Czterej bracia

Detroit. W pobliskim sklepie dzień przed Świętem Dziękczynienie zostaje zabity kasjer i starsza pani, będąca świadkiem zbrodni. Z tego powodu do miasta, przybywają czterej przyrodni bracia, którzy byli przez nią wychowywani – Bobby, Jack, Jeremiah i Angel. Panowie próbują na własną rękę znaleźć sprawców i się zemścić.

Pozornie nie jest to zaskakujący czy oryginalny film, bo zemsta była wielokrotnie wałkowana przez filmowców na całym świecie. John Singleton chyba jest tego świadomy i znany schemat skleja z paru elementów, stara się mieszać tropy, pogmatwać sprawę tak długo jak się to da, stawiając jednocześnie na styl. W tym filmie nie brakuje krwi i przemocy, ale ona nie jest najważniejsza ani widowiskowa, a wiele rzeczy jest rozstrzyganych poza kamerą. Udaje się utrzymać dobre tempo, konfrontacja jest pomysłowa, dialogi całkiem niezłe i mimo braku niespodzianek, dobrze się to ogląda. Zaś osadzenie całości w zimowym Detroit tworzy ciekawy klimat, budowany też dzięki mocno osadzonej w latach 70. muzyce Davida Arnolda.

bracia_4.1

Poza dość zgrabnie budowaną intrygą mamy też całkiem niezłe aktorstwo. Z całej czwórki braci najlepiej wypadają dwaj: Mark Wahlberg (Bobby – najbardziej doświadczony, będący nieformalnym szefem) oraz znany wówczas z duetu Outkast Andre Benjamin (stateczny i spokojny Jeremiah). Poza nimi należy wyróżnić grającego głównego złego Chiwetela Ejiofora (Victor Sweet) oraz Terrence’a Howarda (porucznik Green).

bracia_4.2

„Czterej bracia” to kawał porządnego kina sensacyjnego na dobrym poziomie. Tylko tyle i aż tyle, ale absolutnie warto.

7/10

Radosław Ostrowski

Rust and Bone

Ali jest młodym facetem, który ma syna i nie może nigdzie zagrzać miejsca na dłużej, jest na bakier z prawem i bez jakiś planów na siebie. Trafia w końcu do swojej siostry, u której zamieszkuje. W końcu pracuje jako bramkarz przed klubem. Tam ratuje niejaką Stephanie – treserkę ork. Następnego dnia podczas występu, kobieta traci obie nogi. I losy tych dwojga ludzi znów się stykają ze sobą.

rdza2

Francuzi w ostatnim czasie staja się coraz bardziej obecni w naszych kinach i to na wszelkich polach gatunkowych. Tym razem mamy do czynienia z obyczajowym kinem zrealizowanym przez Jacquesa Audiarda, który wnikliwie obserwuje rzeczywistość i paroma scenami potrafi opowiedzieć więcej niż wielu reżyserów całym filmem. Z jednej strony mamy dość nietypowe love story między dwojgiem ludzi, którzy próbują się odnaleźć po swoich nieprzyjemnych wydarzeniach, z drugiej nie brakuje wątku kryminalnego (nielegalne walki i podglądanie) i żaden z nich nie jest dominujący. Najważniejsi są dla niego bohaterowie, który trudno jednoznacznie określić, a los przypadkowo ich łączy ze sobą. Nie ma tu prostych rozwiązań, melodramatycznych chwytów czy pójścia na łatwiznę. Jest brudno, ciężko i bez słodzenia, a jednocześnie świetnie zmontowane (sceny walk) i bardzo subtelnie opowiedziane (może z wyjątkiem lekko przesłodzonego i dramatycznego finału), a jednocześnie bardzo emocjonalnie i angażuje.

rdza1

A swoją cegiełkę dodali grający główne role świetni Matthias Schoenaerts i Marion Cotillard. Pozornie wiemy kim tak naprawdę są. On osiłek, trochę prymitywny i nie bardzo radzący sobie z wyrażaniem emocji, ona po tragedii przybita i chłodna, ale tak naprawdę te postacie wymykają się szufladkom. Są jednocześnie silni i słabi. Pogodni, wrażliwi jak i bardzo chłodni – dobrzy i źli jednocześnie, jak każdy z nas, a jednocześnie bardzo wiarygodni.

Kolejny przykład ciekawego kina znad Sekwany, które nie jest w żaden sposób oczywiste, potrafi zaangażować i skupić uwagę na sobie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Likwidator

W miasteczku Sommerton na granicy z Meksykiem panuje spokój i porządek, więc szeryf Lee Owens nie ma zbyt wiele do roboty. Ale ten stan powoli się zmienia, bo tam zbliża się zbieg – baron narkotykowy Cortez, który wymknął się z konwoju federalnego. Doświadczony szeryf z garstką pomocników próbuje się temu przeciwstawić.

likwidator1

Jak już kiedyś wspominałem, jest w kinie obecny trend na oldskulowe kino akcji z legendami tego gatunku. Najpierw Sylwek Stalowy razem z gliniarzem próbował ustalić kto go wystawił w „Kuli w łeb”, a tutaj Arnold Żelazny (zwany też Szwarcem) staje do nierównej walki z armią zakapiorów pomagającej Cortezowi uciec na granicę z Meksykiem. Akcja jest spokojnie prowadzona aż do wielkiej kulminacji, które wygląda naprawdę widowiskowo, kule świstają na prawo i lewo z różnej broni – snajperka, Colt, obrotowy karabin maszynowy, pistolety. Jest krwawo, brutalnie i… zabawnie. Owszem, nie jest to wybornie skomplikowane, ale umówmy się –  nie o to tu chodzi. Ma być ostra rozpierducha i jest, a że logiki w tym niewiele i przewidywalne to jak zawsze, to co z tego. Udaje się zaserwować rozrywkę na całkiem niezłym poziomie.

likwidator2

Aktorstwo w przypadku takich filmów jak ten, jest dostępne w ilościach śladowych, bo ma być ostro, krwawo i dla twardzieli. Arnold wybitnym aktorem nigdy nie był, ale tutaj radzi sobie całkiem przyzwoicie jako niezniszczalny, nieprzekupny szeryf, którego nic i nikt nie jest w stanie złamać. Poza nim wyróżnia się Johnny Knoxville (postrzelony Dinkun), Peter Stormare (Burrell) i Luiz Guzman (Mike Figuerola). Za to nie wspominałbym Forresta Whitakera jako agenta FBI, bo nie robi jakiegoś wrażenia.

„Likwidator” to całkiem nieźle zrobione kino akcji w starym stylu, które nie udaje, że chodzi o coś innego niż o rozwałkę. Ale za to jaką. Są jakieś pytania? To zadajcie temu kolesiowi niżej.

likwidator3

6,5/10

Radosław Ostrowski


Kula w łeb

Był kiedyś taki czas, że wszelkie sprawy rozwiązywało się za pomocą muskułów, pięści i strzałów z gnata. Tak było jakieś 30 lat temu i dekadę później, ale ten czas już minął bezpowrotnie. W ostatnim czasie pojawiła się jednak moda na oldskulowe kino akcji z lat 80-tych, co widać na przykładzie „Uprowadzonej” czy „Niezniszczalnych”. Do tego samego grona aspiruje film „Kula w łeb” Czy słusznie należy mu się tam miejsce?

Punkt wyjścia jest prosty: James Bobo jest „czyścicielem”, który razem z partnerem Louisem w Crescent City dostają za zadanie sprzątniecie jednego gościa. Zadanie się udaje, ale zamiast forsy ktoś zabija Louisa, a Jamesowi udaje się zwiać. Na jego trop wpada lądujący z Waszyngtonu gliniarz Kwon. Obaj panowie chcąc nie chcąc podejmują współpracę, która nie będzie łatwa.

kula_w_leb1

I tyle w kwestii fabuły filmu, którego reżyserem jest Walter Hill – twórca kultowych „48 godzin”, „Nienawiści” czy „Johnny’ego Przystojniaka” i specjalista od męskiego, mocnego kina. Fabuła jedzie po schematach i kliszach, ale zrealizowana jest w naprawdę niezły sposób. Krew, strzelaniny, wybuchy, skorumpowani gliniarza i źli goście z dużymi wpływami – czyli jest brutalnie i ostro, w surowym, oldskulowym wydaniu. Dialogi tez są całkiem niezłe, zaś słowne utarczki między Kwonem i Bobo naprawdę są zabawne, w dodatku całość okraszona fajną, rockową muzyką i zgrabnie zmontowana, choć może lekko chaotycznie.

Aktorsko nie jest to wybitna produkcja, ale chyba też niespecjalnie o to tu chodzi. Główną rolę gra Sylvester Stallone, czyli dyżurny mięśniak lat 80. i całkiem przyzwoicie sobie radzi w roli twardziela. On pasuje do grania takich ról i tutaj też nie zawodzi, a we wszelkich bijatykach pokazuje, że ma sporo sił i krzepy. Partneruje mu niejaki Sung Kang jako lojalny, uczciwy i naiwny gliniarz, a panowie tworzą naprawdę ciekawy duet. Zaś ich głównym przeciwnikiem jest grający Keegana Jason Momoa, który robi to, co Sylwek 30 lat wcześniej – mało gada, dużo zabija, a jego konfrontacja z Sylwkiem na topory (pamiętacie taki film”Cobra”?) robi wrażenie. Z reszty obsady należy wspomnieć Sarah Shani (Lisa, córka Jamesa) i Christiana Slatera (Baptiste), zaś pozostali są poprawni (nawet pojawia się na parę minut Weronika Rosati i pokazuje trochę tego i owego).

kula_w_leb2

Umówmy się, czasy wielkich twardzieli jak Sylwek Stalowy i Arnie Żelazny (Szwarcu) już odeszły w niepamięć, ale dobrze, że jeszcze są. Sam film to porządnie zrobione kino, z niezłym, mrocznym klimatem, odrobiną humoru i rozpierduchą. Moim zdaniem, nie jest to czas stracony przy tym tytule.

6/10

Radosław Ostrowski

Homeland – seria 1

Rok 2011. Amerykańska agentka CIA Carrie Mathieson próbuje porozmawiać ze swoim informatorem, który zostanie skazany na śmierć. Informator zdążył jej powiedzieć zdanie” amerykański jeniec przeszedł na naszą stronę”. Dziesięć miesięcy później amerykańscy komandosi odnajdują w Iraku sierżanta Nicholasa Brody’ego, który od 8 lat był uznawany za zaginionego. Carrie jest przekonana, że to właśnie o nim mówił informator i na własną rękę próbuje znaleźć dowody.

Seriali sensacyjnych to było na potęgę, ale ten wyróżnia się od innych wieloma rzeczami. W produkcji stacji Showtime pozornie wszystko jest zrobione bardzo spokojnie, tempem przypominając bardziej „Breaking Bad” niż serial o walce z terroryzmem. Zbieranie informacji, obserwacja (nielegalna), prawie jak w „Szpiegu”, gdzie wszystko oparte jest na żmudnej, czasami papierkowej pracy. Pojawia się jednak kilka zaskakujących wolt, które wywracają wszystko do góry nogami (ostatnie pięć odcinków) i wszystko co wiemy zostaje poddane ostrej weryfikacji. Do tego jeszcze retrospektywy z życia Brody’ego, kilka pościgów i psychologicznej gry, która zmusza do myślenia i działania. Zaś finał sugeruje, że to dopiero początek zabawy, gdzie kłamstwo, mistyfikacja („werbunek” pracownika placówki dyplomatycznej Arabii Saudyjskiej) to norma. Precyzyjny scenariusz, porządna realizacja i stonowana muzyka – tu wszystko jest dopięte i dopracowane.

homeland3

Ale to wszystko nie byłoby tak istotne, gdyby nie aktorstwo z najwyższej półki. Tutaj tak naprawdę są najważniejsze są dwie postacie – agentka Carrie i sierżant Brody, brawurowo zagrani przez Claire Danes i Damiana Lewisa. Ona jest zdeterminowana, uparta i absolutnie przekonana o słuszności swojego wywodu, choć czasami nie zachowuje się w sposób racjonalny (ostatnie odcinki), wręcz na granicy obłędu. Zaś on jest opanowany i spokojny, choć też ukrywa pewną tajemnicę i wiemy, że nie mówi wszystkiego, zaś finał w jego wykonaniu jest po prostu bezbłędny. Poza tą dwójką jest dość bogaty drugi plan, ze świetnym Mandym Patinkinem (Saul, mentor Carrie) na czele. Tu nie ma pod tym względem słabych punktów.

homeland4

Nic dziwnego, że ten serial zgarnia wszystko, co jest do zgarnięcia. Może się wydawać na początku trochę ospały i nudny, ale to tylko pozory. Napięcie jest duże, atmosfera coraz bardziej niepewna, a gra w kotka i myszkę pasjonująca. To już jest klasyk.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Bogowie ulicy

Na pierwszy rzut oka to jeden z wielu filmów sensacyjno-policyjnych, jakich pełno. Bo mamy dwóch gliniarzy – Briana Tylora i Mike’a Zavalę, którzy pracują w drogówce LA. A wiadomo, co robią gliniarze z drogówki – ścigają kierowców, czasem strzelają albo uratują dzieci z pożaru. Bywa, ale jedno proste zgłoszenie (sprawdzenie czy w domu jest staruszka) powoduje, że partnerzy nadepnęli na odcisk kartelowi narkotykowemu.

David Ayer to scenarzysta, który jak nikt zna żywot gliniarza od podszewki (scenariusz „Dnia próby”). I niby na pierwszy rzut oka wydaje się, że jest to jeden z wielu filmów z dwoma partnerami jak w „Zabójczej broni”, gdzie jadąc z jednego miejsca na drugie, gawędzą i dowcipkują. Cale clue jest w formie realizacji, bo nasi gliniarze mają w mundurach taki mikrokamery HD, a Brian też ma przy sobie taką normalna kamerę, pościgi też są pokazane z perspektywy kamery na desce rozdzielczej radiowozu – ogląda się to jak rasowy dokument i to buduje też poczucie autentyzmu, za co należą się brawa. Pokazany jest dzień powszedni gliniarza, gdzie nie jest to takie łatwe, bo można też zarobić kulkę, a nawet zginąć, a bluzgi lecą bardzo często. Mimo tego Ayer pokazuje gliniarzy jako silną, głęboką wieź na śmierć i życie, po prostu jako ludzi, którzy czują, cierpią i giną.

bogowie1

Drugą siła napędową tego filmu jest duet Jake Gyllenhaal/Michael Pena jako partnerzy, którzy wierzą i kochają to, co robią. To są ludzie ufający sobie nawzajem, choć charakterem różnią się totalnie. Zavala jest ustabilizowanym mężem i bardziej spokojnym facetem (chyba że obrazisz jego pochodzenie, to ci skuje mordę), zaś Tylor jest dowcipny i twardy. Razem naprawdę rządzą. Reszta obsady m.in. Anna Kendrick jako dziewczyna Tylora czy Frank Grillo w roli sierżanta też jest bardzo przekonująca i wiarygodna.

bogowie2

To mocne, świeże i ciekawe kino, którego trochę brakuje. Od strony technicznej podobnie prezentuje się „Drogówka” Smarzowskiego, co nie jest żadną ujmą. Prawdziwe kino prosto z USA.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Skyfall

Czy jest choć jeden człowiek, który nie znałby lub nie słyszał o agencie 007? James Bond, który zmieniał i rozkochiwał kobiety, dysponował różnymi bajeranckimi gadżetami i zawsze ratował świat przed szaleńcami, ale te czasy chyba już minęły. Już na samym początku 007 musi odzyskać listę agentów działających pod przykrywką w organizacjach terrorystycznych, ale wszystko kończy się postrzeleniem Bonda przez współpracownicę i potem uznany za zmarłego. Ale kiedy siedziba MI6 zostaje wysadzona, agent decyduje się wrócić i gry i znaleźć sprawcę.

skyfall1

Za realizację Bonda nr 23, nakręconego z okazji 50-lecia serii, tym razem wziął się Sam Mendes, twórca tzw. kina artystycznego i ambitnego („American Beauty”, „Droga do szczęścia”, „Jarhead”), co wywołało pewien niepokój i wątpliwości. Jednak obawy okazały się bezpodstawne. Sama fabuła i intryga jest prowadza w zaskakująco precyzyjny sposób, gdzie seria znowu zatoczyła krąg (nie zdradzę więcej, bo to trzeba zobaczyć). Nie zabrakło pościgów (genialny początek w Indiach z samochodami, motorami, pociągiem i koparką), bijatyk, wybuchów, efektownych strzelanin – czyli tego co w serii było znakiem rozpoznawczym oraz przenoszenia się z miejsca na miejsce (Indie, Szanghaj, choć finał rozgrywa się w górzystej Szkocji). Technicznie jest to prawdopodobnie najlepszy Bond, z rewelacyjnymi zdjęciami Rogera Deakinsa (zwłaszcza kolorystyka i oświetlenie to majstersztyk), montażem oraz bardzo dobrze budującą klimat muzyką Thomasa Newmana. Nie ma tutaj szalonych gadżetów (poza nadajnikiem i pistoletem, z którego może strzelić jego właściciel – identyfikacja odcisków), bardziej jest to kontynuowanie drogi wyznaczonej przez „Casino Royale”, stawiające bardziej na realizm. Ale tutaj też nie zabrakło aluzji do poprzednich części (m.in. Aston Martin DB5), odrobiny humoru.

skyfall2

Także od strony aktorskiej trudno jest się do czegokolwiek przyczepić. Znów świetnie wypadł Daniel Craig jako Bond, który także nie jest tutaj niezniszczalnym twardzielem, choć wychodzi z opresji obronną ręką. Relikt dawnych czasów, w których wszelkie problemy rozwiązywało się ołowiem, pięściami w zderzeniu z nowymi realiami też daje radę. Nie brakuje mu ikry, ironicznego dowcipu i elegancji. Za to kapitalny był Javier Bardem jako główny przeciwnik, który nie jest szaleńcem mającym na celu zniszczenia całego świata, lecz psychopatą motywowaną zemstą na swoich dawnych mocodawcach – MI6. Balansujący na granicy przerysowania, ale nigdy jej nie przekracza. Bardziej rozbudowano relacje Bonda z M (Judi Dench tutaj bardziej bezwzględna i opanowana), która stała się dla niego matką i mentorką. Poza tym tercetem należy tez zwrócić uwagę na równie przekonujących Ralpha Fiennesa (Mallory, nowy szef wywiadu), Bena Whishawa (Q – komputerowy geek, symbol nowej epoki), Alberta Finneya (Kincard) oraz Naomie Harris (Eve, piękna agentka).

skyfall3

Mówiąc krótko, „Skyfall” to najlepszy Bond nie tylko z udziałem Craiga, ale i prawdopodobnie jeden z najlepszych z całej serii, w której udało się połączyć wszystko co najlepsze. A że będzie następna część, to jest pewne i oczywiste. Ja już nie mogę się doczekać, a wy?

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Zabić, jak to łatwo powiedzieć

W małym miasteczku gdzieś na przedmieściach USA doszło do włamu. Dwóch młodych leszczy obrobiło turniej hazardowy, kontrolowany przez mafię. Ponieważ już zdarzyło się to wcześniej zarówno szef turnieju jak i dwaj złodzieje muszą pójść do piachu. Zadanie zaś ma zrealizować Jackie Cooper.

zabic2

Andrew Dominik to reżyser, który próbuje mówić o poważnych sprawach. Jednak tutaj rozprawa gangsterska z wypowiedziami o powiązaniach gospodarczych polityków wywołują we mnie pewną konsternację. Być może chodziło o pokazanie czasów, gdy gangsterka polega bardziej polegała na działaniu niż na gestach, ale tutaj też dotarł kryzys. Sama intryga jest prosta jak konstrukcja cepa i idzie w z góry określonym kierunku, problemem zaś jest to, jak cała ta historia jest opowiedziana. Bida jest widoczna ze wszystkich stron (obdarte domy, puste speluny), ale jest to niestety, strasznie przegadane i ciągnie się to jak makaron. Scen przemocy jest niewiele i w dodatku jest ona mocno estetycznie pokazana (zabójstwo mafioza pokazane w zwolnionym tempie, gdzie nawet pokazano tor lotu pocisku). I kiedy wydawało się, że będzie się rozkręcać, to już było po filmie. Trochę szkoda.

zabic

Sytuację próbują ratować aktorzy, ale nawet oni nie są w stanie uratować tej produkcji, choć robią, co mogą. Brad Pitt bardzo dobrze wypada w roli cynicznego gangstera, który lubi zabijać z dystansu i nie udaje hipokryty. Z kolei Ray Liotta i James Gandolfini prezentują przyzwoity poziom, zwłaszcza ten drugi jako zapijaczony mafiozo. Ale i tak prawdziwą gwiazdą jest tutaj Richard Jenkins w roli zleceniodawcy, księgowego mafii – i jego rozmowy z Jackiem jako jedyne zwracały moją uwagę.

zabic3

Chyba rozumiem intencje twórców, ale film jest niestety przeciętny, wtórny i przegadany. Obejrzałem i już. Nie będę o nim zbyt długo pamiętać.

5/10

Radosław Ostrowski

Człowiek o żelaznych pięściach

Jungle Street, małe miasteczko w XIX-wiecznych Chinach. To tu ma dojść złoto gubernatora, którego ochrony podjął się Złoty Lew – niestety, ten został zamordowany w trakcie. Jego syn X-Blade, podejmuje się próby odzyskania złota z rąk klanu. Złotem interesuje się też niejaki Jack Knife, a w cała sprawę zostaje wplątany Kowal.

kowal

Już zwiastuny zapowiadały, że będzie to mordownia naśladująca styl Quentina Tarantino. Nie brakuje tu szybkiego montażu, lekkiego połamania chronologii, masy krwi, ale tutaj jest jeszcze mieszanka filmów samurajskich i westernu, a twórcą tego całego zamieszania jest niejaki RZA – raper, znany jako członek kultowego składu Wu-Tang Clan, który debiutuje jako reżyser. Efekt jest kompletnie szalony i nieobliczalny, intryga choć prosta wciąga totalnie, choreografia walk jest niesamowita i ogląda się to z wielką frajdą – czegoś tak szalonego nie widziałem od dawna. Mamy tu zemstę, honor, przemoc, seks, a w tle leci hip-hop. To tylko jeden z paru szalonych pomysłów, jaki reżyser ma w zanadrzu (wojownik dosłownie niezniszczalny – nożami, pięściami nic nie zrobisz). Tego nie da się opowiedzieć, zalatuje filmami klasy B, ale trochę brakuje tego sznytu jak u Quentina (dialogi nie są tak dobre).

Aktorsko mamy tu do czynienia z poważnymi minami, mówiącymi poważne dialogi o poważnych sprawach – brzmi to sztucznie, ale chyba o to chodziło. Grający główną rolę RZA radzi sobie nieźle, ale całe szoł i tak skradł Russell Crowe w roli tajemniczego Jacka Knife’a, który jest najbardziej wyluzowany z całej obsady. Reszta wypada równie ciekawie, choć większość głównie się drze, wali pięściami, nogami, mieczami i wszystkim co pod ręką.

knife

To jest jeden z takich filmów, które należy samemu przeżyć i doświadczyć. Więcej nie powiem, bo to nic nie da. Jeśli lubiliście filmy QT, Bruce’a Lee i filmy w stylu „Przyczajony tygrys, ukryty smok”, to „Człowiek o żelaznych pięściach” powinien się spodobać, jako wypadkowa tych filmów.

7/10

Radosław Ostrowski

Uprowadzona 2

Bryan Mills w poprzedniej części zmniejszył populację Albańczyków po tym, jak porwali mu córkę w Paryżu. Jednak jeden z mieszkańców Albanii nie może przełknąć śmierci swojego syna, który natknął się na Millsa i planuje zemstę. Chce porwać Milla oraz jego rodzinę podczas pobytu w Stambule. Bardzo szybko się przekonają, że to nie było rozważne posunięcie.

uprowadzona_300x300.jpg

„Uprowadzoną” wspominam z dużą sympatią i choć zdarzały się tam rzeczy na granicy prawdopodobieństwa, to bardzo przekonująco pokazano ojca, który by odbić swoje dziecko, jest w stanie pójść na całość, bez chodzenia na kompromisy, nawet jeśli pół miasta miało zniknąć z mapy. Zaskoczył Liam Neeson, po którym nie spodziewano się ewolucji w stylu Jasona Bourne’a, akcja była tak brutalna, że nie powstydziłby się sam Punisher. Druga część to niestety, odgrzewany kotlet, w dodatku nie najlepszej jakości. Po pierwsze, mniej brutalny. Po drugie, mocno średnie dialogi. Po trzecie, realizacja pozbawiona finezji i tej soczystości z „jedynki”. Tutaj złych Albańczyków zabija montaż tak chaotyczny, że trudno ogarnąć kto kog morduje. Po czwarte, słaby czarny charakter, któremu brakuje siły przebicia. Po szóste, sama akcja jest jeszcze bardziej absurdalna niż w jedynce. Tutaj Bryan Mills to niemal żywcem wzięty Terminator. Potrafi zapamiętać trasę jaką przebył, gdy został porwany (jedynie za pomocą dźwięków – ma super wyostrzony słuch oraz pamięć komputera). Plusem jest włączenie do akcji córki, która jest już bardziej zaradna. I tu dochodzi do akcji tak absurdalnej, że aż zabawnej. Jeśli zgubicie się w mieście, do lokalizacji nie trzeba GPS-a, tylko mapa, rysowanie okręgów i… trzy granaty – nie pytajcie mnie jak.

uprowadzona2_300x300

Sytuację częściowo ratuje Liam Neeson, ale nawet on nie jest w stanie uwiarygodnić tego akcyjniaka. Szkoda, bo potencjał był spory, ale realizacja i scenariusz nawaliły. Mam małą nadzieję, że trzecia część nie powstanie.

4/10

Radosław Ostrowski