Dziedzictwo krwi

John Link to zwykły, stary pierdziel z długą brodą, co mieszka w przyczepie kempingowej, gdzie prowadzi amatorski salon tatuażu gdzieś w Nowym Meksyku. Kiedyś siedział i żył ostro, ale to przeszłość – jest na zwolnieniu warunkowym, trzeźwy i czysty. Ale kłopoty lubią jego towarzystwo, zwłaszcza wobec jego córki Lydii, z którą nie utrzymywał kontaktu od lar i uciekła z domu. Jednak pojawia się nagle w jego życiu, ale wplątała się w niezłą kabałę, czyli ktoś chce ja odesłać do krainy wiecznych łowów.

blood_father1

Francuski reżyser Jean-Francois Richet drugi raz próbuje zaatakować Hollywood i przy okazji wyciągnąć ze śmietnika Mela Gibsona. A jak Mel jest na ekranie to jedno jest pewne – będzie ostro i krwawo niczym w oldskulowych akcyjniakach z czasów ery VHS. Sama intryga jest dość prosta i przewidywalna, ale nie po to ogląda się takie filmy. Jest ucieczka, pogoń, ukrywanie się w motelach, kartel, harleyowcy, kumple z pierdla. Wszystko to znamy z tysięcy filmów, ale wszystko jest to opowiedziane w sposób sprawny, bez znużenia oraz potrzeby przewijania. Takie opowieści o możliwości otrzymania drugiej szansy i naprawieniu relacji z dawno nie widzianymi osobami zawsze potrafią zagrać na odpowiednich strunach emocjonalnych, ale dobry efekt psują odrobinę moralizatorskie teksty Linka dotyczące jego przemiany. Jednak gdy dochodzi do zadymy, to wtedy atmosfera gęstnieje i czuć krew. Zarówno podczas brawurowego pościgu na motorze, który troszkę pachniał starym „Mad Maxem” czy finałowej konfrontacji na pustyni. Tempo jest zachowanie, muzyka buduje napięcie, a zdjęcia troszkę nerwowe z ręki, ale czytelne.

blood_father2

Jeśli chodzi o obsadę, to najważniejszy jest tutaj Gibson, który robi to, co potrafi najlepiej – klnie jak szewc, wygląda jak menel (owszem, nieźle przypakowany, ale ta broda), strzela, zna sztukę kamuflażu i zabija. Granatem, strzelbą, pistoletem. Ma ten błysk desperacji i szaleństwa w oku, za co był uwielbiany i kochany. Cała reszta postaci jest tylko tłem i dekoracją, ale zawsze miło jest popatrzeć na William H. Macy’ego (sponsor i przyjaciel Linka, Kirby) oraz Diego Lunę (Jonah), jednak w pamięci pozostaje Michael Parks jako dawny szef Johna, niejaki Kaznodzieja, sympatyzujący z naziolami oraz bikerami.

blood_father3

Sam film jest zaledwie przyzwoity i mógłby powstać 30 lat temu, bez poczucia wstydu. Dzisiaj ten surowy styl może się podobać, jednak klisze i banały mogą okazać się dla wielu ciężkostrawne. Mogło być lepiej, ale ujmy to nie zabiera.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Chłopaki z sąsiedztwa

South Central to czarna dzielnica Los Angeles i tutaj przybywa Tre. Już jako dziecko wysłała go matka do ojca, Furiosa. Siedem lat później nadal trzyma z dwoma kumplami – braćmi Doughboya i Ricka. Obydwaj mają na bakier z prawem, ale ten drugi przynajmniej próbuje wyrwać się ze swojej dzielnicy. Tre też stara się unikać kłopotów i wyrwać się, w czym pomóc mogą studia. I jest też pewna dziewczyna.

chlopaki_z_sasiedztwa3

Pozornie debiut Johna Singletona jest próbą opowiedzenia o życiu czarnych w swojej dzielnicy, niczym Spike Lee. Jednak nie próbuje tworzyć szerszego obrazka, tylko skupia się na kilku postaciach: Tre, Doughboyu, Ricku, poruszającym się na wózku Chrisie i zajmuje się niemal kronikarską obserwacją. To zbiór scenek, pozornie niepowiązanych mocno żadną fabułą. Przyglądamy się młodym ludziom oraz ich rozmowom: o tym, kogo przelecieli, co odkryli w więzieniu oraz ich planach na przyszłość. Tylko co może osiągnąć chłopak z getta, gdzie śmierć może sięgnąć każdego pod wpływem fałszywie rozumianej dumy? Wszystko jest tutaj jednak pokazane w sposób mocno zero-jedynkowo: dobry nauczyciel, pomagający Rickowi skontrastowany jest z czarnoskórym gliniarzem-rasistą. Mamy rozwiedzionych i żyjących swoim życiem rodziców Tre, cwaniakującego i zgrywającego twardziela Doughboya oraz mniej rozgarniętego, ale uczciwego Ricky’ego.

chlopaki_z_sasiedztwa2

Te kontrasty mogą wydawać się silnym uproszczeniem, ale są jednak mocne sceny zapadające w pamięć. To te pokazujące bezsensowną przemoc, która nakręca wszystkich i doprowadza do wzajemnego mordowania się członków tej samej społeczności czy wypowiedzi „Furiosa” – oczytanego i inteligentnego faceta, próbującego być kimś w rodzaju mentora.

chlopaki_z_sasiedztwa1

Singleton stara się nie słodzić, ale nie potrafi uniknąć łopatologii, zwłaszcza pod koniec filmu. Także sceny opisujące związek Tre z Brandi są okraszone odrobinę przesłodzoną muzyką. Także sam Tre (całkiem niezły Coba Gooding Jr.) wydaje się mało ciekawą oraz ledwie zarysowaną postacią, ograniczoną do roli obserwatora, jedynie pod koniec pozwalając mu wejść w poważniejszy konflikt. Bardziej wyrazisty pod tym względem jest raper Ice Cube w roli Doughboya. Wyszczekany, twardy facet, skupiony tylko na sobie początkowo budzi respekt i ciekawość, ale pod tym wszystkim wyczuwa się strach, co widać pod koniec. Równie ciekawy jest Morris Chestnut (Ricky) oraz świetny Laurence Fishburne, oddający charakter surowego, ale kochającego ojca, stającego się przewodnikiem, mentorem i przyjacielem, a scena przed billboardem to prawdziwa perełka.

chlopaki_z_sasiedztwa4

Singleton na początku swojej drogi próbował jeszcze zmierzyć się z tą konwencją opowiadania, by potem pójść w stronę czystego kina gatunkowego oraz rzemiosła. „Chłopaki…” mimo lat pozostają mocnym i ciekawym dramatem obyczajowym z elementami sensacji w tle. O tym, jak ciężko jest wyjść z piekła oraz poszukiwać innego, lepszego świata.

7/10

Radosław Ostrowski

Elita zabójców

Mike Locken i George Hansen są agentami prywatnej agencji wywiadowczej ComTech, która współpracuje z CIA. Panowie zajmują się ochroną klientów, którzy są ścigani przez swoich wrogów ze swojego kraju. Podczas jednej z takich akcji, Hansen zdradza, zabijając „towar” i ciężko raniąc Lockena. Mężczyzna powoli wraca do zdrowia, jednak nie ma szansy powrotu do firmy. Do czasu, kiedy CIA daje zadanie ochrony japońskiego polityka do momentu wyjazdu z kraju. Zamachu ma dokonać Hansen razem z japońską mafią, co daje Lockenowi szansę do wyrównania rachunków.

elita_zabjcw1

Fabuła brzmi jak typowy film sensacyjny, jednak gdy za taką historię odpowiada „Krwawy Sam” Peckinpah należy liczyć się z czymś mocnym, ostrym i z najwyższej półki. Jednak film z 1975 roku nie wytrzymał próby czasu. Początek nie zapowiada katastrofy – szybki montaż, ujęcia w półmroku, eksplozja i ucieczka samochodem. Napięcie budowane jest stopniowo, a dynamiczny montaż z przeplatającymi się czasowo wydarzeniami powoduje, że to się świetnie. Wszystko się jednak sypie w momencie, gdy nasz bohater wraca do zdrowia. Niby porusza się o lasce i – na początku – kuleje, jednak potem tego nie widać zbyt mocno. Zwłaszcza, gdy lekarze mówią, że zostanie kaleką do końca życia. Tutaj widać pewną niekonsekwencję.

elita_zabjcw2

Nie to jednak jest problemem, ale brak kompletnego zaangażowania. Niby są próby budowania suspensu (pierwszy zamach na lotnisku, strzelanina na ulicy czy finałowa konfrontacja na statku), ale to nie działa. Dodatkowo jeszcze te starcia z ninja oraz sceny kung-fu, zrobione jakoś bez finezji i wyglądające po prostu śmiesznie. A pojedynek Lockena z Hansenem czy motywy zdrady i lojalności w cynicznym, brudnym świecie nie wybrzmiewają zbyt mocno. Sytuację częściowo próbują ratować niezłe dialogi, pełne ciętego humoru oraz świetny montaż.

elita_zabjcw3

Mimo że reżysersko i scenariuszowo „Elita zabójców” jest rozczarowująca, to aktorsko nadal się broni. Jest to zasługa bezbłędnego Jamesa Caana oraz Roberta Duvalla. Pierwszy w roli uczciwego i lojalnego najemnika jest przekonujący, zarówno w scenach akcji, jak i w momentach pokazujących jego rehabilitację, a drugi jako jego przeciwieństwo – bezwzględny, cyniczny gracz, nie patyczkujący się z nikim. Obydwaj świetnie się uzupełniają, a z drugiego planu warto wyróżnić Burta Younga (cwany kurdupel Mac) i Bo Hopkinsa (lekko psychopatyczny Miller).

elita_zabjcw4

„Elita” powszechnie jest uznawana za jeden z najsłabszych filmów Peckinpaha, który rzadko rozczarowywał swoich widzów. Pomysł był interesujący, jednak pewne elementy (kung-fu) delikatnie mówiąc, gryzą się ze sobą, a reżyseria zawodzi. Jest kilka perełek, jednak to za mało, by mówić o w pełni udanym kinie sensacyjnym. Obejrzeć można, ale „Krwawy Sam” bywał w lepszej formie.

6/10

Radosław Ostrowski

Hardcore Henry

Kim jest Henry? Tego nie wie on sam. Gdy go poznajemy budzi się niczym nowonarodzony, chociaż bardziej przypomina Adama Jensena z „Deus Ex”, czyli pozszywaną maszyną z ludzkim ciałem. Widzi kobietę, która twierdzi, że jest jego żoną. I kiedy mają sobie wszystko przypomnieć, ich baza zostaje zaatakowana przez paskudnego Arana, który chce go wykorzystać do stworzenia superżołnierzy. Henry’emu udaje się zwiać, ale Estelle zostaje schwytana. I wtedy z pomocą przychodzi niejaki Jimmy.

hardcore_henry1

Mało znam kino rosyjskie, ale fabuła filmu Ilji Najszulera nie była najważniejszym powodem, dla którego chciałem obejrzeć Hardkorowego Henryka, tylko warstwa formalna. Ponieważ reżyser wpadł na pomysł, by cała historię pokazać z perspektywy naszego bohatera, który nie odzywa się ani słowem, co zostaje logicznie wytłumaczone (nie zainstalowano mu modułu mowy). A dokładniej z jego oczu, przez co można odnieść wrażenie uczestnictwa w grze komputerowej. Fabuła jest tylko pretekstem do obserwacji kilku ostrych, bardzo krwawych scen zabijania, strzelania, wybuchów. I wierzcie mi lub nie – to działa. Akcja pędzi na złamanie karku, by podkręcić adrenalinę, ale kilka razy dochodzi do ciekawych wolt w fabule. Nie sposób zapomnieć pościgu na motorze i ostrzelaniu konwoju czy jatce w burdelu. Osadzenie tego wszystkiego we współczesnej Moskwie, gdzie przaśność i surowość miesza się z futurystycznymi cudeńkami (siedziba głównego złego czy tajne laboratorium) tworzy mocny koktajl.

hardcore_henry2

Dodatkowo reżyser jeszcze to wszystko podkręca dziwacznym miksem muzycznym. Queen idzie ręka w rękę z Frankiem Sinatrą, rosyjskim disco oraz pulsującą elektroniką. To wszystko w zderzeniu z ekranową ultra przemocą oraz czasami porąbanym humorem („I’ve Got You Under My Skin” już nigdy nie będzie takie samo) tworzy niezapomniany seans.

Pomaga w tym szaleństwie brawurowo prowadzony Sharito Copley. Jego Jimmy to tak przerysowana postać, która ma więcej żyć niż kot, a każde oblicze poraża. Nieważne czy to naładowany adrenaliną ćpun, hipis, punk, menel czy brytyjski pułkownik – absolutnie nie do podrobienia. Równie groźny jak i groteskowy jest Danila Kozlowski wcielający się w głównego arcyłotra. Jest tutaj nawet Tim Roth, ale pojawia się tylko w jednej scenie (trzy razy powtórzonej) i wypowiada raptem dwa zdania. Więc chwalić się nie ma czym.

hardcore_henry3

Nie będę oryginalny, jeśli stwierdzę, że „Hardkorowy Henryk” to prosta produkcja próbująca maskować niedostatki budżetowe stroną wizualną. Czuć w paru momentach lekkie znużenie, a finałowa konfrontacja budząca skojarzenia ze scenami starć z zombie oraz… „Mechaniczną pomarańczą” może wprawić w osłupienie. Jednak takiej dawki adrenaliny i pulsującego testosteronu nie widziałem od czasu „Niezniszczalnych”. Mam nadzieję, że powstanie druga część albo Jankesi zrobią remake.

7/10

Radosław Ostrowski

The Walk. Sięgając chmur

Historia Philippe’a Petita stała się głośna dzięki znakomitemu dokumentowi Jamesa Marsha z 2008 roku. Ten francuski linoskoczek w 1974 roku dokonał rzeczy niemożliwej – wszedł na linie między wieżami World Trade Center, świeżo zbudowanymi. Kiedy usłyszałem, że powstanie fabularna historia Petita miałem spore wątpliwości. Nawet angaż Roberta Zemeckisa jako reżysera nie rozwiał moich obaw. Po obejrzeniu stwierdzam: jest dobrze.

the_walk1

Całą historię skoku opowiada sam Petit i robi to naprawdę dobrze. Sam film ma wszystko to, co klasyczny heist movie mieć powinien: plan-przygotowania-realizacja-sukces/porażka. Konwencja ta pasuje do tej historii, a reżyser wiernie odtwarza klimat lat 70. z całą tą wizualną estetyką. A że skok jest dość nietypowy, bo chodzi o przejście na linie (bez zezwolenia i w tajemnicy), to i przygotowania są nieoczywiste. Powoli poznajemy też jak narodził się pomysł, początki kariery Petita (przejście na linie między wieżami Notre Dame, spotkanie Dziadka Rudy’ego – cyrkowca) oraz sam skok. I uwierzcie mi, sceny te trzymają w napięciu, a finałowy spacer – rewelacja, zrealizowana z pietyzmem. Jakim cudem udało się odtworzyć te wieże, nie mam pojęcia, ale osoby za to odpowiedzialne wykonały kawał dobrej roboty. Wszystkie trybiki grają, a jazzowa muzyka Alana Silvestriego nadaje lekkości całemu filmowi.

the_walk2

Żeby jednak nie było słodko jest jeden mały szkopuł – sam Petit. I nie chodzi o grającego go Josepha Gordona-Levitta, który jest tak francuski jak tylko się da. Jednak jego bohater jest dość trudnym do polubienia pasjonatą, dla którego atak na WTC staje się niemal obsesją. Arogancki, pyskaty, krnąbrny, z wielkim ego, ale konsekwentnie idący ku celowi. Dla niego pytanie o to, dlaczego to zrobił, było po prostu płytkie. Nie polubicie tego introwertyka – to mogę wam obiecać. Pozostali aktorzy są po prostu solidni i dają radę, włącznie z Benem Kingsleyem (Dziadek Rudy) i urocza Charlotte Le Bon (Annie).

the_walk3

Jako widowisko „The Walk” spełnia swoje zadanie z nawiązką. Wizualnie dopracowany, z sensownie użytym 3D, chociaż sam Petit zostaje zepchnięty na dalszy plan (ale sam skok opowiadany jest szczegółowo). Ale dobrze się ogląda i cieszy mnie powrót Zemeckisa do żywych aktorów.

7/10

Radosław Ostrowski

Nocny recepcjonista

John le Carre jest jednym z popularniejszych i cenionych autorów literatury sensacyjnej z wątkami szpiegowskimi. Wiarygodna psychologia, piętrowa intryga, siatki powiązań i realizm – to cechy charakterystyczne twórczości Brytyjczyka. Nic dziwnego, że jego dorobkiem zainteresowali się filmowcy. Po znakomicie przyjętym „Szpiegu” (adaptacja powieści „Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg” otwierający trylogię Smileya), tym razem BBC zmierzyło się z „Nocnym recepcjonistą”.

nocny_recepcjonista1

Głównym bohaterem jest Jonathan Pine – nocny recepcjonista jednego z hoteli w Egipcie i były żołnierz. Wypełnia swoje obowiązki rzetelnie i bez zastrzeżeń. Wtedy – jak w prawdziwym życiu – pojawia się kobieta, Sophie Alekan. Niby nikt nie wyróżniający się z tłumu, jednak prosi mężczyznę o ukrycie dokumentów, dotyczących handlu bronią, w który jest zamieszany niejaki Richard Roper – znany biznesmen i filantrop. Pine przekazuje je koledze z wojska, a te z kolei do wywiadu i Angeli Burr, tropiącej Ropera od lat. Śmierć Alekan staje się na tyle silną motywacją dla Pine’a, że ten podejmuje współpracę z wywiadem.

nocny_recepcjonista2

Reżyserująca całość Dunka Susanne Bier nigdy wcześniej nie realizowała dzieła stricte gatunkowego, więc były wątpliwości, co do tego wyboru. Na szczęście wszystko skończyło się tylko na strachu. Intryga jest wystarczająco pogmatwana i zapętlona, polując na Ropera zwiedzimy Hiszpanie, Cypr, Turcję i Egipt – wszystko w mocnych i jasnych kolorach, stojąc w kontrze do zimnego, szklanego Londynu. Każdy z bohaterów grających pierwsze skrzypce skrywa pewne tajemnice i ciągle przed kimś gra, a akcja jest tutaj tylko dodatkiem i to bardzo dobrze zrealizowanym (porwanie syna Ropera, sceny pokazu sprzętu wojskowego czy finałowa konfrontacja) – tutaj liczy się psychologia postaci oraz gra pozorów. Początek jest dość spokojny i po drugim odcinku wszystko przyspiesza, a jednocześnie wymagane jest spore skupienie, by odkryć nitki związane z Roperem i tym, kto go kryje.

nocny_recepcjonista3

Co do samego Ropera i jego świty, przypominało mi to dwór królewski niż mafijną organizację, gdzie najważniejsze jest zaufanie i lojalność. To powinno działać także w drużynie walczącej przeciwko niemu, jednak nieczyste zagrywki, sprzeczne interesy i silna pokusa pieniądza, osłabia skuteczność. I jeszcze ta biurokracja.

Bier poza cholernie dobrym scenariuszem, wrzuciła cholernie świetnych aktorów. Znakomity jest Tom Hiddleston w roli Pine’a – uczciwego i przyzwoitego faceta, podejmującego ogromne ryzyko. No i  jest świetnie ubrany, a w scenach, gdy musi udawać jest maksymalnie wiarygodny. Każde spojrzenie jest dopracowane i nie ma miejsca na fałsz, chociaż później motywacja jego bohatera przestaje być jasna i klarowna. Jednak tak naprawdę serial został zdominowany przez Hugh Lauriego i Olivię Coleman. Ten pierwszy w roli Ropera jest po prostu wyborny, płynnie przechodząc od czarującego dżentelmena przez opanowanego człowieka interesu do bezwzględnego i cynicznego sukinsyna. Z kolei Angela Burr w interpretacji Coleman to tzw. twarda babka z silnym kręgosłupem, a jej zaawansowana ciąża, determinacja i ośli upór budziły skojarzenia z detektyw Gunderson z „Fargo”. Troszkę w cieniu pozostaje Elisabeth Debicki, wcielająca się w żonę Ropera – zawsze piękna i elegancka, ale tak naprawdę jest niewolnicą, skrywającą mroczną tajemnicę.

nocny_recepcjonista4

BBC kolejny raz utrzymało swój wysoki pułap i znowu przeniosło literaturę le Carre w sposób godny mistrza. Wystarczy przejść przez troszkę nudny początek, by w pełni delektować się tym dziełem, ale miłośnicy stricte bonzowskich akcji, mogą poczuć się rozczarowani.

8/10

Radosław Ostrowski

Porwanie Heinekena

Alfred Heineken był jednym z największych potentatów przemysłu alkoholowego – zresztą piwa marki Heineken są dzisiaj równie cenione przez koneserów tego trunku. Jednak w 1983 roku człowiek ten został porwany razem z szoferem i zażądano za niego ponad 35 milionów guldenów okupu. O tej dziwnej sytuacji opowiada film Daniela Alfredsona z tego roku.

heineken1

Reżyser skupił się na grupie porywaczy, którzy decydują się na taki odważny krok. To było pięciu młodych biznesmenów, którzy mieli problem z firma, lokatorami swojej kamienicy oraz brakiem funduszy. Reżyser próbuje znaną historię opowiedzieć w sposób atrakcyjny i inteligentny, jednak wychodzi mu film chłodny, nudny i pozbawiony jakichkolwiek emocji. Niemożliwe? A jednak. Od momentu porwania, brak odzewu od policji wywołuje niepokojące czekanie na jakiekolwiek posunięcie. Nawet spory między porywaczami wydają się nudne i jałowe – kompletnie nic tu nie gra. Nawet scena odebrania okupu, odbicie porwanego przez policję czy pościg wywołują zwyczajne znużenie. Owszem, strona techniczna jest porządna, a scenografia i kostiumy oddają realia epoki, jednak to wszystko za mało, by skupić uwagę.

heineken2

Aktorsko też jest słabo. Mimo obecności na ekranie Anthony’ego Hopkinsa (Heineken), Jima Sturgesa (Cor) oraz Sama Worthingtona (Willem), żaden z nich nie wykorzystuje swoich umiejętności i zwyczajnie przynudzają, a ich bohaterowie są zwyczajnie nieciekawi. Co w przypadku każdego filmu jest zbrodnią niewybaczalną. Bo skoro nie interesują bohaterowie, to czemu miałoby nas obchodzi to, co się dzieje na ekranie?

„Porwanie Heinekena” nie jest filmem ani złym, ani dobrym. To zaledwie przeciętna produkcja, próbująca skupić uwagę znanymi nazwiskami, ale to tylko zmyłka i odwrócenie uwagi. Nie dajcie się nabrać.

5/10

Radosław Ostrowski

Cop Car

Coraz bardziej przekonuje się, że wystarczy dobry pomysł, konsekwentna realizacja i skromny budżet, by zrobił film niezwykły i zaskakujący. Tak trafiłem na film „Cop Car” mało znanego reżysera Jona Wattsa, który do tej pory nakręcił tylko jeden film – horror „Klaun”.

Fabuła jest tutaj prosta jak konstrukcja cepa – dwóch chłopaków uciekło z domu i włóczy się po okolicy. Harrison i Travis wchodzą do lasu, tam odnajdują opuszczony radiowóz. Bez chwili zastanowienia postanawiają się nim przejechać. O tym, że to będzie kiepski pomysł przekonają się dość szybko, zwłaszcza, ze nie będą sami w wozie.

cop_car1

Jak widać sama fabuła nie należy do oryginalnych czy zaskakujących, jednak Watts prowadzi ją w sposób prosty, ale jednocześnie elegancki i przyjemny. Nie ma tutaj wolt czy niespodzianek – opowiedziane jest po sznurku, jednak dialogi i informacje jakie dostajemy są podawane w malutkich dawkach, przez co wiele rzeczy musimy się domyślać. Nie sposób też nie docenić pięknych plenerów amerykańskich bezdroży, w których toczy się ta opowieść o brutalnym i krwawym wchodzeniu w dorosłość. No i do czego jest w stanie doprowadzić skrajna głupota i nieodpowiedzialność dwóch 10-latków, którzy swoim zachowaniem przekraczali kolejne granice idiotyzmów oraz irracjonalnego zachowania. Widocznie takie są skutki bezstresowego wychowania i braku zainteresowania nimi. Napięcie jest budowane stopniowo i powoli, ale pozwala to wejść w ten dziwaczny klimat, gdzie beztroska miesza się z przemocą, a finał daje do myślenia.

cop_car2

Całość dźwiga głównie na barkach dwóch młodych debiutantów, czyli James Freedom-Jackson oraz Hays Wellford. Obydwaj irytują swoją głupotą, ale tacy mieli być i w swoich rolach odnajdują się dobrze, a nawet bardzo dobrze. Powiedzmy to sobie wprost – ten film to Kevin Bacon Show. Aktor, który ostatnio grywa na drugim planie, tutaj błyszczy i gra mocnymi kartami (nic dziwnego, jest jednym z producentów filmu – kto bogatemu zabroni). Niemodny wąs, super okulary, krótki podkoszulek oraz to spojrzenie – szeryf Mitch Kretzer w jego wykonaniu to zło wcielone pod postacią niepozornego i miłego faceta, który zrobi wszystko, by odzyskać furę i zrobi to po cichu. Równie niepokojący jest Shea Whigham, który odgrywa tutaj kluczową role dla fabuły (sorry, ale nie zdradzę więcej).

cop_car3

„Cop Car” ma w sobie coś i z braci Coen (jedno zdarzenie wywołuje lawinę krwawych zdarzeń), a prostotą realizacji i estetyka przypomina kino klasy B lat 70. Jedna ze sporych niespodzianek tego roku, a o reżyserze jeszcze usłyszymy.

7/10

Radosław Ostrowski

Charley Varrick

Tytułowy bohater kiedyś był zawodowym pilotem, który kieruje gangiem napadającym na małe banki. Podczas jednego z napadów, zostaje zgarnięty bardzo duży łup – ponad ćwierć miliona dolarów. Skąd tyle pieniędzy w takim małym banku? Okazuje się, ze forsa należy do mafii, a ta nie lubi być okradana. Gangsterzy wysyłają niejakiego Molly’ego, żeby odzyskał pieniądze oraz zabić złodziei.

charley_varrick1

Don Siegel w latach 60. i 70. był uważany za jednego z mistrzów kina sensacyjnego. „Charley Varrick” to mniej znany, ale nie znaczy, że słaby film w dorobku Amerykanina. Zaczyna się z przytupem, bo napad jest porządnie sfilmowany, napięcie jest mocno odczuwalne, całość kończy się strzelaniną oraz ucieczką. Potem jednak tempo ulega zwolnieniu, by wszystko potoczyło się dwutorowo – przygotowaniom do ucieczki Varricka oraz poszukiwaniu ich przez osiłka Molly’ego (dobry Don Jon Baker). Wiadomo, że musi dojść do konfrontacji, jednak Siegel tworzy dość ciekawy portret półświatka, gdzie lojalność, uczciwość oraz zasady dawno zostały sprzedane. Nie można zapomnieć też finałowej konfrontacji miedzy samochodem a… dwupłatowcem oraz solidnemu zakończeniu. Środek może działać troszkę sennie, jednak historia jest konsekwentnie opowiedziana i spójna.

charley_varrick2

Jednak całość poza pewną ręką Siegela trzyma na pulsie świetny Walter Matthau. Aktor kojarzony głównie z rolami komediowymi, sprawdza się w roli inteligentnego oraz sprytnego złodzieja, znającego reguły rządzące w tym interesie. I kiedy rozumie powagę sytuacji, bardzo dokładnie przygotowuje się do ucieczki. I kibicujemy mu do samego końca, co jest też sporym osiągnięciem aktora. Poza nim i Donem Joe Bakerem reszta niespecjalnie się wyróżnia, ale nie można powiedzieć, ze jest zła.

charley_varrick3

Innymi słowy, jest to solidny film sensacyjny zrobiony w starym stylu. Jak ktoś szuka bezpretensjonalnej rozrywki, tutaj ją odnajdzie nie powinien być rozczarowany.

7/10

Radosław Ostrowski

Zakładnik

Jack Frain jest policjantem zajmującym się kradzionymi samochodami. Sąsiadka prosi go o przysługę i pomoc w znalezieniu dziewczyny, która chodziła z chłopakiem mieszkającym na Turk Street. Detektyw wyrusza na poszukiwania i przypadkiem wpada do domu, gdzie znajduje się gang planujący skok na bank. Mężczyzna zostaje sam w domu z pilnującą go Erin.

zakladnik_2002_1

Tym filmem Bob Rafelson pożegnał się z kinem i nie planuje już powrotu. Tym razem postanowił przenieść na ekran krótką powieść Dashiella Hammetta, uwspółcześniając ją. Mamy tak jak w poprzednim filmie („Krew i wino„) skomplikowaną intrygę, gdzie mało kto komu ufa, a Frain – wbrew swojej woli wplątany w ten ambaras – próbuje uratować skórę. Tak naprawdę Rafelson skupia się nie tyle na kryminalnej intrydze (przyzwoicie poprowadzonej i zrealizowanej), ale na jednej osobie – tajemniczej i apetycznej Erin (Milla Jovovich wtedy będąca w formie), która okazuje się być sprytną manipulantką, wykorzystującą swój sex appeal do mącenia mężczyznom w głowach, by pomogli w jej własnych celach. Klasyczna femme fatale i to jest największy plus. Drugim jest solidnie budowany klimat osaczenia – deszcz, noc (środkowe partie), duże domostwo oraz niezłe dialogi. Rozczarowuje jednak zakończenie, bardzo schematyczne i pozbawione napięcia.

zakladnik_2002_2

Z całej obsady – poza Millą Jovovich – wybija się świetny Stellan Skarsgard. Jego Tyrone to inteligentny, unikający przemocy mózgowiec, przygotowany na wszelkie sytuacje. Ale kiedy problemy się pojawiają, to nie do końca sobie z tym radzi. Z kolei Samuel L. Jackson nie ma zbyt wielkiej szansy na zbudowanie wyrazistej roli, gdyż jest lekko pierdołowaty jako policjant. A zresztą, co mógłby zrobić, skoro przez większość czasu jest przywiązany? To go usprawiedliwia.

zakladnik_2002_3

Rafelsonowi wyszedł film lepszy od poprzednika, ale do końca dobry. Przyzwoity kryminał z zamotaną intrygą oraz solidnym aktorstwem.

6/10

Radosław Ostrowski