Mona Lisa

Mona Lisa  to jedna z najbardziej rozpoznawalnych postaci w historii malarstwa. Ale ten film nie jest jej biografią, a z obrazem Leonarda da Vinci łączy tylko to, że pojawia się ona na lodówce. Teraz poznacie niejakiego George’a – prostego człowieka, który kiblował i teraz wychodzi z więzienia. Żona nie chce go znać i utrudnia kontakty z córką, więc zamieszkuje u kumpla – mechanika Thomasa. W końcu, dzięki swojemu dawnemu szefowi, Mortwellowi zostaje zatrudniony jako kierowca pewnej luksusowej call-girl Simone. Po początkowych animozjach, zaczynają dogadywać się ze sobą. I wtedy Simone prosi go o pomoc w odnalezieniu koleżanki Cathy, która zaginęła bez wieści, a zajmowała się prostytucją. Przysługa wpędza George’a w tarapaty.

mona_lisa1

Irlandzki reżyser Neil Jordan to facet, który potrafi zaskoczyć, jeśli nie trzyma się sztywno konwencji i gatunków. „Mona Lisa” to dziwaczna mieszanina melodramatu, kryminału z zacięciem społecznym. I w każdym polu sprawdza się bardzo dobrze. Z jednej strony to historia budzącego się uczucia prostego i odrobinę prymitywnego faceta z elegancką prostytutką, z drugiej jest tu bardzo mroczna tajemnica, gdzie mamy do czynienia z prostytucją, pornografią i narkotykami (pośrednio). I pod tym względem film Jordana budzi skojarzenia z „Taksówkarzem” Martina Scorsese, choć nie jest on aż tak mroczny. W tym brudnym świecie, gdzie każdy kogoś udaje, nasz bohater nie pasuje do niego, padając ofiarą manipulacji, zaś jego uczucia są wystawione na ciężką próbę. Wszystko to jest zasługą zarówno precyzyjnego scenariusza, pełnego wielu zwrotów, pewnej ręki reżysera oraz bardzo dobrej strony technicznej ze świetnymi zdjęciami Rogera Pratta na czele. Można się przyczepić, że w połowie następuje lekkie uśpienie sytuacji czy zakończenie może wydawać się mało satysfakcjonujące (dla mnie całkiem niezłe), ale klimat i atmosfera są tutaj nie do podrobienia.

mona_lisa2

Także aktorzy prezentują się w wysokiej formie. Tutaj błyszczy fenomenalny Bob Hoskins. George w jego wykonaniu to samotny, trochę prymitywny facet, który potrafi się opanować i jest prostoduszny, przez co bardzo łatwo można nim sterować. Każde emocje tej postaci wygrywa bezbłędnie i kibicujemy mu do samego końca. Kroku nie ustępuje mu Cathy Tyson – pozornie sprawia wrażenie wywyższającej się kobiety, przyzwyczajonej do pewnego poziomu życia oraz pewnej kultury osobistej. Ale tak naprawdę to bardzo skryta kobieta, która ukrywa pewna mroczną przeszłość i potrzebuje pomocy do załatwienia swoich spraw. Jeśli chodzi o drugi plan, wystarczyłoby wymienić jedno nazwisko – Michael Caine. Tutaj jest bezwzględnym gangsterem, który czuje się jak ryba w wodzie w każdym otoczeniu. I jest jeszcze Robbie Coltrane, czyli prosty mechanik Thomas, który lubi kryminały.

mona_lisa3

Mroczna bajka o rycerzu w białej zbroi, który zostaje wystawiony do wiatru. Jordan jeszcze później miał wiele razy zaskakiwać, co przyniosło mu estymę i popularność.

8/10

Radosław Ostrowski

RoboCop

Kim jest RoboCop? To postać, która dawno przeszła do kanonu bohaterów popkultury – niezniszczalny supergliniarz, który w futurystycznym Detroit pilnuje porządku. Niedawno można zobaczyć nową wersję spłodzoną przez Jose Padilhę. Ale przedtem radzę sięgnąć po pierwowzór, czyli film Paula Verhoevena z 1987 roku.

RoboCop1

W dalekiej przyszłości w Detroit policja jest pod kontrolą korporacji OCP, która ma podpisany kontrakt z policją. Ich wynalazcy pracują nad maszyną, która byłaby w stanie zastąpić policjantów i pełnić porządek całodobowo, jednak ich próby są nieskuteczne. W tym czasie, do jednego z komisariatów trafia Alex Murphy – młody gliniarz. Podczas pierwszej akcji wpada na trop gangu Clarence’a Boddickera, przez których zostaje zabity. Wtedy korporacja OCP z jego szczątek tworzy RoboCopa – zmechanizowanego człowieka, który ma pilnować porządku. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie fakt, że w maszynie zaczyna się budzić jego skasowana przeszłość.

RoboCop2

Pozornie wydaje się to stricte sensacyjne kino, ale poza hektolitrami krwi (naprawdę brutalne rzeczy się tu dzieją, choć z perspektywy czasu nie robi to już tak wielkiego wrażenia) i efektowną akcją jest tutaj wiele więcej. Po pierwsze, bardzo krytyczne spojrzenie na świat korporacji, gdzie wygrywa silniejszy i nie zawsze grający czysto. Po drugie, to bardzo ironiczne spojrzenie na świat pełen przemocy, która nie jest w żaden sposób kontrolowana. I nie chodzi tu o gangi, bo przemoc jest też obecna w reklamach oraz wiadomościach, stała się czymś całkowicie normalnym, co pokazują przeplatające się z fabułą wiadomości telewizyjne. No i końcu najważniejsze – pytanie o człowieczeństwo, które narzuca się w związku z postacią Murphy’ego (ikoniczna już rola Petera Wellera). Pozbawiony pamięci, ludzkich emocji, zostaje zmieniony w bezwzględna i brutalną maszynę – produkt, który nie może zwrócić się przeciwko swojej firmie (stwórcy). Dopiero po pewnym czasie odkrywa swoją przeszłość (scena odwiedzenia dawnego domu) i wtedy zaczynają się kłopoty. A dalej będzie jak zawsze: krwawa zemsta, pomoc dawnej partnerki i konfrontacja z mechem (animatroniczna animacja dzisiaj już mocno trąci myszką). Mimo lat ogląda się to świetnie, nie brakuje pościgów, strzelanin, rozwałki i ostatecznej konfrontacji.

RoboCop3

Jeśli chodzi o aktorstwo, to trzyma ono więcej niż dobry poziom. Oszczędny Peter Weller świetnie się sprawdza w roli RoboCopa. Poza nim mocno wybijają się trzy osoby: Nancy Allen (Annie Lewis – partnerka Murphy’ego, którą można poznać po tym, że lubi żuć gumę), Ronny Cox (Dick Jones, wiceprezes OCP, który mam mocne zapędy militarystyczne) oraz Kurtwood Smith (bezwzględny i brutalny Clarence Boddicker). Wszyscy oni spisali się bardzo dobrze, tworząc naprawdę wyraziste postacie. Drugi plan też jest tutaj bogaty i wyrazisty (wspomnę choćby Miguela Ferrera jako Bob Morton – pomysłodawca RoboCopa), co jest tylko zaletą.

RoboCop4

Dzisiaj „RoboCop” nie robi już tak wielkiego wrażenia jak w dniu premiery, ale pozostaje kawałkiem bardzo interesującego kina, które ma coś więcej do pokazania niż tylko rozrywkę. Jednak trzeba do tego mieć dystans.

8/10

Radosław Ostrowski

Banshee – seria 1

Zaczyna się dość konwencjonalnie – widzimy jakiegoś faceta, który wychodzi z więzienia. Potem odkrywamy, że spędził 15 lat i złapano go podczas próby kradzieży diamentów, które zabrała jego wspólniczka Ana. Trop prowadzi do miasteczka Banshee w Pensylwanii. Na skutek dość nieprawdopodobnego zbiegu okoliczności, więzień podszywa się pod Lucasa Hooda – nowego szeryfa, który ma objąć tą posadę w miasteczku. Na miejscu będzie musiał się zmierzyć zarówno ze swoją przeszłością, ale też z paroma ludźmi, dla których szeryf będzie dość niewygodny.

banshee1

Brzmi dość naciąganie i absurdalnie? Twórcy serialu, czyli Jonathan Tropper i David Schickler są chyba tego świadomi, zaś nadzorujący całość od strony produkcyjnej Alan Ball („American Beauty” i seriale „Sześć stóp pod ziemią i „Czysta krew”) trzyma rękę na pulsie. Ich celem było zagwarantowanie pretensjonalnej rozrywki dla dorosłych (czytaj: dużo krwi i dużo seksu). Umówmy się, to prosta i nieskomplikowana historia, która jednak potrafi porwać. Bluzgi, jatka, dużo golizny pokazanej bezpardonowo i bez ozdobników.

banshee2

A jakie jest samo Banshee? To miasteczko, gdzie każdy ma mniejsze lub większe grzeszki. W dodatku kolorytu nadaje tutaj obecność Indian oraz amiszów, którzy są zamkniętymi grupkami, działającymi według własnych reguł (dotyczy to szczególnie amiszów, którzy wyrzekają się przemocy). Przez 10 odcinków dzieje się wiele, walki są bardzo szybkie i nieskomplikowane (to nie są karatecy ani mistrzowie kung fu), w dodatku jest kilka mocno zarysowanych postaci (nie mogę zdradzić jednak zbyt wiele z fabuły, bo i na zaskoczeniu się tu wszystko bazuje) ze wskazaniem na szefa lokalnej mafii Kaia Proctora (świetny Ulrich Thomsen) oraz posiadającego hakerskie umiejętności Hioba. Z kolei nasz główny bohater to typowy macho, który ma na pieńku z wieloma i rozwiązuje wszelkie problemy siłowo. Jak stary dobry kowboj z czasów Dzikiego Zachodu.

banshee3

Powiem tak – owszem zdarza się kilka wątków porzuconych przez twórców (m.in. umieszczenie nagrania „walki” szeryfa na Youtube), czasami szwankuje tutaj logika i nie brakuje tutaj przerysowania. Jednak nie ulega wątpliwości, że „Banshee” oferuje bezpretensjonalną rozwałkę, która nie udaje czegoś większego. I można ja sobie obejrzeć, by rozluźnić się w przerwie między „Gra o tron” a przypomnieniem sobie „Breaking Bad”.

banshee4

7,5/10

Radosław Ostrowski

Plan ucieczki

Ray Breslin to facet, który ma dość nietypową pracę – zajmuje się uciekaniem z więzienia, by udoskonalić system zabezpieczeń. Po kolejnej takiej akcji, dostaje bardzo trudne zlecenie. Trafia do pilnie strzeżonego więzienia CIA, gdzie ma sprawdzić tamtejsze zabezpieczenia i zrobić to bez wsparcia. Ale miejsce to piekło – w dodatku znajduje się w środku samego oceanu. I wtedy dostaje nieoczekiwana pomoc od współwięźnia Emila Rottmayera i razem planują zwiać.

ucieczka1

Był kiedyś taki czas, że dominowało dwóch wielkich twardzieli ery VHS – Sylwester Stalowy i Arnold Żelazny (za długie nazwisko, by je wymówić), ale jakoś nie mieli czasu zagrać wspólnie w jednym filmie. Aż do 2010 roku, gdy pojawili się „Niezniszczalni”. Tylko, że Arnold robił tam za epizod. I trzeba było poczekać jeszcze trzy lata, by panowie zagrali razem w rolach głównych. Wykonawca tego dość ryzykownego przedsięwzięcia został Mikael Hafstrom i muszę przyznać, że udało mu się wskrzesić klimat oldskulowego kina akcji z lat 80. Prosta fabuła, sucharowe żarty (naprawdę strawne), surowe zdjęcia i duża ilość mordobicia połączona ze strzelaniem (zwłaszcza finał). Intryga jest sprawnie poprowadzona, samo więzienie robi naprawdę duże wrażenie, zaś technicznie nie ma się do czego przyczepić. Owszem, może i to trochę nie trzyma się logiki, ale chrzanić to. W końcu ma to być porządna naparzanka, a nie kino moralnego niepokoju.

ucieczka2

Obaj panowie radzą sobie naprawdę dobrze i czuć chemię między nimi, w dodatku maja przebłyski talentu (Schwarzenegger w izolatce mówiący po niemiecku – bezcenne!). Ale i tak całe szoł kradnie Jim Caviezel jako naczelnik Hobbes. Bezwzględny, brutalny i ostry facet – prawdziwy bad ass. Poza nim jeszcze pojawia się dawno nie widziany Sam Neill (doktor więzienny), bezwzględny Vinnie Jones (szef strażników Drake) czy znienawidzony przeze mnie 50 Cent (informatyk Hush – co za drewno).

ucieczka3

Film może nie zaszaleje na rynku DVD, ale jeśli kochacie oldskulowe kino akcji, musicie to zobaczyć. I nie ma lipy.

7/10

Radosław Ostrowski

Kapitan Phillips

Rok 2009. Richard Phillips jest kapitanem kontenerowca Alabama, który przewoził ładunek do Somalii. Zapowiadał się zwykły i normalny kurs. Ale tylko do czasu, gdy pojawili się somalijscy piraci i próbują przejąć kontrolę nad okrętem. Wtedy zaczyna się bardzo niebezpieczna gra.

kapitan1

Już wiem jak ten mógłby wyglądać – piraci są źli i chciwi, statek zostanie przejęty, wejdą komandosi, wszystkich piratów zabiją, a na końcu będzie jeszcze łopotać amerykańska flaga. Ale reżyserem jest Paul Greengrass – twórca „Lotu 93”, który jak ognia unika patosu i prostych klisz. Tak samo jest tutaj, pokazując przebieg wydarzeń od najdrobniejszego detalu – normalny dzień naszego bohatera, przygotowania do porwania w końcu sam przebieg do momentu wzięcia kapitana jako zakładnika oraz ostatecznego rozwiązania sytuacji. Wszystko jak w rasowym filmie dokumentalnym (kamera z ręki tylko utwierdza mnie w tym przekonaniu). Poza tym widzimy to wszystko z każdej możliwej perspektywy – od statku i porywaczy przez okręt Marynarki Wojennej i oddział komandosów, co pozwala na wszystko spojrzeć dokładniej. Greengrass pokazuje nam nie tylko jak niebezpieczne jest podróżowanie po morzach Somalii, ale jak wielka odpowiedzialność ponoszą obaj dowódcy (Phillips i Muse – dowódca piratów) za swoich ludzi. A także, że piractwo nie jest takie jak sobie to wyobrażamy, bo łupy i okup zgarnia starszyzna, która wykorzystuje biedaków do tego, by wypełniali ich polecenia. Taka jest prawda o porwaniach i piratach – jest bardziej złożona niż nam wszystkim się to wydaje, a wszystko to jest ubrany w formę inteligentnego kina rozrywkowego. Kto by pomyślał?

kapitan2

W dodatku reżyser zrezygnował z gwiazd. Aczkolwiek jest jeden wyjątek od tej reguły, a imię jego Tom Hanks. Ten aktor wznosi się tutaj na wyżyny talentu, choć gra bardzo oszczędnie i stonowanie. Phillips to doświadczony dowódca, który do (prawie) samego końca zachowuje zimną krew, wykazuje się sprytem (ukrycie załogi) i działa w zgodzie z samym sobą. Druga mocna postacią jest szef piratów, brawurowo zagrany przez debiutanta Barkhada Abdi. Facet próbuje opanować swoja ekipę, też nie jest idiotą, ale jest bardzo naiwny (wykorzystywany przez szefów, którzy zostawiają ich na pastwę losu).

Greengrass po raz kolejny potwierdza, że jest twórcą mający swój styl oraz konsekwentnie realizuje swoją wizję. Bardzo realistyczne kino.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wolverine

Logan znany też w świecie mutantów jako Wolverine po tym jak zabił swoja ukochana, ukrywa się przed światem. Tym razem zostaje zaproszony do Japonii, by pożegnać się z Yashidą, którego ocalił w Nagasaki przed wybuchem bomby atomowej. Starzec proponuje Loganowi pozbawienie go nieśmiertelności, jednak umiera tej samej nocy, a podczas pogrzebu, jego wnuczka Mariko zostaje porwana przez Yakuzę.

wolverine1

Wolverine lub jak w Polsce się go zwie Rosomak nie ma szczęścia do adaptacji. O ile w serii „X-Men” jest bardzo wyrazistym bohaterem drugoplanowym, o tyle jego solowe popisy delikatnie mówiąc rozczarowywały (patrz: „Geneza”). Niezrażeni jednak producenci postanowili spróbować jeszcze raz z postacią Rosomaka, aż nuż się uda. No nie do końca wyszło, choć James Mangold stara się z całych sił. Sama intryga jest dość zamotana, choć parę razy byłem zaskoczony (choć nie zawsze na plus – patrz: zakończenie), zaś sama Japonia robi tutaj za tło walki Wolverine’a z Yakuzą i ninja (i to przybysz okazuje się bardziej honorowy od reszty). Bardziej interesujące były sceny, gdy Logan zostaje częściowo pozbawionych swojej mocy regeneracji, przez co widzimy w nim człowieka. Sama zaś akcja jest mocna i efektowna (bijatyka w pociągu czy ostateczna konfrontacja z… ninja), jednak z powodu niskiej kategorii wiekowej, pozbawiona dużej ilości krwi (mi to bardzo przeszkadzało), ale ogląda się to całkiem nieźle. Ale były dwie dość mocne wady. Po pierwsze, retrospekcje z Jean Grey, które nic nie wnosiły do filmu i pasowały jak pięść do oka. Po drugie, sam finał, a właściwie rozwiązanie całej zabawy było tak dziwacznie, że nie wiedziałem, co zrobić. Takiego mindfucka to nie pamiętam od dawna.

wolverine2

Jednak film ma jeden mocny atut – a imię jego Hugh Jackman. Nie wyobrażam sobie, żeby ko inny mógł zagrać tą postać tak wiarygodnie jak Australijczyk. Cyniczny, krewki i pełen sarkastycznych one-linerów (rozmowa z ministrem sprawiedliwości – perła), a jednocześnie szukający własnego spokoju, honorowy heros. Wszystkie te emocje są grane jak trzeba i wierzymy mu, a kiedy zaczyna zabijać, nic i nikt go nie powstrzyma. Cała reszta obsady robi tylko za tło, ale jest to naprawdę przyzwoite tło.

James Mangold wybronił jakoś Wolverine’a przed porażką i wyszedł z tego całkiem niezły film. Daje nadzieję, że kolejne wejście naszego Rosomaka (sequel „X-Men: Pierwsza klasa”) będzie czymś smakowitym.

6/10

Radosław Ostrowski

PS. Po napisach końcowych jest scena, która wprawi was w konsternację.

Elizjum

Jest rok 2154. Planeta Ziemia jest przeludniona, mieszkają biedni ludzie, wszystko jest zanieczyszczone. Ci bardziej nadziani, zbudowali Elizjum – pełne zieleni, wielkich domostw oraz pięknych ludzi, dzięki darmowej służbie zdrowia oraz komór regeneracyjnych. Wszelkie próby wejścia na Elizjum kończą się zestrzeleniem lub w najlepszym wypadku aresztowaniem. Jednym z takich desperatów jest skazaniec Max, który pracuje dla potężnej korporacji. Jednak pewnego dnia dochodzi do wypadku, na skutek którego zostaje napromieniowany i zostaje mu 5 dni życia. Nie mając nic do stracenia, chce ruszyć na Elizjum. Przy okazji wplącze się w intrygę mającą na celu obalenie władzy na Elizjum.

elizjum1

Pamiętacie taki film „Dystrykt 9”? Debiutujący nim reżyser Neil Blomkamp odświeżył nim kino SF, tworząc bardzo pasjonujące kino. Teraz wraca, z większym budżetem, gwiazdorską obsadą i… lekko rozczarowuje. Z jednej strony jest to świetne kino akcji, gdzie kamera pędzi z ręki, montaż jest lekko chaotyczny, ale mimo to akcja wygląda imponująco. Sama wizja świata jest dość prosta, ale jednak sugestywna, dzięki pracy kamery, a także kontrast wizualny. Ziemia wygląda jak wypłowiała i zniszczona pustynia, z upadającymi budynkami oraz kompletnym brakiem zieleni, z kolei Elizjum jest sterylne, z zielenią, imponującymi budynkami i rozwiniętą technologią. To przede wszystkim film akcji, ukryty w szatki fantastyki.

elizjum2

Jednak są dwie poważne wady, które psują frajdę z oglądania. Po pierwsze, wątek moralnej rozterki bohatera między chęcią wyleczenia siebie, a pomocą dawnej dziewczynie ociera się mocno o melodramat i masę zbędnych retrospekcji. Po drugie, kontrastowość i schematyczność głównych antagonistów, aż do bólu (i nawet dobra gra Matta Damona oraz Jodie Foster nie jest w stanie tego ocalić). Wyjątkiem jest agent Kruger (świetny Sharito Copley), stworzony na granicy karykatury cyniczny twardziel.

elizjum3

Mimo tego wyszedł z tego całkiem niezły film, który dobrze się ogląda, ale nie jest w żaden sposób następcą „Dystryktu 9”. I to doprowadziło do zniechęcenia wielu osób, także i mnie. Jednak wierzę, że Blomkamp jeszcze mnie zaskoczy.

6/10

Radosław Ostrowski

Zawodowiec

Major Josseline Beaumont jest agentem francuskiego wywiadu, który dostał zadanie zabicia dyktatora jednego z afrykańskich krajów. Ale oficer na skutek zdrady zostaje schwytany i skazany. Jednak majorowi udaje się uciec i decyduje się zrealizować swoje zlecenie. Jego przełożeni próbują go powstrzymać.

zawodowiec2

Francuzi już od wielu dekad próbowali robić filmy sensacyjne, utrzymane trochę w stylu amerykańskich wzorców, zwłaszcza w latach 70-tych i 80-tych. „Zawodowiec” to jeden z bardziej znanych filmów tego nurtu. Intryga jest dość prosta i pokazująca (dość delikatnie) rozterki między moralnością a dostosowywaniem się do nowych reguł. Owszem, czasami logika dość mocno szwankuje, dźwięk bywa drażniący (zwłaszcza odgłosy bójek – za głośne przede wszystkim), zaś humor bywa miejscami dość rubaszny. Niemniej realizacja jest naprawdę sprawna, trzyma to w napięciu, tempo jest naprawdę wysokie i nie brakuje paru niezłych dialogów. A i tak w pamięci pozostaje przede wszystkim muzyka Ennio Morricone (delikatna, liryczna melodia), budująca atmosferę smutku i melancholii.

zawodowiec1

Mimo pewnych kiksów oraz lekko archaicznej formy, aktorsko prezentuje się całkiem nieźle. Jean-Paul Belmondo ma już swoje lata i niespecjalnie może wali po ryju itp., ale nadal daje radę jako zdradzony agent. Jest przebiegły, zna różne sztuczki i uwodzi kobiety, jak to on. Poza nim reszta prezentuje raczej solidny poziom, może poza Robertem Hosseinem w roli tropiącego go kapitana Rosena – antypatyczny, działający podstępem i używający głównie siły.

zawodowiec3

Nie jest to może najlepsza rzecz zrobiona nad Sekwaną, ale mimo 30 lat na karku prezentuje się naprawdę nieźle. Lekkie, pomysłowe i niegłupie kino sensacyjne.

7/10

Radosław Ostrowski

Krwawy diament

Lata 90. W Sierra Leone trwa wojna domowa, zaś przedmiotem walk są surowce naturalne. Przypadkowo zostaje w to wplątany rybak Solomon Vandy, który siłą zostaje zmuszony do pracy przy wydobywaniu diamentów, a jego rodzinę rozdzielono. I wtedy pojawia się koło niego przemytnik diamentów Danny Archer, który obiecuje mu pomóc w odnalezieniu rodziny w zamian za diament, który znalazł Vandy i gdzieś ukrył. Razem z nim jest jeszcze dziennikarka Maddy Bowen.

diament1

Kino rozrywkowe, które próbuje przemycić ważnie i poważne treści? To trudne zadanie, wręcz niewykonalne. Jednak Edward Zwick nie boi się ryzykować i w konwencji kina sensacyjnego pokazuje rzeczywistość Afryki, wykorzystywanej przez białych do grabienia i łupienia. W podobny sposób próbował opowiadać „Wierny ogrodnik”, gdzie Afryka była dużym laboratorium dla koncernów farmaceutycznych, jednak tutaj chodzi diamenty z regionów ogarniętych wojną domową, na której zarabiają biali. Rebelianci zmuszający dzieciaków do walki (znany temat choćby z „Wiedźmy wojny”), podtrzymywanie wojny, by na niej zarabiać, równie chciwi najemnicy – mocne tematy, które można było bardziej pogłębić, zamiast okraszać strzelaninami i wybuchami (efektownymi, mocnymi i nie pozbawionymi bardzo realistycznej przemocy). A jednak to wszystko zaskakująco dobrze działa, zaś wyprawa po diament okaże się drogą przez zapomniany przez Boga kontynent. Piękne plenery zmieszane z surową realizacją robią mocne wrażenie, zaś bohaterowie są ludźmi z krwi i kości. Można się przyczepić do łzawego finału, ale i tak wyszedł z tego ciekawy film.

diament2

Również aktorstwo trzyma więcej niż solidny poziom. Świetnie wypadł Leonardo DiCaprio w roli przemytnika Archera. Cyniczny cwaniak, któremu zależy tylko na forsie i diamentach, choć okazuje się zdolnym do poświęcenia, zaś to jak mówi ten facet zasługuje na uznanie (akcent południowoafrykański jest naprawdę trudny). Równie mocna jest Jennifer Connelly, czyli piękna dziennikarka, która wygłasza najmocniejsze zdania na temat sytuacji w Afryce. Nie jest słodką, naiwną reporterką, raczej osobą potrzebującą odrobiny adrenaliny. No i w końcu – last but not least – Djimon Hounsou, czyli prosty (ale nie głupi) Solomon rozdarty między potrzebą znalezienia rodziny, a szukaniem diamentu. Mocna, choć prosta postać.

diament3

Zwick z jednej strony tworzy dynamiczne i mocne kino akcji, z drugiej pokazuje Afrykę jako bardzo niebezpieczne i niestabilne miejsce. I wyszło z tego naprawdę dobre kino, choć lekko hollywoodzkie.

7/10

Radosław Ostrowski

Iron Man 3

Wszyscy fani komiksów znają Tony’ego Starka ps. Ajron Men. Jeden z najbardziej wyluzowanych superherosów ostatnio nie ma lekko. Po ostatniej akcji z Avengersami, gdzie o mało nie zapłacił tego własnym życiem, przeżywa napady lękowe. Ale jeśli myślicie, że facet będzie miał urlop powiem krótko: nie będzie. Światu (czyt: Ameryce) zagraża tajemniczy terrorysta Mandaryn i pomagający mu Adrian Killian – szalony naukowiec.

im2

Powiem tak: jeśli widzieliście poprzednie części, wiecie czego należy się spodziewać – efektownej rozpierduchy, bez patosu i smęcenia, bo to jest rozładowywane żartem, ironią i humorem. Nie jest to aż tak efektowne i widowiskowe jak „Avengers”, ale i tak zabawa jest przednia. Intryga w zasadzie jest prosta, ale bardzo zgrabnie poprowadzona (tożsamość Mandaryna mnie akurat zaskoczyła), ostateczna konfrontacja jest efektowna, efekciarska i w ogóle, prosty schemat na dobrych i złych, psychologia jest uproszczona, ale umówmy się. To miała być czysta rozrywka i Shane Black (zastąpił Jona Favreau na stołku z napisem: director) wywiązuje się ze swojego zadania znakomicie, zaś finał (operacja „Melanż”) to zadyma na maksa. Choćby dla tego warto zobaczyć ten film (jest dostępny z polskim dubbingiem, choć nie polecam).

im3

Scenariusz może nie jest zbyt logiczny i jest parę bzdur, ale to akurat jedyna wada. Aktorzy dopasowują się i wypadają rewelacyjnie. Robert Downey Jr. w poprzednich częściach brylował i był strzałem w dziesiątką. Tutaj tylko to potwierdza i czuje się w tej roli jak ryba w wodzie, nawet w dramatycznych sytuacjach nie traci poczucia humoru. Ze starej ekipy zostali jeszcze Gwyneth Paltrow (Pepper Potts) i Don Cheadle (pułkownik Rhodes, kumpel Starka), którzy trzymali fason, zaś silnym wzmocnieniem są koncertowi Guy Pearce (jako Killian potwierdza, że jest świetny w rolach czarnych charakterów), Ben Kingsley (Mandaryn – niesamowicie ucharakteryzowany) i Rebecca Hall (Maya Hansen, była dziewczyna Starka).

im1

Infantylna, trochę naiwna, ale za to bardzo widowiskowa bajka w starym, dobrym stylu. Ajron Men wrócił i to w wielkiej formie. Pytanie tylko jak sobie poradzą sobie Avengersi?

8/10

Radosław Ostrowski

PS. Jak zawsze w tej serii, po napisach końcowych jest jedna zabawna scenka.