na linie między wieżami Notre Dame, spotkanie Dziadka Rudy’ego – cyrkowca) oraz sam skok. I uwierzcie mi, sceny te trzymają w napięciu, a finałowy spacer – rewelacja, zrealizowana z pietyzmem. Jakim cudem udało się odtworzyć te wieże, nie mam pojęcia, ale osoby za to odpowiedzialne wykonały kawał dobrej roboty. Wszystkie trybiki grają, a jazzowa muzyka Alana Silvestriego nadaje lekkości całemu filmowi.

the_walk2

Żeby jednak nie było słodko jest jeden mały szkopuł – sam Petit. I nie chodzi o grającego go Josepha Gordona-Levitta, który jest tak francuski jak tylko się da. Jednak jego bohater jest dość trudnym do polubienia pasjonatą, dla którego atak na WTC staje się niemal obsesją. Arogancki, pyskaty, krnąbrny, z wielkim ego, ale konsekwentnie idący ku celowi. Dla niego pytanie o to, dlaczego to zrobił, było po prostu płytkie. Nie polubicie tego introwertyka – to mogę wam obiecać. Pozostali aktorzy są po prostu solidni i dają radę, włącznie z Benem Kingsleyem (Dziadek Rudy) i urocza Charlotte Le Bon (Annie).

the_walk3

Jako widowisko „The Walk” spełnia swoje zadanie z nawiązką. Wizualnie dopracowany, z sensownie użytym 3D, chociaż sam Petit zostaje zepchnięty na dalszy plan (ale sam skok opowiadany jest szczegółowo). Ale dobrze się ogląda i cieszy mnie powrót Zemeckisa do żywych aktorów.

7/10

Radosław Ostrowski