Czas zemsty

Victor pracuje dla gangstera Alphonse’a, który jest jednym z istotnych graczy w Nowym Jorku. Od pewnego czasu ktoś zabija jego ludzi, zostawiając tajemnicze wiadomości. Jego ludzie próbują go namierzyć. W tym samym czasie Victorem interesuje się sąsiadka znad przeciwka, Beatrice skrywająca pewną tajemnicą. Prosi Victora o zabicie człowieka, który po pijaku rozbił się z jej autem, powodując oszpecenie jej twarzy.

czas_zemsty1

W Hollywood jest (niemal od zawsze istniejący) trend polegający na ściąganiu zdolnych filmowców spoza Ameryki, by kręcili tam swoje filmy. Tym razem padło na pochodzącego ze Szwecji Nielsa Ardena Opleva – twórcy pierwszej części „Millennium” wg Stiega Larssona. Teraz dostał zlecenie zrobienia mrocznego filmu sensacyjnego z zemstą i miłością w tle. Klimat jest gęsty, intryga wielopiętrowa i skomplikowana (w skrócie Victor chce się zemścić za śmierć swojej rodziny, zabijając mafioza), zaś kierunek, w którym idzie fabuła nie jest taka prosta do przewidzenia. Zaczyna się mocny sceną porachunków mafijnych, by potem spowolnić tempo i skupić się na relacji między Victorem i Beatrice. Można się przyczepić do finału, który jest zrobiony w stylu Rambo (nasz heros kontra cała reszta), niemniej zrealizowane jest to więcej niż solidnie. Zdjęcia, montaż – tu nie ma się do czego przyczepić. Może i tempo jest dość ospałe, ale bardzo dobrze się to ogląda.

czas_zemsty2

Także aktorstwo jest tutaj pierwszorzędne. Colin Farrell bardzo wiarygodnie wypada jako mściciel. Bardzo precyzyjnie buduje cały plan, jest wyrachowany i tłumi wszelkie emocje. Ale ten pancerz powolutku zaczyna pękać. Dla mnie jednak ciekawsza była partnerująca mu Noomi Rapace – tajemnicza, skryta, oszpecona, też chcąca wymierzenia sprawiedliwości. Oboje tworzą bardzo intrygujący, choć dziwny duet, który jest siłą napędową tego filmu. Poza nimi wyróżniają się przyzwoity Terence Howard (Alphonse) oraz Dominic Cooper (ambitny Darcy).

czas_zemsty3

Nie jest to typowy film sensacyjny z masą wystrzelonych nabojów i jeszcze większą ilością trupów. Oplev jest stoi w opozycji i zrobił bardzo intrygujący film sensacyjny, który potrafi przykuć uwagę, mimo niezbyt szybkiego tempa.

7/10

Radosław Ostrowski

Ludzie miasta

Kevin Calhoun jest asystentem nowojorskiego burmistrza Johna Pappasa – człowieka z dużą reputacją i niemal nieskazitelną opinią. Pewnego dnia dochodzi do tragicznej sytuacji – na skutek strzelaniny zginął policjant, siostrzeniec mafioza i 6-letni chłopiec, który był przypadkową ofiarą. Poruszony tragedią Kevin próbuje na własną rękę wyjaśnić sprawę i trafia na dużą aferę.

ludzie_miasta2

Kino polityczne nie jest łatwym gatunkiem, bo wymaga od widza większego skupienia, ma wolniejsze tempo i jest pozbawione klasycznie rozumianej akcji. Pozornie film Harolda Beckera jest kolejną tego typu opowieścią, jednak potrafi on wciągnąć i zmusić do przemyśleń, choć wnioski są dość oczywiste: układy między policją, władzą, sądami i mafią są bardzo silne, oparte na znajomościach i lojalności. Doprowadzają one do czegoś, co fachowo nazywa się skażeniem i psuciem systemu. Owszem, film jest bardzo gadany (jednak dialogi są naprawdę dobre), scenariusz przykuwa uwagę jak w rasowym kryminale, co nie dziwi jeśli wśród autorów mamy m.in. Nicolasa Pileggi („Chłopcy z ferajny”) i Paula Schradera („Taksówkarz”). Drugą rzeczą istotną jest sposób realizacji – wszystko zrobione w sposób bardzo oszczędny, pozbawiony patosu i łopotu amerykańskiej flagi, co samo w sobie jest dużym plusem. Nawet finał jest zrobiony bez podniosłości i werbli.

ludzie_miasta1

No i jak to jest zagrane. Al Pacino jako burmistrz jest po prostu wyborny – to silna i charyzmatyczna osobowość (mowa na pogrzebie chłopca), która magnetyzuje i przykuwa uwagę. Także John Cusack w roli jego asystenta prezentuje się bardzo dobrze. To idealista, który jest uczciwy – przypomina trochę bohatera „Id marcowych”. Wzbudza sympatię i poznaje reguły polityki. Poza tym duetem obsada jest bardzo imponująca: od Danny’ego Aiello (powiązany z mafią Frank Anselmo), Brigdet Fondy (Marybeth Cogan – adwokat policjantów) i Martina Landau (sędzia Stern) do Davida Paymera (Abe Goodman – przyjaciel Calhourna) i Anthony’ego Francioza (Paul Zapatti – gangster).

To naprawdę dobry film, który jest zrealizowany w prosty sposób, bez żadnego kombinowania i udziwniania. Owszem, niektórych może to wynudzić, ale sprawna realizacja i świetne aktorstwo powinno wynagrodzić wszelkie słabostki.

7/10

Radosław Ostrowski

Koliber

Joseph Jones był żołnierzem brytyjskich sił specjalnych stacjonujących w Afganistanie. Teraz ukrywa się w londyńskich uliczkach jako bezdomny i towarzyszy mu Isabelle. Uciekając przed łobuzami wpada do domu i przejmuje tożsamość właściciela, który wyjechał na długo. Zdobywa pracę w chińskiej mafii, pomagając siostrze Cristinie zajmującej się bezdomnymi. Ale kiedy dowiaduje się, że Isabelle została zamordowana, chce ją pomścić.

koliber1

Dziwny film zaserwował debiutujący w roli reżysera Steven Knight (scenarzysta m.in. „Wschodnich obietnic” Davida Cronenberga), bo jak na film akcji za mało akcji, tempo jest spokojne, a dużo psychologii. Londyn nocą nie wygląda tak fajnie jak za dnia i nie chodzi mi tu o neony, ale nocą budzą się demony. Wiem, brzmi to banalnie, ale to akurat prawda – prostytucja, haracze, handel towarem, ściąganie długów. Tu sprawiedliwość wymierza się na własną rękę. Klimatu brudu dopełniają ciekawe i niepozbawione uroku zdjęcia Chrisa Mengesa, dobry montaż oraz dość intrygująca fabuła, która może nie jest specjalnie oryginalna, ale nie zanudza. Jak dla mnie to za spokojnie było (ze względu na pewnego aktora liczyłem na więcej zadymy), ale efekt jest niezły, zaś rzadko pojawiające się sceny akcji są porządnie zrobione.

Liczyłem na jatkę i kino akcji, bo zagrał tu niejaki Jason Statham, który jednoznacznie kojarzy się z byciem twardzielem. Tutaj jednak gra faceta z przeszłością, od której próbuje uciec, a by odkupić swoje winy, musi sam załatwić sprawy za pomocą pięści. I facet jest wiarygodny, nawet jeśli nikomu nie spuszcza łomotu. Drugą kluczową postacią jest siostra zakonna grana przez Agatę Buzek. Nie, to nie jest żart. Nie dość, że dobrze mówi po angielsku (choć kilka zdań jest po polsku) i całkiem nieźle poradziła sobie z rolą dość skomplikowanej kobiety.

koliber2

„Koliber” to od czasu „Revolvera” Guya Ritchiego najbardziej nietypowy film w dorobku Jasona Stathama. Jak na film akcji, za dużo gadania i spokoju, a jak na dramat trochę dużo akcji. Efekt wyszedł przyzwoity, a i parę razy potrafi zaskoczyć.

6/10

Radosław Ostrowski

Sęp

W ciągu sześciu lat zniknęło lub uciekło kilkudziesięciu kryminalistów, zaś śledztwa w ich sprawie utknęły w martwym punkcie. Kiedy jednak zostaje odbity z więziennego konwoju po procesie Radosław Raczek „Djuna”, generał policji prosi o pomoc w rozwiązaniu sprawy inspektora Bożka i komisarza Aleksandra Wolina „Sępa”.

sep1

Mówi się, że w Polsce nie da rady zrobić filmu akcji na poziomie amerykańskim. A jednak, zadania tego podjął się Eugeniusz Korin – reżyser teatralny, który debiutuje na dużym ekranie. Sama intryga jest naprawdę pomysłowo i nieszablonowo opowiedziana – reżyser myli tropy, kluczy, parę razy potrafi zaskoczyć, zaś finał pozytywnie zaskakuje (jednak moralne rozterki bohatera zbyt łatwo zostają rozwiązane). Choć film trwa około dwóch godzin, nie ma tu miejsca na nudę. Owszem, dialogi nadal bywają niesłyszalne, sceny pod tablicą (Sęp rozwiązujący matematycznie zagadkę) wydają się zbędne, ale za to jest świetnie zrealizowane (zdjęcia i montaż zasługują na uznanie), czuć tutaj inspiracje Davidem Fincherem i Christopherem Nolanem (montaż równoległy). Dawno nie było filmu, który by tak wyglądał na naszym podwórku.

sep2

A skoro porównuje się do Hollywood, to i obsada musi być gwiazdorska. No i jest – pytanie, czy poza tym idzie coś więcej? O dziwo tak, choć nie jest idealnie. Naprawdę dobrze wypadł Michał Żebrowski w roli wnikliwego śledczego, który jak naukowiec łączy fakty w całość, a i przyłoić też potrafi. Partnerujący mu Daniel Olbrychski w roli inspektora Bożka wypada bardzo przekonująco i ma ten błysk w oku. Z drugiego planu zdecydowanie należy wyróżnić Piotra Fronczewskiego (generał Krasucki), Andrzeja Seweryna (profesor Reaktorski) i Mirosława Bakę (Rajski, dowódca oddziału odbijającego więźniów). Ale żeby nie było zbyt dobrze, są dwie poważne rysy: irytujący Paweł Małaszyński (komisarz Robaczewski) – na szczęście nie pojawia się zbyt długo i Anna Przybylska (Natasza McCormack), która średnio pasuje na instruktorkę kickboxingu.

sep3

Korin swoim debiutem udowodnił, że i u nas da się zrobić dynamiczny i nieszablonowy kryminał. Choć może nie wszystko jest dopracowane, to jednak potrafi zrobić mocne wrażenie.

7/10

Radosław Ostrowski

Olimp w ogniu

Mike Banning był agentem Secret Service, dbającym o bezpieczeństwo prezydenta USA. Jednak na skutek wypadku, podczas którego zginęła Pierwsza Dama, zostaje przeniesiony do Departamentu Skarbu. Ale kiedy koreańscy terroryści zaatakowali Biały Dom i wzięli prezydenta jako zakładnika, tylko Banning jest w stanie ich powstrzymać.

olimp1

Jeśli nadal jesteście przekonani, że akcja najnowszego filmu Antoine’a Fuquy toczy się w Grecji, przestaję wierzyć w waszą inteligencję. Natomiast, jeśli po opisie nasuwają wam się skojarzenia ze „Szklaną pułapką”, to jesteście bliżej. Jest to rasowy film akcji w lekko oldskulowym stylu, z masą krwi, flaków, wybuchów i ogólnie pojętej rozpierduchy, lekko podrasowanej sucharami. Może i logika czasami wydaje się niezrozumiała i nie brakuje dziwnych sytuacji (łatwość w opanowaniu Białego Domu), zaś całość jest mocno przewidywalna, ale akcja idzie na złamanie karku, trzyma w napięciu i jest to porządnie zrealizowane. Oczywiście, pojawia się amerykańska flaga (tym razem podziurawiona kulami), pojawia się patos, ale nie przeszkadza to w odbiorze, zaś Biały Dom w stanie kompletnej demolki, robi naprawdę wrażenie.

olimp2

W przypadku filmów akcji, gra aktorska nie jest priorytetem, jednak tutaj prezentuje się ona naprawdę przyzwoicie. Gerard Butler jako twardziel, który do ostatniej kropli krwi będzie bronił nawet najbardziej beznadziejnej sprawy jest po prostu idealny. Może nie jest taki zabawny jak John McClane, ale metod eksterminacji nie powstydziłby się nawet Bryan Mills z „Uprowadzonej”. Pozostali raczej robią tu za tło. Aaron Eckhart (prezydent USA) albo jest przywiązany i bity albo mówi podniosłe teksty, Morgan Freeman (p.o. prezydenta John Trumbull) jest rozważnym i mądrym przywódcą, czyli jest… Morganem Freeman, Angela Bassett (szefowa Secret Service) jest ograniczona do kilku zdań, zaś Rick Yune (Kang) jako główny zły wypada naprawdę dobrze.

olimp3

Jednak i w Hollywood można zrobić dobry film akcji. Może nie jest on idealny, ale dobrze się sprawdza, a takiej ilości krwi i trupów nie było od czasów „Niezniszczalnych”.

7/10

Radosław Ostrowski

Dobry agent

Edward Wilson pozornie wygląda na zwykłego faceta w kapeluszu, garniturze i w okularach. Ale tak naprawdę jest agentem CIA i to na wysokim szczeblu. Poznajemy przebieg jego kariery od 1939 roku (członkostwo w bractwie i współpraca z wywiadem) aż do 1961 roku i nieudanej interwencji na Kubie oraz próbnie znalezienia kreta.

agent1

O tym człowieku opowiada film Roberta De Niro „Dobry agent”. Niewiele się w nim dzieje, jest strasznie długi (ponad dwie i pół godziny), a jednak okazuje się kawałkiem dobrego kina, choć bliżej mu do powieści Johna le Carre niż przygód agenta 007. Tutaj szpiedzy to przede wszystkim urzędnicy siedzący za biurkiem, analizujący dokumenty i praktycznie nie korzystający z broni, zaś ich akcja w terenie polega na rozmowach i zbieraniu informacji. Praca ta wymaga też całkowitego poświęcenia i braku zaufania wobec innych, bo każdy jest potencjalnym zdrajcą. Tu trzeba ciągle mieć się na baczności, bo każdy błąd może być wykorzystany przeciwko nam. Prawie jak w mafii – obowiązują pewne reguły (ścisła tajemnica), których łamanie może doprowadzić do poważnych konsekwencji. A wszystko to w imię dbania o bezpieczeństwo kraju. Jednocześnie poznajemy pokrótce historię powszechną XX wieku (II wojna światowa, zimna wojna, kryzys kubański), co jednak wymaga pewnej znajomości realiów, inaczej można się w tym pogubić.

agent2

Drugim dość mocnym wabikiem jest gwiazdorska obsada. Na drugim planie mamy tak uznanych aktorów jak William Hurt (Phillip Allen, późniejszy szef CIA), Michael Gambon (dr Fredericks), Billy’ego Crudupa (Arch Cummings), Alec Baldwin (Sam Murach, agent FBI) czy John Turturro (Ray Brocco, prawa ręka Wilsona). W epizodzie pojawia się też sam reżyser (generał Bill Sullivan) i Joe Pesci (gangster Joseph Palmi). Jednak największy ciężar na swoje barki wziął Matt Damon i dał radę, a jego Wilson mocno przykuwa uwagę. Jest bardzo oszczędny, opanowany i małomówny, jednak jego życie prywatne to porażka. Taka jest cena pracy w wywiadzie.

agent3

Dla wielu „Dobry agent” może być nudnym, ale jednak realistycznym portretem świata szpiegowskiego. Może i mało się dzieje, akcji praktycznie nie ma, a bardziej dynamiczne jest klejenie znaczków na kopertę, jednak pozostaje on dobrym filmem.

7/10

Radosław Ostrowski

Gangi Nowego Jorku

Nowy Jork 1846 r. W dzielnicy Five Points dochodzi do starcia gangów: irlandzkiego pod wodzą Księdza Vallona i amerykańskiego Williama „Billa Rzeźnika” Cuttinga. Podczas walki ginie szef Irlandczyków, zaś jego syn, który był świadkiem zbrodni, ucieka. Mija 16 lat, chłopak pod imieniem Amsterdam wraca do Nowego Jorku i zbliża się coraz bardziej do Cuttinga, by się na nim zemścić.

gangi1

Martin Scorsese znów o gangach, ale tym razem w XIX-wiecznym Nowym Jorku w czasach wojny secesyjnej aż do 1865 r., gdy wojsko przejęło władzę. Pierwsza rzecz, która imponuje to imponująca scenografia, która bardzo wiernie odtwarza Nowy Jork (ze wskazaniem na Five Points) oraz kostiumy budujące atmosferę epoki. Sposób realizacji już pokazuje, że mamy do czynienia z epicką produkcją (pierwsza bitwa zrealizowana niemal jak w „Gladiatorze”), z bardzo ciekawą otoczką pokazującą dokładnie życie mieszkańców oraz korupcję miejscowych władz, które wspierają gangi kontrolujące miasto (bo policja i straż pożarna jest przekupna). Ale problemem jest dla mnie scenariusz, bo sama historia niespecjalnie należy do porywających i jest bardzo schematyczna. Choć znów mamy do czynienia z typowymi tematami reżysera: religia, honor, gangi oraz bardzo naturalistyczną przemoc. Czegoś tutaj zabrakło, zaś wątek miłosny między Amsterdamem i złodziejką Jenny wydawał mi się zbędny.

gangi2

Zaś samo aktorstwo jest na dobrym poziomie, ale jest kilka naprawdę wyróżniających się ról. Taką z pewnością była postać Williama Cuttinga w brawurowej interpretacji Daniela Day-Lewisa. Jest to silna i charyzmatyczna osobowość z wyraźnymi poglądami nacjonalistycznymi. Potrafi być elegancki, by nagle eksplodować i uderzyć z brutalną siłą. Ten aktor znów zdominował cały film, a reszta obsady robiła tylko za tło. Całkiem przyzwoicie wypadł Leonardo DiCaprio w roli młodego mściciela Amsterdama, który jest rozdarty między swoją przeszłością, a lojalnością wobec Cuttinga. To samo można powiedzieć o Cameron Diaz (Jenny). Zaś drugi plan jest przesycony znanymi aktorami takimi jak Liam Neeson („Ksiądz”), John C. Reilly („Wesoły” Jack) czy Stephen Graham (Shang), ale najbardziej z niego wybija się Jim Broadbent (William Tweed – skorumpowany polityk) oraz Brendan Gleeson („Mnich”).

gangi3

Ten film wielu wprawił w konsternację – nie wszystkie wątki były dopięte, parę wydało się zbędnych, zaś ciekawa otoczka i tło to trochę za mało, by mówić o dobrym filmie. 

6,5/10

Radosław Ostrowski

Kolor pieniędzy

Szybki Eddie Felson był jednym z najlepszych bilardzistów, ale to było ponad 20 lat temu. Teraz sprzedaje alkohol, choć trochę kręci się po klubach bilardowych. I właśnie w jednym takim zauważa młodego, zdolnego chłopaka Vincenta z dziewczyną Carmen. Zaczyna go uczyć jak wygrywać dużą forsę, by dojść do wielkiego turnieju w Atlantic City.

kolor1

Dawno, dawno temu był taki film „Bilardzista” z Paulem Newmanem w roli młodego chłopaka, który miał nieprzeciętny talent do gry. Dalszy ciąg jego historii opowiedział Martin Scorsese w „Kolorze pieniędzy”. I znów idziemy do klubów, gdzie są stoły bilardowe, dymy z papierosów i wiele alkoholu. A jednocześnie pokazuje niby wyświechtaną relację uczeń-mistrz, podczas której uczeń przeskoczy mistrza oraz o wielkim powrocie do gry starego gracza. Całość ogląda się znakomicie, dzięki precyzyjnej realizacji (choćby czołówka z kapeluszem i dymem papierosowym czy świetnie zmontowane ujęcia rozgrywek bilardowych), świetnie dobranym piosenkom oraz dość zaskakującemu finałowi. Widać tu rękę Scorsese, który bardzo dokładnie buduje historię oraz postacie.

kolor2

A propos postaci, tutaj znów mamy galerię ciekawych postaci, granych przez świetnych aktorów. Eddie znowu zagrał Paul Newman (rok wcześniej dostał Oscara za całokształt), który znów pokazał wielką formę. Pozornie to jeden z wielu mentorów jakich na ekranie było wielu – trochę cyniczny, zgorzkniały, ale zawsze pewny siebie i powracający do gry w wielkim stylu. Nie wiem, jak to możliwe, ale nigdy nie widziałem filmu, w którym ten aktor wypadł słabo czy niewyraźnie i tutaj znów to potwierdził. Drugim mocnym punktem jest Tom Cruise, który nadal ma wkurzający śnieżnobiały uśmiech, ale bardzo przekonująco wcielił się w młodego, nieobytego gracza-cwaniaka. Powoli, ale stopniowo uczy się metod Falsona i w końcu go ogrywa. Trzecią do tej pary jest Mary Elizabeth Mastrontonio w roli bardzo pięknej Carmen, która tworzy zgrabną parę z Cruisem. Poza nimi jeszcze przewijają się na ekranie John Turturro (Julian) i Forest Whitaker (Amos – bilardzista, który ograł Felsona).

kolor3

Kolejny mniej znany, ale znakomity film w dorobku Martina Scorsese. Nie tylko dla fanów bilarda.

8/10

Radosław Ostrowski

Ulice nędzy

Dzięki temu filmowi Martin Scorsese wypłynął na szerokie wody i przyniósł mu rozgłos wręcz międzynarodowy. W zasadzie jest to historia dwóch osób. Charlie to młody chłopak, który pracuje dla mafii, chce mieć własną restaurację, ale ciągle sprawia mu problemy kuzyn, Johnny Boy. Rozwiązywanie jego problemów staje się już coraz bardziej meczące, a na domiar złego Charlie spotyka się z Żydówką Theresą, co dla jego reputacji nie jest zbyt dobre.

nedza1

Jak wspomniałem, to pierwszy poważny film Martina S., który jest tutaj bardziej portrecistą Nowego Jorku, zaś sama fabuła służy mu jako pretekst do tego. A jest to miasto pełne knajp, spelun, drobnych cwaniaczków i różnych interesów, gdzie swoje grzechy odpokutuje się na ulicy, a forsa decyduje o wszystkim. Już tutaj pojawiają się obsesje charakterystyczne dla tego reżysera: gangi, wiara katolicka, honor, grzech. Zrealizowane to w konwencji wręcz paradokumentalnej, ale sama technika filmowania lekko się zestarzała i nie robi już takiego wrażenia jak wtedy. Są dłużyzny, pewne wątki lekko liźnięto (restauracja Oscara) i miałem poczucie chaosu, choć portret Nowego Jorku jest dość interesujący.

nedza2

Może i sama realizacja jest trochę archaiczna, ale aktorstwo nie zestarzało się za nic. Naszym przewodnikiem po Little Italy jest Charlie grany przez Harveya Keitela. To dobroduszny, prosty chłopak znający reguły i dotrzymujący słowa. Jednak nawet i on blednie, gdy na ekranie pojawia się genialny Robert De Niro wcielający się w Johnny Boya – prymitywa, który jest nieobliczalny, nieodpowiedzialny i nikogo nie szanuje. Te dwie postacie bardzo przyciągają uwagę od reszty, która też trzyma poziom.

Nie będę was oszukiwał, „Ulice nędzy” mają swoje lata i to niestety widać. Niemniej jest to jednak udany film, który może dostarczyć paru ciekawych obserwacji.

7/10

Radosław Ostrowski

Gangster Squad. Pogromcy mafii

Los Angeles, rok 1949. Niby miasto ma swoje władze, ale tak naprawdę rządzi nim bezwzględny gangster Mickey Cohen, który zbudował swoje wielkie imperium. Policję to on ma w kieszeni i dlatego wszyscy mogą mu skoczyć. Jednak naczelnik Parker powołuje specjalny oddział policji, którego zadaniem jest schwytanie i aresztowanie Cohena. Jej dowódcą jest John O’Mara – twardy i bezkompromisowy gliniarz.

gangster_squad1

Jeśli czytając ten opis nasuwają się wam skojarzenia z „Nietykalnymi” Briana De Palmy, to… macie racje. Takie też było moje pierwsze skojarzenie na temat filmu Rubena Fleischera, twórcy „Zombieland”. Ambicje były wysokie, a celem było zapewnienie rozrywki i połączenie starego (tematu) z nowym (technika). Efekt jest jednak rozczarowujący. Bohaterowie są bardzo jednowymiarowi i płascy – albo to przesadnie dobrzy kolesie albo są źli do szpiku kości i balansując na granicy groteski, sama historia przewidywalna i mało angażująca, choć twórcy postarali się jak mogli, by odtworzyć realia lat 40., które znamy z filmów noir. Jakby było tego mało, całość jest kręcona kamerami cyfrowymi, co już mi przeszkadzało we „Wrogach publicznych” Michaela Manna. Strasznie to kłuje, zwłaszcza w scenach akcji (w dodatku ostatnia konfrontacja jeszcze w slow-motion – litości). Owszem, scenografia i kostiumy robią wrażenie, ale to trochę przy mało.

gangster_squad2

Aktorzy też próbują coś wycisnąć z postaci, ale to było z góry skazane na przegraną. Najgorzej wypada Sean Penn w roli Cohena. O ile jeszcze charakteryzacja jest, powiedzmy, znośna, o tyle barwa głosu i sposób gry pozostawia wiele do życzenia. Trudno traktować go na poważnie, bo jest do bólu zły i przerysowany. Nieco lepiej wypada będący głównym antagonista Josh Brolin, ale jego bohater (O’Mara) jest z kolei zbyt bohaterski i prawy do bólu. O pozostałych aktorach (m.in. Ryan Gosling, Anthony Mackie, Giovanni Ribisi czy Robert Patrick) można powiedzieć, że po prostu byli po ekranie, ale jakoś niespecjalnie zapadli w pamięć. Trochę szkoda, bo potencjał był wręcz ogromny.

gangster_squad3

Cóż mogę powiedzieć dobrego na temat „Pogromców mafii”? Oczekiwania miałem spore, ale efekt jest mocno rozczarowujący. Jeśli liczycie na kino gangsterskie w stylu retro, lepiej po raz kolejny zobaczyć „Ojca chrzestnego” czy wspomnianych „Nietykalnych”.

5/10

Radosław Ostrowski