Czarna lista – seria 1

Raymond „Red” Reddington to jeden z najbardziej poszukiwanych przestępców. Przez 20 lat pośredniczył w realizacji różnego rodzaju interesów, nie zawsze zgodnych z prawem. Tym bardziej może zaskakiwać fakt, że Red oddaje się w ręce FBI i jest w stanie wydać wszystkich swoich wspólników, umieszczonych na swojej „czarnej liście”, a o wielu z nich FBI nawet nie wie o ich istnieniu. Jednak stawia jeden warunek: będzie rozmawiał tylko z agentką Elizabeth Keen. Tylko że agentka jest świeżo po rozpoczęciu pracy, więc o co tu chodzi?

czarna_lista2

Debiutujący przy serialu twórca „Czarnej listy” postanowił sięgnąć po typowo proceduralną formułę, a potencjał tej opowieści był naprawdę ogromny, zaś każdy z przeciwników do pokonania mógł być naprawdę interesującą postacią. Zwłaszcza wątek główny przewijający się w tle (przeszłość Keen i jej obserwacja) mógł być naprawdę interesujący. I w zasadzie tak jest aż do połowy serii – akcja ma niezłe tempo, zagadki są dość intrygujące, a przeciwnicy naprawdę pomysłowi (m.in. odporny na ból Kurier, anarchista generał Lund czy naukowiec Frederick Barnes). Jednak później fabuła powoli zniża poziom, agenci FBI sprawiają wrażenie idiotów, którzy bez pomocy Reda nie zrobiliby nic (Red wręcz prowadzi ich za rączkę), a wątki obyczajowe wokół agentki Keen (tajemniczy mąż, trzymający w skrytce kasę i wiele paszportów) sprawiały wrażenie zapychacza. Nawet całkiem niezły finał (druga seria na bank będzie) nie jest w stanie zatrzeć tego wrażenia – rządzi schemat i klisza, a zmiana sposobu filmowania z przyśpieszonym pokazywaniem widoków miasta, to troszeczkę za mało. Technicznie trudno się przyczepić do czegoś poważnego – zdjęcia i montaż naprawdę trzymają poziom, a dynamiczne sceny strzelanin i pościgów naprawdę są takie jak być powinny.

czarna_lista1

Jeśli zaś chodzi o aktorstwo, to niestety jest to serial jednego aktora, którzy trzymał równy poziom do samego końca – mianowicie James Spader. Red to najmocniejsze ogniwu tego serialu, a wypadkowa jego elegancji (garniak i kapelusz), inteligencji i bezwzględności tworzy mocną miksturę. To w zasadzie wypadkowa Hannibala Lectera z Keyserem Sose. Jedynie w paru momentach Red pokazuje się z bardziej ludzkiej strony, ale robi to naprawdę rzadko, a jego przeszłość (poza utrata rodziny) pozostaje zagadką. Szkoda, że pozostali aktorzy nie dorównują mu poziomem. Partnerująca mu w roli agentki Keen Megan Boone na początku radziła sobie całkiem nieźle jako dopiero zaczynająca swoją pracę w dodatku z dużą sprawą na dzień dobry. Jednak później zachowuje się miejscami nieodpowiedzialnie (bez wsparcia wchodzi na nierozpoznany teren), idiotycznie (wchodzi podczas obserwacji swojego męża, gdy zajmują się nim ludzie Reda), prawie jak obrażona nastolatka. Szkoda, że wokół niej rozkręca się cała akcja, bo inaczej nie musiałbym jej tak znosić. Równie irytujący jest Diego Klattenhoff (agent Donald Ressler), za to przeciwnicy Reda bywają naprawdę przyzwoicie zagrani m.in. przez Roberta Kneppera (Kurier), Toma Noonama („Stewmaker”) czy Roberta Seana Leonarda (Frederick Barnes), a także Alana Aldę (tajemniczy Fitch).

czarna_lista3

Niestety, „Czarna lista” (przynajmniej 1 seria) to jedno z największych rozczarowań tego roku. O ile jeszcze początek, mimo pewnej wtórności, mógł być obietnicą całkiem niezłej rozrywki, druga połowa mocno nadszarpnęła i osłabiła ten serial. Jeden James Spader bez wsparcia nie jest w stanie tego udźwignąć. Chociaż skoro dostał on II serię, to może twórcy wyciągną wnioski i uda się poprawić niedoskonałości. Ale nie wiem, czy chce to dalej oglądać.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Wojownicy

W Nowym Jorku dochodzi do zjazdu wszystkich ulicznych gangów. Każdy z nich wystawił po 9 osób jako reprezentację. Jedną z tych grup jest pochodzący z Coney Island gang Wojownicy. Na miejscu charyzmatyczny Cyrus, który nawołuje do pokoju i zjednoczenia wszystkich gangów. Cyrus jednak zostaje zamordowany, a oskarżeni o zabójstwo są Wojownicy, którzy muszą przebić się z Bronksu do domu. A nie będzie to takie proste.

wojownicy1

W zasadzie film Waltera Hilla z 1979 roku to prosta i nieskomplikowane kino akcji, z jakiego słynie ten reżyser. Jednak twórcy kręcąc film na postawie powieści Sola Yuricka zaczynają opowieść od wspomnienia bitwy pod Kunaksą, gdzie greccy najemnicy stoczyli ciężki bój z Persami. Ale te konotacje są tylko pretekstem do pokazania nieskrępowanej bijatyki i ucieczki bohaterów do domu, ścigani przez policję i konkurencyjne gangi. Hillowi udaje się stworzyć bardzo specyficzny i ponury klimat osaczenia, gdzie bohaterowie są zdani tylko na siebie. I nie przeszkadza w tym ani komiksowa konwencja (w wersji reżyserskiej wyczuwalna także dzięki komiksowym wstawkom – ręcznie rysowanym scenkom, które przechodzą do rzeczywistości), prosta intryga czy równie surowe dialogi. „Wojownicy” dziwnym cudem potrafią oczarować zarówno prostym, ale efektownym scenom akcji (bijatyki i pościgi), odtworzeniu realiów gangów, gdzie strój jest nie tylko wyznacznikiem stylu, lecz także barwami wojennymi – drugą skórą, której zdjęcie jest oznaką słabości. Jeśli do tego dodamy kompletnie nieznanych aktorów, to mamy naprawdę ciekawy, choć lekko archaiczny film akcji, który nie udaje niczego wielkiego.

wojownicy2

Hill potwierdza „Wojownikami”, że kino akcji to jego żywioł. Nie jest on jakiś super dynamiczny, widowiskowy, ale nie przynudza i ma swój styl. Trochę surowy, lekko zwierzęcy, ale bardzo fajny. I tyle.

7/10

Radosław Ostrowski

Mona Lisa

Mona Lisa  to jedna z najbardziej rozpoznawalnych postaci w historii malarstwa. Ale ten film nie jest jej biografią, a z obrazem Leonarda da Vinci łączy tylko to, że pojawia się ona na lodówce. Teraz poznacie niejakiego George’a – prostego człowieka, który kiblował i teraz wychodzi z więzienia. Żona nie chce go znać i utrudnia kontakty z córką, więc zamieszkuje u kumpla – mechanika Thomasa. W końcu, dzięki swojemu dawnemu szefowi, Mortwellowi zostaje zatrudniony jako kierowca pewnej luksusowej call-girl Simone. Po początkowych animozjach, zaczynają dogadywać się ze sobą. I wtedy Simone prosi go o pomoc w odnalezieniu koleżanki Cathy, która zaginęła bez wieści, a zajmowała się prostytucją. Przysługa wpędza George’a w tarapaty.

mona_lisa1

Irlandzki reżyser Neil Jordan to facet, który potrafi zaskoczyć, jeśli nie trzyma się sztywno konwencji i gatunków. „Mona Lisa” to dziwaczna mieszanina melodramatu, kryminału z zacięciem społecznym. I w każdym polu sprawdza się bardzo dobrze. Z jednej strony to historia budzącego się uczucia prostego i odrobinę prymitywnego faceta z elegancką prostytutką, z drugiej jest tu bardzo mroczna tajemnica, gdzie mamy do czynienia z prostytucją, pornografią i narkotykami (pośrednio). I pod tym względem film Jordana budzi skojarzenia z „Taksówkarzem” Martina Scorsese, choć nie jest on aż tak mroczny. W tym brudnym świecie, gdzie każdy kogoś udaje, nasz bohater nie pasuje do niego, padając ofiarą manipulacji, zaś jego uczucia są wystawione na ciężką próbę. Wszystko to jest zasługą zarówno precyzyjnego scenariusza, pełnego wielu zwrotów, pewnej ręki reżysera oraz bardzo dobrej strony technicznej ze świetnymi zdjęciami Rogera Pratta na czele. Można się przyczepić, że w połowie następuje lekkie uśpienie sytuacji czy zakończenie może wydawać się mało satysfakcjonujące (dla mnie całkiem niezłe), ale klimat i atmosfera są tutaj nie do podrobienia.

mona_lisa2

Także aktorzy prezentują się w wysokiej formie. Tutaj błyszczy fenomenalny Bob Hoskins. George w jego wykonaniu to samotny, trochę prymitywny facet, który potrafi się opanować i jest prostoduszny, przez co bardzo łatwo można nim sterować. Każde emocje tej postaci wygrywa bezbłędnie i kibicujemy mu do samego końca. Kroku nie ustępuje mu Cathy Tyson – pozornie sprawia wrażenie wywyższającej się kobiety, przyzwyczajonej do pewnego poziomu życia oraz pewnej kultury osobistej. Ale tak naprawdę to bardzo skryta kobieta, która ukrywa pewna mroczną przeszłość i potrzebuje pomocy do załatwienia swoich spraw. Jeśli chodzi o drugi plan, wystarczyłoby wymienić jedno nazwisko – Michael Caine. Tutaj jest bezwzględnym gangsterem, który czuje się jak ryba w wodzie w każdym otoczeniu. I jest jeszcze Robbie Coltrane, czyli prosty mechanik Thomas, który lubi kryminały.

mona_lisa3

Mroczna bajka o rycerzu w białej zbroi, który zostaje wystawiony do wiatru. Jordan jeszcze później miał wiele razy zaskakiwać, co przyniosło mu estymę i popularność.

8/10

Radosław Ostrowski

RoboCop

Kim jest RoboCop? To postać, która dawno przeszła do kanonu bohaterów popkultury – niezniszczalny supergliniarz, który w futurystycznym Detroit pilnuje porządku. Niedawno można zobaczyć nową wersję spłodzoną przez Jose Padilhę. Ale przedtem radzę sięgnąć po pierwowzór, czyli film Paula Verhoevena z 1987 roku.

RoboCop1

W dalekiej przyszłości w Detroit policja jest pod kontrolą korporacji OCP, która ma podpisany kontrakt z policją. Ich wynalazcy pracują nad maszyną, która byłaby w stanie zastąpić policjantów i pełnić porządek całodobowo, jednak ich próby są nieskuteczne. W tym czasie, do jednego z komisariatów trafia Alex Murphy – młody gliniarz. Podczas pierwszej akcji wpada na trop gangu Clarence’a Boddickera, przez których zostaje zabity. Wtedy korporacja OCP z jego szczątek tworzy RoboCopa – zmechanizowanego człowieka, który ma pilnować porządku. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie fakt, że w maszynie zaczyna się budzić jego skasowana przeszłość.

RoboCop2

Pozornie wydaje się to stricte sensacyjne kino, ale poza hektolitrami krwi (naprawdę brutalne rzeczy się tu dzieją, choć z perspektywy czasu nie robi to już tak wielkiego wrażenia) i efektowną akcją jest tutaj wiele więcej. Po pierwsze, bardzo krytyczne spojrzenie na świat korporacji, gdzie wygrywa silniejszy i nie zawsze grający czysto. Po drugie, to bardzo ironiczne spojrzenie na świat pełen przemocy, która nie jest w żaden sposób kontrolowana. I nie chodzi tu o gangi, bo przemoc jest też obecna w reklamach oraz wiadomościach, stała się czymś całkowicie normalnym, co pokazują przeplatające się z fabułą wiadomości telewizyjne. No i końcu najważniejsze – pytanie o człowieczeństwo, które narzuca się w związku z postacią Murphy’ego (ikoniczna już rola Petera Wellera). Pozbawiony pamięci, ludzkich emocji, zostaje zmieniony w bezwzględna i brutalną maszynę – produkt, który nie może zwrócić się przeciwko swojej firmie (stwórcy). Dopiero po pewnym czasie odkrywa swoją przeszłość (scena odwiedzenia dawnego domu) i wtedy zaczynają się kłopoty. A dalej będzie jak zawsze: krwawa zemsta, pomoc dawnej partnerki i konfrontacja z mechem (animatroniczna animacja dzisiaj już mocno trąci myszką). Mimo lat ogląda się to świetnie, nie brakuje pościgów, strzelanin, rozwałki i ostatecznej konfrontacji.

RoboCop3

Jeśli chodzi o aktorstwo, to trzyma ono więcej niż dobry poziom. Oszczędny Peter Weller świetnie się sprawdza w roli RoboCopa. Poza nim mocno wybijają się trzy osoby: Nancy Allen (Annie Lewis – partnerka Murphy’ego, którą można poznać po tym, że lubi żuć gumę), Ronny Cox (Dick Jones, wiceprezes OCP, który mam mocne zapędy militarystyczne) oraz Kurtwood Smith (bezwzględny i brutalny Clarence Boddicker). Wszyscy oni spisali się bardzo dobrze, tworząc naprawdę wyraziste postacie. Drugi plan też jest tutaj bogaty i wyrazisty (wspomnę choćby Miguela Ferrera jako Bob Morton – pomysłodawca RoboCopa), co jest tylko zaletą.

RoboCop4

Dzisiaj „RoboCop” nie robi już tak wielkiego wrażenia jak w dniu premiery, ale pozostaje kawałkiem bardzo interesującego kina, które ma coś więcej do pokazania niż tylko rozrywkę. Jednak trzeba do tego mieć dystans.

8/10

Radosław Ostrowski

Banshee – seria 1

Zaczyna się dość konwencjonalnie – widzimy jakiegoś faceta, który wychodzi z więzienia. Potem odkrywamy, że spędził 15 lat i złapano go podczas próby kradzieży diamentów, które zabrała jego wspólniczka Ana. Trop prowadzi do miasteczka Banshee w Pensylwanii. Na skutek dość nieprawdopodobnego zbiegu okoliczności, więzień podszywa się pod Lucasa Hooda – nowego szeryfa, który ma objąć tą posadę w miasteczku. Na miejscu będzie musiał się zmierzyć zarówno ze swoją przeszłością, ale też z paroma ludźmi, dla których szeryf będzie dość niewygodny.

banshee1

Brzmi dość naciąganie i absurdalnie? Twórcy serialu, czyli Jonathan Tropper i David Schickler są chyba tego świadomi, zaś nadzorujący całość od strony produkcyjnej Alan Ball („American Beauty” i seriale „Sześć stóp pod ziemią i „Czysta krew”) trzyma rękę na pulsie. Ich celem było zagwarantowanie pretensjonalnej rozrywki dla dorosłych (czytaj: dużo krwi i dużo seksu). Umówmy się, to prosta i nieskomplikowana historia, która jednak potrafi porwać. Bluzgi, jatka, dużo golizny pokazanej bezpardonowo i bez ozdobników.

banshee2

A jakie jest samo Banshee? To miasteczko, gdzie każdy ma mniejsze lub większe grzeszki. W dodatku kolorytu nadaje tutaj obecność Indian oraz amiszów, którzy są zamkniętymi grupkami, działającymi według własnych reguł (dotyczy to szczególnie amiszów, którzy wyrzekają się przemocy). Przez 10 odcinków dzieje się wiele, walki są bardzo szybkie i nieskomplikowane (to nie są karatecy ani mistrzowie kung fu), w dodatku jest kilka mocno zarysowanych postaci (nie mogę zdradzić jednak zbyt wiele z fabuły, bo i na zaskoczeniu się tu wszystko bazuje) ze wskazaniem na szefa lokalnej mafii Kaia Proctora (świetny Ulrich Thomsen) oraz posiadającego hakerskie umiejętności Hioba. Z kolei nasz główny bohater to typowy macho, który ma na pieńku z wieloma i rozwiązuje wszelkie problemy siłowo. Jak stary dobry kowboj z czasów Dzikiego Zachodu.

banshee3

Powiem tak – owszem zdarza się kilka wątków porzuconych przez twórców (m.in. umieszczenie nagrania „walki” szeryfa na Youtube), czasami szwankuje tutaj logika i nie brakuje tutaj przerysowania. Jednak nie ulega wątpliwości, że „Banshee” oferuje bezpretensjonalną rozwałkę, która nie udaje czegoś większego. I można ja sobie obejrzeć, by rozluźnić się w przerwie między „Gra o tron” a przypomnieniem sobie „Breaking Bad”.

banshee4

7,5/10

Radosław Ostrowski

Plan ucieczki

Ray Breslin to facet, który ma dość nietypową pracę – zajmuje się uciekaniem z więzienia, by udoskonalić system zabezpieczeń. Po kolejnej takiej akcji, dostaje bardzo trudne zlecenie. Trafia do pilnie strzeżonego więzienia CIA, gdzie ma sprawdzić tamtejsze zabezpieczenia i zrobić to bez wsparcia. Ale miejsce to piekło – w dodatku znajduje się w środku samego oceanu. I wtedy dostaje nieoczekiwana pomoc od współwięźnia Emila Rottmayera i razem planują zwiać.

ucieczka1

Był kiedyś taki czas, że dominowało dwóch wielkich twardzieli ery VHS – Sylwester Stalowy i Arnold Żelazny (za długie nazwisko, by je wymówić), ale jakoś nie mieli czasu zagrać wspólnie w jednym filmie. Aż do 2010 roku, gdy pojawili się „Niezniszczalni”. Tylko, że Arnold robił tam za epizod. I trzeba było poczekać jeszcze trzy lata, by panowie zagrali razem w rolach głównych. Wykonawca tego dość ryzykownego przedsięwzięcia został Mikael Hafstrom i muszę przyznać, że udało mu się wskrzesić klimat oldskulowego kina akcji z lat 80. Prosta fabuła, sucharowe żarty (naprawdę strawne), surowe zdjęcia i duża ilość mordobicia połączona ze strzelaniem (zwłaszcza finał). Intryga jest sprawnie poprowadzona, samo więzienie robi naprawdę duże wrażenie, zaś technicznie nie ma się do czego przyczepić. Owszem, może i to trochę nie trzyma się logiki, ale chrzanić to. W końcu ma to być porządna naparzanka, a nie kino moralnego niepokoju.

ucieczka2

Obaj panowie radzą sobie naprawdę dobrze i czuć chemię między nimi, w dodatku maja przebłyski talentu (Schwarzenegger w izolatce mówiący po niemiecku – bezcenne!). Ale i tak całe szoł kradnie Jim Caviezel jako naczelnik Hobbes. Bezwzględny, brutalny i ostry facet – prawdziwy bad ass. Poza nim jeszcze pojawia się dawno nie widziany Sam Neill (doktor więzienny), bezwzględny Vinnie Jones (szef strażników Drake) czy znienawidzony przeze mnie 50 Cent (informatyk Hush – co za drewno).

ucieczka3

Film może nie zaszaleje na rynku DVD, ale jeśli kochacie oldskulowe kino akcji, musicie to zobaczyć. I nie ma lipy.

7/10

Radosław Ostrowski

Kapitan Phillips

Rok 2009. Richard Phillips jest kapitanem kontenerowca Alabama, który przewoził ładunek do Somalii. Zapowiadał się zwykły i normalny kurs. Ale tylko do czasu, gdy pojawili się somalijscy piraci i próbują przejąć kontrolę nad okrętem. Wtedy zaczyna się bardzo niebezpieczna gra.

kapitan1

Już wiem jak ten mógłby wyglądać – piraci są źli i chciwi, statek zostanie przejęty, wejdą komandosi, wszystkich piratów zabiją, a na końcu będzie jeszcze łopotać amerykańska flaga. Ale reżyserem jest Paul Greengrass – twórca „Lotu 93”, który jak ognia unika patosu i prostych klisz. Tak samo jest tutaj, pokazując przebieg wydarzeń od najdrobniejszego detalu – normalny dzień naszego bohatera, przygotowania do porwania w końcu sam przebieg do momentu wzięcia kapitana jako zakładnika oraz ostatecznego rozwiązania sytuacji. Wszystko jak w rasowym filmie dokumentalnym (kamera z ręki tylko utwierdza mnie w tym przekonaniu). Poza tym widzimy to wszystko z każdej możliwej perspektywy – od statku i porywaczy przez okręt Marynarki Wojennej i oddział komandosów, co pozwala na wszystko spojrzeć dokładniej. Greengrass pokazuje nam nie tylko jak niebezpieczne jest podróżowanie po morzach Somalii, ale jak wielka odpowiedzialność ponoszą obaj dowódcy (Phillips i Muse – dowódca piratów) za swoich ludzi. A także, że piractwo nie jest takie jak sobie to wyobrażamy, bo łupy i okup zgarnia starszyzna, która wykorzystuje biedaków do tego, by wypełniali ich polecenia. Taka jest prawda o porwaniach i piratach – jest bardziej złożona niż nam wszystkim się to wydaje, a wszystko to jest ubrany w formę inteligentnego kina rozrywkowego. Kto by pomyślał?

kapitan2

W dodatku reżyser zrezygnował z gwiazd. Aczkolwiek jest jeden wyjątek od tej reguły, a imię jego Tom Hanks. Ten aktor wznosi się tutaj na wyżyny talentu, choć gra bardzo oszczędnie i stonowanie. Phillips to doświadczony dowódca, który do (prawie) samego końca zachowuje zimną krew, wykazuje się sprytem (ukrycie załogi) i działa w zgodzie z samym sobą. Druga mocna postacią jest szef piratów, brawurowo zagrany przez debiutanta Barkhada Abdi. Facet próbuje opanować swoja ekipę, też nie jest idiotą, ale jest bardzo naiwny (wykorzystywany przez szefów, którzy zostawiają ich na pastwę losu).

Greengrass po raz kolejny potwierdza, że jest twórcą mający swój styl oraz konsekwentnie realizuje swoją wizję. Bardzo realistyczne kino.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wolverine

Logan znany też w świecie mutantów jako Wolverine po tym jak zabił swoja ukochana, ukrywa się przed światem. Tym razem zostaje zaproszony do Japonii, by pożegnać się z Yashidą, którego ocalił w Nagasaki przed wybuchem bomby atomowej. Starzec proponuje Loganowi pozbawienie go nieśmiertelności, jednak umiera tej samej nocy, a podczas pogrzebu, jego wnuczka Mariko zostaje porwana przez Yakuzę.

wolverine1

Wolverine lub jak w Polsce się go zwie Rosomak nie ma szczęścia do adaptacji. O ile w serii „X-Men” jest bardzo wyrazistym bohaterem drugoplanowym, o tyle jego solowe popisy delikatnie mówiąc rozczarowywały (patrz: „Geneza”). Niezrażeni jednak producenci postanowili spróbować jeszcze raz z postacią Rosomaka, aż nuż się uda. No nie do końca wyszło, choć James Mangold stara się z całych sił. Sama intryga jest dość zamotana, choć parę razy byłem zaskoczony (choć nie zawsze na plus – patrz: zakończenie), zaś sama Japonia robi tutaj za tło walki Wolverine’a z Yakuzą i ninja (i to przybysz okazuje się bardziej honorowy od reszty). Bardziej interesujące były sceny, gdy Logan zostaje częściowo pozbawionych swojej mocy regeneracji, przez co widzimy w nim człowieka. Sama zaś akcja jest mocna i efektowna (bijatyka w pociągu czy ostateczna konfrontacja z… ninja), jednak z powodu niskiej kategorii wiekowej, pozbawiona dużej ilości krwi (mi to bardzo przeszkadzało), ale ogląda się to całkiem nieźle. Ale były dwie dość mocne wady. Po pierwsze, retrospekcje z Jean Grey, które nic nie wnosiły do filmu i pasowały jak pięść do oka. Po drugie, sam finał, a właściwie rozwiązanie całej zabawy było tak dziwacznie, że nie wiedziałem, co zrobić. Takiego mindfucka to nie pamiętam od dawna.

wolverine2

Jednak film ma jeden mocny atut – a imię jego Hugh Jackman. Nie wyobrażam sobie, żeby ko inny mógł zagrać tą postać tak wiarygodnie jak Australijczyk. Cyniczny, krewki i pełen sarkastycznych one-linerów (rozmowa z ministrem sprawiedliwości – perła), a jednocześnie szukający własnego spokoju, honorowy heros. Wszystkie te emocje są grane jak trzeba i wierzymy mu, a kiedy zaczyna zabijać, nic i nikt go nie powstrzyma. Cała reszta obsady robi tylko za tło, ale jest to naprawdę przyzwoite tło.

James Mangold wybronił jakoś Wolverine’a przed porażką i wyszedł z tego całkiem niezły film. Daje nadzieję, że kolejne wejście naszego Rosomaka (sequel „X-Men: Pierwsza klasa”) będzie czymś smakowitym.

6/10

Radosław Ostrowski

PS. Po napisach końcowych jest scena, która wprawi was w konsternację.

Elizjum

Jest rok 2154. Planeta Ziemia jest przeludniona, mieszkają biedni ludzie, wszystko jest zanieczyszczone. Ci bardziej nadziani, zbudowali Elizjum – pełne zieleni, wielkich domostw oraz pięknych ludzi, dzięki darmowej służbie zdrowia oraz komór regeneracyjnych. Wszelkie próby wejścia na Elizjum kończą się zestrzeleniem lub w najlepszym wypadku aresztowaniem. Jednym z takich desperatów jest skazaniec Max, który pracuje dla potężnej korporacji. Jednak pewnego dnia dochodzi do wypadku, na skutek którego zostaje napromieniowany i zostaje mu 5 dni życia. Nie mając nic do stracenia, chce ruszyć na Elizjum. Przy okazji wplącze się w intrygę mającą na celu obalenie władzy na Elizjum.

elizjum1

Pamiętacie taki film „Dystrykt 9”? Debiutujący nim reżyser Neil Blomkamp odświeżył nim kino SF, tworząc bardzo pasjonujące kino. Teraz wraca, z większym budżetem, gwiazdorską obsadą i… lekko rozczarowuje. Z jednej strony jest to świetne kino akcji, gdzie kamera pędzi z ręki, montaż jest lekko chaotyczny, ale mimo to akcja wygląda imponująco. Sama wizja świata jest dość prosta, ale jednak sugestywna, dzięki pracy kamery, a także kontrast wizualny. Ziemia wygląda jak wypłowiała i zniszczona pustynia, z upadającymi budynkami oraz kompletnym brakiem zieleni, z kolei Elizjum jest sterylne, z zielenią, imponującymi budynkami i rozwiniętą technologią. To przede wszystkim film akcji, ukryty w szatki fantastyki.

elizjum2

Jednak są dwie poważne wady, które psują frajdę z oglądania. Po pierwsze, wątek moralnej rozterki bohatera między chęcią wyleczenia siebie, a pomocą dawnej dziewczynie ociera się mocno o melodramat i masę zbędnych retrospekcji. Po drugie, kontrastowość i schematyczność głównych antagonistów, aż do bólu (i nawet dobra gra Matta Damona oraz Jodie Foster nie jest w stanie tego ocalić). Wyjątkiem jest agent Kruger (świetny Sharito Copley), stworzony na granicy karykatury cyniczny twardziel.

elizjum3

Mimo tego wyszedł z tego całkiem niezły film, który dobrze się ogląda, ale nie jest w żaden sposób następcą „Dystryktu 9”. I to doprowadziło do zniechęcenia wielu osób, także i mnie. Jednak wierzę, że Blomkamp jeszcze mnie zaskoczy.

6/10

Radosław Ostrowski

Zawodowiec

Major Josseline Beaumont jest agentem francuskiego wywiadu, który dostał zadanie zabicia dyktatora jednego z afrykańskich krajów. Ale oficer na skutek zdrady zostaje schwytany i skazany. Jednak majorowi udaje się uciec i decyduje się zrealizować swoje zlecenie. Jego przełożeni próbują go powstrzymać.

zawodowiec2

Francuzi już od wielu dekad próbowali robić filmy sensacyjne, utrzymane trochę w stylu amerykańskich wzorców, zwłaszcza w latach 70-tych i 80-tych. „Zawodowiec” to jeden z bardziej znanych filmów tego nurtu. Intryga jest dość prosta i pokazująca (dość delikatnie) rozterki między moralnością a dostosowywaniem się do nowych reguł. Owszem, czasami logika dość mocno szwankuje, dźwięk bywa drażniący (zwłaszcza odgłosy bójek – za głośne przede wszystkim), zaś humor bywa miejscami dość rubaszny. Niemniej realizacja jest naprawdę sprawna, trzyma to w napięciu, tempo jest naprawdę wysokie i nie brakuje paru niezłych dialogów. A i tak w pamięci pozostaje przede wszystkim muzyka Ennio Morricone (delikatna, liryczna melodia), budująca atmosferę smutku i melancholii.

zawodowiec1

Mimo pewnych kiksów oraz lekko archaicznej formy, aktorsko prezentuje się całkiem nieźle. Jean-Paul Belmondo ma już swoje lata i niespecjalnie może wali po ryju itp., ale nadal daje radę jako zdradzony agent. Jest przebiegły, zna różne sztuczki i uwodzi kobiety, jak to on. Poza nim reszta prezentuje raczej solidny poziom, może poza Robertem Hosseinem w roli tropiącego go kapitana Rosena – antypatyczny, działający podstępem i używający głównie siły.

zawodowiec3

Nie jest to może najlepsza rzecz zrobiona nad Sekwaną, ale mimo 30 lat na karku prezentuje się naprawdę nieźle. Lekkie, pomysłowe i niegłupie kino sensacyjne.

7/10

Radosław Ostrowski