Dobry agent

Edward Wilson pozornie wygląda na zwykłego faceta w kapeluszu, garniturze i w okularach. Ale tak naprawdę jest agentem CIA i to na wysokim szczeblu. Poznajemy przebieg jego kariery od 1939 roku (członkostwo w bractwie i współpraca z wywiadem) aż do 1961 roku i nieudanej interwencji na Kubie oraz próbnie znalezienia kreta.

agent1

O tym człowieku opowiada film Roberta De Niro „Dobry agent”. Niewiele się w nim dzieje, jest strasznie długi (ponad dwie i pół godziny), a jednak okazuje się kawałkiem dobrego kina, choć bliżej mu do powieści Johna le Carre niż przygód agenta 007. Tutaj szpiedzy to przede wszystkim urzędnicy siedzący za biurkiem, analizujący dokumenty i praktycznie nie korzystający z broni, zaś ich akcja w terenie polega na rozmowach i zbieraniu informacji. Praca ta wymaga też całkowitego poświęcenia i braku zaufania wobec innych, bo każdy jest potencjalnym zdrajcą. Tu trzeba ciągle mieć się na baczności, bo każdy błąd może być wykorzystany przeciwko nam. Prawie jak w mafii – obowiązują pewne reguły (ścisła tajemnica), których łamanie może doprowadzić do poważnych konsekwencji. A wszystko to w imię dbania o bezpieczeństwo kraju. Jednocześnie poznajemy pokrótce historię powszechną XX wieku (II wojna światowa, zimna wojna, kryzys kubański), co jednak wymaga pewnej znajomości realiów, inaczej można się w tym pogubić.

agent2

Drugim dość mocnym wabikiem jest gwiazdorska obsada. Na drugim planie mamy tak uznanych aktorów jak William Hurt (Phillip Allen, późniejszy szef CIA), Michael Gambon (dr Fredericks), Billy’ego Crudupa (Arch Cummings), Alec Baldwin (Sam Murach, agent FBI) czy John Turturro (Ray Brocco, prawa ręka Wilsona). W epizodzie pojawia się też sam reżyser (generał Bill Sullivan) i Joe Pesci (gangster Joseph Palmi). Jednak największy ciężar na swoje barki wziął Matt Damon i dał radę, a jego Wilson mocno przykuwa uwagę. Jest bardzo oszczędny, opanowany i małomówny, jednak jego życie prywatne to porażka. Taka jest cena pracy w wywiadzie.

agent3

Dla wielu „Dobry agent” może być nudnym, ale jednak realistycznym portretem świata szpiegowskiego. Może i mało się dzieje, akcji praktycznie nie ma, a bardziej dynamiczne jest klejenie znaczków na kopertę, jednak pozostaje on dobrym filmem.

7/10

Radosław Ostrowski

Gangi Nowego Jorku

Nowy Jork 1846 r. W dzielnicy Five Points dochodzi do starcia gangów: irlandzkiego pod wodzą Księdza Vallona i amerykańskiego Williama „Billa Rzeźnika” Cuttinga. Podczas walki ginie szef Irlandczyków, zaś jego syn, który był świadkiem zbrodni, ucieka. Mija 16 lat, chłopak pod imieniem Amsterdam wraca do Nowego Jorku i zbliża się coraz bardziej do Cuttinga, by się na nim zemścić.

gangi1

Martin Scorsese znów o gangach, ale tym razem w XIX-wiecznym Nowym Jorku w czasach wojny secesyjnej aż do 1865 r., gdy wojsko przejęło władzę. Pierwsza rzecz, która imponuje to imponująca scenografia, która bardzo wiernie odtwarza Nowy Jork (ze wskazaniem na Five Points) oraz kostiumy budujące atmosferę epoki. Sposób realizacji już pokazuje, że mamy do czynienia z epicką produkcją (pierwsza bitwa zrealizowana niemal jak w „Gladiatorze”), z bardzo ciekawą otoczką pokazującą dokładnie życie mieszkańców oraz korupcję miejscowych władz, które wspierają gangi kontrolujące miasto (bo policja i straż pożarna jest przekupna). Ale problemem jest dla mnie scenariusz, bo sama historia niespecjalnie należy do porywających i jest bardzo schematyczna. Choć znów mamy do czynienia z typowymi tematami reżysera: religia, honor, gangi oraz bardzo naturalistyczną przemoc. Czegoś tutaj zabrakło, zaś wątek miłosny między Amsterdamem i złodziejką Jenny wydawał mi się zbędny.

gangi2

Zaś samo aktorstwo jest na dobrym poziomie, ale jest kilka naprawdę wyróżniających się ról. Taką z pewnością była postać Williama Cuttinga w brawurowej interpretacji Daniela Day-Lewisa. Jest to silna i charyzmatyczna osobowość z wyraźnymi poglądami nacjonalistycznymi. Potrafi być elegancki, by nagle eksplodować i uderzyć z brutalną siłą. Ten aktor znów zdominował cały film, a reszta obsady robiła tylko za tło. Całkiem przyzwoicie wypadł Leonardo DiCaprio w roli młodego mściciela Amsterdama, który jest rozdarty między swoją przeszłością, a lojalnością wobec Cuttinga. To samo można powiedzieć o Cameron Diaz (Jenny). Zaś drugi plan jest przesycony znanymi aktorami takimi jak Liam Neeson („Ksiądz”), John C. Reilly („Wesoły” Jack) czy Stephen Graham (Shang), ale najbardziej z niego wybija się Jim Broadbent (William Tweed – skorumpowany polityk) oraz Brendan Gleeson („Mnich”).

gangi3

Ten film wielu wprawił w konsternację – nie wszystkie wątki były dopięte, parę wydało się zbędnych, zaś ciekawa otoczka i tło to trochę za mało, by mówić o dobrym filmie. 

6,5/10

Radosław Ostrowski

Kolor pieniędzy

Szybki Eddie Felson był jednym z najlepszych bilardzistów, ale to było ponad 20 lat temu. Teraz sprzedaje alkohol, choć trochę kręci się po klubach bilardowych. I właśnie w jednym takim zauważa młodego, zdolnego chłopaka Vincenta z dziewczyną Carmen. Zaczyna go uczyć jak wygrywać dużą forsę, by dojść do wielkiego turnieju w Atlantic City.

kolor1

Dawno, dawno temu był taki film „Bilardzista” z Paulem Newmanem w roli młodego chłopaka, który miał nieprzeciętny talent do gry. Dalszy ciąg jego historii opowiedział Martin Scorsese w „Kolorze pieniędzy”. I znów idziemy do klubów, gdzie są stoły bilardowe, dymy z papierosów i wiele alkoholu. A jednocześnie pokazuje niby wyświechtaną relację uczeń-mistrz, podczas której uczeń przeskoczy mistrza oraz o wielkim powrocie do gry starego gracza. Całość ogląda się znakomicie, dzięki precyzyjnej realizacji (choćby czołówka z kapeluszem i dymem papierosowym czy świetnie zmontowane ujęcia rozgrywek bilardowych), świetnie dobranym piosenkom oraz dość zaskakującemu finałowi. Widać tu rękę Scorsese, który bardzo dokładnie buduje historię oraz postacie.

kolor2

A propos postaci, tutaj znów mamy galerię ciekawych postaci, granych przez świetnych aktorów. Eddie znowu zagrał Paul Newman (rok wcześniej dostał Oscara za całokształt), który znów pokazał wielką formę. Pozornie to jeden z wielu mentorów jakich na ekranie było wielu – trochę cyniczny, zgorzkniały, ale zawsze pewny siebie i powracający do gry w wielkim stylu. Nie wiem, jak to możliwe, ale nigdy nie widziałem filmu, w którym ten aktor wypadł słabo czy niewyraźnie i tutaj znów to potwierdził. Drugim mocnym punktem jest Tom Cruise, który nadal ma wkurzający śnieżnobiały uśmiech, ale bardzo przekonująco wcielił się w młodego, nieobytego gracza-cwaniaka. Powoli, ale stopniowo uczy się metod Falsona i w końcu go ogrywa. Trzecią do tej pary jest Mary Elizabeth Mastrontonio w roli bardzo pięknej Carmen, która tworzy zgrabną parę z Cruisem. Poza nimi jeszcze przewijają się na ekranie John Turturro (Julian) i Forest Whitaker (Amos – bilardzista, który ograł Felsona).

kolor3

Kolejny mniej znany, ale znakomity film w dorobku Martina Scorsese. Nie tylko dla fanów bilarda.

8/10

Radosław Ostrowski

Ulice nędzy

Dzięki temu filmowi Martin Scorsese wypłynął na szerokie wody i przyniósł mu rozgłos wręcz międzynarodowy. W zasadzie jest to historia dwóch osób. Charlie to młody chłopak, który pracuje dla mafii, chce mieć własną restaurację, ale ciągle sprawia mu problemy kuzyn, Johnny Boy. Rozwiązywanie jego problemów staje się już coraz bardziej meczące, a na domiar złego Charlie spotyka się z Żydówką Theresą, co dla jego reputacji nie jest zbyt dobre.

nedza1

Jak wspomniałem, to pierwszy poważny film Martina S., który jest tutaj bardziej portrecistą Nowego Jorku, zaś sama fabuła służy mu jako pretekst do tego. A jest to miasto pełne knajp, spelun, drobnych cwaniaczków i różnych interesów, gdzie swoje grzechy odpokutuje się na ulicy, a forsa decyduje o wszystkim. Już tutaj pojawiają się obsesje charakterystyczne dla tego reżysera: gangi, wiara katolicka, honor, grzech. Zrealizowane to w konwencji wręcz paradokumentalnej, ale sama technika filmowania lekko się zestarzała i nie robi już takiego wrażenia jak wtedy. Są dłużyzny, pewne wątki lekko liźnięto (restauracja Oscara) i miałem poczucie chaosu, choć portret Nowego Jorku jest dość interesujący.

nedza2

Może i sama realizacja jest trochę archaiczna, ale aktorstwo nie zestarzało się za nic. Naszym przewodnikiem po Little Italy jest Charlie grany przez Harveya Keitela. To dobroduszny, prosty chłopak znający reguły i dotrzymujący słowa. Jednak nawet i on blednie, gdy na ekranie pojawia się genialny Robert De Niro wcielający się w Johnny Boya – prymitywa, który jest nieobliczalny, nieodpowiedzialny i nikogo nie szanuje. Te dwie postacie bardzo przyciągają uwagę od reszty, która też trzyma poziom.

Nie będę was oszukiwał, „Ulice nędzy” mają swoje lata i to niestety widać. Niemniej jest to jednak udany film, który może dostarczyć paru ciekawych obserwacji.

7/10

Radosław Ostrowski

Gangster Squad. Pogromcy mafii

Los Angeles, rok 1949. Niby miasto ma swoje władze, ale tak naprawdę rządzi nim bezwzględny gangster Mickey Cohen, który zbudował swoje wielkie imperium. Policję to on ma w kieszeni i dlatego wszyscy mogą mu skoczyć. Jednak naczelnik Parker powołuje specjalny oddział policji, którego zadaniem jest schwytanie i aresztowanie Cohena. Jej dowódcą jest John O’Mara – twardy i bezkompromisowy gliniarz.

gangster_squad1

Jeśli czytając ten opis nasuwają się wam skojarzenia z „Nietykalnymi” Briana De Palmy, to… macie racje. Takie też było moje pierwsze skojarzenie na temat filmu Rubena Fleischera, twórcy „Zombieland”. Ambicje były wysokie, a celem było zapewnienie rozrywki i połączenie starego (tematu) z nowym (technika). Efekt jest jednak rozczarowujący. Bohaterowie są bardzo jednowymiarowi i płascy – albo to przesadnie dobrzy kolesie albo są źli do szpiku kości i balansując na granicy groteski, sama historia przewidywalna i mało angażująca, choć twórcy postarali się jak mogli, by odtworzyć realia lat 40., które znamy z filmów noir. Jakby było tego mało, całość jest kręcona kamerami cyfrowymi, co już mi przeszkadzało we „Wrogach publicznych” Michaela Manna. Strasznie to kłuje, zwłaszcza w scenach akcji (w dodatku ostatnia konfrontacja jeszcze w slow-motion – litości). Owszem, scenografia i kostiumy robią wrażenie, ale to trochę przy mało.

gangster_squad2

Aktorzy też próbują coś wycisnąć z postaci, ale to było z góry skazane na przegraną. Najgorzej wypada Sean Penn w roli Cohena. O ile jeszcze charakteryzacja jest, powiedzmy, znośna, o tyle barwa głosu i sposób gry pozostawia wiele do życzenia. Trudno traktować go na poważnie, bo jest do bólu zły i przerysowany. Nieco lepiej wypada będący głównym antagonista Josh Brolin, ale jego bohater (O’Mara) jest z kolei zbyt bohaterski i prawy do bólu. O pozostałych aktorach (m.in. Ryan Gosling, Anthony Mackie, Giovanni Ribisi czy Robert Patrick) można powiedzieć, że po prostu byli po ekranie, ale jakoś niespecjalnie zapadli w pamięć. Trochę szkoda, bo potencjał był wręcz ogromny.

gangster_squad3

Cóż mogę powiedzieć dobrego na temat „Pogromców mafii”? Oczekiwania miałem spore, ale efekt jest mocno rozczarowujący. Jeśli liczycie na kino gangsterskie w stylu retro, lepiej po raz kolejny zobaczyć „Ojca chrzestnego” czy wspomnianych „Nietykalnych”.

5/10

Radosław Ostrowski

Czterej bracia

Detroit. W pobliskim sklepie dzień przed Świętem Dziękczynienie zostaje zabity kasjer i starsza pani, będąca świadkiem zbrodni. Z tego powodu do miasta, przybywają czterej przyrodni bracia, którzy byli przez nią wychowywani – Bobby, Jack, Jeremiah i Angel. Panowie próbują na własną rękę znaleźć sprawców i się zemścić.

Pozornie nie jest to zaskakujący czy oryginalny film, bo zemsta była wielokrotnie wałkowana przez filmowców na całym świecie. John Singleton chyba jest tego świadomy i znany schemat skleja z paru elementów, stara się mieszać tropy, pogmatwać sprawę tak długo jak się to da, stawiając jednocześnie na styl. W tym filmie nie brakuje krwi i przemocy, ale ona nie jest najważniejsza ani widowiskowa, a wiele rzeczy jest rozstrzyganych poza kamerą. Udaje się utrzymać dobre tempo, konfrontacja jest pomysłowa, dialogi całkiem niezłe i mimo braku niespodzianek, dobrze się to ogląda. Zaś osadzenie całości w zimowym Detroit tworzy ciekawy klimat, budowany też dzięki mocno osadzonej w latach 70. muzyce Davida Arnolda.

bracia_4.1

Poza dość zgrabnie budowaną intrygą mamy też całkiem niezłe aktorstwo. Z całej czwórki braci najlepiej wypadają dwaj: Mark Wahlberg (Bobby – najbardziej doświadczony, będący nieformalnym szefem) oraz znany wówczas z duetu Outkast Andre Benjamin (stateczny i spokojny Jeremiah). Poza nimi należy wyróżnić grającego głównego złego Chiwetela Ejiofora (Victor Sweet) oraz Terrence’a Howarda (porucznik Green).

bracia_4.2

„Czterej bracia” to kawał porządnego kina sensacyjnego na dobrym poziomie. Tylko tyle i aż tyle, ale absolutnie warto.

7/10

Radosław Ostrowski

Rust and Bone

Ali jest młodym facetem, który ma syna i nie może nigdzie zagrzać miejsca na dłużej, jest na bakier z prawem i bez jakiś planów na siebie. Trafia w końcu do swojej siostry, u której zamieszkuje. W końcu pracuje jako bramkarz przed klubem. Tam ratuje niejaką Stephanie – treserkę ork. Następnego dnia podczas występu, kobieta traci obie nogi. I losy tych dwojga ludzi znów się stykają ze sobą.

rdza2

Francuzi w ostatnim czasie staja się coraz bardziej obecni w naszych kinach i to na wszelkich polach gatunkowych. Tym razem mamy do czynienia z obyczajowym kinem zrealizowanym przez Jacquesa Audiarda, który wnikliwie obserwuje rzeczywistość i paroma scenami potrafi opowiedzieć więcej niż wielu reżyserów całym filmem. Z jednej strony mamy dość nietypowe love story między dwojgiem ludzi, którzy próbują się odnaleźć po swoich nieprzyjemnych wydarzeniach, z drugiej nie brakuje wątku kryminalnego (nielegalne walki i podglądanie) i żaden z nich nie jest dominujący. Najważniejsi są dla niego bohaterowie, który trudno jednoznacznie określić, a los przypadkowo ich łączy ze sobą. Nie ma tu prostych rozwiązań, melodramatycznych chwytów czy pójścia na łatwiznę. Jest brudno, ciężko i bez słodzenia, a jednocześnie świetnie zmontowane (sceny walk) i bardzo subtelnie opowiedziane (może z wyjątkiem lekko przesłodzonego i dramatycznego finału), a jednocześnie bardzo emocjonalnie i angażuje.

rdza1

A swoją cegiełkę dodali grający główne role świetni Matthias Schoenaerts i Marion Cotillard. Pozornie wiemy kim tak naprawdę są. On osiłek, trochę prymitywny i nie bardzo radzący sobie z wyrażaniem emocji, ona po tragedii przybita i chłodna, ale tak naprawdę te postacie wymykają się szufladkom. Są jednocześnie silni i słabi. Pogodni, wrażliwi jak i bardzo chłodni – dobrzy i źli jednocześnie, jak każdy z nas, a jednocześnie bardzo wiarygodni.

Kolejny przykład ciekawego kina znad Sekwany, które nie jest w żaden sposób oczywiste, potrafi zaangażować i skupić uwagę na sobie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Likwidator

W miasteczku Sommerton na granicy z Meksykiem panuje spokój i porządek, więc szeryf Lee Owens nie ma zbyt wiele do roboty. Ale ten stan powoli się zmienia, bo tam zbliża się zbieg – baron narkotykowy Cortez, który wymknął się z konwoju federalnego. Doświadczony szeryf z garstką pomocników próbuje się temu przeciwstawić.

likwidator1

Jak już kiedyś wspominałem, jest w kinie obecny trend na oldskulowe kino akcji z legendami tego gatunku. Najpierw Sylwek Stalowy razem z gliniarzem próbował ustalić kto go wystawił w „Kuli w łeb”, a tutaj Arnold Żelazny (zwany też Szwarcem) staje do nierównej walki z armią zakapiorów pomagającej Cortezowi uciec na granicę z Meksykiem. Akcja jest spokojnie prowadzona aż do wielkiej kulminacji, które wygląda naprawdę widowiskowo, kule świstają na prawo i lewo z różnej broni – snajperka, Colt, obrotowy karabin maszynowy, pistolety. Jest krwawo, brutalnie i… zabawnie. Owszem, nie jest to wybornie skomplikowane, ale umówmy się –  nie o to tu chodzi. Ma być ostra rozpierducha i jest, a że logiki w tym niewiele i przewidywalne to jak zawsze, to co z tego. Udaje się zaserwować rozrywkę na całkiem niezłym poziomie.

likwidator2

Aktorstwo w przypadku takich filmów jak ten, jest dostępne w ilościach śladowych, bo ma być ostro, krwawo i dla twardzieli. Arnold wybitnym aktorem nigdy nie był, ale tutaj radzi sobie całkiem przyzwoicie jako niezniszczalny, nieprzekupny szeryf, którego nic i nikt nie jest w stanie złamać. Poza nim wyróżnia się Johnny Knoxville (postrzelony Dinkun), Peter Stormare (Burrell) i Luiz Guzman (Mike Figuerola). Za to nie wspominałbym Forresta Whitakera jako agenta FBI, bo nie robi jakiegoś wrażenia.

„Likwidator” to całkiem nieźle zrobione kino akcji w starym stylu, które nie udaje, że chodzi o coś innego niż o rozwałkę. Ale za to jaką. Są jakieś pytania? To zadajcie temu kolesiowi niżej.

likwidator3

6,5/10

Radosław Ostrowski


Kula w łeb

Był kiedyś taki czas, że wszelkie sprawy rozwiązywało się za pomocą muskułów, pięści i strzałów z gnata. Tak było jakieś 30 lat temu i dekadę później, ale ten czas już minął bezpowrotnie. W ostatnim czasie pojawiła się jednak moda na oldskulowe kino akcji z lat 80-tych, co widać na przykładzie „Uprowadzonej” czy „Niezniszczalnych”. Do tego samego grona aspiruje film „Kula w łeb” Czy słusznie należy mu się tam miejsce?

Punkt wyjścia jest prosty: James Bobo jest „czyścicielem”, który razem z partnerem Louisem w Crescent City dostają za zadanie sprzątniecie jednego gościa. Zadanie się udaje, ale zamiast forsy ktoś zabija Louisa, a Jamesowi udaje się zwiać. Na jego trop wpada lądujący z Waszyngtonu gliniarz Kwon. Obaj panowie chcąc nie chcąc podejmują współpracę, która nie będzie łatwa.

kula_w_leb1

I tyle w kwestii fabuły filmu, którego reżyserem jest Walter Hill – twórca kultowych „48 godzin”, „Nienawiści” czy „Johnny’ego Przystojniaka” i specjalista od męskiego, mocnego kina. Fabuła jedzie po schematach i kliszach, ale zrealizowana jest w naprawdę niezły sposób. Krew, strzelaniny, wybuchy, skorumpowani gliniarza i źli goście z dużymi wpływami – czyli jest brutalnie i ostro, w surowym, oldskulowym wydaniu. Dialogi tez są całkiem niezłe, zaś słowne utarczki między Kwonem i Bobo naprawdę są zabawne, w dodatku całość okraszona fajną, rockową muzyką i zgrabnie zmontowana, choć może lekko chaotycznie.

Aktorsko nie jest to wybitna produkcja, ale chyba też niespecjalnie o to tu chodzi. Główną rolę gra Sylvester Stallone, czyli dyżurny mięśniak lat 80. i całkiem przyzwoicie sobie radzi w roli twardziela. On pasuje do grania takich ról i tutaj też nie zawodzi, a we wszelkich bijatykach pokazuje, że ma sporo sił i krzepy. Partneruje mu niejaki Sung Kang jako lojalny, uczciwy i naiwny gliniarz, a panowie tworzą naprawdę ciekawy duet. Zaś ich głównym przeciwnikiem jest grający Keegana Jason Momoa, który robi to, co Sylwek 30 lat wcześniej – mało gada, dużo zabija, a jego konfrontacja z Sylwkiem na topory (pamiętacie taki film”Cobra”?) robi wrażenie. Z reszty obsady należy wspomnieć Sarah Shani (Lisa, córka Jamesa) i Christiana Slatera (Baptiste), zaś pozostali są poprawni (nawet pojawia się na parę minut Weronika Rosati i pokazuje trochę tego i owego).

kula_w_leb2

Umówmy się, czasy wielkich twardzieli jak Sylwek Stalowy i Arnie Żelazny (Szwarcu) już odeszły w niepamięć, ale dobrze, że jeszcze są. Sam film to porządnie zrobione kino, z niezłym, mrocznym klimatem, odrobiną humoru i rozpierduchą. Moim zdaniem, nie jest to czas stracony przy tym tytule.

6/10

Radosław Ostrowski

Homeland – seria 1

Rok 2011. Amerykańska agentka CIA Carrie Mathieson próbuje porozmawiać ze swoim informatorem, który zostanie skazany na śmierć. Informator zdążył jej powiedzieć zdanie” amerykański jeniec przeszedł na naszą stronę”. Dziesięć miesięcy później amerykańscy komandosi odnajdują w Iraku sierżanta Nicholasa Brody’ego, który od 8 lat był uznawany za zaginionego. Carrie jest przekonana, że to właśnie o nim mówił informator i na własną rękę próbuje znaleźć dowody.

Seriali sensacyjnych to było na potęgę, ale ten wyróżnia się od innych wieloma rzeczami. W produkcji stacji Showtime pozornie wszystko jest zrobione bardzo spokojnie, tempem przypominając bardziej „Breaking Bad” niż serial o walce z terroryzmem. Zbieranie informacji, obserwacja (nielegalna), prawie jak w „Szpiegu”, gdzie wszystko oparte jest na żmudnej, czasami papierkowej pracy. Pojawia się jednak kilka zaskakujących wolt, które wywracają wszystko do góry nogami (ostatnie pięć odcinków) i wszystko co wiemy zostaje poddane ostrej weryfikacji. Do tego jeszcze retrospektywy z życia Brody’ego, kilka pościgów i psychologicznej gry, która zmusza do myślenia i działania. Zaś finał sugeruje, że to dopiero początek zabawy, gdzie kłamstwo, mistyfikacja („werbunek” pracownika placówki dyplomatycznej Arabii Saudyjskiej) to norma. Precyzyjny scenariusz, porządna realizacja i stonowana muzyka – tu wszystko jest dopięte i dopracowane.

homeland3

Ale to wszystko nie byłoby tak istotne, gdyby nie aktorstwo z najwyższej półki. Tutaj tak naprawdę są najważniejsze są dwie postacie – agentka Carrie i sierżant Brody, brawurowo zagrani przez Claire Danes i Damiana Lewisa. Ona jest zdeterminowana, uparta i absolutnie przekonana o słuszności swojego wywodu, choć czasami nie zachowuje się w sposób racjonalny (ostatnie odcinki), wręcz na granicy obłędu. Zaś on jest opanowany i spokojny, choć też ukrywa pewną tajemnicę i wiemy, że nie mówi wszystkiego, zaś finał w jego wykonaniu jest po prostu bezbłędny. Poza tą dwójką jest dość bogaty drugi plan, ze świetnym Mandym Patinkinem (Saul, mentor Carrie) na czele. Tu nie ma pod tym względem słabych punktów.

homeland4

Nic dziwnego, że ten serial zgarnia wszystko, co jest do zgarnięcia. Może się wydawać na początku trochę ospały i nudny, ale to tylko pozory. Napięcie jest duże, atmosfera coraz bardziej niepewna, a gra w kotka i myszkę pasjonująca. To już jest klasyk.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski