Niezniszczalni III

Kiedy słychać świst kul, rzucane noże oraz atakujące pięści – oznacza to, że Barney Ross i jego grupa Niezniszczalnych jest w pobliżu. Tym razem zadanie będzie znacznie trudniejsze, gdyż kolejnym celem do zabicia jest współtwórca Niezniszczalnych – Conrad Stonebanks, który handluje bronią. Gdy podczas akcji zabicia, jeden z grupy Rossa zostaje postrzelony, Barney decyduje się rozwiązać grupę i wpompować odrobinę świeżej krwi.

niezniszczalni_31

Prędzej czy później musiało do tego dojść. Seria o najemnikach z czasów kaset VHS musiała poszukać młodszych zmienników i ten wątek wydaje się najsłabszy, najmniej interesujący. Wtedy Stallone nawija o przemijaniu, godzeniu się na zmianę pokoleń. Trzeba uczciwie przyznać, że werbunek jak i sama akcja młodzieniaszków prezentuje się całkiem nieźle. Jednak tak naprawdę serię „Niezniszczalni” oglądało się dla starych wiarusów pokroju Stallone’a, Lundgrena czy Schwarzenneggera, a nie jakiś leszczy pokroju Kellena Lutza czy Victora Ortiza. Sam film zaczyna się mocnym kopniakiem, czyli odbiciem jednego z pierwszych członków grupy, Doktora Śmierć. Świszczą kule, lecą pięści w akcji – jest moc i energia. Środek już bardziej przynudza, a rozwiązanie grupy jest – delikatnie mówiąc – szczytem idiotyzmu.

niezniszczalni_32

Na szczęście twórcy tez to rozumieją i na sam koniec serwują wielką rozpierduchę. Nawet obniżenie kategorii wiekowej (brak krwi, za mało faków) nie ogranicza twórców do zrobienia totalnej demolki. Bomby, pistolety, karabiny, czołgi, suchary i nawet helikoptery – czego chcieć więcej. Czysty popis kaskaderów oraz pirotechników, nadrabia wszelkie wady – sentymentalizm, próby moralizowania czy sucharowe żarty. Niemniej jest to i tak niezłe kino. Pod warunkiem, że nie liczymy na logikę, głęboką psychologię czy wyrafinowaną fabułę, bo i nie o to tu chodzi.

niezniszczalni_33

Stara sprawdzona ekipa nadal trzyma formę. Stallone ze Stathamem się droczą, Lundgren jest osiłkiem o niezbyt wysokiej inteligencji, a Schwarzenegger z Jetem Li oraz Harrisonem Fordem – zamiast Bruce’a Willisa – stanowią solidne wsparcie. Jednak tak naprawdę całe szoł ukradło trzech kolesi, którzy swoje najlepsze lata chyba mają za sobą. Po pierwsze, senior Antonio Banderas, który jako gadatliwy Galgo rozsadzał ekran swoim ADHD oraz wręcz desperacką chęcią wzięcia udziału w akcji. Humor w czystej postaci. Drugi to wracający do grania Wesley Snipes jako nożownik Doc, który robi to, co potrafi najlepiej – zabija. No i końcu ten trzeci – arcywróg Stonebanks, czyli Mel Gibson. Jest demoniczny, nieobliczalny i ma ten błysk szaleństwa w oku.

niezniszczalni_34

Miał być oldskul i trochę był. Jednak ze wszystkich części serii, „trójka” wypada najsłabiej. Nie ma tak brutalnej i bezkompromisowej jatki jak w jedynce, nie jest też tak autoironiczna jak dwójka. Reżyser Patrick Hughes po prostu nie udźwignął tego klimatu do końca. Niemniej jest to całkiem niezła rozpierducha i mam nadzieję, że następnym razem – nie oszukujmy się, będzie czwórka – efekt stanie się lepszy.

niezniszczalni_35

6,5/10

Radosław Ostrowski

Sabotage

John Wharton jest dowódca specjalnego oddziału DEA, który zajmuje się infiltracją karteli narkotykowych. Podczas ostatniej akcji przejęli dziesięć milionów dolarów, jednak kasa wyparowała. Prowadzone dochodzenie nic nie dało, więc oddział powraca do gry. Jednak kiedy dwóch członków grupy zostaje zamordowanych, Wharton próbuje dorwać sprawców i pomaga mu w tym policjantka Caroline Brentwood.

sabotage1

David Ayer jak wszyscy wiemy to spec od kina akcji z policjantami w rolach głównych, bardzo wnikliwie i uważnie portretując to środowisko („Bogowie ulicy”). „Sabotage” jest utrzymany w tej stylistyce, bez słodzenia, lukrowania oraz oczywistych podziałów na dobrych i złych. Surowy realizm, z masą strzelanin i krwawej jatki robi naprawdę mocne wrażenie, a powolna eliminacja członków grupy budzi niepokój. Intryga, choć toczącą się dość spokojnym tempem (jak na tego typu produkcje), jest bardzo skomplikowana i wciągająca. I do samego końca tak naprawdę nie wiemy jaki będzie finał. Akcja jest mocna, strzelaniny krwawe i bardzo brutalne (to nie jest zdecydowanie film dla dzieci ani młodzieży), że wystarczy wspomnieć pościg na ulicy czy atak na siedzibę kartelu. Na Ayera nadal nie ma mocnych, a pytania o lojalność i uczciwość pozostają aktualne.

sabotage2

Dlaczego jeszcze warto zobaczyć „Sabotage”? Jedno nazwisko powinno wystarczyć – Arnold Schwarzenegger ps. Austriacki Dąb. Może i widać, że jest już starym dziadkiem, ale potwierdza tutaj swoją dobrą dyspozycję. I robi to, za co go pokochała dawno temu widownia – bluzga, zabija i mówi ze swoim akcentem. Nadal jest w tym dobry, choć jest już zmęczonym i wypalonym gliniarzem. Poza nim jedynymi osobami wartymi wspomnienia są zaskakująco dobry Sam Wortington („Potwór”) oraz obsadzona wbrew sobie Olivia Williams (Caroline Brentwood), która udźwignęła postać twardej policjantki (tylko pozornie twardej).

sabotage3

Wreszcie mamy dobry film z Arnoldem w roli głównej. Trafił w końcu na odpowiedniego reżysera i dobrą historię, pokazując, że solo jest wcale nie gorszy od reszty „Niezniszczalnych”.

7/10

Radosław Ostrowski

Jack Strong

Zrobić film o szpiegach jest bardzo trudno, bo szpiegów jest wielu. Można zrobić jak Jamesa Bonda – szybkie pościgi, efektowna (i efekciarska) rozwałka, piękne samochody, szybkie kobiety (albo na odwrót) i masa wystrzelonych kul. Można też zrobić tak jak George’a Smileya – powolne, żmudne dochodzenie bazujące na analizowaniu danych, rozmowach, spotkaniach i wyciąganiu wniosków. A jeśli zrobić film szpiegowski w Polsce? Kurwa co? Taka może być pierwsza reakcja, ale materiału to mamy naprawdę dużo i na niejeden film by wystarczyło. Po kolei jednak.

Jest rok 1971. Ryszard Kukliński – dziany i dość wpływowy major Wojska Polskiego zostaje awansowany na stopień pułkownika. Po wydarzeniach grudniowych mężczyzna  – jak co roku – wypłynął w rejs do zachodnich Niemiec, gdzie przekazał list do konsulatu amerykańskiego w Bonn. Początkowo proponował stworzenie spisku oficerów wywiadu przeciwko ZSRR, jednak CIA zaproponowało mu współprace polegającą na przekazywaniu tajnych dokumentów. Wtedy też otrzymał pseudonim operacyjny Jack Strong. W 1981 roku przed wprowadzeniem stanu wojennego Kukliński razem z rodziny zostaje ewakuowany z Polski i osiedla się w USA. (To mówiłem ja, Bogusław Wołoszański). To o nim postanowił opowiedzieć reżyser z jajami – Władysław Pasikowski.

JackStrong1

Facet podszedł poszedł poważnie do swojego zadania i zrobił szpiegowski film na miarę naszych możliwości. I o dziwo nie jest to kolejna padaka nieudolnie naśladująca kino gatunkowe, tylko rasowe kino sensacyjne przypominające trochę powieści Johna le Carre, gdzie zamiast szybkiej i dynamicznej akcji, liczy się człowiek oraz jego psychika. Spotkania w zamkniętych pomieszczeniach z ograniczona liczbą osób mogą sprawiać wrażenie bardziej nadających się do teatru telewizji niż do kina, mimo przenoszenia się z miejsca na miejsce (Warszawa, Moskwa, Waszyngton). Wielu też może zniechęcić niezrozumiałość realiów czy przekazywane pewne informacje w dialogach jak np. te dotyczące Olega Pieńkowskiego (na początku filmu zostaje zabity za zdradę) czy dane wywiadowcze.

JackStrong2

Trzeba jednak oddać sprawiedliwość i stwierdzić, że od strony technicznej jest to poziom wręcz światowy. Wyraźny dźwięk, porządny montaż i wierne odtworzenie PRL-u lat 70. (od kostiumów przez scenografie po samochody). Napięcie nasila się w momencie, gdy powoli zaczyna zaciskać się pętla wobec Kuklińskiego, a scena ewakuacji rodziny uprzedzona naprawdę świetnie zrobionym pościgiem Fiatów za Oplem Record (ostatnia taka akcja miała miejsce w filmie „80 milionów”) – naprawdę suspens jest tutaj potężny. Żeby jednak nie było tak fajnie, są pewne minusy – po pierwsze, odrobinę patetyczne dialogi i za mało poetyckich słów Pasikowskiego (a co to jest 5 kurew, jeden chuj i jeden skurwysyn na dwie godziny? – wiem, że to nie „Wilk z Wall Street”, ale można było sobie pobluzgać jak w „Psach”). Po drugie, klaustrofobiczny i ciężki klimat realiów może wielu odstraszyć i znużyć. Po trzecie jak wiadomo, wiele akt Kuklińskiego pozostaje tajnych, więc trzeba było trochę improwizować i zmyślać, ale jakim cudem nasi pogranicznicy przepuścili agenta CIA przewożącego Kuklińskich (a był on czarnoskóry)? Nie mam pojęcia. I po czwarte, panie robią tutaj tylko za tło – albo są agentkami, albo matkami polkami (pani Kuklińska). Ale wiadomo, to męskie kino – podobno.

JackStrong3

Jedno trzeba jednak przyznać, że obsada jest tutaj naprawdę pierwszorzędna. Główną rolę zagrał Bogusław…, ekm, Marcin Dorociński (sorry, Boguś) i udało mu się stworzyć pełnokrwista postać człowieka, a nie superagenta. Zdarza mu się być nieostrożnym (walnięcie głową o ścianę) i nerwowy, ale jest to lojalny i uczciwy facet, który stara się być wierny sobie oraz być dobrym ojcem i mężem (choć z tym ostatnim jest problem – wiadomo, praca na dwa fronty musi być męcząca). Drugim mocnym atutem z panów jest Amerykanin Patrick Wilson, czyli oficer prowadzący David Forden, który staje się przyjacielem Kuklińskiego. W dodatku bardzo dobrze mówi po polsku, co nie jest łatwe dla cudzoziemców. Poza nim jest tutaj naprawdę bogaty drugi plan, zarówno wśród Polaków (tu bryluje Ireneusz Czop jako złamany przez grudzień Marian Rakowiecki), jak i Rosjan (tutaj Dimitri Bilow, czyli Sasza Iwanow z radzieckiego kontrwywiadu).

Dla Pasikowskiego sprawa jest jasna. Mimo, że stara próbować zachować dystans, dla niego pułkownik Kukliński był bohaterem. Dla mnie zaś jasne jest to, że Pasikowski poważnie wraca do gry, kręcąc swój najlepszy film od czasów „Psów”. Warto było obejrzeć i zrobić ten film? Absolutnie tak.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Czarna lista – seria 1

Raymond „Red” Reddington to jeden z najbardziej poszukiwanych przestępców. Przez 20 lat pośredniczył w realizacji różnego rodzaju interesów, nie zawsze zgodnych z prawem. Tym bardziej może zaskakiwać fakt, że Red oddaje się w ręce FBI i jest w stanie wydać wszystkich swoich wspólników, umieszczonych na swojej „czarnej liście”, a o wielu z nich FBI nawet nie wie o ich istnieniu. Jednak stawia jeden warunek: będzie rozmawiał tylko z agentką Elizabeth Keen. Tylko że agentka jest świeżo po rozpoczęciu pracy, więc o co tu chodzi?

czarna_lista2

Debiutujący przy serialu twórca „Czarnej listy” postanowił sięgnąć po typowo proceduralną formułę, a potencjał tej opowieści był naprawdę ogromny, zaś każdy z przeciwników do pokonania mógł być naprawdę interesującą postacią. Zwłaszcza wątek główny przewijający się w tle (przeszłość Keen i jej obserwacja) mógł być naprawdę interesujący. I w zasadzie tak jest aż do połowy serii – akcja ma niezłe tempo, zagadki są dość intrygujące, a przeciwnicy naprawdę pomysłowi (m.in. odporny na ból Kurier, anarchista generał Lund czy naukowiec Frederick Barnes). Jednak później fabuła powoli zniża poziom, agenci FBI sprawiają wrażenie idiotów, którzy bez pomocy Reda nie zrobiliby nic (Red wręcz prowadzi ich za rączkę), a wątki obyczajowe wokół agentki Keen (tajemniczy mąż, trzymający w skrytce kasę i wiele paszportów) sprawiały wrażenie zapychacza. Nawet całkiem niezły finał (druga seria na bank będzie) nie jest w stanie zatrzeć tego wrażenia – rządzi schemat i klisza, a zmiana sposobu filmowania z przyśpieszonym pokazywaniem widoków miasta, to troszeczkę za mało. Technicznie trudno się przyczepić do czegoś poważnego – zdjęcia i montaż naprawdę trzymają poziom, a dynamiczne sceny strzelanin i pościgów naprawdę są takie jak być powinny.

czarna_lista1

Jeśli zaś chodzi o aktorstwo, to niestety jest to serial jednego aktora, którzy trzymał równy poziom do samego końca – mianowicie James Spader. Red to najmocniejsze ogniwu tego serialu, a wypadkowa jego elegancji (garniak i kapelusz), inteligencji i bezwzględności tworzy mocną miksturę. To w zasadzie wypadkowa Hannibala Lectera z Keyserem Sose. Jedynie w paru momentach Red pokazuje się z bardziej ludzkiej strony, ale robi to naprawdę rzadko, a jego przeszłość (poza utrata rodziny) pozostaje zagadką. Szkoda, że pozostali aktorzy nie dorównują mu poziomem. Partnerująca mu w roli agentki Keen Megan Boone na początku radziła sobie całkiem nieźle jako dopiero zaczynająca swoją pracę w dodatku z dużą sprawą na dzień dobry. Jednak później zachowuje się miejscami nieodpowiedzialnie (bez wsparcia wchodzi na nierozpoznany teren), idiotycznie (wchodzi podczas obserwacji swojego męża, gdy zajmują się nim ludzie Reda), prawie jak obrażona nastolatka. Szkoda, że wokół niej rozkręca się cała akcja, bo inaczej nie musiałbym jej tak znosić. Równie irytujący jest Diego Klattenhoff (agent Donald Ressler), za to przeciwnicy Reda bywają naprawdę przyzwoicie zagrani m.in. przez Roberta Kneppera (Kurier), Toma Noonama („Stewmaker”) czy Roberta Seana Leonarda (Frederick Barnes), a także Alana Aldę (tajemniczy Fitch).

czarna_lista3

Niestety, „Czarna lista” (przynajmniej 1 seria) to jedno z największych rozczarowań tego roku. O ile jeszcze początek, mimo pewnej wtórności, mógł być obietnicą całkiem niezłej rozrywki, druga połowa mocno nadszarpnęła i osłabiła ten serial. Jeden James Spader bez wsparcia nie jest w stanie tego udźwignąć. Chociaż skoro dostał on II serię, to może twórcy wyciągną wnioski i uda się poprawić niedoskonałości. Ale nie wiem, czy chce to dalej oglądać.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Wojownicy

W Nowym Jorku dochodzi do zjazdu wszystkich ulicznych gangów. Każdy z nich wystawił po 9 osób jako reprezentację. Jedną z tych grup jest pochodzący z Coney Island gang Wojownicy. Na miejscu charyzmatyczny Cyrus, który nawołuje do pokoju i zjednoczenia wszystkich gangów. Cyrus jednak zostaje zamordowany, a oskarżeni o zabójstwo są Wojownicy, którzy muszą przebić się z Bronksu do domu. A nie będzie to takie proste.

wojownicy1

W zasadzie film Waltera Hilla z 1979 roku to prosta i nieskomplikowane kino akcji, z jakiego słynie ten reżyser. Jednak twórcy kręcąc film na postawie powieści Sola Yuricka zaczynają opowieść od wspomnienia bitwy pod Kunaksą, gdzie greccy najemnicy stoczyli ciężki bój z Persami. Ale te konotacje są tylko pretekstem do pokazania nieskrępowanej bijatyki i ucieczki bohaterów do domu, ścigani przez policję i konkurencyjne gangi. Hillowi udaje się stworzyć bardzo specyficzny i ponury klimat osaczenia, gdzie bohaterowie są zdani tylko na siebie. I nie przeszkadza w tym ani komiksowa konwencja (w wersji reżyserskiej wyczuwalna także dzięki komiksowym wstawkom – ręcznie rysowanym scenkom, które przechodzą do rzeczywistości), prosta intryga czy równie surowe dialogi. „Wojownicy” dziwnym cudem potrafią oczarować zarówno prostym, ale efektownym scenom akcji (bijatyki i pościgi), odtworzeniu realiów gangów, gdzie strój jest nie tylko wyznacznikiem stylu, lecz także barwami wojennymi – drugą skórą, której zdjęcie jest oznaką słabości. Jeśli do tego dodamy kompletnie nieznanych aktorów, to mamy naprawdę ciekawy, choć lekko archaiczny film akcji, który nie udaje niczego wielkiego.

wojownicy2

Hill potwierdza „Wojownikami”, że kino akcji to jego żywioł. Nie jest on jakiś super dynamiczny, widowiskowy, ale nie przynudza i ma swój styl. Trochę surowy, lekko zwierzęcy, ale bardzo fajny. I tyle.

7/10

Radosław Ostrowski

Mona Lisa

Mona Lisa  to jedna z najbardziej rozpoznawalnych postaci w historii malarstwa. Ale ten film nie jest jej biografią, a z obrazem Leonarda da Vinci łączy tylko to, że pojawia się ona na lodówce. Teraz poznacie niejakiego George’a – prostego człowieka, który kiblował i teraz wychodzi z więzienia. Żona nie chce go znać i utrudnia kontakty z córką, więc zamieszkuje u kumpla – mechanika Thomasa. W końcu, dzięki swojemu dawnemu szefowi, Mortwellowi zostaje zatrudniony jako kierowca pewnej luksusowej call-girl Simone. Po początkowych animozjach, zaczynają dogadywać się ze sobą. I wtedy Simone prosi go o pomoc w odnalezieniu koleżanki Cathy, która zaginęła bez wieści, a zajmowała się prostytucją. Przysługa wpędza George’a w tarapaty.

mona_lisa1

Irlandzki reżyser Neil Jordan to facet, który potrafi zaskoczyć, jeśli nie trzyma się sztywno konwencji i gatunków. „Mona Lisa” to dziwaczna mieszanina melodramatu, kryminału z zacięciem społecznym. I w każdym polu sprawdza się bardzo dobrze. Z jednej strony to historia budzącego się uczucia prostego i odrobinę prymitywnego faceta z elegancką prostytutką, z drugiej jest tu bardzo mroczna tajemnica, gdzie mamy do czynienia z prostytucją, pornografią i narkotykami (pośrednio). I pod tym względem film Jordana budzi skojarzenia z „Taksówkarzem” Martina Scorsese, choć nie jest on aż tak mroczny. W tym brudnym świecie, gdzie każdy kogoś udaje, nasz bohater nie pasuje do niego, padając ofiarą manipulacji, zaś jego uczucia są wystawione na ciężką próbę. Wszystko to jest zasługą zarówno precyzyjnego scenariusza, pełnego wielu zwrotów, pewnej ręki reżysera oraz bardzo dobrej strony technicznej ze świetnymi zdjęciami Rogera Pratta na czele. Można się przyczepić, że w połowie następuje lekkie uśpienie sytuacji czy zakończenie może wydawać się mało satysfakcjonujące (dla mnie całkiem niezłe), ale klimat i atmosfera są tutaj nie do podrobienia.

mona_lisa2

Także aktorzy prezentują się w wysokiej formie. Tutaj błyszczy fenomenalny Bob Hoskins. George w jego wykonaniu to samotny, trochę prymitywny facet, który potrafi się opanować i jest prostoduszny, przez co bardzo łatwo można nim sterować. Każde emocje tej postaci wygrywa bezbłędnie i kibicujemy mu do samego końca. Kroku nie ustępuje mu Cathy Tyson – pozornie sprawia wrażenie wywyższającej się kobiety, przyzwyczajonej do pewnego poziomu życia oraz pewnej kultury osobistej. Ale tak naprawdę to bardzo skryta kobieta, która ukrywa pewna mroczną przeszłość i potrzebuje pomocy do załatwienia swoich spraw. Jeśli chodzi o drugi plan, wystarczyłoby wymienić jedno nazwisko – Michael Caine. Tutaj jest bezwzględnym gangsterem, który czuje się jak ryba w wodzie w każdym otoczeniu. I jest jeszcze Robbie Coltrane, czyli prosty mechanik Thomas, który lubi kryminały.

mona_lisa3

Mroczna bajka o rycerzu w białej zbroi, który zostaje wystawiony do wiatru. Jordan jeszcze później miał wiele razy zaskakiwać, co przyniosło mu estymę i popularność.

8/10

Radosław Ostrowski

RoboCop

Kim jest RoboCop? To postać, która dawno przeszła do kanonu bohaterów popkultury – niezniszczalny supergliniarz, który w futurystycznym Detroit pilnuje porządku. Niedawno można zobaczyć nową wersję spłodzoną przez Jose Padilhę. Ale przedtem radzę sięgnąć po pierwowzór, czyli film Paula Verhoevena z 1987 roku.

RoboCop1

W dalekiej przyszłości w Detroit policja jest pod kontrolą korporacji OCP, która ma podpisany kontrakt z policją. Ich wynalazcy pracują nad maszyną, która byłaby w stanie zastąpić policjantów i pełnić porządek całodobowo, jednak ich próby są nieskuteczne. W tym czasie, do jednego z komisariatów trafia Alex Murphy – młody gliniarz. Podczas pierwszej akcji wpada na trop gangu Clarence’a Boddickera, przez których zostaje zabity. Wtedy korporacja OCP z jego szczątek tworzy RoboCopa – zmechanizowanego człowieka, który ma pilnować porządku. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie fakt, że w maszynie zaczyna się budzić jego skasowana przeszłość.

RoboCop2

Pozornie wydaje się to stricte sensacyjne kino, ale poza hektolitrami krwi (naprawdę brutalne rzeczy się tu dzieją, choć z perspektywy czasu nie robi to już tak wielkiego wrażenia) i efektowną akcją jest tutaj wiele więcej. Po pierwsze, bardzo krytyczne spojrzenie na świat korporacji, gdzie wygrywa silniejszy i nie zawsze grający czysto. Po drugie, to bardzo ironiczne spojrzenie na świat pełen przemocy, która nie jest w żaden sposób kontrolowana. I nie chodzi tu o gangi, bo przemoc jest też obecna w reklamach oraz wiadomościach, stała się czymś całkowicie normalnym, co pokazują przeplatające się z fabułą wiadomości telewizyjne. No i końcu najważniejsze – pytanie o człowieczeństwo, które narzuca się w związku z postacią Murphy’ego (ikoniczna już rola Petera Wellera). Pozbawiony pamięci, ludzkich emocji, zostaje zmieniony w bezwzględna i brutalną maszynę – produkt, który nie może zwrócić się przeciwko swojej firmie (stwórcy). Dopiero po pewnym czasie odkrywa swoją przeszłość (scena odwiedzenia dawnego domu) i wtedy zaczynają się kłopoty. A dalej będzie jak zawsze: krwawa zemsta, pomoc dawnej partnerki i konfrontacja z mechem (animatroniczna animacja dzisiaj już mocno trąci myszką). Mimo lat ogląda się to świetnie, nie brakuje pościgów, strzelanin, rozwałki i ostatecznej konfrontacji.

RoboCop3

Jeśli chodzi o aktorstwo, to trzyma ono więcej niż dobry poziom. Oszczędny Peter Weller świetnie się sprawdza w roli RoboCopa. Poza nim mocno wybijają się trzy osoby: Nancy Allen (Annie Lewis – partnerka Murphy’ego, którą można poznać po tym, że lubi żuć gumę), Ronny Cox (Dick Jones, wiceprezes OCP, który mam mocne zapędy militarystyczne) oraz Kurtwood Smith (bezwzględny i brutalny Clarence Boddicker). Wszyscy oni spisali się bardzo dobrze, tworząc naprawdę wyraziste postacie. Drugi plan też jest tutaj bogaty i wyrazisty (wspomnę choćby Miguela Ferrera jako Bob Morton – pomysłodawca RoboCopa), co jest tylko zaletą.

RoboCop4

Dzisiaj „RoboCop” nie robi już tak wielkiego wrażenia jak w dniu premiery, ale pozostaje kawałkiem bardzo interesującego kina, które ma coś więcej do pokazania niż tylko rozrywkę. Jednak trzeba do tego mieć dystans.

8/10

Radosław Ostrowski

Banshee – seria 1

Zaczyna się dość konwencjonalnie – widzimy jakiegoś faceta, który wychodzi z więzienia. Potem odkrywamy, że spędził 15 lat i złapano go podczas próby kradzieży diamentów, które zabrała jego wspólniczka Ana. Trop prowadzi do miasteczka Banshee w Pensylwanii. Na skutek dość nieprawdopodobnego zbiegu okoliczności, więzień podszywa się pod Lucasa Hooda – nowego szeryfa, który ma objąć tą posadę w miasteczku. Na miejscu będzie musiał się zmierzyć zarówno ze swoją przeszłością, ale też z paroma ludźmi, dla których szeryf będzie dość niewygodny.

banshee1

Brzmi dość naciąganie i absurdalnie? Twórcy serialu, czyli Jonathan Tropper i David Schickler są chyba tego świadomi, zaś nadzorujący całość od strony produkcyjnej Alan Ball („American Beauty” i seriale „Sześć stóp pod ziemią i „Czysta krew”) trzyma rękę na pulsie. Ich celem było zagwarantowanie pretensjonalnej rozrywki dla dorosłych (czytaj: dużo krwi i dużo seksu). Umówmy się, to prosta i nieskomplikowana historia, która jednak potrafi porwać. Bluzgi, jatka, dużo golizny pokazanej bezpardonowo i bez ozdobników.

banshee2

A jakie jest samo Banshee? To miasteczko, gdzie każdy ma mniejsze lub większe grzeszki. W dodatku kolorytu nadaje tutaj obecność Indian oraz amiszów, którzy są zamkniętymi grupkami, działającymi według własnych reguł (dotyczy to szczególnie amiszów, którzy wyrzekają się przemocy). Przez 10 odcinków dzieje się wiele, walki są bardzo szybkie i nieskomplikowane (to nie są karatecy ani mistrzowie kung fu), w dodatku jest kilka mocno zarysowanych postaci (nie mogę zdradzić jednak zbyt wiele z fabuły, bo i na zaskoczeniu się tu wszystko bazuje) ze wskazaniem na szefa lokalnej mafii Kaia Proctora (świetny Ulrich Thomsen) oraz posiadającego hakerskie umiejętności Hioba. Z kolei nasz główny bohater to typowy macho, który ma na pieńku z wieloma i rozwiązuje wszelkie problemy siłowo. Jak stary dobry kowboj z czasów Dzikiego Zachodu.

banshee3

Powiem tak – owszem zdarza się kilka wątków porzuconych przez twórców (m.in. umieszczenie nagrania „walki” szeryfa na Youtube), czasami szwankuje tutaj logika i nie brakuje tutaj przerysowania. Jednak nie ulega wątpliwości, że „Banshee” oferuje bezpretensjonalną rozwałkę, która nie udaje czegoś większego. I można ja sobie obejrzeć, by rozluźnić się w przerwie między „Gra o tron” a przypomnieniem sobie „Breaking Bad”.

banshee4

7,5/10

Radosław Ostrowski

Plan ucieczki

Ray Breslin to facet, który ma dość nietypową pracę – zajmuje się uciekaniem z więzienia, by udoskonalić system zabezpieczeń. Po kolejnej takiej akcji, dostaje bardzo trudne zlecenie. Trafia do pilnie strzeżonego więzienia CIA, gdzie ma sprawdzić tamtejsze zabezpieczenia i zrobić to bez wsparcia. Ale miejsce to piekło – w dodatku znajduje się w środku samego oceanu. I wtedy dostaje nieoczekiwana pomoc od współwięźnia Emila Rottmayera i razem planują zwiać.

ucieczka1

Był kiedyś taki czas, że dominowało dwóch wielkich twardzieli ery VHS – Sylwester Stalowy i Arnold Żelazny (za długie nazwisko, by je wymówić), ale jakoś nie mieli czasu zagrać wspólnie w jednym filmie. Aż do 2010 roku, gdy pojawili się „Niezniszczalni”. Tylko, że Arnold robił tam za epizod. I trzeba było poczekać jeszcze trzy lata, by panowie zagrali razem w rolach głównych. Wykonawca tego dość ryzykownego przedsięwzięcia został Mikael Hafstrom i muszę przyznać, że udało mu się wskrzesić klimat oldskulowego kina akcji z lat 80. Prosta fabuła, sucharowe żarty (naprawdę strawne), surowe zdjęcia i duża ilość mordobicia połączona ze strzelaniem (zwłaszcza finał). Intryga jest sprawnie poprowadzona, samo więzienie robi naprawdę duże wrażenie, zaś technicznie nie ma się do czego przyczepić. Owszem, może i to trochę nie trzyma się logiki, ale chrzanić to. W końcu ma to być porządna naparzanka, a nie kino moralnego niepokoju.

ucieczka2

Obaj panowie radzą sobie naprawdę dobrze i czuć chemię między nimi, w dodatku maja przebłyski talentu (Schwarzenegger w izolatce mówiący po niemiecku – bezcenne!). Ale i tak całe szoł kradnie Jim Caviezel jako naczelnik Hobbes. Bezwzględny, brutalny i ostry facet – prawdziwy bad ass. Poza nim jeszcze pojawia się dawno nie widziany Sam Neill (doktor więzienny), bezwzględny Vinnie Jones (szef strażników Drake) czy znienawidzony przeze mnie 50 Cent (informatyk Hush – co za drewno).

ucieczka3

Film może nie zaszaleje na rynku DVD, ale jeśli kochacie oldskulowe kino akcji, musicie to zobaczyć. I nie ma lipy.

7/10

Radosław Ostrowski

Kapitan Phillips

Rok 2009. Richard Phillips jest kapitanem kontenerowca Alabama, który przewoził ładunek do Somalii. Zapowiadał się zwykły i normalny kurs. Ale tylko do czasu, gdy pojawili się somalijscy piraci i próbują przejąć kontrolę nad okrętem. Wtedy zaczyna się bardzo niebezpieczna gra.

kapitan1

Już wiem jak ten mógłby wyglądać – piraci są źli i chciwi, statek zostanie przejęty, wejdą komandosi, wszystkich piratów zabiją, a na końcu będzie jeszcze łopotać amerykańska flaga. Ale reżyserem jest Paul Greengrass – twórca „Lotu 93”, który jak ognia unika patosu i prostych klisz. Tak samo jest tutaj, pokazując przebieg wydarzeń od najdrobniejszego detalu – normalny dzień naszego bohatera, przygotowania do porwania w końcu sam przebieg do momentu wzięcia kapitana jako zakładnika oraz ostatecznego rozwiązania sytuacji. Wszystko jak w rasowym filmie dokumentalnym (kamera z ręki tylko utwierdza mnie w tym przekonaniu). Poza tym widzimy to wszystko z każdej możliwej perspektywy – od statku i porywaczy przez okręt Marynarki Wojennej i oddział komandosów, co pozwala na wszystko spojrzeć dokładniej. Greengrass pokazuje nam nie tylko jak niebezpieczne jest podróżowanie po morzach Somalii, ale jak wielka odpowiedzialność ponoszą obaj dowódcy (Phillips i Muse – dowódca piratów) za swoich ludzi. A także, że piractwo nie jest takie jak sobie to wyobrażamy, bo łupy i okup zgarnia starszyzna, która wykorzystuje biedaków do tego, by wypełniali ich polecenia. Taka jest prawda o porwaniach i piratach – jest bardziej złożona niż nam wszystkim się to wydaje, a wszystko to jest ubrany w formę inteligentnego kina rozrywkowego. Kto by pomyślał?

kapitan2

W dodatku reżyser zrezygnował z gwiazd. Aczkolwiek jest jeden wyjątek od tej reguły, a imię jego Tom Hanks. Ten aktor wznosi się tutaj na wyżyny talentu, choć gra bardzo oszczędnie i stonowanie. Phillips to doświadczony dowódca, który do (prawie) samego końca zachowuje zimną krew, wykazuje się sprytem (ukrycie załogi) i działa w zgodzie z samym sobą. Druga mocna postacią jest szef piratów, brawurowo zagrany przez debiutanta Barkhada Abdi. Facet próbuje opanować swoja ekipę, też nie jest idiotą, ale jest bardzo naiwny (wykorzystywany przez szefów, którzy zostawiają ich na pastwę losu).

Greengrass po raz kolejny potwierdza, że jest twórcą mający swój styl oraz konsekwentnie realizuje swoją wizję. Bardzo realistyczne kino.

7,5/10

Radosław Ostrowski