Bogowie ulicy

Na pierwszy rzut oka to jeden z wielu filmów sensacyjno-policyjnych, jakich pełno. Bo mamy dwóch gliniarzy – Briana Tylora i Mike’a Zavalę, którzy pracują w drogówce LA. A wiadomo, co robią gliniarze z drogówki – ścigają kierowców, czasem strzelają albo uratują dzieci z pożaru. Bywa, ale jedno proste zgłoszenie (sprawdzenie czy w domu jest staruszka) powoduje, że partnerzy nadepnęli na odcisk kartelowi narkotykowemu.

David Ayer to scenarzysta, który jak nikt zna żywot gliniarza od podszewki (scenariusz „Dnia próby”). I niby na pierwszy rzut oka wydaje się, że jest to jeden z wielu filmów z dwoma partnerami jak w „Zabójczej broni”, gdzie jadąc z jednego miejsca na drugie, gawędzą i dowcipkują. Cale clue jest w formie realizacji, bo nasi gliniarze mają w mundurach taki mikrokamery HD, a Brian też ma przy sobie taką normalna kamerę, pościgi też są pokazane z perspektywy kamery na desce rozdzielczej radiowozu – ogląda się to jak rasowy dokument i to buduje też poczucie autentyzmu, za co należą się brawa. Pokazany jest dzień powszedni gliniarza, gdzie nie jest to takie łatwe, bo można też zarobić kulkę, a nawet zginąć, a bluzgi lecą bardzo często. Mimo tego Ayer pokazuje gliniarzy jako silną, głęboką wieź na śmierć i życie, po prostu jako ludzi, którzy czują, cierpią i giną.

bogowie1

Drugą siła napędową tego filmu jest duet Jake Gyllenhaal/Michael Pena jako partnerzy, którzy wierzą i kochają to, co robią. To są ludzie ufający sobie nawzajem, choć charakterem różnią się totalnie. Zavala jest ustabilizowanym mężem i bardziej spokojnym facetem (chyba że obrazisz jego pochodzenie, to ci skuje mordę), zaś Tylor jest dowcipny i twardy. Razem naprawdę rządzą. Reszta obsady m.in. Anna Kendrick jako dziewczyna Tylora czy Frank Grillo w roli sierżanta też jest bardzo przekonująca i wiarygodna.

bogowie2

To mocne, świeże i ciekawe kino, którego trochę brakuje. Od strony technicznej podobnie prezentuje się „Drogówka” Smarzowskiego, co nie jest żadną ujmą. Prawdziwe kino prosto z USA.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Skyfall

Czy jest choć jeden człowiek, który nie znałby lub nie słyszał o agencie 007? James Bond, który zmieniał i rozkochiwał kobiety, dysponował różnymi bajeranckimi gadżetami i zawsze ratował świat przed szaleńcami, ale te czasy chyba już minęły. Już na samym początku 007 musi odzyskać listę agentów działających pod przykrywką w organizacjach terrorystycznych, ale wszystko kończy się postrzeleniem Bonda przez współpracownicę i potem uznany za zmarłego. Ale kiedy siedziba MI6 zostaje wysadzona, agent decyduje się wrócić i gry i znaleźć sprawcę.

skyfall1

Za realizację Bonda nr 23, nakręconego z okazji 50-lecia serii, tym razem wziął się Sam Mendes, twórca tzw. kina artystycznego i ambitnego („American Beauty”, „Droga do szczęścia”, „Jarhead”), co wywołało pewien niepokój i wątpliwości. Jednak obawy okazały się bezpodstawne. Sama fabuła i intryga jest prowadza w zaskakująco precyzyjny sposób, gdzie seria znowu zatoczyła krąg (nie zdradzę więcej, bo to trzeba zobaczyć). Nie zabrakło pościgów (genialny początek w Indiach z samochodami, motorami, pociągiem i koparką), bijatyk, wybuchów, efektownych strzelanin – czyli tego co w serii było znakiem rozpoznawczym oraz przenoszenia się z miejsca na miejsce (Indie, Szanghaj, choć finał rozgrywa się w górzystej Szkocji). Technicznie jest to prawdopodobnie najlepszy Bond, z rewelacyjnymi zdjęciami Rogera Deakinsa (zwłaszcza kolorystyka i oświetlenie to majstersztyk), montażem oraz bardzo dobrze budującą klimat muzyką Thomasa Newmana. Nie ma tutaj szalonych gadżetów (poza nadajnikiem i pistoletem, z którego może strzelić jego właściciel – identyfikacja odcisków), bardziej jest to kontynuowanie drogi wyznaczonej przez „Casino Royale”, stawiające bardziej na realizm. Ale tutaj też nie zabrakło aluzji do poprzednich części (m.in. Aston Martin DB5), odrobiny humoru.

skyfall2

Także od strony aktorskiej trudno jest się do czegokolwiek przyczepić. Znów świetnie wypadł Daniel Craig jako Bond, który także nie jest tutaj niezniszczalnym twardzielem, choć wychodzi z opresji obronną ręką. Relikt dawnych czasów, w których wszelkie problemy rozwiązywało się ołowiem, pięściami w zderzeniu z nowymi realiami też daje radę. Nie brakuje mu ikry, ironicznego dowcipu i elegancji. Za to kapitalny był Javier Bardem jako główny przeciwnik, który nie jest szaleńcem mającym na celu zniszczenia całego świata, lecz psychopatą motywowaną zemstą na swoich dawnych mocodawcach – MI6. Balansujący na granicy przerysowania, ale nigdy jej nie przekracza. Bardziej rozbudowano relacje Bonda z M (Judi Dench tutaj bardziej bezwzględna i opanowana), która stała się dla niego matką i mentorką. Poza tym tercetem należy tez zwrócić uwagę na równie przekonujących Ralpha Fiennesa (Mallory, nowy szef wywiadu), Bena Whishawa (Q – komputerowy geek, symbol nowej epoki), Alberta Finneya (Kincard) oraz Naomie Harris (Eve, piękna agentka).

skyfall3

Mówiąc krótko, „Skyfall” to najlepszy Bond nie tylko z udziałem Craiga, ale i prawdopodobnie jeden z najlepszych z całej serii, w której udało się połączyć wszystko co najlepsze. A że będzie następna część, to jest pewne i oczywiste. Ja już nie mogę się doczekać, a wy?

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Zabić, jak to łatwo powiedzieć

W małym miasteczku gdzieś na przedmieściach USA doszło do włamu. Dwóch młodych leszczy obrobiło turniej hazardowy, kontrolowany przez mafię. Ponieważ już zdarzyło się to wcześniej zarówno szef turnieju jak i dwaj złodzieje muszą pójść do piachu. Zadanie zaś ma zrealizować Jackie Cooper.

zabic2

Andrew Dominik to reżyser, który próbuje mówić o poważnych sprawach. Jednak tutaj rozprawa gangsterska z wypowiedziami o powiązaniach gospodarczych polityków wywołują we mnie pewną konsternację. Być może chodziło o pokazanie czasów, gdy gangsterka polega bardziej polegała na działaniu niż na gestach, ale tutaj też dotarł kryzys. Sama intryga jest prosta jak konstrukcja cepa i idzie w z góry określonym kierunku, problemem zaś jest to, jak cała ta historia jest opowiedziana. Bida jest widoczna ze wszystkich stron (obdarte domy, puste speluny), ale jest to niestety, strasznie przegadane i ciągnie się to jak makaron. Scen przemocy jest niewiele i w dodatku jest ona mocno estetycznie pokazana (zabójstwo mafioza pokazane w zwolnionym tempie, gdzie nawet pokazano tor lotu pocisku). I kiedy wydawało się, że będzie się rozkręcać, to już było po filmie. Trochę szkoda.

zabic

Sytuację próbują ratować aktorzy, ale nawet oni nie są w stanie uratować tej produkcji, choć robią, co mogą. Brad Pitt bardzo dobrze wypada w roli cynicznego gangstera, który lubi zabijać z dystansu i nie udaje hipokryty. Z kolei Ray Liotta i James Gandolfini prezentują przyzwoity poziom, zwłaszcza ten drugi jako zapijaczony mafiozo. Ale i tak prawdziwą gwiazdą jest tutaj Richard Jenkins w roli zleceniodawcy, księgowego mafii – i jego rozmowy z Jackiem jako jedyne zwracały moją uwagę.

zabic3

Chyba rozumiem intencje twórców, ale film jest niestety przeciętny, wtórny i przegadany. Obejrzałem i już. Nie będę o nim zbyt długo pamiętać.

5/10

Radosław Ostrowski

Człowiek o żelaznych pięściach

Jungle Street, małe miasteczko w XIX-wiecznych Chinach. To tu ma dojść złoto gubernatora, którego ochrony podjął się Złoty Lew – niestety, ten został zamordowany w trakcie. Jego syn X-Blade, podejmuje się próby odzyskania złota z rąk klanu. Złotem interesuje się też niejaki Jack Knife, a w cała sprawę zostaje wplątany Kowal.

kowal

Już zwiastuny zapowiadały, że będzie to mordownia naśladująca styl Quentina Tarantino. Nie brakuje tu szybkiego montażu, lekkiego połamania chronologii, masy krwi, ale tutaj jest jeszcze mieszanka filmów samurajskich i westernu, a twórcą tego całego zamieszania jest niejaki RZA – raper, znany jako członek kultowego składu Wu-Tang Clan, który debiutuje jako reżyser. Efekt jest kompletnie szalony i nieobliczalny, intryga choć prosta wciąga totalnie, choreografia walk jest niesamowita i ogląda się to z wielką frajdą – czegoś tak szalonego nie widziałem od dawna. Mamy tu zemstę, honor, przemoc, seks, a w tle leci hip-hop. To tylko jeden z paru szalonych pomysłów, jaki reżyser ma w zanadrzu (wojownik dosłownie niezniszczalny – nożami, pięściami nic nie zrobisz). Tego nie da się opowiedzieć, zalatuje filmami klasy B, ale trochę brakuje tego sznytu jak u Quentina (dialogi nie są tak dobre).

Aktorsko mamy tu do czynienia z poważnymi minami, mówiącymi poważne dialogi o poważnych sprawach – brzmi to sztucznie, ale chyba o to chodziło. Grający główną rolę RZA radzi sobie nieźle, ale całe szoł i tak skradł Russell Crowe w roli tajemniczego Jacka Knife’a, który jest najbardziej wyluzowany z całej obsady. Reszta wypada równie ciekawie, choć większość głównie się drze, wali pięściami, nogami, mieczami i wszystkim co pod ręką.

knife

To jest jeden z takich filmów, które należy samemu przeżyć i doświadczyć. Więcej nie powiem, bo to nic nie da. Jeśli lubiliście filmy QT, Bruce’a Lee i filmy w stylu „Przyczajony tygrys, ukryty smok”, to „Człowiek o żelaznych pięściach” powinien się spodobać, jako wypadkowa tych filmów.

7/10

Radosław Ostrowski

Uprowadzona 2

Bryan Mills w poprzedniej części zmniejszył populację Albańczyków po tym, jak porwali mu córkę w Paryżu. Jednak jeden z mieszkańców Albanii nie może przełknąć śmierci swojego syna, który natknął się na Millsa i planuje zemstę. Chce porwać Milla oraz jego rodzinę podczas pobytu w Stambule. Bardzo szybko się przekonają, że to nie było rozważne posunięcie.

uprowadzona_300x300.jpg

„Uprowadzoną” wspominam z dużą sympatią i choć zdarzały się tam rzeczy na granicy prawdopodobieństwa, to bardzo przekonująco pokazano ojca, który by odbić swoje dziecko, jest w stanie pójść na całość, bez chodzenia na kompromisy, nawet jeśli pół miasta miało zniknąć z mapy. Zaskoczył Liam Neeson, po którym nie spodziewano się ewolucji w stylu Jasona Bourne’a, akcja była tak brutalna, że nie powstydziłby się sam Punisher. Druga część to niestety, odgrzewany kotlet, w dodatku nie najlepszej jakości. Po pierwsze, mniej brutalny. Po drugie, mocno średnie dialogi. Po trzecie, realizacja pozbawiona finezji i tej soczystości z „jedynki”. Tutaj złych Albańczyków zabija montaż tak chaotyczny, że trudno ogarnąć kto kog morduje. Po czwarte, słaby czarny charakter, któremu brakuje siły przebicia. Po szóste, sama akcja jest jeszcze bardziej absurdalna niż w jedynce. Tutaj Bryan Mills to niemal żywcem wzięty Terminator. Potrafi zapamiętać trasę jaką przebył, gdy został porwany (jedynie za pomocą dźwięków – ma super wyostrzony słuch oraz pamięć komputera). Plusem jest włączenie do akcji córki, która jest już bardziej zaradna. I tu dochodzi do akcji tak absurdalnej, że aż zabawnej. Jeśli zgubicie się w mieście, do lokalizacji nie trzeba GPS-a, tylko mapa, rysowanie okręgów i… trzy granaty – nie pytajcie mnie jak.

uprowadzona2_300x300

Sytuację częściowo ratuje Liam Neeson, ale nawet on nie jest w stanie uwiarygodnić tego akcyjniaka. Szkoda, bo potencjał był spory, ale realizacja i scenariusz nawaliły. Mam małą nadzieję, że trzecia część nie powstanie.

4/10

Radosław Ostrowski

Psy wojny

Jamie Shannon jest najemnikiem, który dostaje bardzo nietypowe zlecenie. Celem jest afrykańskie państwo Zangaro, rządzące przez generała Kimbę, stosującego dyktatorskie metody, zleceniodawcą – duża korporacja, która wypatrzyła się dużych złóż surowców, a zadaniem Shannona jest zrobienie rozpoznania, a potem przeprowadzenia zamachu stanu.

psy_wojny1_300x300

Tak w skrócie można przedstawić fabułę filmu „Psy wojny” na podstawie powieści Fredericka Forsytha. Jeśli jednak spodziewaliście się filmu naszpikowanego akcją, w której naboje, krew i flaki leją się strumieniami w ilościach hurtowych, to pomyliliście seanse. Reżyser John Irvin bez upiększania oraz w bardziej realistycznej konwencji, opowiada o niełatwej pracy najemnika, który traktowany jest jako ktoś spisany na straty. W zasadzie przez większą część filmu obserwujemy przygotowania do operacji: kupno broni, zebranie ekipy, przeszkolenie ludzi – wszystko przypominające bardziej film dokumentalny niż fabułę. Statyczność może przeszkadzać, ale udaje się Irvinowi zbudować klimat tej opowieści. Zaś sama akcja (ostatnie 20 minut) to przykład dobrego warsztatu + dodajmy do tego dość przewrotny i zaskakujący finał, co jest wartością absolutnie dodaną. W dodatku bardzo przekonująco pokazano życie w państwie dyktatorskim (oszczędna scenografia, bida, nędza).

psy_wojny_2_400x400

Jeśli zaś chodzi o aktorstwo, powinienem się ograniczyć do jednego nazwiska: Christopher Walken. Shannon w jego wykonaniu to sprytny, inteligentny i opanowany najemnik, który w najbardziej tragicznej sytuacji (pobyt w więzieniu) zachowuje spokój. Poza nim nie można nie wspomnieć Toma Berengera (Drew), Colina Blakeleya (dziennikarz North) czy Hugh Millaisa (Endean, zleceniodawca), którzy stworzyli wyraziste postacie.

Może i film powstał ponad 30 lat, ale nadal broni się realizacją i potrafi wciągnąć. Nietypowy film sensacyjny, który trzeba po prostu znać.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wróg numer jeden

Nie będę się zbyt rozpisywał, bo wiadomo o czym jest ten film. Kathryn Bigelow próbuje zrekonstruować schwytanie samego Osamy bin Ladena, choć na początku miało być o nieudanych próbach. Jednak kiedy bin Laden przeniósł się na ten świat, film zmienił się w opowieść o zemście.

Reżyserka zaczyna swoją opowieść od rozmów telefonicznych w Lot 93  w WTC w trakcie ataku, zaś akcja cofa się do 2003 roku, do momentu przesłuchania terrorysty podejrzanego o kontakty z Al-Kaidą. Tam pojawia się młoda agentka Maya, która pomaga w przesłuchaniu. I tak zaczyna się polowanie, zrealizowane i opowiedziane w niemal paradokumentalnej stylistyce. Jest bardzo surowo, bez ozdobników pokazująca niełatwą prace agentów w obcym terenie, gdzie nie mogą do końca ufać innym (Pakistan), gdzie trzeba sprawdzać masę poszlak i nic nie jest pewne. Mimo dość spokojnego tempa, Bigelow potrafi zaciekawić, choć zdarzają się dość wolne momenty (sceny od namierzenia kuriera Osamy). Nie brakuje scen słynnych tortur psychicznych, tajnych więzień CIA na świecie (jedno z nich podobno jest w Gdańsku) i pokazania kilku zamachów (m.in. w hotelu w Islamabadzie czy w tajnej bazie CIA w Afganistanie), zaś fabuła oparta na relacjach świadków (znów skrypt autorstwa Marka Boala) brzmi przekonująco – scena ataku i zabicia Osamy jest zrobiona świetnie.

wrog1_400x400

Ale najbardziej w tym filmie od polowania na Osamy, bardziej przyciągnęła mnie łowczyni, grana przez Jessicę Chastain. Jest to krucha agentka, która pod opanowaniem skrywa strach, a sukces polowania zawdzięcza swojej obsesji i determinacji (scena, gdy szefowi wpisuje na drzwiach dni bezczynności odkąd namierzono kryjówkę Osamy), jednak cena okazuje się dość wysoka – utrata wiary, przyjaciół. Ale poza nią jest tu dość mocny i solidny drugi plan. Nie brakuje twardych agentów(Jaon Clarke jako Dan), rozsądnych szefów (Joseph Bradley Kyle’a Chandlera czy dyrektor CIA Jamesa Gandolfiniego), aż po agentów specjalnych (tu należy wyróżnić role Edgara Ramireza i Jennifer Ehle). Tu nie ma się do czego przyczepić, a parę epizodów (w tym Mark Strong) zapada w pamięć.

wrog2_400x400

Mimo pewnego znużenia (to nie film akcji), „Wróg numer jeden” to mocne kino, które jednak serwuje słodko-gorzki finał. Bo choć główny wróg nie żyje, to nadal terroryści działają. Ciekawa refleksja tego filmu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Operacja Argo

Ben Affleck – aktor, który jest uważany za największe beztalencie ostatnio zmienił kierunek zainteresować i postanowił zająć się reżyserią. I o dziwo wychodzi mu to z dobrym skutkiem, zyskując opinię solidnego rzemieślnika. Zarówno „Gdzie jesteś, Amando?” i „Miasto złodziei” były przykładami dobrych, sensacyjno-kryminalnych opowieści, ale teraz podjął się najtrudniejszego zadania – nakręcenia thrillera politycznego. Choć Affleck otrzymał mocne wsparcie (producentem jest sam George Clooney, historia była oparta na faktach) było ryzyko wpadki. Ale reżyser wyszedł z konfrontacji obronna ręką. Ale po kolei.

W 1979 roku w Iranie doszło do obalenia, wspieranego przez Amerykanów szacha. Doszło do zamieszek, w trakcie których rewolucjoniści zaatakowali amerykańska ambasadę. Jednak szóstce pracowników udało się zwiać i ukrywają się w domu kanadyjskiego ambasadora. Parę miesięcy później Biały Dom chce wyciągnąć ich stamtąd. Agent CIA Tony Mendez wpada na dość szalony i karkołomny pomysł – Amerykanie mają odlecieć jako… członkowie kanadyjskiej ekipy filmowej.

argo2_400x400

Powiem szczerze, byłem absolutnie przekonany, że cała historia to wymysł hollywoodzkich scenarzystów – to brzmiało aż tak nieprawdopodobnie. Jednak Affleck dokonał niemożliwego i zrobił bardzo przekonującą i wciągająca historię, choć finał jest znany. Jak to zrobić? Już sam scenariusz jest świetny i można podzielić na 3 części jak w rasowym kryminale: planowanie, przygotowanie i realizacja. Choć sprawa jest poważna, nie zabrakło odrobiny dowcipu (sceny organizowania przykrywki w Hollywood – gdzie twórcy pozwalają sobie na odrobinę kpin z Hollywood), ale gdy akcja przenosi się do Iranu, napięcie jest podnoszone bardzo wysoko, zwłaszcza od scen ucieczki aż do samego finału (genialne zrobione sceny na lotnisku – montaż równoległy zasługuje na uznanie). Jednocześnie wiernie odtworzono realia i atmosferę tego okresu (przełom 79/80), za co należy się uznanie. Ale jest jedna wada: dość jednostronnie pokazano Irańczyków jako fanatyków z gnatami mordującymi wszystko, co z USA.

Także od strony aktorskiej jest to wyższa szkoła jazdy. Bardzo przyzwoicie wypadł sam Affleck w roli głównej. Agent Mendez to specjalista od organizacji ucieczek, który rozdarty między zadaniem a odpowiedzialnością wybiera to drugie, a jednocześnie samotnik utrzymujący kontakt z synem. Za to na drugim planie bryluje dwóch speców od humoru, czyli John Goodman (charakteryzator John Chambers) oraz Alan Arkin (producent Lester Siegel – serwujący najdowcipniejsze teksty) kradnący całe show. Nie sposób nie wspomnieć Bryana Cranstona. Gwiazdor „Breaking Bad” przekonująco wypadł jako przełożony Mendeza, zaś w finale wybija się na wyższy poziom.

argo_400x400

Gdyby parę lat ktoś mi powiedział, że film wyreżyserowany przez słabego aktora, będzie walczył o najważniejsze nagrody, obśmiałbym go. A jednak. „Operacja Argo” to przykład na to, jak należy serwować kino rozrywkowe z najwyższej półki. Brawo, Mr Affleck, czekam na więcej.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Savages: ponad bezprawiem

Ben i Chon są młodymi chłopakami, którzy zajmują się sprzedawaniem narkotyków. Poza tym balują, imprezują i mają tą samą dziewczynę, Ophelię. Dostają propozycję współpracy z meksykańskim kartelem, ale się nie zgadzają.  Więc kartel pod wodzą Eleny decyduje się porwać dziewczynę, w ten sposób zmuszając ich do lojalności…

Oliver Stone ostatnio nie miał zbyt dobrej passy, od czasów „Męskiej gry” każdy film spotykał się z chłodniejszym przyjęciem („Aleksander”, „W.” czy „Wall Street II”). Tym razem postanowił przenieść na ekran powieść Dona Winslowa. Choć sama fabuła nie jest zbyt zaskakująca, to jednak jest opowiedziana w taki sposób, że aż chce się oglądać. Kamera albo skupia się na pięknych plenerach Kalifornii, albo zaczyna skupiać się na detalach jak w rasowym kryminale. Tempo zmienia się jak w kalejdoskopie, nie brakuje brutalnych scen (tortury zakończone podpaleniem ciała) bez chodzenia na kompromisy, obecność narratorki (niezbyt lotnej Ophelii) – dzięki takim zabiegom Stone bawi się konwencją, niepozbawionej przerysowania. A zakończenie wielu może zaskoczyć.

savages_400x400

Od strony aktorskiej najciekawszy jest zdecydowanie drugi plan, bo główni bohaterowie są średnio ciekawi. Wcielający się w nich Taylor Kitsch (narwany i bardziej walczący Chon) oraz Aaron Taylor-Johnson (spokojniejszy i bardziej myślący Ben) radzą sobie poprawnie, zaś Blake Lively w roli O to młoda, puściutka dziewczyna marząca o wielkiej przygodzie, która ma ładnie wyglądać przed kamerą. Jak już wspomniałem ciekawszy jest drugi plan, na którym bryluje Benicio Del Toro jako bezwzględny i obrzydliwy Lado. Również Salma Hayek w roli szefowej kartelu jest dość ciekawie zarysowana jako ostro walcząca o przetrwanie szefowa mafii, która czasem potrafi być ludzka, ale rzadko. Nie można nie wspomnieć Johna Travolty grającego skorumpowanego agenta DEA, który odgrywa dość kluczową rolę i wypada naprawdę przyzwoicie.

savages2_400x400

Stone może nie kręci filmów tak mocnych jak „Pluton” czy „Urodzony 4 lipca”, niemniej wraca jednak do dobrej formy. Bezkompromisowe, dobre kino sensacyjne w niezłym stylu. Czekam na więcej, Mr Stone.

7/10

Radosław Ostrowski

Dredd

W niedalekiej przyszłości po apokaliptycznej zagładzie w USA istnieje Mega-City 1 – wielka metropolia będąca połączeniem miast od Filadelfii do Waszyngtonu, gdzie przestępczość jest parokrotnie wysoka. Wymierzaniem sprawiedliwości zajmują się sędziowie, będący jednocześnie policjantami, prokuratorami, sędziami i katami jednocześnie. Najskuteczniejszym jest niejaki Joseph Dredd. Tego dnia razem z rekrutką Anderson wyruszają do wieżowca Peach Tree, gdzie znaleziono trzy obdarte ze skóry ciała. Ale tam rządzi niejaka Ma-Ma – bezwzględna szefowa gangu, zajmująca się dystrybucją nowego narkotyku slo-mo. Sędziowie zostają zamknięci i odizolowani… a mają przed sobą 200 pięter wieżowca.

dredd1

Kiedy w 1995 roku powstała adaptacja komiksu o Dreddzie z Sylwestrem Stallone oczekiwania były wielkie, a rozczarowanie jeszcze większe. Tego samego obawiano się z nową adaptacją Dredda dokonaną przez Pete’a Travisa – reżysera znanego głównie z „8 części prawdy”. Ale jednak efekt okazał się zaskakujący. Na pierwszy rzut oka wydaje się prostym i nieskomplikowanym filmem akcji, który nie udaje niczego innego niż jest. Jest brutalnie (bardziej niż w „Niezniszczalnych”), surowo i poważnie. Choć konstrukcja nasuwa skojarzenia z filmem „Raid”, to jest to raczej zbieg okoliczności niż zimna kalkulacja. Brutalność wykreowanego świata (wielkiej metropolii rządzącej się prawami dżungli) działa mocno jak nic, akcja trzyma w napięciu aż do finału. A wszystko to genialnie zrealizowane – świetne zdjęcia Anthony’ego Dota Mandle’a podkreślają surowość i obcość świata, zaś tak dobrze wykorzystanego slow-motion w scenach pokazujących rzeczywistość pod wpływem narkotyków (bardziej nasycone kolory, autentyczne spowolnienie czasu) nie było od czasu pierwszego „Matrixa”, montaż oraz elektronicznie pulsująca muzyka.

dredd2

Wydawałoby się, że w takiej produkcji nie można liczyć na dobre aktorstwo, bo i nie o to w tych filmach chodzi, ale tu jest inaczej. Trochę obawiałem się Karla Urbana w tej roli, ale Dredd w jego wykonaniu jest taki jak być powinien. To surowa, wręcz chodząca sprawiedliwość, która może nie ma twarzy (nasz gieroj w ogóle nie zdejmuje swego hełmu), ale jest równa wobec wszystkich. Jemu nie płacą za gadanie – to człowiek czynu, wierzący w słuszność swoich działań, który potrafi być przerażający. Uzupełnia go partnerująca mu Olivia Thirbly. Rekrut Anderson – kobieta-telepatka, jest jego kompletnym przeciwieństwem. Inteligentna, niedoświadczona oraz trochę za wrażliwa na tę robotę, w terenie staje się twardsza. Za to bezbłędna jest Lena Hedley jako bezwzględna Ma-Ma, kontrolująca Peach Tree.

dredd3

„Dredd” jest przykładem jak należy robić komiksy  filmy dla dorosłego widza, w czasach zdominowanych przez kategorię PG-13 jest wręcz wybawieniem. Surowe, brutalne, bezpretensjonalne i bezkompromisowe. Genialna prostota.

7,5/10

Radosław Ostrowski